Natura i środowisko

Od czasu Rajskiego Ogrodu węże nieustannie towarzyszą ludziom. Najczęściej wzbudzają odrazę a zaraz po niej strach. I jest się czego bać. Niedawno zamieszczono w gazecie krótką notatkę o tym, że zastrzelony przez strażników w parku Everglades na Florydzie pyton birmański miał w swoim żołądku trzy jelenie! Jelenie na Florydzie nie są duże mimo to, żarłoczność i moprderczy instynkt gada robi wrażenie. Ostatnio na NA coraz częściej we wpisach wypełzały różne węże – i to często te najbardziej jadowite. Nie mogłem się oprzeć pokusie, żeby dowiedzieć się o nich coś więcej… Kto wie… Może tak wiedza kiedyś okaże się niezbędna.

Brian Fry jest wychowanym w USA Australijczykiem. Jego pasją są wlaśnie węże – szczególnie te jadowite. Napisał na ten temat dwie książki: “Venom Doc” (“Jadowity doktor”) i “Venomus Reptiles & Their Toxins” (“Jadowite gady i ich trucizny”). Fry jest profesorem biologii na uniwersytecie w Queensland w Australii i prowadzi badania nad jadem najgroźniejszych węży na świecie. Jego pasja ma swoją niezbyt przyjemną stronę, bo w trakcie badań łatwo jest zostać ukąszonym przez węża i do tej pory przydarzyło mu się to już 26 razy. Kiedy miał kilka lat przeglądał album ze zdjęciami swojej matki. Była ona córką norweskiego dyplomaty i dużo podróżowała razem z ojcem po świecie. Na zdjęciach mały Brian zobaczył indyjskie kobry i australijskie mamby. Od razu wzbudziło to w nim ogromną ciekawość tego nieznanego i bardzo niebezpiecznego świata.

Filozofia Frya jest prosta. Każda trucizna ma potencjał stać się lekarstwem i każde lekarstwo ma potencjał stać się trucizną. Jest on wielkim orędownikiem ochrony resztek natury jaka żyje na naszej planecie i uważa on, że jedyna szansa na jej przetrwanie wiedzie poprzez jej komercjalizację. Piękne obrazki i widoczki żyjącej w harmonii natury są wg niego naiwnym i zupełnie nieskutecznym sposobem powstrzymania ekspansji cywilizacji. Jedyną szansą dzikich zwierząt jest stać się źródłem dochodu porównywalnego z dochodem z pola naftowego. Węże którymi się zajmuje Fry mają taki potencjał, bo dzięki nim przemysł farmaceutyczny produkuje duża liczbę unikalnych lekarstw. Ludzkość ma za sobą bardzo długą historię wykorzystywania natury w celach leczniczych. Nadal ok 70% lekarstw jest pochodną ziół leczniczych.

Jad węża działa w niezwykle wyrafinowany sposób. Niektóre węże wstrzykując swój jad powodują skrzepy krwi w tętnicach i człowiek umiera na zawał. Jad innych węży działa odwrotnie i zapobiega krzepnięciu krwi zamieniając ją w czerwoną wodę i człowiek umiera wówczas np. na wylew krwi do mózgu. Inny jad działa w ten sposób, że uniemożliwia mózgowi wysłania sygnału skurczenia mięśnia, co powoduje paraliż ukąszonej części ciała. Jad działa tu podobnie jak morfina, powodując kompletne znieczulenie. Jad węża nacanaca, który ukąsił poszukiwacza El Dorado – Leonarda Clarka – powoduje spastyczność mięśni i śmierć następuje jak po przedawkowaniu amfetaminy. Ciało ludzkie działa wtedy tak, jakby nacisnąć w aucie gaz do dechy i przeciąć przewody hamulcowe. Clark jednak był twardzielem i wyszedł z tego cało…

Ilość jadu jaką produkuje wąż jest zależna od jego wielkości i gatunku. Niektóre produkują jednorazowo najwyżej 2 mg jadu inne, jak australijska mulga produkują półtora do dwóch gramów jadu. Ilość nie jest jednak najważniejsza. Często o jadowitości węża decyduje szybkość z jaką działa jad i jego moc. Kobra ma znacznie mniej jadu niż grzechotnik, ale jest o wiele bardziej jadowita. Najbardziej jadowitym wężem na świecie jest – wg Fry’a -…… ten, który właśnie cię ugryzł. Biolodzy uważają, że najjadowitszym wężem na świecie jest australijski taipan, szczególnie odmiana żyjąca na wybrzeżu Australii, ktora ma znacznie większą ilość jadu od swoich kuzynów żyjących wewnątrz kontynentu. Jad jest słabszy od taipanów śródlądowych, ale jest go kilka razy więcej, bo aż 700 mg. Jest to ilość wystarczająca aby położyć trupem 50 osób.

