Natura i środowiskoNauka i technologie

Wielu meteorologów dochodzi do zaskakującej konkluzji, że manipulacje pogodowe stały się nową meteorologiczną normalnością. Taki radykalny wniosek wynika z prostego faktu, że coraz trudniej jest przewidzieć pogodę nawet na kilka dni do przodu. Meteorologia jest dyscypliną naukową opartą na solidnej statystycznej wiedzy, obserwacji zjawisk i przewidywania ich efektów w postaci zmian pogodowych do jakich w ich wyniku powinno dojść. Posiada ona przepastne archiwum ekspertyz pogodowy, modeli komputerowych, pełne zrozumienie procesów zachodzących w klimacie i nadal nie jest w stanie przewidzieć jaka pogoda będzie za dwa dni. Obserwując prognozę pogody – zwłaszcza w sytuacji kiedy zapowiadała się gigantyczna śnieżna burza – wielokrotnie byłem świadkiem kompletnej kompromitacji telewizyjnego “zaklinacza deszczu”. Nerwowe napięcie rosło, gdy przez kilka dni budował on apokaliptyczny obraz śnieżnego armagedonu. Cały rejon przygotowywał się do odparcia tego ataku, szkoły i urzędy zamykano tego dnia nie chcąc narażać ludzi na trudy przedzierania się w trudnych warunkach i kiedy następował wyznaczony dzień… z nieba spadało najwyżej kilka płatków śniegu… Ludzie ze zdumieniem i frustracją wyglądali przez okna oczekując najgorszego, gdy tymczasem nic się nie działo. Jeśli zawodzi prognozowanie pogody, którą stara się przewidzieć sztab dobrze wyszkolonych i wykształconych ludzi posiadających dane satelitarne i najlepszy sprzęt meteorologiczny, to musiało w takim razie zajść coś jeszcze – manipulacja pogodą.

Mówienie o manipulacji pogodą na pierwszy rzut oka brzmi jak początek kolejnej szalonej teorii konspiracji, ale przecież już w latach 80-tych poprzedniego wieku Rosjanie przygotowując się do Igrzysk Olimpijskich w Moskwie zapowiedzieli, że zastosują najnowsze zdobycze nauki aby sprawić, że w czasie igrzysk niebo nad Moskwą będzie błękitne – i było! Wszystko to miało miejsce prawie 40 lat temu i od tego czasu wiele się zmieniło. Wpływanie i stymulowanie procesów atmosferycznych przekroczyło kilka rzędów wielkości. Co powoduje, że ktoś chciałby manipulować pogodą? Można podejść do tego w klasyczny sposób uznając, że jak nie wiadomo o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze a pogoda, zwłaszcza ta właściwa to prawdziwe pieniądze. Utrzymanie przez kilka tygodni zimnej pogody opóźni plony a co za tym idzie wpłynie na ceny derywatów na giełdzie towarowej. Nie trzeba być rolnikiem, żeby na uprawach zarabiać ogromne pieniądze. Wystarczy wiedzieć czy plony będą na czas czy też będą spóźnione. Zimny miesiąc spowoduje większe zużycie paliw kopalnych, bo domy nadal trzeba będzie ogrzewać. Taką wiedzę również można zamienić na brzęczącą monetę. W czasach prezydenta Clintona powstał termin eko terroryzm, gdzie poprzez manipulowanie pogodą można wymusić na krnąbrnym kraju takie zachowanie, jakie się od niego oczekuje. Można to robić także we własnym kraju. Kalifornia od lat jest ofiarą permanentnej suszy. Wiele pól uprawnych jakie wydarto pustyni znów stało się pustynią i przy okazji zmieniło właściciela, bo taką ziemię od zbankrutowanych farmerów zakupiły wielkie korporacji płacąc za nią grosze. Od lat płonące lasy zniszczyły wiele domów a nawet małych miasteczek, które ludzie opuścili na zawsze. Co roku w kwietniu mierzy się grubość pokrywy śnieżnej w górach Sierra Nevada, bo na tej podstawie można określić ile wody będzie miała do swojej dyspozycji Kalifornia w ciągu gorącego zazwyczaj lata. Kalifornia jest warzywnym spichlerzem USA, bez jej rolnictwa wiele warzyw nie trafi na rynek co spowoduje kryzys i gwałtowny wzrost cen. Przez te kilka lat suszy warstwa śniegu w górach była zatrważająco cienka. Zanotowano nawet rok, w którym nie było jej wcale. W tym jednak roku wszystko się zmieniło. Najwyższy, historyczny poziom śniegu w Sierra Nevada został osiągnięty już w lutym a nie jak zazwyczaj w kwietniu. Z niedomiaru wody zrobił się nagle jej nadmiar, który w swoich skutkach jest równie niszczący. Woda zaczęła spływać w doliny i wylewać się z koryt rzek i strumieni. Zapora wodna w Orville wypełniła się wodą tak szybko, że zachodziła obawa, że tama pęknie i zetrze z powierzchni ziemi leżące u jej stóp miasta.

Pogoda jest niezwykle ważnym elementem każdego rodzaju ludzkiej aktywności. Ma na wszystko olbrzymi wpływ, dlatego ten kto posiada pogodę i potrafi ją kontrolować, kontroluje tak naprawdę niemalże wszystko. Gdyby hiszpańska armada płynąca w XVI wieku w stronę Anglii nie została rozbita przez potężny sztorm, historia dzisiejszej Europy wyglądałaby inaczej. Gdyby pogoda podczas lądowania Aliantów w Normandii w czasie II WŚ nagle stała się nagle sztormowa, kto wie ile lat dłużej trwałaby ta wojna. Przewidywanie a zwłaszcza umiejętna manipulacja pogodą jest wiec niezwykłym narzędziem kontroli. Tym narzędziem są smugi chemiczne popularnie nazywane chemtrails.

Chemtrails są przedmiotem zażartych dyskusji od lat. Nigdy oficjalnie nie potwierdzono ich istnienia, ale od kilku dekad stały się codziennym widokiem na niebie. Wciąż wielu ludzi oburza się, na samo wspomnienie, że zjawisko to nie jest naturalnym efektem tworzonym przez samoloty które ciągną za sobą smugi kondensacyjne a są częścią programu mającego na celu poważne zmiany pogodowe niezależnie od konsekwencji jakie ze sobą niosą. W Wikipedii już w pierwszym zdaniu nazywa się chemtrails teorią konspiracji, choć jak się dobrze przyjrzec wszystko widac jak na dłoni. Historia tworzenia smug chemicznych wcale nie jest taka krótka i zaczyna się w w 1945 r. kiedy to genialny matematyk z uniwersytetu w Princeton – John von Neuman zaprosił kolegów naukowców na konferencję poświęconą możliwościom modyfikacji zjawisk pogodowych. Taka umiejętność miałaby wg niego znaczenie dla… o nie… nie dla dobra ludzkości a dla przyszłej wojny! Taki był cel zjazdu tego szacownego naukowego gremium. Von Neuman jako pierwszy zdał sobie sprawę jak ważne są komputerowe modele pogody – dzięki temu można było stwierdzić w jaki sposób atmosfera zareaguje na zewnętrzną, chemiczną interwencję. Stąd już krótka droga prowadziła do kontroli nad klimatem. Von Neuman jako pierwszy zdał sobie także sprawę ze znaczenia takiego oddziaływania na pogodę, dzięki czemu można było osiągnąć globalne podejście do – oczywiście – inicjatyw politycznych. Trwała Zimna Wojna, którą można było wygrać bez krwawej jatki na polach bitewnych.

Rosjanie szybko zorientowali się jak wielkie znaczenie niesie ze sobą umiejętność manipulowania pogodą. Michaił Iwanowicz Budyko uznał, że należy znaleźć sposób w jaki można wpłynąć na promieniowanie słoneczne i rekomendował rozpylanie siarczanów w aerozolu w dolnej części stratosfery. Siarczany miały rozpylać samoloty i nazwano tą technologię w 1974 r. “Kocem Budyki”. Taka inicjatywa wymagała użycia tysięcy specjalistycznych samolotów i praktyczni Rosjanie uznali, że można rozpylać siarczany za pomocą pocisków artyleryjskich i rakiet.

Amerykański fizyk nuklearny Edward Teller, jeden z członków Projektu Manhattan napisał w 1997 r. pracę pt. “ Global Warming and Ice Ages: prospects for Physics Based Modulation of Global Climat Change” ( “Globalne Ocieplenie i Epoki Lodowcowe – przyszłość modulacji globalnych zmian klimatycznych na bazie fizyki”). Napisał m. in.

“jeśli polityka globalnego ocieplenia wymaga tego, że “coś musi zostać zrobione”, gdy nadal nie jesteśmy pewni czy trzeba robić cokolwiek, zwróćmy się do naszej unikalnej amerykańskiej siły tworzenia innowacji i technologii aby wpłynąć na globalne ocieplenie za pomocą najłatwiejszych do zastosowania środków. W czasie gdy naukowcy kontynuują swoje badania nad klimatycznym efektem gazów cieplarnianych powinniśmy zbadać sposoby wpływania na ten efekt. Wprowadzenie rozpraszających promienie słoneczne cząstek do stratosfery wygląda na obiecujące podejście. Czemu mamy tego nie zrobić?”

Jednak człowiekiem, który zdjął stygmat tabu z geoinżynierii był laureat Nagrody Nobla, holenderski naukowiec Paul Josef Crutzen – chemik atmosferyczny, zajmujący przyczyną powstawania dziur ozonowych. Jest on także nazywany “ojcem smug chemicznych”. Aktywnie wspierał on inicjatywę sztucznego ochłodzenie ziemskiego klimatu poprzez uwolnienie cząstek siarki w górnej części atmosfery, oraz innych elementów chemicznych w jej dolnej warstwie po to, aby odbić i rozproszyć promieniowanie Słońca z powrotem w przestrzeń kosmiczną. Obecnie głównym promotorem geoinżynierii jest kanadyjski naukowiec z Harvardu dr. David Keith, który potrzebę modyfikowania zjawisk pogodowych opisał w książce “The Case of geoengeneering” (“Pochwala geoinżynierii”)

Punktem zwrotnym w rozumieniu procesów zachodzących w atmosferze był wybuch wulkanu Mt Pinatubo w 1991 r. Wulkan wybuchł w niezwykle gwałtowny sposób po 500 latach milczenia. Podczas tej erupcji do atmosfery dostały się miliony ton dwutlenku siarki i powstała ogromna chmura otaczająca Ziemię, co na kilka lat wywołało naturalny proces ochładzania się klimatu na naszej planecie. Dzięki satelitom po raz pierwszy w historii ludzkości można było obserwować skalę wybuchu i jego efekt na klimat. To Mt. Pinatubo stał się także odpowiedzialny za potężną dziurę ozonową nad Antarktyką. Dzięki temu wydarzeniu można było w pełni zrozumieć proces tworzenia się i wpływania na klimat Ziemi. Część naukowców starała się wskazać na nieobliczalne efekty manipulowania klimatem takie jak skrócenie pory monsunowej w Azji, dalszą redukcję strefy ozonowej, zakwaszanie oceanów, zmniejszenie ilości energii słonecznej, wykorzystywanie manipulacji klimatem przez wojsko, ludzkie błędy, problemy z prawem miedzynarodowym a także kwestie moralne. Zmiany dokonane dziś stworzą konsekwencje z którymi będą musiały radzić sobie przyszłe pokolenia zwłaszcza, że wraz z rozpylaniem substancji chemicznych w atmosferze zmieni się skład powietrza, którym oddychamy, co może mieć i ma poważny wpływ na całą ziemską populację. Nie trzeba daleko szukać przykładu takiego globalnego wpływu na jakość życia i zdrowie ludzkości. Od lat 60-tych każdego roku pompuje się w glebę miliardy ton trujących pestycydów i ich efekt na ludzkie zdrowie już daje znać o sobie. Człowiek odgrywając rolę Boga nie bierze często odpowiedzialności za swoje czyny i nie jest w stanie przewidzieć ich dalekosiężnego efektu – mimo to nie ma moralnych hamulców aby powstrzymać się od takiego działania zostawiając jego efekt następnym pokoleniom. Dr James Roger Fleming w książce “Fixing the Sky – Checkered History of Weather and Climat Control” (“Naprawianie nieba – burzliwa historia pogody i kontroli klimatu”) przestrzega przed eksperymentami z ziemską atmosferą pisząc:

“Geoinżynierowie doszli do wniosku , że XXI wiek będzie “geotechniczny” – że atmosfera jest ściekiem ludzkości, który potrzebuje naprawy a Ziemia potrzebuje termostatu. Poszukują na to sposobu poprzez geoinżynierię i odpowiednią technologię. Jest to tragikomedia nadmiernej pychy i naiwności. Manipulowanie globalnym klimatem jest niesprawdzone, niestabilne i niewiarygodnie niebezpieczne”

Głosy rozsądku są jednak wołaniem na puszczy….