Jad jest potrzebny wężom po to, aby przeżyć. Dzięki niemu mogą zabić swoją ofiarę i ją po prostu zjeść. Człowiek jest zawsze ofiarą przyadkową, bo jadowite węże nie polują na ludzi. Główną ofiarą węży są gryzonie, które fizjologicznie są do nas zbliżone – co nie dziwi, bo są przecież ssakami. Dlatego jad węża jest skonstruowany tak, aby działał najszybciej na ssaki, a wiec także na ludzi, którzy przypadkowo wejdą mu w drogę. Najszybciej zabija australijska munga. Po jego ukąszeniu człowiekowi bez natychmiastowej pomocy zostaje najwyżej 10-15 min. życia. W porównaniu: po ukąszeniu grzechotnika człowiek męczy się jeszcze 24 godziny zanim ostatecznie wyzionie ducha.

Jadowity wąż atakuje człowieka wyłącznie ze strachu. Jesteśmy dla tych węży zbyt duzi, żeby zostać przez nie zjedzeni. Dlatego mówienie o ataku węża jest mylące bo jest to raczej jego obrona. Zazwyczaj zasięg uderzenia węża wynosi połowę długości jego ciała. Węże nie skaczą w powietrzu tak jak pokazują to niektóre thrillery. Mogą się za to dosyć szybko poruszać i uderzyć ponownie. Kiedyś Fry zostal ukąszony przez Pseudonaja textilis, węża leśnego z rodziny zdradnicowatych. Miało to miejsce na przedmieściach Brisbane. Jad tego węża zapobiega koagulacji krwi i Fry zorientowal się że coś jest nie tak, kiedy zaczął nagle krwawic z oczu. Chwilę póżniej zaczął krwawić z ust i odbytu. Był przerażony. Lada chwila mógł dostac wylewu krwi do mózgu i nawet gdyby przeżył ukąszenie, to do końca życia byłby już ludzkim warzywem. Na szczęście miał przy sobie antidotum i nadal może …badać życie jadowitych węży.

Wąż regeneruje swój jad przez ok. dwa tygodnie. Nie oznacza to, że po ukąszeniu przez cały ten czas zostaje bezbronny. W gruczołach zawsze zostaje jakaś jego ilość zachowana na następny atak. Zazwyczaj po takim ataku wąż stara się jak najszybciej schować w krzakach. Jest jednak niewielka grupa węży, która raz wkurzona atakuje do skutku. Takim wężem jest taipan nadbrzeżny. Węże są agresywne, bo żywią się stworzeniami dla nich niebezpiecznymi i podczas ataku muszą mieć pewność, że ofiara tego nie przetrwa. Wspomniana agresywna odmiana taipana poluje na zwierzaki zwane bandicoot, które żywią się wężami, więc atak taipana zawsze kończy się śmiercią jednej albo drugiej strony. Wąż atakuje błyskawicznie. Znany jest w Australii przypadek ataku tego taipana na 8-letniego chłopca. Wąż w ciągu kilku sekund zadał 12 uderzeń. Chłopiec oczywiście nie przeżył tego ataku.

Na okładce książki znajduje się zdjecie Frya z 4 metrową kobrą królewską , które zrobiono mu w Singapurze. Jest to jego ulubiony jadowity wąż, bo mimo, że jest gadem ma nadzwyczajnie wysoki poziom inteligencji. Nieprzypadkowo kobra jest ulubionym wężem w “popisach” zaklinaczy węzy w Indiach. Oprocz węży Fry’a intersują także inne niebezpieczne zwierzęta jak np płaszczki, które posiadają jadowity kolec. Taka płaszczka zabiła znanego australijskiego pogromcę krokodyli Steve Irwina. Sam jad płaszczki nie jest dla człowieka śmiertelny. Smiertelny może być jednak cios jaki zadaje ta ryba. Płaszczka rejestruje słabe sygnały elektryczne jakie produkuje stworzenie, które jej zagraża. Najczęściej jest to rekin a czsem orka. W przypadki Irwina płaszczka zlokalizowała serce Australijczyka i zadała śmiertelny cios rozbijając je na miazgę swoim potężnym kolcem. Nie jest to unikalny przypadek takiego ataku płaszczki na człowieka i w australijskich aktach jest więcej podobnych. Fry został również zaatakowany przez tą płaszczkę, ale w jego przypadku kolec uderzył w łydkę rozrywając ją do kości. Fry przeżyl także ukłucie skorpiona kiedy podróżował po amazonskiej dźungli. Ból po takim ukłuciu porównuje do włożenia palca w ogień świeczki i trzymanie go tam przez następne 8 godzin. Ukłucie skorpiona i jego jad zatrzymało serce Fry’a na kilka sekund, następnie zaczęło pracować przez 30 sekund by znów się zatrzymaćc. Taka sytuacja trwała przez następne 6 godzin i mogła skończyć się dla biologa bardzo źle. Podczas tej wyprawy nie miał on ze sobą antidotum na jad skorpiona. Do tego dochodzą jeszcze 24 złamania kości jakie przeżył w swoim życiu (ma 47 lat) w tym trzy złamania kręgosłupa. Złamał kręgoslup, gdy spadl z wysokiego na 4 m kopca termitów na inny szpiczasty kopiec. Jego kręgosłup pękł wówczas w trzech miejscach i trzeba bylo go rekonstruować. Obliczył. że do tej pory zalożono mu ponad 400 szwów.