KosmosNauka i technologie

Ostatnia debata w Radio Paranormalium poświęcona byla tajemnicom Księżyca. Jest on ze wszech miar niezwykłym ciałem niebieskim i być może tam właśnie kryje się przyszłość energetyczna Ziemi, ze względu na olbrzymie złoża helu-3 jakie się tam znajdują.

Hel-3 jest izotopem zwykłego helu, który nie jest aż tak zwykły, bo zalicza się go do gazów szlachetnych. Najczęściej mamy z nim do czynienia, gdy trzeba nadmuchać balon, który przez to unosi się w powietrzu. Jeśli zaciągnąć się helem ludzki głos zmienia się nieoczekiwanie i ma bardzo zabawne brzmienie. Hel-3 jest izotopem helu, bo brakuje mu jednego neutronu co sprawia, że staje się przez to doskonałym paliwem w procesie fuzji jądrowej. Fuzja nuklearna jest reakcją, w której materia łączy się ze sobą, produkując energię bez zostawiania po sobie odpadów radioaktywnych a także jest wolna od produkcji CO2, co ma ostatnio coraz większe znaczenie w rosnącym nieustannie problemie tzw. “globalnego ocieplenia”… We współczesnych reaktorach w elektrowniach atomowych na Ziemi mamy do czynienia z reakcją rozszczepiania atomu , gdzie materia jest rozkładana na elementy. Uran lub Pluton jest w tym procesie rozszczepiany i dzięki temu powstaje ogromna ilość energii. Największym problemem procesu rozszczepiania atomu jest produkcja odpadów nuklearnych.

Hel-3 jest na Ziemi niezwykle rzadki, co jednak ciekawe, Słońce produkuje hel-3 jako efekt uboczny fuzji atomowej. Ulatnia się on z powierzchni Słońca razem wiatrem słonecznym i rozchodzi się po całej przestrzeni kosmicznej. Słońce jest oddalone od Ziemi 150 mln km i hel-3 nie dociera do naszej planety powstrzymywany przez ziemskie pole magnetyczne. To swoiste pole siłowe istnieje już od co najmniej 4 mld lat i hel-3 zamiast na Ziemi ląduje na… Księżycu. Przez te kilka miliardów lat powstała na Księżycu gruba warstwa tego izotopu, pokryta warstwą księżycowej gleby zwanej czasem megaregolitem. Leży on bardzo płytko, bo zaledwie 3 metry pod powierzchnią Srebrnego Globu, co sprawia, że w teorii jest on zaskakująco łatwy do wydobycia.

Hel-3 jest niezwykłym paliwem energetycznym. Energia uzyskana z tony tego izotopu jest równowarta energii uzyskanej z 50 000 000 baryłek ropy naftowej!!! Na każdy z wycofanych już ze służby amerykańskich wahadłowców można załadować 25 ton helu-3. Jeden taki wahadłowiec dostarczyłby energii wystarczającej na zaspokojenie potrzeb energetycznych całego USA przez okrągły rok! Na razie nikt nie stworzył jeszcze komercyjnego reaktora atomowego wykorzystującego reakcje fuzji atomowej, która mogłaby użyć helu-3. Obecnie w warunkach laboratoryjnych przeprowadza się doświadczenia z trzema rodzajami fuzji jądrowej. Pierwsza z nich wykorzystuje tzw. ciężki wodór, czyli deuter i tryt, które są izotopami wodoru. Produkują one w tym procesie olbrzymią ilość energii, ale wciąż efektem tej reakcji są odpady nuklearne. Drugim rodzajem fuzji nuklearnej jest łączenie ze sobą deuteru z helem-3. University of Wisconsin w Madison (Fusion Institute) pracuje nad tym problemem od 40 lat odnosząc spektakularne sukcesy. Obecnie pracuje tam niewielki reaktor, który tworzy elektryczność stosując ten rodzaj fuzji. W idealnym modelu fuzji nuklearnej stosuje się dwie molekuły helu-3. Taka fuzja produkuje największą ilość energii a produktem ubocznym reakcji jest zwykły hel i wodór. Nie ma odpadów nuklearnych ani gazów cieplarnianych. W procesie produkcji energii wykorzystuje się supermagnesy. Był to do tej pory najsłabszy punkt fuzji nuklearnej ze względu na problem ze stworzeniem takiego magnesu. Wraz z rozwojem wiedzy na temat nadprzewodników, opracowano technologię produkcji takich supermagnesów, co pozwala na stworzenie komercyjnych reaktorów fuzji nuklearnej. Podczas reakcji molekuły helu poddane są bardzo wysokiej temperaturze i ciśnieniu. Dzięki temu supermagnes może utrzymać cały proces pod kontrolą. Supermagnesom wymykają się jedynie neutrony, które mają naładowanie obojętne, natomiast protony i elektrony helu i wodoru są przechwytywane. Podczas rekcji fuzji powstaje chmura plazmy, która generuje energię. Do tej pory elektrownia atomowa rozszczepiając atom tworzyła energię, która podgrzewała wodę, tworząc skondensowaną parę wodną napędzającą klasyczną, starożytną w swoim pomyśle turbinę. W tym procesie na energię elektryczną przerabiane jest zaledwie 35-40% uzyskanej energii. Prosty rachunek wskazuje że 60% uzyskanej energii jest utracony na zawsze. Ten sam proces uzyskiwania energii wykorzystywany jest w elektrowniach stosujących paliwa kopalne, w elektrowniach atomowych rozszczepiających atom a także w procesie fuzji atomowej wykorzystującej ciężki wodór. Technologia ta powstała w 1781 r.! W fuzji nuklearnej wykorzystującej hel-3, elektryczność jest tworzona w samym procesie zachodzącym w reaktorze. Nie ma turbin i nie ma strat energii. Chmura plazmy elektrycznej jest idealną formą energii, którą pobiera się w formie prądu elektrycznego, koniecznego do funkcjonowania naszej cywilizacji. Plazma jest czwartym stanem skupienia materii. Materia występuje jako ciało stałe, ciecz, gaz i kiedy gaz jest podgrzany do niebywale wysokiej temperatury zamienia się w naładowane cząstki zwane plazmą. W fuzji nuklearnej z udzialem helu-3 elektryczność pobierana jest wprost z plazmy. Żadna inna znana nam forma pozyskiwania energii nie jest w stanie bezpośrednio stworzyć elektryczności.

Problem jednak w tym, że nie posiadamy na Ziemi reaktora, który pracowałby wyłącznie w warunkach fuzji helu-3. Powód jest oczywisty: hel-3 jest na Ziemi niezwykle rzadki i jest go trudno zdobyć nawet w ilościach potrzebnych do przeprowadzenie reakcji doświadczalnych. W sytuacji, kiedy ceny ropy zaczęły nagle spadać zabrakło motywacji do stworzenia odpowiednich warunków, które pozwoliłyby na przeprowadzenie poważnych doświadczeń z helem-3. W książce “The World is Flat” (“Świat jest płaski”) ekonomista Thomas Friedman wskazywał, że aby dokonać zmian na ziemi potrzebny jest tzw. “sygnał cenowy”. Wg niego, gdyby cena benzyny w Ameryce osiągnęła 5$ za galon (ok. 3.74 l), to wówczas powstałby nacisk społeczny a wraz z nim warunki do poszukiwania nowego źródła energii (obecnie cena w NJ to 2.25-2.35 za galon). Istnieje jednak jeszcze jeden zaskakujący motywator. Krajem, który posiada ogromną, energochłonną gospodarkę są Chiny. Ich ostatnia eksploracja Księżyca być może wcale nie wynika z pobudek naukowych, ale z chęci zagarnięcia złóż helu-3 jakie znajdują się płytko pod jego powierzchnią. To dla USA może być wystarczającą motywacją, aby wystartować ze programem budowy reaktorów atomowych wykorzystujących do swojego działania fuzję jądrową helu-3.

W ostatnich latach Chiny wysłały swoje łaziki na powierzchnię Księżyca. Dwa z nich wylądowały w styczniu i w lutym 2015 r. Nikt nie wie tak naprawdę jakie doświadczenia przeprowadzały na powierzchni Księżyca i czy pobierały próbki złóż helu-3. Chińska Agencja Kosmiczna nie pozostawia złudzeń, że program kosmiczny Chin jest nakierowany na wykorzystanie złóż helu-3. Obecnie szacuje się się, że helu-3 na Księżycu wystarczyłoby na zaspokojenie potrzeb energetycznych Ziemi – na obecnym poziomie zużycia – na następne 10 tys. lat! Nie dziwi więc, że dla praktycznych Chińczyków jest to główny cel ich kosmicznej ekspansji. Chińczycy planują nawet założenie ludzkiej kolonii na Srebrnym Globie do 2020 r.! Rosyjska firma Energya ogłosiła, że chętnie zbuduje taką bazę na Księżycu za – bagatela – 9.4 mld. dolarów. Jakoś nikt nie bierze serio tej oferty. Dookoła Księżyca krąży kilka rosyjskich sond, które mają aparaturę zdolną wykryć złoża mineralne tuż pod jego powierzchnia. Można wiec przypuszczać, że Rosjanie są dobrze zorientowani w tym co i w jakich ilościach znajduje się na Księżycu

Jeśli chodzi o USA, to wydaje się, że Amerykanie nie robią nic aby posiąść te zasoby. Jest to nieco zaskakujące. Za czasów George Busha (młodszego) dużo mówiło się o powrocie na Księżyc i zbudowaniu na nim permanentnej bazy. NASA stworzyła nawet szczegółowy plan takiej wyprawy i zaplanowała stałą obecność człowieka na powierzchni Księżyca na rok 2020. Jednym z celów tej eksploracji miało być stworzenie warunków komercyjnego wydobywania helu-3. Amerykanie wiedzą o helu-3 od dawna. Wszystkie misje Apollo, które wylądowały na Księżycu i przywiozły ze sobą próbki, które potwierdziły istnienie dużych pokładów tego izotopu na Srebrnym Globie. Jednak w 1972 po wyprawie Apollo-17, przerwano program eksploracji Księżyca. W roku kiedy wybrano na prezydenta Baracka Obamę amerykańskie służby geologiczne ogłosiły istnienie potężnych złóż ropy w rozmaitych zakątkach świata i hel-3 odszedł na dalszy plan.

Ktokolwiek weźmie pod kontrolę złoża helu-3 na Księżycu w sposób oczywisty będzie kontrolował świat w XXI a także w XXII w. Źródło tej energii zrewolucjonizuje całą światową ekonomię. Przykładem może tu być odsalanie wody. Świat stoi na granicy kryzysu w pozyskiwaniu wody. Wody na naszej planecie co prawda jest pod dostatkiem, ale w większości jest słona. Odsalarki znane są od dawna, ale wymagają olbrzymiej ilości energii, która jest droga. Dzięki helowi-3 tak proces przestałby być kosztowny. Zbudowanie reaktora fuzji helowej pozwoliłby także na loty międzyplanetarne. W 1979 r w ONZ ratyfikowano tzw Układy Księżycowe, w myśl których wszyscy sygnatariusze porozumienia mieli dzielić między sobą wszystko to, co zostanie znalezione na Księżycu. Jedyne kraje, które nie podpisały tego układu to USA, Chiny, Japonia, India i Rosja. Nie przypadkiem są to jedyne kraje, które posiadają techniczne możliwości dotarcia do Księżyca.

Chiny wydają się prowadzić w wyścigu po bogactwa Księżyca, ale nie należy spisywać tu Ameryki na straty. Jest to jedyny kraj na świecie, gdzie eksploracją przestrzeni kosmicznej zajmują się na wielką skalę prywatne korporacje i to właśnie one są w stanie zniwelować przewagę jaką wydaje się, że mają nad resztą Chińczycy. Jedną z takich firm jest Moon Express, która ma swoją kwaterę główną w Dolinie Krzemowej w Kalifornii. Jej założycieli jest miliarder Naveen Jain (druga dziesiątka najbogatszych Amerykanów) a prezydentem dr Andy Aldrin, syn “Buzza” Aldrina – drugiego człowieka na Księżycu. Andy Aldrin zrezygnował z tego powodu z ciepłej posadki w konsorcjum zrzeszającym Boeinga i Lockheed Martin. Firma Moon Express testuje od kilku lat własny księżycowy lądownik. Jej celem jest otworzenie na Księżycu kopalni helu-3 i innych rzadkich na Ziemi pierwiastków, takich jak tytan, platyna czy molibden. Chiny, które posiadają złoża tych metali wstrzymały kompletnie ich eksport, zachowując całe zasoby wyłącznie dla siebie.

Tymczasem właściciele firm naftowych od razu zauważyli zagrożenie własnych interesów i ruszyli do kontrataku. Stosują sprawdzoną praktykę JD Rockefellera, który broniąc własnego monopolu na naftę używaną kiedyś do oświetlania domów, całą mocą przeciwstawiał się elektryfikacji. Płacił za artykuły w amerykańskich gazetach, które pokazywały niebezpieczeństwa jakie niesie ze sobą prąd elektryczny i zachęcały do pozostania przy lampie naftowej. Niektóre strony internetowe powiązane z przemysłem naftowym lansują teorię, że wydobywanie helu-3 z księżycowych złóż może doprowadzić do eksplozji, która rozerwie ziemskiego satelitę na strzępy a jego kawałki spadną na Ziemią stając się przyczyną wielu katastrof i nieszczęść. Tymczasem technologia pozyskiwania helu-3 jest bezpieczna. Roboty na Księżycu będą pompować jego glebę, która następnie zostanie podgrzana do 600 C i wówczas uwolni ona hel-3, który zostanie skrzętnie pobrany i zmagazynowany. Reszta księżycowego pyłu pobrana przez roboty, może zostać zamieniona na cegły, które posłużą do rozbudowy bazy i infrastruktury. Aby jednak do tego doszło potrzebne są pieniądze i to w astronomicznej ilości. Amerykańskie firmy są w stanie podjąć się budowy takiego górniczego osiedla za sumę biliona dolarów!!! Nie ma takiej firmy na świecie, która byłaby w stanie wyłożyć na stół taką gotówkę. Plan Moon Express przewiduje posłanie doświadczalnych robotów na Księżyc, pobranie helu-3 i innych rzadkich pierwiastków i przesłanie ich na Ziemię. Wówczas z pewnością pojawią się inwestorzy, którzy nie będą mieli wątpliwości, że pomysł eksploracji Księżyca można zrealizować w praktyce, co i tak głownie sprowadzać się będzie do firm amerykańskich i japońskich. Amerykanie mają olbrzymie doświadczenie w przestrzeni kosmicznej i byli już wielokrotnie na Księżycu. Od 50 lat budują także roboty, podobnie jak Japończycy. Reszta świata została na tym polu daleko w tyle.

75 Debatę Ufologicznej w Radio Paranormalium można wysłuchać tu:

https://www.paranormalium.pl/1960,sluchaj

lub na YouTube

Nauka i technologie

Czy da się ukryć supertajną instalację w dzisiejszych czasach? Przykład Strefy 51, najtajniejszej eksperymentalnej bazy w USA, świadczy o tym, że jest to bardzo trudne. Dziś do Strefy 51 udają się całe wycieczki w nadziei dostrzeżenia choćby zarysu testowanych tam pojazdów. Co zatem zrobić aby ukryć tajemnicę przed okiem ciekawskich? Najlepsza metoda jak się okazuje działa przeciwko intuicji, bo najtrudniej zobaczyć coś, co widać gołym okiem i sprawia wrażenie, że wszystko co tam sie dzieje jest absolutnie jawne i dostępne. Takim obiektem jest CERN, zbudowany na kłopotliwym ze względów prawno-administracyjnych terenie pomiędzy Francją i Szwajcarią. Wszyscy już dawno przyzwyczaili się do myśl, że jest to wyrafinowana zabawka naukowców, gdzie zderza się ze sobą niewidzialne gołym okiem cząstki atomowe tylko po to, aby odpowiedzieć sobie na pytanie jak powstał wszechświat.

abaddon-ascendingLata propagandy szkolnej przyzwyczaiły nas do myśli, że cele nauki są szlachetne. Ma ona szukać rozwiązan problemów i ułatwiać ludziom życie. Jeśli jednak pozwolić zdrowemu rozsądkowi nieco się nad tym zastanowić, szybko okaże się, że nauka tak naprawdę sluży wielkim tego świata i jeśli inwestuje się w nią ogromne pieniądze, to w zawsze w nadziei, że zwrócą się one z nawiązką. Cieszymy się z technologicznych ochłapów jak telefony komórkowe i rozmaite maszyny do robienia “ping”. Za ich posiadanie czy ich korzystanie płacimy fortuny. Dlatego musi zastanawiać co takiego kryje się za Wielkim Zderzaczem Hadronów, który jest najbardziej skomplikowaną maszyną jaką stworzył człowiek i oczywiście najbardziej kosztowną w działaniu. Jednocześnie jedyne co produkuje to coś co nawet nie da się ogarnąć nie tylko gołym okiem ale nawet logiką. Logika jednak podpowiada, że ta ogromna inwestycja musi czemuś a raczej komuś służyć i spodziewany efekt tych doświadczeń będzie w stanie w sposób nieodwracalny zmienić świat. Problem w tym czy będzie to zmiana na lepsze i kto na tym skorzysta. Na pytanie: czym naprawde jest CERN próbuje odpowiedzieć w swojej najnowszej książce Josh Peck i Tom Horn. Książka nosi tytuł: “Abaddon Ascending” (“Wyniesienie Abaddona”). Ich interpretacja jest niezwykle interesująca, ponieważ dostrzegli oni związek pomiedzy współczesną zaawansowaną fizyką jaką stosuje sie w CERN a starożytną, religijną metafizyką, sięgającą czasów pogańskich.

Czy lokacja CERN jest kwestią przypadku? Miejsce w którym zbudowano CERN, nie jest zwyczajnym miejscem na mapie. Stało tam kiedyś rzymskie miasto Appolliacum, gdzie czczono boga Apollo, który strzegł wejścia do bezdennej, piekielnej czeluści i krainy zmarłych. Zanim dokonano tam pierwszego wykopu teren został przeczesany przez archeologów w poszukiwaniu pozostałości po kulturze starożytnego Rzymu. To o wiele miesięcy opóźniło budowę CERN. Wygląda więc na to, że komuś bardzo zależało, aby lokacja laboratorium była konkretnie w tym miejscu, gdzie wg legend znajdowało się wejście do bezdennej czeluści. Czy naukowcy, decydenci i inwestorzy zdają sobie sprawę, że miejsce na którym stoi CERN jest niezwykle kontrowersyjne? Trudno oprzeć się wrażeniu, że to właśnie było decydującym kryterium, dzięki któremu podjęto taką decyzję. Dziś już wiadomo, że CERN chce otworzyć portal do innego wymiaru i nawiązać kontakt z inteligencją jaka znajduje sie po jego drugiej stronie. Sergio Bertolucci, który jest szefem CERN powiedział wprost: “Planujemy otworzyć portal do innego wymiaru i przez te drzwi może do nas przejść coś nieznanego.”

abaddon-1Tytułowy Abaddon to hebrajskie słowo oznaczające zniszczenie. W Apokalipsie św. Jana jest to imię anioła zagłady. Anioł ten ma bezpośredni związek z greckim a później rzymskim bogiem Apollo, który jest łącznikiem pomiędzy wymiarami. Abaddon w hebrajskiej Torze to miejsce, gdzie znajduje się bezdenna czeluść, szeolm, świat zmarłych. Rabini uwazają, że to miejsce przeklęte, gdzie grzesznicy smażą się w ogniu i zamarzają w lodzie. Miało wyglądać jak Gehenna na obrzeżach Jerozolimy, gdzie w dawnych czasach palono śmieci ale i zwłoki przestępców. W Apokalipsie Abaddon jest aniołem otchłani ciemności i dowodzi armią żarłocznych szarańczy. W greckim zapisie jego brzmi Apollyon – czyli Niszczyciel. Nie jest on sługą szatana a Boga, którego wolę wykonuje by ukarać ludzkość za grzechy. Gnostycy mają na jego temat inne zdanie. Jest to dla nich demon a nawet diabeł wcielony… Czy z takim wymiarem chcą nawiązać kontakt zarządcy CERN?

Wszystko na to wskazuje. Naukowcy chcą dotrzeć do innego wymiaru za pomocą grawitacji. Zaskakująco, najlepiej tłumaczy to zjawisko Hollywood (!). Dziwnym zbiegiem okoliczności w Hollywood często kręci się filmy, które opisują jakieś zjawisko występujące na obrzeżach nauki. Filmy takie poprzez swoją fabularną konwencję pozwalają na swobodne poruszanie się w takim kontrowersyjnym temacie, zaszeregowanym zazwyczaj jako film z gatunku science-fiction. Niedługo później okazuje się że to, co pokazywano w filmie znajduje swoje potwierdzenie w odkryciach naukowych. W tym przypadku film “Interstellar” opisuje nawiązanie kontaktu z innym wymiarem właśnie poprzez grawitację (!) W przypadku CERN teoria ta jest testowana od co najmniej 10 lat!. W mini serii dokumentalnej fizyka Briana Greena pt. “Elegant Universe” naukowcy opowiadają o sposobach nawiązania kontaktu z wyższym wymiarem za pomocą grawitacji.

Nasze trzy wymiary i czas w którym istniejemy są tylko niewielkim wycinkiem rzeczywistości. Kiedy mówimy o duchach czy demonach zazwyczaj uważamy, że są zbudowane z… niczego. Jednak patrząc na to z punktu widzenia fizyki kwantowej, jeśli coś istnieje w innym apollowymiarze powinno być o wiele bardziej solidne od nas. Równoległy wszechświat byłby więc następnym plastrem o wiele większej rzeczywistości wypełnionej ekstrawymiarową materią. Nie dziwi, że istnienie tych innych wymiarów jest przedmiotem zainteresowania fizyki, ale interesują się tym także politycy jak wynika z e-maili Johna Podesty ujawnionych nie tak dawno przez WikiLeaks. John Podesta – doradca Clintonów i Baracka Obamy – w swojej korespondencji z Edgarem Mitchellem, szóstym astronautą, który postawił stopę na Księżycu pisze o nieagresywnej, pozaziemskiej inteligencji, która pochodzi z wszechświata sąsiadującego z naszym, czyli funkcjonującego poza naszymi trzema wymiarami. Obcy w tym przypadku pochodziliby nie z innej planety a raczej z równoległego wszechświata. Istoty te miałyby – tak wynika z rozmowy – nam przekazać sposób na pozyskanie energii punktu zerowego. Jest to energia, która utrzymuje wszechświat w jednej całości i tłumaczy to teoria pola kwantowego.