Swoją przyszłą żonę poznał w Szwajcarii gdy okazalo się, że obydwoje uczestniczą w tej samej wyprawie na Syberię. Poważniejsze plany wobec siebie zaczęli robić, gdy następnym razem spotkali się na indonezyjskiej wyspie Komodo, gdzie obserwowali wielkie mięsożerne warany.

Fry uważa, że nawet najbardziej jadowite węże nie są dla człowieka tak groźne jak… drugi człowiek. Podczas wędrówki po góach Sierra Nevada de Santa Marta w Kolumbii, gdzie szukał węża nacanaca otarł się kilka razy o partyzantów z organizacji FARC, która wieleokrotnie porywała i zabijała nie tylko cudzoziemców, ale także robotników z plantacji. Raz zostal nawet zatrzymany przez grupę rebeliantów, ale gdy pokazał im zebrane przez siebie okazy jadowitych węży puszczono go wolno. Z kolei w Pakistanie dom, w którym mieszkał, został wysadzony 3 dni po tym, gdy go opuścił.

Alternatywna historiaNatura i środowiskoNauka i technologiePolitykaUFO i ET

Dziwne rzeczy dzieją się w Antarktyce. Od kiedy Rosjanie przewiercili wielokilometrową warstwę lodu w Jeziorze Wostok krąży plotka, że znaleźli w nim coś pokaźnych rozmiarów. Rosjanie w razie czego siedzą cicho tylko ich samoloty kursują regularnie do jeziora i z powrotem.

Inna antarktyczna plotka mówi o jakiejś tajemniczej chorobie atakującej pracujących tam ludzi, którzy wywożeni są z lodowego kontynentu dyskretnie i bez rozgłosu i natychmiast zastępowani nowymi. Czyżby wydobyto z lodów jakiegoś wirusa, który w uśpieniu czekał miliony lat na swoją szansę?

kirylTuż przed II WŚ Antarktydą zainteresowali się Niemcy, którzy wysłali tam sporych rozmiarów ekspedycję przyłączając do III Rzeszy solidny kawałek Ziemi Królowej Maud, który nazwali Neuschwabenlandem. Nie wiadomo czego szukali tam naziści, ale gdy wracali z wyprawy ich trasa przebiegała podejrzanym zygzakiem. Chcieli zgubić swój trop?

Tuż po wojnie dotarła do Antarktydy imponująca eskadra admirała Byrda, która miała w planach zostać tam przez wiele miesięcy. W wyprawie wzięli udział specjalnie szkoleni do warunków polarnych marines w towarzystwie niszczycieli i lekkiego lotniskowca. Znów nie znamy powodu tej zdumiewającej – choćby ze względu na rozmiary – wyprawy. Zamiast jednak miesięcy – trwała kilka tygodni, gdy admirał Byrd zarządził odwrót. Amerykańskie okręty stoczyły tam tajemniczą bitwę, w której niektóre z nich zatonęły a inne powróciły mocno sfatygowane walką…. Z kim???? Byrd w wywiadzie dla chilijskiego “El Mercurio” ostrzegał przed wrogimi pojazdami powietrznymi, które wylatują z rejonu bieguna południowego i poruszają się z ogromną prędkością… Później na Antarktydę miały przybyć brytyjskie i amerykańskie siły specjalne, które rozprawiły się (podobno!!!) z antarktycznym oddzialem SS. Co jakiś czas pojawiają się nowe strzępki informacji w tej sprawie.

Dziś Antarktyda wciąż dobrze kryje swoje tajemnice a także tajemnice tych, którzy realizują tam projekty o których świat nie ma pojęcia. Kilka miesięcy temu na ten kontynent przybył patriarcha Moskwy Kirył III. Wracał do Rosji dość okrężną drogą z Hawany, gdzie spotkał się z papieżem Franciszkiem. Czyżby przyjechał tylko po to, żeby sobie zrobić zdjęcia z pingwinami?

kerry

Dwa tygodnie temu na Antarktydzie wylądował ogromny C-17 Globemaster (nomen omen) z amerykańskim sekretarzem stanu, Johnem Kerry na pokładzie. Jest to najwyższy dostojnik państwowy USA jaki kiedykolwiek odwiedził to miejsce. I znów ciśnie się na usta wiele pytań. Dlaczego? i w ogóle: Dlaczego właśnie teraz? Oficjalnie wizyta związana jest ze zmianami klimatycznymi na Ziemi, w co można uwierzyć tak samo jak w to, że admirał Byrd był wojownikiem Greenpeace. Kerry jest głównym amerykańskim dyplomatą i jeśli pojechał na Antarktydę to z pewnością nie zajmował się negocjacjami z pingwinami… No tak… Skoro nie z pingwinami to z kim???