Wielki Zderzacz Hadronów ma olbrzymie możliwości: w pewnym sensie jest maszyną zdolną wywołać koniec świata, albo… nauczyć nas jak działa realność. Technologia ma to do siebie, że ma dwie strony medalu. Jedna jest dobra dla ludzkości a druga jej zagraża. Technologia kwantowa bazując na materiale z którego stworzona jest rzeczywistość może przyczynić się do naszego końca jako ludzkości, ale także może sprawić, że będziemy mieli więcej swobody i wolności niż kiedykolwiek mieliśmy w naszej ludzkiej historii.

Nauka i technologie

CERN to niezwykłe osiągnięcie naszej cywilizacji. Wciąż nie zdajemy sobie sprawy z tego czym ono naprawdę jest i jaki ma potencjał. Tak samo jak nadal nie rozumiemy czym była Wielka Piramida w Gizie. To rodzi przypuszczenie, że być może oba te miejsca łączy silniejsza nić, niż się to pozornie wydaje.

CERN – tworzy ogromną ilość danych. Urządzenie napędzają potężne pola magnetyczne, co tworzy efekt planetranego – a kto wie, może nawet międzyplanetarnego – rezonansu. W ostatnich latach jesteśmy świadkami niesłychanego rozwoju technologicznego, którego nie da się porównać do czegokolwiek co wydarzyło się w naszej historii. Na dodatek nie o wszystkich wynalazkach i odkryciach jesteśmy informowani. Nikt dokładnie dziś nie wie, jak działała wieża Tesli, która mogła przesyłać bezprzewodowo elektrycznośc na ogromne dystanse. Nikt też nie jest w stanie powiedzieć czy UFO, które coraz częściej obserwujemy na niebie, to pojazdy pozaziemskie czy też może przejaw zaawansowanej, tajnej, ziemskiej technologii. Kontroluje je być może niewielka grupa, która kontroluje także układ sił na swiecie. Taką zaawansowaną, trudną do zrozumienia technologię reprezentuje CERN.

cern-logoJuż samo logo CERN wzbudza niepokój. Tworzą je liczby 666, które uważane są za symbol szatana. Jednak patrząc okiem fizyka można je zinterpretować jako ezoteryczny, hermetyczny kod: 999. Grecki filozof Plotyn napisał serię ksiąg nazywanych Enneadami czyli dziewiątkami. Mało kto je dziś czyta, ale w oczach ekspertów uważane są za szczytowy przejaw filozofii neoplatońskiej zapominając, że to, o czym pisał Plotyn było próbą zrozumienia egipskiej religii. Plotyn żył i mieszkał w Aleksandrii, która była wówczas centrum kultury swiata. Liczba dziewięć nawiązuje do dziewięcu najważniejszych egipskich bóstw, wyznaczających egipską kosmologię. Rządzi nimi moc zwana Maat, uważana za boginię praw i porządku kosmosu. Jest to ta sama moc, której życzą sobie Jedi w Gwiezdnych Wojnach. Jest ona kwintesencją kamienia filozoficznego i CERN doskonale wpisuje się w tą tradycję ezoteryczną dlatego w logo instytucji trzeba raczej widzieć dziewiątki niż szóstki. Ich ułożenie symbolizuje także pięć przyspieszaczy, które są częścią maszyny i wiodą wprost do Wielkiego Zderzacza Hadronow. Jest to uproszczony schemat CERN wkomponowany w jego logo. Ma to głęboki sens, bo oficjalnym celem CERN jest odtworzenie i udokumentowanie podstawowych elemnetów z których zbudowany jest Kosmos.

To szlachetne poszukiwanie zasady na jakiej działa Kosmos jest także przykrywką dla innej działalności CERN – okrytej głęboką tajemnicą. Nawet dla laika urządzenie wygląda na coś znacznie więcej niż tylko miejsce, gdzie prowadzi się doświadczenia z dziedziny fizyki. Niezwykle potężne pole elektormagnetyczne jakie ono wytwarza jest w stanie wejść w rezonans z całą naszą planetą (poprzez metalowe jądro Ziemi). CERN jest też największm użytkownikiem internetu na świecie. Uzyskane dane są wysyłane poprzez internet na cały świat do różnych placówek naukowych, gdzie podlegają one weryfikacji. Dane są selekcjonowane poprzez algorytm matematyczny. Każde zderzenie cząstek tworzy ogromną ilość danych matematycznych. Jest to – za każdym razem – ok. 3 miliardy bajtów informacji. Podczas pojedyńczego eksperymentu dochodzi do milionów zderzeń. Pierwszej selekcji danych dokonuje komputer i dopiero wtedy rozsyłane są do naukowców. Jednak część danych, które zazwyczaj wykraczają poza fizykę kwantową trafia do tych naukowców, którzy pracują w tajnych, często czarnych programach naukowych. Do tej lawiny informacji dodać trzeba także efekty uboczne do jakich dochodzi podczas prowadzonych w CERN eksperymentów, które również są brane pod uwagę, takie jak oddziaływanie planetarnego rezonansu na ludzi czy zwierzęta. Istnieje cała, osobna grupa naukowców, która bada korelacje pomiędzy doświadczeniami w CERN a zachowaniem się Słońca. Dzięki temu zaszufladkowaniu rozmaitych badań można ukryć ogromny projekt oparty na anomaliach jakie w danych odnajduje algorytm na podstawie którego pracuje CERN i koordynować go z różnymi innymi elementami. Można mieć pewność, że tak się dzieje, bo za każdym razem kiedy w CERN dokonuje się eksperymentów, rejestrowane są poważne zmiany w polu magnetycznym Ziemi. Jest to więc maszyna na skalę planetarną z magnetycznym polem wkomponowanym w skałę na której stoi CERN. Daje to efekt, który daleko wykracza poza fizykę stosowaną we współczesnej nauce.

cern_colider

Internet jest jednym z kluczowych komponentów CERN. Stworzyła go DARPA budując najpierw ARPANET (5 sezon “X-files” 🙂 ) po to aby stworzyć komunikację pomiędzy centrami dowodzenia armii amerykańskiej podczas wojny nuklearnej. Twórcy CERN szybko zorientowali się, że internet idealnie nadaje się do przekazywania danych pomiędzy grupami naukowców rozsianymi po całym świecie. Kształt obecnego internetu jaki używamy na codzień jest wynikiem działania i potrzeb CERN i dostosowywania globalnej sieci do potrzeb tej instytucji.

gizadeathstar_farrellNastępnym etapem rozwoju CERN ma być integracja sztucznej inteligencji w proces tworzenia danych. Jest to Puszka Pandory. Być może jej przejawem był Flash Crash w 2010 r., gdy giełda w Nowym Jorku w ciągu pół godziny spadła o 9%, by powrócić nagle do poprzedniego stanu. W tym czasie dokonano ok. 15 tys. transakcji na których ktoś zarobił setki milionów dolarów. Nikt też nie potrafił do końca wyjasnić co się tak naprawdę wówczas stało. Obecnie giełda działa wg reguł stworzonego dla niej matematycznego algorytmu. Nikt juz nie wymachuje na parkiecie plikami zamówień, bo wszystkie te działania przejął komputer. Sztuczna inteligencja, która przejmuje światowe rynki i nimi manipuluje była do tej pory wytworem sci-fi. Obecnie istnieją podstawy aby sądzić, że jest ona czymś realnym. Sztuczna inteligencja jest w stanie stworzyć chaos wszędzie tam, gdzie stosuje się komputery. Może zmieniać dowolnie światła na skrzyżowaniu, ale także wyłączać prąd, elektrownie atomowe a nawet uruchamiać wyrzutnie pociskow nuklearnych. Aby ogarnąć ogromną ilość danych jakie napływaja po każdym doświadczeniu, CERN został zmuszony stworzyć algorytm, który jest bardzo zbliżony do sztucznej inteligencji. Oznacza to, że niektóre informacje niekoniecznie muszą być przekazywane naukowcom i być może są przetrzymywane przez sztuczną inteligencję. Może to jest prawdziwy powód dla którego światowe banki tak zażarcie walczą z każdą próbą stworzenia nad nimi mechanizmu kontroli? Być może same nie panują nad monstrum, które stworzyły. Albo… strzegą tajemnic ukrytego clearingu pieniędzy, których system nie jest już oparty na elektronicznym przekazie danych a na jakieś określonej fizyce. Byłaby to podstawa funkcjonowania jakiejś Odrywającej sie cywilizacji, która dzięki temu mogłaby sie doskonale ukryć, będąc na publicznym widoku. W dzisiejszych czasach rada: “follow the money” jest przez to niezwykle trudna do zastosowania, a CERN tak samo jak Wielka Piramida w Gizie – mimo, że widoczny dla wszystkich – skutecznie strzeże swoich tajemnic.

giza

Joseph Farrell w swoich pierwszych ksiażkach (wydanych także po polsku) stwiorzył hipotezę, że Wielka Piramida w Gizie być może była bronią i to bronią masowego rażenia. Piramida nie została z pewnością stworzona w prymitywny i pracochłonny sposób jak chcą egiptolodzy. Jest niezwykle precyzyjnie zorientowana wg stron świata. Ktokolwiek ją zbudował był w posiadaniu nie tylko zaawansowanej technologii, ale miał także ogromną wiedzę fizyczną i matematyczną. W budowlę wkomponowane są rozmaite dane takie jak średnica Ziemi, odległość Ziemi do Księżyca, masa Ziemi, odległość Ziemi do Słonca co oznacza, że wpisana jest w nią także prędkość światła. Taki olbrzymi obiekt był także bardzo chrisdunn_gizakosztowny i kogoś, kto zlecił jego stworzenie – o czym zazwyczaj się zapomina – musiało być na to stać. Brytyjczyk: Chris Dunn napisał książke pt. “Giza Power Plant”. Jest on inżynierem i zbadał piramidę okiem budowniczego maszyn – bez brania pod uwagę teorii egiptologów. W swoich wnioskach uznał, że piramida była maszyną a jej zadaniem była produkcja energii. Kiedy zmierzyć to wszystko w brytyjskim systemie miar tworzą się pełne liczby. Jeśli więc zalożyć, że ma rację i że była to elektrownia, to z dzisiejszego doświadczenia wiemy, że kształt i bryłę takiej budowli z pewnością nie komponuje się w taki sposób aby zawierała ona w sobie wszystkie informacje na temat naszej planety a także lokalnej przestrzeni kosmicznej. Coś takiego w fizyce nazywa się sprzężonym oscylatorem harmonicznym. Działa on jak struna w fortepianie, w harmonii z resztą strun w instrumencie. Piramida (podobnie jak CERN) – tak jak struny fortepianu ma wchodzic w rezonans w harmonii z otaczającym ją kosmosem. Oznacza to także, że manipulując drganiami takiej struny można zmanipulować cały system. Po co? Choćby po to, aby go zniszczyć jeśli zajdzie taka potrzeba. Jeśli np. żolnierze albo marsz feministek w obronie macicy wmaszeruje równym krokiem na most, to spowoduja drgania harmoniczne, które są zdolne zniszczyc ten most. Czymś takim była właśnie Wielka Piramida a obecnie jest CERN. Zbudowano ją z kamienia (CERN stworzono w skale), bo taki materiał jest wstanie przyjąć zewnętrzną energię elektromagnetyczną i odbić ją od siebie w sposób koherentny z pominięciem prawa odwrotnych kwadratów, co fizycy czasem nazywają odwracalną strzałką czasu. Skała, z której jest zbudowana piramida ma właściwosci bycia takim lustrem. Kiedy dokładnie przyjrzeć się ścianom piramidy nie są one płaskie i są one w swoim centrum lekko wklęsłe, tworząc paraboloiczne ekrany. Taki kolektor przejawia wszelkie oznaki wyrafinowanego systemu broni. Sciany piramidy stoją pod kątem 51 stopni co odzwierciedla kąt budowy kryształu, który jest taki sam. Dzięki temu piramida sama staje się gigantycznym kryształem. Jeśli przeczytać starożytne teksty opisujące wojny bogów to zazwyczaj rozgrywają się one nad górami. Góra w języku staroegipskim czy sumeryjskim oznacza to samo co piramida.

Pytanie więc brzmi: skąd pochodziła ta niezwykle wyrafiniowana wiedza? Ale o tym i dalszych związkach CERN z Wielką Piramidą w Gizie w przyszłych wpisach na NA…

Alternatywna historiaNatura i środowiskoNauka i technologiePolitykaUFO i ET

Dziwne rzeczy dzieją się w Antarktyce. Od kiedy Rosjanie przewiercili wielokilometrową warstwę lodu w Jeziorze Wostok krąży plotka, że znaleźli w nim coś pokaźnych rozmiarów. Rosjanie w razie czego siedzą cicho tylko ich samoloty kursują regularnie do jeziora i z powrotem.

Inna antarktyczna plotka mówi o jakiejś tajemniczej chorobie atakującej pracujących tam ludzi, którzy wywożeni są z lodowego kontynentu dyskretnie i bez rozgłosu i natychmiast zastępowani nowymi. Czyżby wydobyto z lodów jakiegoś wirusa, który w uśpieniu czekał miliony lat na swoją szansę?

kirylTuż przed II WŚ Antarktydą zainteresowali się Niemcy, którzy wysłali tam sporych rozmiarów ekspedycję przyłączając do III Rzeszy solidny kawałek Ziemi Królowej Maud, który nazwali Neuschwabenlandem. Nie wiadomo czego szukali tam naziści, ale gdy wracali z wyprawy ich trasa przebiegała podejrzanym zygzakiem. Chcieli zgubić swój trop?

Tuż po wojnie dotarła do Antarktydy imponująca eskadra admirała Byrda, która miała w planach zostać tam przez wiele miesięcy. W wyprawie wzięli udział specjalnie szkoleni do warunków polarnych marines w towarzystwie niszczycieli i lekkiego lotniskowca. Znów nie znamy powodu tej zdumiewającej – choćby ze względu na rozmiary – wyprawy. Zamiast jednak miesięcy – trwała kilka tygodni, gdy admirał Byrd zarządził odwrót. Amerykańskie okręty stoczyły tam tajemniczą bitwę, w której niektóre z nich zatonęły a inne powróciły mocno sfatygowane walką…. Z kim???? Byrd w wywiadzie dla chilijskiego “El Mercurio” ostrzegał przed wrogimi pojazdami powietrznymi, które wylatują z rejonu bieguna południowego i poruszają się z ogromną prędkością… Później na Antarktydę miały przybyć brytyjskie i amerykańskie siły specjalne, które rozprawiły się (podobno!!!) z antarktycznym oddzialem SS. Co jakiś czas pojawiają się nowe strzępki informacji w tej sprawie.

Dziś Antarktyda wciąż dobrze kryje swoje tajemnice a także tajemnice tych, którzy realizują tam projekty o których świat nie ma pojęcia. Kilka miesięcy temu na ten kontynent przybył patriarcha Moskwy Kirył III. Wracał do Rosji dość okrężną drogą z Hawany, gdzie spotkał się z papieżem Franciszkiem. Czyżby przyjechał tylko po to, żeby sobie zrobić zdjęcia z pingwinami?

kerry

Dwa tygodnie temu na Antarktydzie wylądował ogromny C-17 Globemaster (nomen omen) z amerykańskim sekretarzem stanu, Johnem Kerry na pokładzie. Jest to najwyższy dostojnik państwowy USA jaki kiedykolwiek odwiedził to miejsce. I znów ciśnie się na usta wiele pytań. Dlaczego? i w ogóle: Dlaczego właśnie teraz? Oficjalnie wizyta związana jest ze zmianami klimatycznymi na Ziemi, w co można uwierzyć tak samo jak w to, że admirał Byrd był wojownikiem Greenpeace. Kerry jest głównym amerykańskim dyplomatą i jeśli pojechał na Antarktydę to z pewnością nie zajmował się negocjacjami z pingwinami… No tak… Skoro nie z pingwinami to z kim???

bazaufo1

Z jakimś poselstwem z.. hmmm… z innej planety???

bazaufo2

Oglądaliśmy z Mulderm jeden z ostatnich programów “Third Phase of Moon”. Pokazywali tam coś naprawdę niezwykłego, co na Google Earth znalazł jakiś wirtualny wędrowca przetrząsając zakamarki Antarktydy. Na zdjęciu wyraźnie widać idealnie okrągły krater w którym wmontowana jest pokaźnych rozmiarów kula… Czy jest to tajne laboratorium? Baza wojskowa? A może rezydencja obcych… Mulder był pod wielkim wrażeniem odkrycia i od razu poszedł wyciągać mi sznurówki z butów zostawiając mnie z problemem samego. A ja, jak to mam ostatnio w zwyczaju, stawiam w moich wpisach więcej pytań niż prób wyjaśnienia zagadki, co wcale nie znaczy, że takiego wyjaśnienia nie ma. Jest. Trzeba się tylko czujnie rozglądać.

mulder

Nauka i technologie

Żyjemy w świecie smartfonów i tabletów, otoczeni farmami serwerów, strzegących swoją zawartość przed niepowołanym okiem. Pod naszymi stopami kłębią się całe autostrady światłowodów. Zwykła lodówka, czy zmywarka ma dyskretny napis smart, który sugeruje niepokojące możliwości wykraczające poza bezmyślną użyteczność urządzenia, do którego przywykliśmy. To jest nasz świat. Każdy z nas jest do czegoś podłączony. Tak wygląda prosty fakt naszego życia. Jeśli nie ma czegoś w sklepie, kilka kliknięć w telefonie sprawi, że pożądany przez nad przedmiot jest natychmiast pakowany i wysyłany do nas czasem z bardzo odległego zakątka świata. Życie jest piękne! Prawda? Jest jednak ktoś, kto wie w jakim sklepie właśnie byliśmy. Wie czego w nim szukaliśmy. Wie nawet co będzie w przyszłości przedmiotem naszego pożądania… No i co z  tego że wie – ktoś powie. Jutro  samochód UPS czy DHL podrzuci nam zamówienie, za które nie trzeba było nawet uiścić opłaty! Można więc zająć się małymi przyjemnościami i odpalić niewinną grę Pokemon Go. Bardzo wciągającą grę. I nie ma się czemu dziwić, bo stworzono ją za pieniądze CIA… Czas na czapeczkę z folii aluminiowej…

10 lat temu John Hanke założył firmę o nazwie Keyhole. Nazwa pochodzi od rodziny satelit z lat 60-tych. Satelity te czasem nazywano Corona i szpiegowały głownie ZSRR. Były to ukryte i czujne oczy amerykańskiego wywiadu. Firma Hanke nawiązywała swoją nazwą do idei tych satelit, bo jak sama nazwa wskazuje, dzięki jej produktom można było zajrzeć przez dziurkę od klucza i zobaczyć coś z ukrycia, szpiegując każdego za takimi drzwiami. Hanke założył firmę, która zajmowała się szpiegowaniem. Pierwszym produktem firmy Keyhole było stworzenie superszczegółowej mapy świata, co od razu wzbudziło zainteresowanie CIA. Oczywiście nie w sposób bezpośredni. Firmę która reprezentowała CIA, założono za pieniądze agencji a jej nazwa to: In-Q-Tel. In-Q-Tel poszukiwała interesujących technologii, które mogły się przydać w pracy CIA czy NSA i inwestowała w firmy z obiecującymi produktami. Dla CIA był to bardzo wygodny sposób inwestowania w  technologie wykorzystywane później na polu bitwy. In-Q-Tel  zainwestowała w Keyhole duże pieniądze krótko po założeniu tej firmy. Jej produktem był program “Earth”. Dziś znamy go pod nazwą “Google Earth”, bo Google w końcu kupiła Keyhole. Z kolei głownym inwestorem Google jest … CIA. To właśnie Hanke  stworzył Google Map, Google Street View jaką dziś znamy. Wszystkie te informacje na ten temat są łatwe  do odnalezienia w… Google Search 🙂

iqtel

Tymczasem John Hanke nagle przestał pracować w sekcji map w Google i założył niewielką firmę wewnątrz Google o nazwie Niantic Labs. Miało to miejsce w 2010 r. Firma nazywała się Niantic Labs i stworzyła trzy produkty: wszystkie trzy były aplikacjami na telefon komórkowy. Aplikacje te zachęcały użytkownika do dotarcia w jakieś fizyczne, geograficzne miejsce i zrobienie fotografii tego miejsca a także zostawienie komentarza. Aplikacja nazywała się “Field Trip”  ale się nie przyjęła. Drugą była gra “Ingress” . Miała ona dużo elementów z “Field Trip”, ale przy tym była grą wideo. Zachęcała aby udać się w jakieś miejsce, gdzie patrząc przez telefon można było dojrzeć… ukrywające  się szaraki! Można je było także odstrzelić, bo gra dotyczyła inwazji obcych na Ziemię i byla luźo oparta o serial “X-files”. Najnowszą grą z Niantic Lab jest “Pokemon Go”. Obecnie “Niantic Lab” nie jest już częścią Google, bo stała się zupełnie niezależną kompanią. Tyle, że w jej radzie nadzorczej siedzą te same grube ryby, które zarządzają firmą In-Q-Tel. Taką osobą jest np. jest Gilman Louie. Zdobył on niezliczoną ilość nagród przyznawanych przez CIA ludziom, którzy przysłużyli się agencji. Tymczasem gra “Pokemon Go” stała się niezwykle popularna i w błyskawicznym tempie została zaakceptowana na całym świecie.

Gra błyskawicznie zyskała  sobie miliony wielbicieli. Jednak pierwsze 50 milionów “szczęściarzy” instalujących grę, musiało spełnić pewne warunki…  W momencie kiedy instalowali “Pokemon Go” musieli podpisać zgodę, że aplikacja będzie miała dostęp do wszystkich informacji jakie znajdowały się na danym telefonie, włączając w to listę kontaktową, miejsce w którym się przebywa, pliki medialne: zdjęcia, video, muzykę a także  dostęp do wszystkich plików z prawem do ich zmiany (a także dostęp do funkcji delete, import na obcy serwer a nawet zmian w treści pliku) Gra miała także  pełen dostęp do kamery. Zgoda obejmowała także automatyczne połączenie z urządzeniami bluetooth. Instalacja  gry wymagała posiadania konta w Google co dawało jej twórcom dostęp do konta emailowego a także możliwość odbierania i wysyłania  z niego e-maili.

no pokemon

Ze względu na niezwykłe możliwości szpiegowskie gry niemalże natychmiast zakazano  używania tej gry na Kremlu. Zakaz ten jednak nie dotarł do takich miejsc jak Racca czy Mosul. Tam tez w przerwach w walkach ścigano Pokemony, dokładnie obserwując kamerą telefonu teren dookoła, nie mając w ogóle świadomości tego, że gonitwa za Pokemonami służy ustalaniu celów dla rakiet Hellfire. Rządy wielu krajów zwołały poważne narady jak zapobiec graniu w Pokemony w miejscach specjalnego znaczenia dla tych krajów. A Pokemony można ścigać wszędzie – nawet w Białym Domu. Jedyną kontrolę nad tym, gdzie można grać w tą grę a gdzie nie można – ma firma Niantic Lab. Pokemon stał się doskonałym szpiegiem. Może włączać mikrofon i przekazywać rozmowę kogoś, kto nieświadom sytuacji stoi w pobliżu gracza w Pokemony. Jeszcze lepiej gdy taka osoba jest w zasięgi kamery telefonu. Można  wysłać całą armię graczy w miejsce, które ma się pod szczególna obserwacją i wykonają oni swoje zadanie… oczywiście ścigając Pokemony.