bazaufo1

Z jakimś poselstwem z.. hmmm… z innej planety???

bazaufo2

Oglądaliśmy z Mulderm jeden z ostatnich programów “Third Phase of Moon”. Pokazywali tam coś naprawdę niezwykłego, co na Google Earth znalazł jakiś wirtualny wędrowca przetrząsając zakamarki Antarktydy. Na zdjęciu wyraźnie widać idealnie okrągły krater w którym wmontowana jest pokaźnych rozmiarów kula… Czy jest to tajne laboratorium? Baza wojskowa? A może rezydencja obcych… Mulder był pod wielkim wrażeniem odkrycia i od razu poszedł wyciągać mi sznurówki z butów zostawiając mnie z problemem samego. A ja, jak to mam ostatnio w zwyczaju, stawiam w moich wpisach więcej pytań niż prób wyjaśnienia zagadki, co wcale nie znaczy, że takiego wyjaśnienia nie ma. Jest. Trzeba się tylko czujnie rozglądać.

mulder

Natura i środowiskoNauka i technologie

Przeglądałem książki na półce i wpadła mi w ręce “Censored Science. The Suppressed Evidence” („Ocenzurowana nauka. Stłumione dowody”) napisana przez Bruce Malone. Usiadłem z nią i zaczytałem się tracąc poczucie czasu. Książkę wydano w 2014 r. Zamieszczam fragment dla Was… Oceńcie sami.

“Przez wiele lat odkładalem pieniądze na podróż do Ziemi Świętej. Kiedy dotarłem do hotelu, w lobby przywitał mnie mężczyzna, który powiedział mi, że dzień wcześniej on wraz z bratem znaleźli wejście do starożytnego grobowca, który najprawdopodobniej kryje w sobie wspaniałe skarby i artefakty sprzed dwóch tysiecy lat. Wg Abdula – bracia dokonali odkrycia w tym miejscu Izraela, którego jeszcze nie zbadano. Oświadczył, że za zaledwie 500$ pozwoli mi, wspaniałemu podróźnikowi w jego kraju, abym był pierwszą osobą, która otworzy drzwi grobowca i zbada jego zawartość. Jestem łatwowierną osobą i bez zastanowienia zapłaciłem Abdulowi za taką okazję, po czym ruszyliśmy w pustynię.

Oczywiście była to długa i mozolna podróż przez ścieżki i wzgórza, które nie wykazywały najmniejszych śladów cywilizacji. W końcu przeszliśmy przez ledwie widoczne pęknięcie w ścianie kanionu i dotarliśmy do starożytnego reliefu na skale, strzegącego wejścia do tunelu, który wyglądał na wyżłobiony przez ludzi. Po zapaleniu latarni ruszyliśmy do przodu, odgarniając pajęczyny zasłaniające wejście. Szliśmy, czołgaliśmy się i przeciskaliśmy się przez zakurzone korytarze.

Wreszcie dotarliśmy do obiecanych, zaplombowanych drzwi do nieznanego skarbu. Tak jak się umówiliśmy Abdul pozwolił mi być pierwszą osobą od dwóch tysiecy lat, która otworzy te drzwi i wejdzie do tajemniczej komnaty. Kiedy wpatrywałem się w jej wnętrze najpierw zobaczyłem pokryte kurzem, nierówne, ręcznie ciosane kawałki skały. Wejście grobowca podswietlała poświata przeciskająca się przez szczelinę w suficie komnaty. Wierzyłem, że jestem pierwszą od dwóch tysiecy lat osobą, która ogląda tą scenę, dopóki nie spojrzałem w górę by dostrzec kilka napełnionych helem balonów unoszących się pod sklepieniem. Zrozumiałem, że zostałem oszukany. Fakt, że napełnione helem balony wciąż uniosiły się w powietrzu udowadniał, że wcale nie minęło dwa tysiące lat od ostatniego odkrycia tego miejsca i że ktoś całkiem niedawno odwiedzał ten “starożytny” grobowiec.

Metoda datowania radiometrycznego jest powszechnie stosowana do “udowodnienia”, że Ziemia ma miliardy lat. Jest wiele niespójności w tej metodzie, ale ogólnie datowanie radiometryczne daje nieodparty i spójny obraz tego, że przy obecnym tempie rozpadu, miliardy lat radioaktywnego rozpadu przytrafiły się dziesiątkom różnych radioaktywnych izotopów znalezionych w warstwach skał naszej planety. Metoda datowania radiometrycznego jest oparta na pomiarze ulegającego rozpadowi materiału w próbkach skały. Jest ona analogiczna do określenia ilości piasku przesypującego się w klepsydrze. Można stwierdzić ile czasu upłynęło, gdy zna się tempo w jakim piasek przesypuje się z góry na dół.

W Biblii jest powiedziane: “ w szóstym dniu Bóg stworzył Niebo i Ziemię (Księga Wyjścia, 20:11) i że miało to miejsce całkiem niedawno (Księga Rodzaju, 5). Dlatego albo Biblia niezbyt jasno określa czas stworzenia, albo jest coś złego w założeniach metody datowania radiometrycznego. Przez ponad sto lat większość teologów ciężko tyrała by wyjaśnić dlaczego Biblia wcale nie oznacza tego o czym mówi. Miało to przewidywalne rezultaty – upadek wiary w Słowo Boże. Ostatnie odkrycia naukowe odkryły zdumiewające i rewolucyjne dowody, które rzucają kompletnie nowe swiatło na tą starą kontrowersję.

censored-scienceWiele procesów rozpadu radioaktywnego wyrzuca cząstkę alfa, która gwałtownie zmienia się w atom helu. Rozpad uranu 238 w ołów 206 łączy w sobie osiem transformacji, których rezultatem jest osiem nowych atomów helu na każdy atom rozpadającego się uranu. W związku z tym, że większość uranu w skorupie ziemskiej jest skoncentrowana jako zanieczyszczenie wewnątrz kryształu cyrkonu, hel jest uwieziony także w kryształach cyrkonu w skale granitu. Dopiero kilka lat temu zmierzono tempo przeciekania helu z wnętrza cyrkonu.

Hel jest bardzo małym, energetycznym atomem, który migruje w mierzalnym tempie przez każdą substancję. To dlatego nawet aluminiowane balony helowe nie latają w nieskończoność. Poprzez zmierzenie ilości stworzonego helu, ilości helu jaka została w krysztale i tempie w jakim z niego przecieka, może zostać ustalony czas w jakim dochodzi do radioaktywnego rozpadu. Określono to dla rozmaitych formacji granitu, pobranego z różnych głębokości i wziętą pod uwagę temperaturą. Rezultaty z ostatnich eksperymentów dały zdumiewające wnioski, że do rozpadu radioaktywnego, który tworzy hel (co miałoby mieć miejsce miliardy lat temu) doszło w ciągu zaledwie ostatnich sześciu tysięcy – plus minus dwieście – lat. Hel nie powinien być uwięziony w trylionach maleńskich kryształów cyrkonu na całej naszej planecie w formacjach geologicznych mających miliony lat.

Bóg pozostawił tryliony mikroskopijnych “balonów helowych” (kryształów cyrkonu w formacjach granitu), które ciągle zawierają hel – hel którego nie powinno tam być jeśli te kryształy powstały ponad kilka tysięcy lat temu. Czy to oznacza, że granit jest młodszy niż się powszechnie uważa? Jakie są implikacje dla historii Ziemi jeśli granit jest młody? Jest to jeden z wielu dowodów potwierdzających niedawne stworzenie naszej planety. Istnieją jeszcze inne dane, które w mocny sposób sugerują potrzebę bardziej otwartej dyskusji na temat wieku Ziemi. Powodem dla którego o odkryciach tego typu nigdy nie mówi się w szkołach i muzeach jest to, że “przewodnicy” po współczesnej naturalistycznej nauce potrzebują niezwykle starej Ziemi aby utrzymać ich własną wiarę, że życie powstało samo z siebie bez ingerencji Boga”.