Ciekawe też jest to, że jeśli powiedzieć użytkownikom do kogo należy gra i co dzięki temu agencje mogą osiągnąć – wzruszają oni ramionami. Mówią, że albo nie mają nic do ukrycia, albo ze gra daje im tyle przyjemności, że gotowi są zrezygnować  ze swojej prywatności. Nie ma dla nich znaczenie, że rujnując swoją własną prywatność, narażają przy okazji wszystkich, którzy znajdują się w promieniu 10 m od ich telefonów. Nieświadomie i z łatwością podłączają się do domowych sieci internetowych, których często nie chroni nawet hasło. Dzięki temu w jednej chwili są w stanie  przejąć wszystkie informacje jakie znajdują się na urządzeniach elektronicznych w takim domu (tak działa Google Car).

A woman points her smart phone at the Brandenburg Gate as she plays the Pokemon Go
A woman points her smart phone at the Brandenburg Gate as she plays the Pokemon Go

Firma Niantic po kilku dniach sprzedaży swojej gry zrezygnowała z tak szerokiego i niczym nieograniczonego dostępu do telefonów użytkowników. Publicznie przyznała ze było to błędem. Jednak w tym czasie zgromadzono dane z ponad 50 mln urządzeń na całym świecie!  Eksperyment wykazał, że kontrola nad tym co robi populacja jest nie tylko możliwa, ale jest przy tym dziecinnie łatwa. Pokusa aby wciągnąć sie w taką grę jst zbyt silna i wiedząc o tym firmy takie jak Niantic lab już szykują kolejne atrakcje.

Natura i środowiskoNauka i technologie

Przeglądałem książki na półce i wpadła mi w ręce “Censored Science. The Suppressed Evidence” („Ocenzurowana nauka. Stłumione dowody”) napisana przez Bruce Malone. Usiadłem z nią i zaczytałem się tracąc poczucie czasu. Książkę wydano w 2014 r. Zamieszczam fragment dla Was… Oceńcie sami.

“Przez wiele lat odkładalem pieniądze na podróż do Ziemi Świętej. Kiedy dotarłem do hotelu, w lobby przywitał mnie mężczyzna, który powiedział mi, że dzień wcześniej on wraz z bratem znaleźli wejście do starożytnego grobowca, który najprawdopodobniej kryje w sobie wspaniałe skarby i artefakty sprzed dwóch tysiecy lat. Wg Abdula – bracia dokonali odkrycia w tym miejscu Izraela, którego jeszcze nie zbadano. Oświadczył, że za zaledwie 500$ pozwoli mi, wspaniałemu podróźnikowi w jego kraju, abym był pierwszą osobą, która otworzy drzwi grobowca i zbada jego zawartość. Jestem łatwowierną osobą i bez zastanowienia zapłaciłem Abdulowi za taką okazję, po czym ruszyliśmy w pustynię.

Oczywiście była to długa i mozolna podróż przez ścieżki i wzgórza, które nie wykazywały najmniejszych śladów cywilizacji. W końcu przeszliśmy przez ledwie widoczne pęknięcie w ścianie kanionu i dotarliśmy do starożytnego reliefu na skale, strzegącego wejścia do tunelu, który wyglądał na wyżłobiony przez ludzi. Po zapaleniu latarni ruszyliśmy do przodu, odgarniając pajęczyny zasłaniające wejście. Szliśmy, czołgaliśmy się i przeciskaliśmy się przez zakurzone korytarze.

Wreszcie dotarliśmy do obiecanych, zaplombowanych drzwi do nieznanego skarbu. Tak jak się umówiliśmy Abdul pozwolił mi być pierwszą osobą od dwóch tysiecy lat, która otworzy te drzwi i wejdzie do tajemniczej komnaty. Kiedy wpatrywałem się w jej wnętrze najpierw zobaczyłem pokryte kurzem, nierówne, ręcznie ciosane kawałki skały. Wejście grobowca podswietlała poświata przeciskająca się przez szczelinę w suficie komnaty. Wierzyłem, że jestem pierwszą od dwóch tysiecy lat osobą, która ogląda tą scenę, dopóki nie spojrzałem w górę by dostrzec kilka napełnionych helem balonów unoszących się pod sklepieniem. Zrozumiałem, że zostałem oszukany. Fakt, że napełnione helem balony wciąż uniosiły się w powietrzu udowadniał, że wcale nie minęło dwa tysiące lat od ostatniego odkrycia tego miejsca i że ktoś całkiem niedawno odwiedzał ten “starożytny” grobowiec.

Metoda datowania radiometrycznego jest powszechnie stosowana do “udowodnienia”, że Ziemia ma miliardy lat. Jest wiele niespójności w tej metodzie, ale ogólnie datowanie radiometryczne daje nieodparty i spójny obraz tego, że przy obecnym tempie rozpadu, miliardy lat radioaktywnego rozpadu przytrafiły się dziesiątkom różnych radioaktywnych izotopów znalezionych w warstwach skał naszej planety. Metoda datowania radiometrycznego jest oparta na pomiarze ulegającego rozpadowi materiału w próbkach skały. Jest ona analogiczna do określenia ilości piasku przesypującego się w klepsydrze. Można stwierdzić ile czasu upłynęło, gdy zna się tempo w jakim piasek przesypuje się z góry na dół.

W Biblii jest powiedziane: “ w szóstym dniu Bóg stworzył Niebo i Ziemię (Księga Wyjścia, 20:11) i że miało to miejsce całkiem niedawno (Księga Rodzaju, 5). Dlatego albo Biblia niezbyt jasno określa czas stworzenia, albo jest coś złego w założeniach metody datowania radiometrycznego. Przez ponad sto lat większość teologów ciężko tyrała by wyjaśnić dlaczego Biblia wcale nie oznacza tego o czym mówi. Miało to przewidywalne rezultaty – upadek wiary w Słowo Boże. Ostatnie odkrycia naukowe odkryły zdumiewające i rewolucyjne dowody, które rzucają kompletnie nowe swiatło na tą starą kontrowersję.

censored-scienceWiele procesów rozpadu radioaktywnego wyrzuca cząstkę alfa, która gwałtownie zmienia się w atom helu. Rozpad uranu 238 w ołów 206 łączy w sobie osiem transformacji, których rezultatem jest osiem nowych atomów helu na każdy atom rozpadającego się uranu. W związku z tym, że większość uranu w skorupie ziemskiej jest skoncentrowana jako zanieczyszczenie wewnątrz kryształu cyrkonu, hel jest uwieziony także w kryształach cyrkonu w skale granitu. Dopiero kilka lat temu zmierzono tempo przeciekania helu z wnętrza cyrkonu.

Hel jest bardzo małym, energetycznym atomem, który migruje w mierzalnym tempie przez każdą substancję. To dlatego nawet aluminiowane balony helowe nie latają w nieskończoność. Poprzez zmierzenie ilości stworzonego helu, ilości helu jaka została w krysztale i tempie w jakim z niego przecieka, może zostać ustalony czas w jakim dochodzi do radioaktywnego rozpadu. Określono to dla rozmaitych formacji granitu, pobranego z różnych głębokości i wziętą pod uwagę temperaturą. Rezultaty z ostatnich eksperymentów dały zdumiewające wnioski, że do rozpadu radioaktywnego, który tworzy hel (co miałoby mieć miejsce miliardy lat temu) doszło w ciągu zaledwie ostatnich sześciu tysięcy – plus minus dwieście – lat. Hel nie powinien być uwięziony w trylionach maleńskich kryształów cyrkonu na całej naszej planecie w formacjach geologicznych mających miliony lat.

Bóg pozostawił tryliony mikroskopijnych “balonów helowych” (kryształów cyrkonu w formacjach granitu), które ciągle zawierają hel – hel którego nie powinno tam być jeśli te kryształy powstały ponad kilka tysięcy lat temu. Czy to oznacza, że granit jest młodszy niż się powszechnie uważa? Jakie są implikacje dla historii Ziemi jeśli granit jest młody? Jest to jeden z wielu dowodów potwierdzających niedawne stworzenie naszej planety. Istnieją jeszcze inne dane, które w mocny sposób sugerują potrzebę bardziej otwartej dyskusji na temat wieku Ziemi. Powodem dla którego o odkryciach tego typu nigdy nie mówi się w szkołach i muzeach jest to, że “przewodnicy” po współczesnej naturalistycznej nauce potrzebują niezwykle starej Ziemi aby utrzymać ich własną wiarę, że życie powstało samo z siebie bez ingerencji Boga”.

Alternatywna historiaKosmosNauka i technologie

To, co jest niezbędnym warunkiem powstania tworu zwanego “odrywającą się cywilizacją” jest posiadanie technologii, przewyższającej wszystko to, co jest obecnie dostępne na naszej planecie. Zręby takiej technologii mogły powstać w tajnych niemieckich projektach realizowanych tuż przed i podczas II WŚ. Niemcy pracowali nad wieloma egzotycznymi technologiami. Najważniejszą z nich był projekt Die Glocke, o którym świat dowiedział się dopiero w latach 90-tych – po unifikacji Niemiec. Nie wiadomo dokładnie jaką technologię reprezentował Dzwon.

Całą historię odkrył i zapoczątkował Igor Witkowski i zdumiewa fakt, że projekt ten był tak długo utrzymywany w tajemnicy. To odkrycie podziałało na wyobraźnię wielu ludzi i niektórzy uważają, że właśnie za Die Glocke kryje się coś, co nazywamy nazistowskim UFO. Tymczasem nie mamy na to żadnych dowodów. Wiadomo jedynie, że tajemnicze urządzenie potrafiło lewitować w powietrzu. Jednak tylko ten fakt sprawia, że to, nad czym pracowali niemieccy naukowcy jest niezwykle interesujące. Technologia ta mogła być punktem wyjścia do kolejnych, działających na podobnej zasadzie i wykorzystujących prawa fizyki wciąż nieznane szeroko pojętej nauce. Istnieją na ten temat dwie szkoły myślenia. Pierwsza z nich odrzuca analizy Igora Witkowskiego, Nicka Cooka i Josepha Farrella – widzących w Dzwonie prototyp technologii antygrawitacyjnej. Uważają oni, że Die Glocke było wyrafinowaną centryfugą do uzyskiwania izotopów. I rzeczywiście coś w tym jest, bo urządzenie działało w warunkach niezwykle wysokiej mechanicznej rotacji. Tak więc mógłby to być element niemieckiego programu nuklearnego. Ale teoria taka z kolei odciąga od teorii sugerującej, że Niemcy mogli stworzyć podstawy napędu wykorzystującego energię pola. Najlepiej powojenną historię Die Glocke opisał Joseph Farrell, tropiąc powojenne projekty nazistów, o których wiemy że były kontynuowane w Argentynie. Miały one wiele wspólnego z plazmą, z fuzją atomową i z próbą wykorzystania energii punktu zerowego.