Natura i środowiskoZaginione cywilizacje

Interesującą teorię na temat katastroficznej przeszłości Ziemi stworzył Charles Hapgood. Był on naukowcem, absolwentem Harvardu i profesorem w Springfield College, gdzie wykładal historię. Któregoś dnia jeden ze studentów zadał mu pytanie na temat możliwości istnienia zaginionej cywilizacji na Pacyfiku zwanej Mu. Hapgood doszedł wówczas do wniosku, że istnieje taka możliwość a zaginięcie całych mas lądu jest związane z poważnymi zmianami geologicznymi na Ziemi. W 1958 r. napisał przełomową książkę na ten temat pt.: “The Earth’s Shifting Crust” (“Przesuwająca się skorupa ziemska”) w której starał się uzasadnić, że oficjalnie uznawana przez naukę tzw. “wedrówka kontynentów” – epejroforeza – czyli dryfowanie kontynentów wobec biegunów – jest myśleniem błędnym. Kontrowersyjna teoria Hapgooda była w swoim czasie niezwykle atrakcyjna a przedmowę do książki napisał sam Albert Einstein. W następnych książkach Hapgood starał się wykazać, że to raczej oś ziemi ulegała zmianie co wiązało się ze zmianą położenia Hapgoodbiegunów. Pokazał to na przykładzie tajemniczej mapy Piri Reisa, gdzie można zobaczyć zarys Antarktydy, w miejscu zwanym dziś Ziemia Królowej Maud. Jak wiadomo w czasach Piri Reisa nie tylko nikt nie miał pojęcia o istnieniu Antarktydy, ale tym bardziej o ksztalcie lądu jaki pokrywała gruba warstwa lodu. Hapgood uznał. że ok. 9600 r.p.n.e. (a więc w czasach, kiedy zasypano ostatnie kręgi w Gobekli Tepe) nastąpiło przesunięcie się płaszcza Ziemi o 15 stopni co spowodowało przebiegunowanie i dlatego Antarktyda dziś jest skuta lodem. Hapgood głosił, że 12 tys. lat temu ten kontynent nie tylko był wolny od lodu, ale rozwijała się tam ludzka cywilizacja. Oczywiście spotkalo się to z totalną krytyką ze strony Akademii. W książce “Maps of the Ancient Sea Kings” (“Mapy starożytnych Królów Morza”) dał przykład jeszcze jednej mapy, stworzonej przez francuskiego kartografa Oronteusa Finaeusa (Oronce Finé) w 1531 r. Ona również pokazywała fragment Antarktydy wolnej od lodu. Mapą zainteresowali się kartografowie bazy lotniczej Westover potwierdzając hipotezę Hapgooda na temat możliwości istnienia zaginionej cywilizacji na wolnej od lodu Antarktydzie a także zgodzili się z możliwościa cyklicznego przebiegunowania związanego z przemieszczaniem się płaszcza Ziemi. Takie oświadczenie wywołało sztorm w świecie naukowym. Wojskowych szybko przywołano do porządku. Oświadczyli oni, że swoje kartograficzne badania robili poza godzinami pracy w ramach hobby, natomiast świat naukowy rozszarpał teorię Hapgooda na strzępy uznając ją za nienaukową. Ślady tej teorii można dziś znaleźć w pismach Grahama Hancocka.

Piri Reis

O ile trudno jest dziś uzasadnić przesuwania się płaszcza Ziemi wraz z całymi kontynentami w ramach przebiegunowania to zmiana położenia biegunów mogła rzeczywiście nastąpić, choć nie w tak drastyczny sposób jak chciał Hapgood. W szczytowym momencie epoki lodowcowej centrum skorupy lodowca znajdowało się w miejscu dzisiejszej Zatoki Hudsona. Zatoka ta powstała poprzez nacisk lodowca, który swoją wagą spowodował olbrzymie wgłębienie w Ziemi. Początkowo sądzono, że lodowiec wzrastał od bieguna i podążał na południe. Badania wzrostu masy lodu wykazały, że przyrastał on we wszystkich kierunkach od swojego centrum w Zatoce Hudsona. Jeśli w to centrum na mapie wstawić cyrkiel i zakreslić okrąg obejmujący zasięg lodowca – to jest on wielkością porównywalny do obecnego koła podbiegunowego. To sugeruje, że Zatoka Hudsona była kiedyś biegunem północnym. Do dziś miejsce to wykazuje dużą aktywność magnetyczną. Biegun magnetyczny nie jest obecnie stabilny i wciąż zmienia swoją pozycję, jednak uparcie dąży on w kierunku bieguna shift2geograficznego. Randall Carlson uważa, że rzeczywiście mogło nastąpić przemieszczenie się płaszcza Ziemi – tak jak opisywał je Hapgood – tyle, że to przemieszczenie było nie tyle przyczyną kataklizmu a jego skutkiem. Trzeba tu pamiętać, że lodowiec swoim ciężarem zgniótł część skorupy ziemskiej a następnie kiedy stopniał nastąpiło gwałtowne rozprężenie. Oblicza się, że owo wgłębienie wygniecione przez lód liczyło sobie conajmniej pół kilometra i rozciągalo się na olbrzymim obszarze conajmniej kilku setek tysięcy kilometrów kwadratowych. Ponieważ Ziemia obraca się wokół własnej osi, siła odśrodkowa zepchnęła masę ziemi w kierunku równika. Dlatego średnica Ziemi mierzona na równiku jest większa o ponad 40 km od średnicy mierzonej na południku zerowym. Ogromna ilość lodu jaka powstała podczas epoki lodowcowej zdestabilizowała Ziemię do tego stopnia, że przesunęła się częśc jej płaszcza. Gigantyczna depresja powstała pod wpływem ciężaru lodu zmieniła relację powierzchni Ziemi w tym miejscu w stosunku do jej centrum. Po tym jak lód zniknął, Ziemia w sposób gwałtowny wraca do swojego poprzedniego stanu, co objawia się potwornymi tarciami w rejonie styku wielkich płyt geologicznych.