Projektowi Die Glocke przewodził Walter Gerlach, który podczas wojny był w tej samej grupie naukowców co laureat Nagrody Nobla – Otto Stern (urodzony w Żorach). Specjalnością Gerlacha nie była fizyka nuklearna, a magnetyczny obrót, polaryzacja i naładowane cząstki. Był zafascynowany grawitacją i jej połączeniem z mechaniką kwantową. Nie jest to więc człowiek, który mógł kierować budową broni nuklearnej czy choćby centryfugi. Gerlach kierując projektem Die Glocke, zajmował się fizyką, która nie miała nic wspólnego z bronią nuklearną, ale z pewnością była pomocna w uzyskaniu alternatywnego źródła energii. Die Glocke wymagało plazmy oddziaływującej na substancję radioaktywną. Tworzyły je obracające się w przeciwną stronę cylindry. Przypomina to model… Słońca. Całość projektował Kurt Debus – późniejszy dyrektor Kennedy Space Center na przylądku Canaveral.… NASA. Jak mało kto posiadal on odpowiednie kwalifikacje bo podobne stanowisko zajmował w Peenemünde, skąd wystrzeliwano rakiety V-2 W Argentynie prace nad projektem kontynuował Ronald Richter. Używał on tam sprzętu wyprodukowanego i dostarczonego przez Allgemeine Elektricitäts-Gesellschaft. Dostarczono go na początku lat 50 tych. W tym czasie Niemcy Zachodnie mimo, że nie były suwerennym krajem to nadal produkowały wyrafinowane urządzenia techniczne. Co ciekawe firma która dostarczyła urządzeń Richterowi w Argentynie, dostarczała je również dla projektu Die Glocke podczas wojny. Tak wynika z odkrytej później dokumentacji. Dlatego Richter jest najważniejszą osobą jeśli chodzi o kontynuowanie prac nad Dzwonem w Argentynie. Sam Richter oświadczył później, że eksperymenty z plazmą jakie dokonywał dla Juana Perona, wykonywał już w 1936 r. Jest to bardzo interesujące, bo w 1935 Węgier Gabriel Kron opublikował pracę naukową na uniwersytecie w Liege w Belgii na temat tzw. negatywnego opornika i przestrzeni tensorowej w rozmaitości psuedoriemannowskiej, która mogła dać impuls a także rozwiązania (zwłaszcza jeśli chodzi o problemy czasoprzestrzeni) konieczne do stworzenia Dzwonu.

Die Glocke dotyczyło bowiem właśnie energii. Projekt ten stał się symbolem nazistowskiego UFO jednak wg naocznych świadków Dzwon nie był w stanie robić nic innego jak lewitować. Nie wykonywał żadnych manewrów tylko wisiał w powietrzu. Kiedy go włączano zabijał wszystko dookoła. Nie można więc było po prostu wsadzić do środka załogi i latać nim po okolicy. Wg Witkowskiego podczas pierwszych testów z Die Glocke, jakie przeprowadzono w podziemnym pomieszczeniu – w kopalni – wyłożonym cegłą ceramiczną i gumowymi matami, zginęło siedmiu naukowców. Po każdym takim teście cegły i gumowe maty musiano wymieniać. Wystawione na działanie Dzwonu rośliny rozpadały się w ciągu godziny i zamieniały w czarną maź. Paliwem była substancja radioaktywna. Jeśli uzyskuje się grawitacyjny albo antygrawitacyjny efekt swojego doświadczenia, zmieni to tempo rozpadu radioaktywnego. Dzięki temu można zmierzyć wartość energii pola. Jeśli Niemcy stworzyli napęd z wykorzystaniem energii pola, to z pewnością musiało zainteresować ich przeciwników. Kiedy III Rzesza stanęła na progu klęski w 1945 r., specjalne komando SS zabiło 60 naukowców pracujących przy Die Glocke, w obawie by nie dostali się w ręce Rosjan. Niemcy zabili swoich własnych inżynierów pracujących przy Dzwonie, bo chcieli projekt zachować dla siebie. Ameryka mogła sobie zabrać bombę atomową i naukowców rakietowych. Rosja także mogła przejąć zarządców projektów rakietowych, którzy mogli zrekonstruować dokumentację. Die Glocke miał należeć tylko do nazistów. Projekt lub jego część był w ścisłej tajemnicy kontynuowany w Argentynie.
Naziści ciągle kontrolowali karty przetargowe jakie były w grze i to oni ustalali co i kto to dostanie.

Wszystko wskazuje na to, że wzbogacony uran i elementy do budowy bomby atomowej Niemcy umyślnie przekazały USA. Przekazaniem kierował Martin Bormann. To on zaplanował i zorganizował dostarczenie Amerykanom najlepszych niemieckich fizyków rakietowych i inżynierów lotniczych. Paul Manning, dziennikarz z NYT i CBS, współpracownik Eda Murrow odkrył zapiski Farago, który dotarł do argentyńskiej dokumentacji, gdzie przedstawiono szczegóły z obserwacji działalności Bormanna w tym kraju. Manning odkrył np. że przebywający w Argentynie Martin Bormann w latach 60-tych wypłacił z banku czek na kilka milionów dolarów. Czek był wypisany przez Manufacturers Hannover i Chase Manhattan. Clearingu dokonano poprzez Deutsche Bank w Buenos Aires. Czek został osobiście podpisany przez Bormanna! Stąd wynika jasno, że to Bormann był człowiekiem, który decydował o powojennych losach nazistowskich technologii i łupów wojennych. Tak więc USA stało się tym samym partnerem Bormanna. Amerykańskim oficerem wywiadowczym, który podczas wojny i zaraz po niej koordynował działania amerykańskiego wywiadu na tym kontynencie był… Nelson Rockefeller. Mówiąc o nazistach ukrywających się w Argentynie nie mam bynajmniej na myśli niewielkiej enklawy drżących ze strachu hitlerowców czekających na to, co przyniesie im los. Naziści posiadali tam olbrzymie terytorium w dolinie Rio Negro o obszarze ponad 15 tys. km2 z miastem San Carlos de Bariloche w swoim centrum. To tam właśnie prowadził swoje badania nad fuzją nuklearną Ronald Richter. Tam także pracowali bracia Horten i Kurt Tank (urodzony w Bydgoszczy), twórca Focke-Wulfa 190. Tak więc z pewnością stworzono tam odpowiednią technologiczną infrastrukturę. Sprowadzono z Europy wiele wyrafinowanych i unikalnych maszyn, ale także sprzęt techniczny i rozmaite patenty. Wydaje się jednak, że centralnym punktem tego co działo się w Argentynie jest projekt Die Glocke.

Wpływ powojennych nazistów na resztę świata trudno jest ocenić w kilku słowach. Wzmożona kontrola nad każdym ruchem obywateli, kamery na każdym rogu potwierdzają, że świat stoczył się w faszyzm. Każdy aspekt naszego życia jest monitorowany. W Stanach Zjednoczonych obie pozornie zwalczające się partie nieustannie zwiększają zasięg władzy federalnej. Czy zatem grupa tworząca extraterytorialne państwo faszystowskie nadal istnieje a jeśli tak, to gdzie się ukrywa? Możemy odnotować dwa sygnały, które potwierdzają, że taka grupa istnieje. Pierwszym jest radykalny islam. Naziści posiadali zawsze intensywne kontakty z islamem. Mieli np. bezpośredni wpływ na powstanie Bractwa Muzułmańskiego. Promowali także Jasera Arafata i OWP. Po raz pierwszy na skalę światową dało się to zauważyć przy obaleniu egipskiego króla Faruka w 1954 r. Powszechnie uważa się, że zrobiła to CIA i jest to prawda. Ale żołnierzami, którzy dokonali tego fizycznie byli naziści. Akcją dowodził Otto Skorzeny i generał Wilhelm Farmbacher. W tle pojawił się nawet Hjalmar Schacht (teść Skorzenyego). Naprawdę wspaniała grupa ludzi. 🙂 Tak więc na wierzchu widać było CIA, ale tuż pod spodem byli naziści. Drugim elementem sygnalizującym obecność nazistów w naszym współczesnym życiu jest światowa liga antykomunistyczna mieszcząca się na Tajwanie. Była to grupa kontrolowana przez CIA. Organizacja ta po upadku ZSRR zmieniła nazwę na Światową Ligę dla Demokracji. Być może fizyczne szukanie takiej grupy jest fałszywym śladem. Ludzie ci po prostu wniknęli do struktury władzy. Modelem dla takiego rozumowania jest organizacja mafijna, gdzie dochodzi od czasu do czasu do walk wewnętrznych kiedy czyjś interes ulega zachwianiu. Kiedy jednak coraz bliższe staje sie przejęcie w posiadanie całego świata, walki wewnętrzne przybierają na sile. dziś w różnych częściach świata toczą się krwawe walki, mimo, że z TV sączy się zapewnienie, że żyjemy w pokoju. Bardzo często są to wojny zwane proxy, gdzie w jakimś strategicznym miejscu ścierają się wpływy wielkich mocarstw kosztem całej populacji.

Nauka i technologieUFO i ETZaginione cywilizacje

Można wyróżnić dwa podejścia do zrozumienia fenomenu UFO. Pierwsze to zrozumienie UFO poprzez zaawansowaną technologię jaką posiadają ET. Dzięki temu ET odwiedzają nas na Ziemi a my próbujemy ich zrozumieć. Druga grupa pojmuje UFO jako ludzką cywilizację, która używa zaawansowanej technologii o której nie mamy pojęcia dlatego sądzimy że mamy do czynienia z ET. Mamy wiele wskazówek, na długo przed wojnami światowymi – jeszcze w XIXw wraz z pojawieniem się statków powietrznych – że ktoś na tej naszej planecie tworzy bardziej zaawansowaną technologię niż ta, która w danym momencie jest dostępna dla ludzkości. Jest to oczywiste nie tylko w przypadku statków powietrznych, ale także prac Nikoli Tesli i odkryć nazistów podczas II WŚ. Były to technologie uznawane wówczas za niemożliwe do stworzenia a mimo wszystko obserwowano efekty ich działania. W przypadku nazistów dostęp do takich technologii pomógł im stworzyć zręby powojennego extraterytorialnego państwa nazistowskiego, które nadal prowadziło badania nad tymi technologiami. Czasami działało ono we współpracy z jakimś innym państwem a czasem badania prowadzono kompletnie niezależnie. Miało to wpływ na stworzenie amerykańskiej odrywającej się cywilizacji. Nie da się jednak na tej podstawie wyjaśnić wszystkich przypadków UFO.

Takim trudnym i kontrowersyjnym do wyjaśnienia przypadkiem jest katastrofa w Roswell, w 1947 r. Ufolodzy chcą widzieć w Roswell przypadek związany z ET ignorując jasne wskazówki, które sugerują powojennych nazistów W oryginalnej wersji memorandów gen Schulgena nie ma żadnej wzmianki na temat pozaplanetarnej hipotezy dotyczącej pochodzenia rozbitego pojazdu, co może oznaczać, że dokumenty te wskazują kogoś innego – być może nazistowskie Niemcy. USA miało wiele powodów aby ukryć prawdziwe znaczenia katastrofy w Roswell. Ufologia jednak nie zgadza się z tym punktem widzenia. Człowiekiem, który miał niewątpliwie wpływ na gen Schulgena, był gen. Nathan Twining. Prowadził on korespondencję na temat Roswell z gen. Schulgenem. Był on człowiekiem należący do służb wywiadowczych i miał regularny kontakt z nazistami w bazie Wright Paterson. W całą tą historię wmieszany był jeszcze jeden człowiek: Alfred Loedding, który był amerykańskim inżynierem niemieckiego pochodzenia specjalizującym się w konstrukcjach lotniczych typu latające skrzydło a później latający dysk. On z kolei uznał, że przypadki UFO nie mogą być związane z Niemcami. Jeśli założyć istnienie państwa extraterytorlialnego, to nie ma mowy o mocy produkcyjnej umożliwiającej budowę takiej ilości pojazdów – argumentował. Uznał więc, że musi być jakieś inne wyjaśnienie pojawiania się UFO w takiej ilości. Doszedł do wniosku że, za całym fenomenem stoi ET. Dla odrywającej się cywilizacji oznacza to, że musiała brać pod uwagę istnienie nie tylko ponadnarodowej organizacji nazistowskiej a także istnienie ET. Nie należy tu zapominać o spostrzeżeniu Dolana, że ta grupa powstawała w sieci uzależnień Zimnej Wojny co oznacza, że musiał być brany pod uwagę dodatkowy wrogi element: komunizm. W przypadku rozważania istnienia ponadnarodowego państwa nazistowskiego musieli oni brać także pod uwagę to, że zaimportowali do USA dziesiątki tysięcy niemieckich naukowców i nie było pewności czy pracują oni dla swoich nowych panów czy też nadal współpracują z systemem, który ich stworzył. Co ciekawe, po Roswell amerykańskie służby wewnętrzne ponownie otworzyły i analizowały dokumentację związaną z tymi ludźmi. Nie jest to przypadek. Dlatego musiała powstać technologia pozwalająca na lepszą kontrolę tego co dzieje się na świecie i w tym celu stworzono satelity szpiegowskie. Pozwalały one kontrolowac to co się dzieje w ZSRR i pozwalały wytropić skąd pojawiają się nazistowskie – być może – latające spodki. Kiedy przeczytać kolekcję notatek gen Schulgena bez dodatków w kwestii ET jasno widać ze miał on na myśli nazistów. Zwracał on np. nawet uwagę na elementy konstrukcji pojazdu, które przypominały mu to, co budowali wcześniej Niemcy. Nie szukano więc latającego spodka pilotowanego przez zielonego ludzka a latającego spodka kierowanego przez nazistowskiego pilota. Elementem wyższej fazy rozwoju takiej technologii była możliwość wysłania jej na inną planetę aby sprawdzić skąd przylatują pozaziemskie pojazdy. W latach 50-tych dr Hermann Oberth w wywiadzie mówił o tym, że UFO przylatuje z innych planet – być może z Marsa albo Saturna.