Co w takim razie stopiło potężny lodowiec? Skoro źrodła tego zdarzenia nie można było odnależć na Ziemi to siłą rzeczy musi być to przyczyna pozaziemska… Najprawdopodobniej była to kometa wielkości co najmniej takiej jak Shoemaker-Levy. Na południu USA znajduje się interesujący twór geologiczny zwany Carolina Bays. Wygląda on tak jakby ktoś odcisnął w Ziemi swoje ogromne palce… Można powiedzieć, że jest to fizyczne przedstawienie palców bogow z tytułu pierwszej książki Grahama Hancocka. Depresje mają owalny kształt i jest ich tysiące! Ciągną się od Maryland aż do Florydy. Najwięcej jest ich w obu Karolinach i dlatego nazwano je Carolina Bays. Wiele tych odcisków znajduje się także na dnie oceanu. Po raz pierwszy zobaczono je w latach 30-tych. Prezydentem został właśnie Franklin Delano Roosevelt i już na początku swoich rządów zlecił on zrobienie zdjęć lotniczych całego terytorium USA. Kiedy robiono zdjęcia nad Myrtle Beach (South Carolina) po raz pierwszy zdano sobie sprawę, że odkryto jakiś nowy fenomen. Niecki miały kształt perfekcyjnych elips, układały się w długie ciągi i te ciągi elips były na dodatek równoległe do siebie. Początkowo sądzono, że są to ślady po deszczu meteorytów. Zdjęcia zinterpretował póżniej geolog Frank Armon Melton i jego profesor ze studiów William Schriever. Napisał on póżniej pracę naukową pt “Carolina Bays czy są to blizny po meteorytach?” Spekulował w tej pracy, że meteoryty musiały nadlecieć pod niewielkim kątem bo stworzyć takie eliptyczne kratery. Nieoczekowanie okazało się, że ta wydawałoby się niewinna teoria stanęła w sprzeczności z promowaną przez akademię teorią uniformitarianistyczną, która widziała w powstaniu bays naturalny proces geomorficzny. Dwa wrogie obozy nazwano” Niebiański” i “Ziemiański”. Ziemianami dowodził Douglas Johnson, który był dziekanem geomorfologii na Columbia University. Napisał on opasłą księge pt. “The Origin of Carolina Bays” (“Powstanie bays w Karolinie”), gdzie wykorzystał właściwie wszystkie konwencjonalne teorie geologiczne, jakie były dostępne w tamtych czasach aby uzasadnić sposób powstania tego niezwykłego tworu geologicznego. Swoją teorię nazwał “teorią kompleksową”, która uznawała elipsy za zapadliska wywołane wodą artezyjską, gdzie wiatr powoli stworzył ich eliptyczne kształty. Ze względu na pozycję naukową Johnsona w USA “Ziemianie” wygrali tą batalię, ale w tym samym czasie “Niebianie” ze swoją teorią zaczęli ewoluować. Miejsce Miltona i Schrievera zajął William F Prouty. Były to lata 40-te i amerykańscy naukowcy poznali właśnie historię meteoru tunguskiego. Oznaczało to, że spadający meteor nie musiał uderzyć w Ziemię tylko eksplodował w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Eksplozja tworzyła potężne ciśnienie, które niszczyło wszystko na jej powierzchni przy okazji tworząc eliptyczne wgłębienie. Kształt po eksplozji tunguskiej przypomina kształt motyla, ale tak naprawdę są to dwie duże elipsy nakladające się na siebie. Prouty studiując meteor tunguski doszedł do wniosku, że coś podobnego wydarzyło się nad Karoliną, kiedy to jądro komety rozpadło się i detonowało w powietrzu, zostawiając eliptyczne ślady w miękkim piaszczystym podłożu. W latach 50-tych pobrano pierwsze próbki geologicznej straty z eliptycznych zagłębień uzyskując potwierdzenie, że wszystkie powstały w tym samym czasie.

Bays

Kiedy popatrzeć na rozkład karolińskich niecek wyrażnie widać kierunek skąd przyszła niezwykła siła, która odcisnęła je w ziemi. Należy także pamiętać o tym, że poziom oceanu podczas epoki lodowcowej był znacznie niższy niż dziś co oznacza, że kształt wschodniego wybrzeża obecnego USA wyglądał zupełnie inaczej. W przypadku obu Karolin morskie wybrzeże zaczynało się 150 km dalej na wschód. Wiele z tych niecek jest obecnie zalanych wodą. Niecki przestają być widoczne im dalej wgłąb kontynentu i powodem jest znacznie twardsze podłoże – często granitowe, które oparło się sile i ciśnieniu detonacji. Większość geologów uważa, że ten fenomen miał miejsce włącznie na wschodnim wybrzeżu USA. Kiedy jednak połączyć kierunek ustawienia Carolina Bays linią i przedłużyć ją dalej w kierunku zachodnich brzegów kontynentu, linia ta obejmie sobą takie stany jak Ohio, Montana by przejść do Kanady i skończyć na Alasce, gdzieś w rejonie Prudhoe Bay. Jeśli więc to, co wydarzyło się nad Karoliną nie było zjawiskiem lokalnym i mało swoje przedłużenie na całym terytorium kontynentu, to musiało ono trafić na lodowiec i spowodować jego gwałtowne topnienie i biblijny w swoich rozmiarach potop.