Można zapytać więc skąd pochodziły pomysły na stworzenie takiej technologii. Na myśl przychodzi wykorzystanie technologii znalezionej w rozbitych pojazdach jakiejś pozaziemskiej cywilizacji. Taką postawę reprezentuje cały odłam ufologów. Jeśli jednak ET rozbijałoby swoje pojazdy z taką częstotliwością, która pozwalała na wykorzystywanie i recyklarz ich technologii, to wkrótce musielibyśmy zacząć rozbijać nasze ziemskie pojazdy na planetach zamieszkałych przez ET po to, aby oni sami mogli nadgonić własne tempo rozwoju. Takie rozumowanie nie prowadzi jednak do niczego. Przykład Kecksburga świadczy o tym, że technologia która rozbiła się w pensylwańskich lasach musiała mieć raczej ziemskie źródła. Jeśli w istocie taka technologia została stworzona przez człowieka, to ci co ją posiadają z pewnością nie zechcą wyjawić jej szczegółów. Jeśli naziści rzeczywiści znaleźli rozbite UFO w lesie Schwartzwaldu, to po co interesowali się pismami Khrona czy zrobili Waltera Gerlacha szefem projektu Die Glocke?

Jeśli przyjrzeć się tajemnicy statków powietrznych i uznać, że przypadki ich obserwacji były prawdziwe, to mamy do czynienia z technologią, która była bardziej zaawansowana niż późniejsze zeppeliny. Tuz przed wojną mamy do czynienia z wieloma przypadkami pojawienia się takich pojazdów nad Szwecją i Norwegią. Naoczni świadkowie opowiadali, że pojazdy miały 8-10 śmigieł. Oczywiście śmigła nie są najlepszą metodą na loty międzyplanetarne a więc mamy tu raczej do czynienia z technologią stworzoną przez człowieka. Śledztwo w tej sprawie przeprowadził brytyjski RAF i Anglicy we wnioskach uznali, że te pojazdy pochodzą z jakichś tajnych baz. Tak więc mamy do czynienia z tajnym rozwojem technologii, które powstają niezależnie i nie są związane ani z globalną ekonomią ani z ET. Istnieje także niemiecki wątek w historii latających pojazdów. Charles Dellschau był amerykańskim malarzem pruskiego pochodzenia, który malował niecodzienne obrazy przedstawiające dziwaczne pojazdy powietrzne. Wielokrotnie powtarzał, że są one prawdziwe i są efektem współpracy amerykańsko niemieckiej, finansowane przez bogatych kapitalistów. Miały one latać z pustyni Sonora w Kalifornii. Podobno projekt sponsorowało tajne niemiecki stowarzyszenie NYMZA. Walter Bosley napisał książkę pt “Empire on The Wheel” w której opisuje tajemnice statków powietrznych. Nie ulega wątpliwości, że tajne stowarzyszenia tak w Europie jak i Ameryce pracowały nad tajnymi technologiami. Tworzy to konsekwentny wzorzec powstawania w obu tych miejscach zaawansowanych technologii. Takie założenie uprawdopodabnia stworzenie fenomenu odrywającej się cywilizacji zwłaszcza wraz utworzeniem w USA systemu bezpieczeństwa narodowego i eksplozję pojawiania się UFO. Rok 1947 jest bardzo znaczący. Kenneth Arnold zobaczył eskadrę latających spodków, admirał Byrd wrócił ze swojej antarktycznej eskapady, latający talerz spadł w Roswell i dlatego rząd USA musiał zauważyć ten problem, który być może stał się ważniejszy niż rozprawa z komunizmem.

Pojawienie się UFO jest nierozerwalnie związane z próbami nuklearnymi. UFO wykazuje niezwykle zainteresowanie takimi doświadczeniami. Ufolodzy uważają, że latające spodki pojawiły się nad amerykańskimi instalacjami nuklearnymi dwa lata po wybuchu bomby atomowej w Hiroshimie i Nagasaki. Jednak Frank Edward, ufolog z lat 60-tych zauważył, że UFO jako pierwsze pojawiło się nad Skandynawią w postaci rakiet widm. Uznał więc, że UFO pojawiło się we właściwym czasie, ale w niewłaściwym miejscu. Istnieje jednak mocno uzasadniona teoria, że Niemcy zbudowały swoją bombę atomową przed końcem wojny i prowadziły próby na Morzu Bałtyckim. Czyli UFO pojawiło się jednak nad właściwym miejscem! Jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości – niech odpowie sobie na pytanie jak kraj, w którym wymyślono fizykę kwantową i fizykę nuklearną nie był w stanie zbudować bomby atomowej? Jak to się stało, że naukowcy tacy jak Heisenberg czy Harteck nie byli w stanie zbudować bomby atomowej podczas wojny, ale po wzięciu ich do niewoli przez Anglię i obejrzeniu filmu ze zrzucenia atomówki na Hiroszimę byli w stanie zbudować ją dla Anglików? Niemcy wzbogacali uran na ogromną skalę. Pod koniec wojny wysyłali ten uran do Japonii. Jeśli ktoś posiada możliwości stworzenia wzbogaconego uranu na wielką skalę to potrzebuje już tylko włożyć to wszystko w opakowanie na bombę. Wiele wskazuje na to, że Niemcy posiadały taką bombę i użyły ją podczas II WŚ. Być może nie mogły albo raczej nie chciały jej użyć na zachodnim froncie przeciwko braciom aryjczykom, za to front wschodni dawał wiele możliwości. Rosjanie byli nie tylko wrogami ideologicznymi, ale także rasą podludzi. Przeciwko Rosjanom Niemcy wykorzystali rozmaite rodzaje bardzo nowatorskiej broni. Już w 1941 r. użyli pierwszych typów bomby paliwowej. To tłumaczy olbrzymie straty ludzkie jakie ponieśli Rosjanie w tej wojnie. Czy Werhmacht był naprawdę tak doskonały taktycznie, że zabijał Rosjan w skali 10:1? Czy może jednak zaszło tam coś zupełnie innego?

Nauka i technologie

Dziś głównym wrogiem Ziemi nie jest wcale ISIS czy nawet lecąca w naszym kierunku asteroida a niewidzialny gołym okiem dwutlenek węgla. Od lat trwa nad naszymi głowami ożywiona dyskusja nad globalnym ociepleniem, które podobno jest w stanie zniszczyć życie jakie znamy na naszej planecie. Głównym wrogiem są gazy cieplarniane właśnie z dwutlenkiem węgla na czele. Radykalna opcja zakłada powstrzymanie jego emisji co w obecnych warunkach oznacza śmierć energetyczną Ziemi. Tymczasem naukowcy z Teksasu dokonali niezwykłego odkrycia, które daje nadzieję na przyszłość. Udało im się przerobić niechciany przez nikogo dwutlenek węgla na paliwo. Całą sytuację opisuje artykuł w phys.org pt: “Proven one-step process to convert CO2 and water directly into liquid hydrocarbon fuel” (“Udowodniony jednostopniowy proces zamienia CO2 i wodę prosto w płynne paliwo węglowodorowe”)

“Grupa chemików i inżynierów z University of Texas w Arlington udowodniła, że skupione światło, temperatura i wysokie ciśnienie jest w stanie spowodować jednostopniową konwersję dwutlenku węgla i wody wprost w nadające się do użytku płynne paliwo węglowodorowe.

Nowa technologia paliwowa jest nie tylko prosta i tania ale ma także potencjał pomóc w zmniejszeniu globalnego ocieplenia poprzez usunięcie z atmosfery dwutlenku węgla aby stworzyć paliwo. Produktem ubocznym procesu jest tlen, który byłby zwracany do atmosfery co będzie miało wpływ na środowisko naturalne, powiedzieli badacze.

“Nasz proces ma poważna przewagę nad bateriami i wodorem używanym do napędu samochodów bo wiele produktów węglowodorowych jakie powstają w wyniku naszej reakcji, jest dokładnie tym samym co stosujemy w naszych samochodach, ciężarówkach i samolotach, dlatego nie ma potrzeby zmiany obecnego systemu dystrybucji paliw.”, powiedział Frederick MacDonnell, jeden z współprowadzących ten projekt.

W artykule opublikowanym w Proceedeings of the National Academy of Sciences i zatytułowanym: “Solar photothermochemical alkane reverse combustion”, wykazali, że jednostopniowa konwersja dwutlenku węgla i wody w płynne węglowodory i tlen może być uzyskana w reaktorze fototermochemicznym w temperaturze 180-200C po ciśnieniem 6 atmosfer.

“Jesteśmy pierwszymi, którzy użyli światła i temperatury aby stworzyć płyn węglowodorowy z CO2 i wody w jednostopniowym reaktorze.” powiedział Brian Dennis, profesor mechaniki i inżynierii kosmicznej, również współprowadzący ten projekt.

Skupione światło wywołuje reakcję fotochemiczną, która tworzy wysokoenergetyczne półprodukty i temperaturę potrzebną do wywołania termochemicznej reakcji, produkującej węglowodory w jednostopniowym procesie.

Naszym następnym krokiem jest stworzenie fotokatalizatora lepiej odpowiadającego na światło słoneczne. – powiedział MacDonnell. Wówczas o wiele bardzie efektywnie możemy cale spektrum światła aby stworzyć solarne, płynne paliwo.

Autorzy projektu widzą to jako zespół parabolicznych luster, koncentrujących światło słoneczne na katalizatorze, dostarczając ciepło i foto-wzbudzenie potrzebne do zajścia reakcji. Nadwyżka ciepła oddawana byłaby na inne działania przy produkcji paliwa solarnego, włączając w to separacje i filtrowanie wody.

Oczywiście jest to dopiero pierwszy i niewielki sukces w dziedzinie stworzenia nowego paliwa i zanim pierwszy samochód je zatankuje minie z pewnością wiele, wiele lat.
Na dodatek produkcja takiego paliwa jest tania, co w obecnym świecie jest problemem i można być zupełnie pewnym, że kiedy projekt ruszy na skalę przemysłową koszt produkcji w magiczny sposób wzrośnie…

Wykorzystanie niepotrzebnego dwutlenku węgla jako paliwa jest jednak kuszące. Zmieni to cały obecny przemysł energetyczny. Będzie można na dobre zakorkować złoża ropy ale i pozamykać niebezpieczne elektrownie atomowe. W każdym miejscu mną świecie będzie można zbudować niewielkich rozmiarów elektrownię napędzaną węglowodorem uzyskanym z dwutlenku węgla. Wystarczy jeszcze do tego dorzucić drukarkę 3D i krajobraz gospodarczy świata zmieni się gwałtownie.

Węglowodory to paliwa kopalne, ale to co można – na razie w warunkach eksperymentalnych – wytworzyć z CO2 również nim jest – tyle że jest to “paliwo kopalne” w pełni odnawialne! I dlatego ma szanse kompletnie zmienić świat.