Scabland-Coulee

Zeby zaakceptować historyczne istnienie potopu musiano najpierw znaleźć ślady po największych powodziach w historii Ziemi na Syberii i Mongolii. Wówczas podobną miarkę można było przyłożyć do ewentualnej powodzi w zachodniej części Ameryki. Randall Carlson zbadał te tereny niezwykle dokładnie: tak z lądu jak i powietrza. Wcześniej nikt nie zdawał sobie sprawy ze skali kataklizmu jaki nawiedził tę część Ameryki. Szczególnie duże wrażenie robi tzw. Scablands rozorany żywiołem w sposób przekraczający wszelkie wyobrażenia. Geolodzy wierzyli, że jeśli kiedyś katastroficzna powódź nawiedziła te rejony to przyczyną była pęknięta lodowa tama jeziora Missoula. Jezioro było rzeczywiście imponujących rozmiarów, ale nawet wówczas ilość wody jak się w nim znajdowała, nie była wystarczająca aby dokonać takich zniszczeń jakie obecnie sugeruje krajobraz. Wody musiało być znacznie więcej i mógł jej dostarczyć jedynie topniejący gwałtownie lodowiec. Niektóre wyżłobione w ziemi kaniony miały po 300 m głębokości a materiał skalny w postaci wielkich głazów narzutowych wyniesiony był setki km od swojego źródła. Taka szalona rwąca rzeka mogla mieć ponad 10 km szerokości i 700 m głębokości. Każda niemalże rzeka w zachodniej części USA nosi na sobie ślady gigantycznej powodzi. Z kolei pustynie południowych Stanów wciąż mają na sobie ślady po wielkich jeziorach. Jedno z nich nazywało się Boneville, przy którym Wielkie Jezioro Słone w Utah jest zaledwie kałużą. Pokazuje to, że lodowiec w krótkim czasie uległ całkowitemu roztopieniu. Nie da się tego wytłumaczyć zwykłym ziemskim procesem.

Shoemaker-Levy-9

Jeśli ktoś uważa, że takie wytłumaczenie jest zbyt egzotyczne powinien w czasie pełni księżyca popatrzeć na ziemskiego satelitę przez lornetkę. Jego oczom ukaże się powierzchnia zryta kraterami po meteorytach. Większa Ziemia, statystycznie to ujmując jest aż 80 razy łatwiejsza do trafienia przez kosmiczny kamień niż Księżyc. Co prawda na Ziemi nie widać na pierwszy rzut oka zbyt wielu kraterów, ale jeśli usunąć roślinność natychmiast rzucą nam się w oczy niezliczone po nich ślady. Takim kosmicznym kandydatem na zabójcę Ziemi mogłaby być kometa podobna do Shoemaker-Levy, która w 1994 r pojawiła się nagle w okolicy Jowisza a następnie jej jądro rozpadło się na drobne kawałki dzięki silnemu polu grawitacyjnemu Jowisza. W przestrzeni kosmicznej wciąż pozostało 21odłamków tej komety. Szybko obliczono ich trajektorię wokół Słońca aby ustalić dokąd zmierzają i okazało się, że powrociły one w lipcu 2013 r. znów w miejsce, w którym dokładnie w tym czasie znajdował się Jowisz! Chyba domyślacie się co to może oznaczać dla Ziemi? Jeśli po kosmicznym katakliźmie wciąż pozostały jakieś odlamki i wędrują one po przestrzeni kosmicznej zataczając kręgi trwające po kilkanaście tysięcy lat, to…. ktoregoś dnia znów – jak w zegarku – pojawią się one w okolicy naszej planety, zagrażając jej istnieniu… Brrrr…. Zjawisko to – które obserwowało wielu naukowców – wreszcie przekonało ich, że takie wydarzenie mogło mieć także miejsce na Ziemi i stać się przyczyną kataklizmu, który zakończył się gwałtownym topnieniem lodowca i zniszczeniem nie tylko megafauny, ale także ludzkiej cywilizacji, po której ślady pozostaly do naszych czasów. Okazało się, że komety uderzają w planety znacznie częściej niż to sobie wyobrażaliśmy. Kometa Shoemaker-Levy dokonała poważnej zmiany w paradygmacie naukowym.

Natura i środowiskoZaginione cywilizacje

Założenie, że nasza cywilizacja nie jest pierwszą jaka istnieje na Ziemi jest wnioskiem kontrowersyjnym, którego współczesna nauka w ogóle nie bierze pod uwagę. Dominuje podejście oparte na koncepcji powolnej ewolucji, która rozciąga się czasami na przestrzeni dziesiątek a nawet setek tysięcy lat, gdzie wszystko rozwija się stopniowo, powoli od prostych do skomplikowanych form. Tymczasem wiele wskazuje, że głównym czynnikiem, który ukształtował życie jakie znamy na naszej planecie jest seria katastrof, która z zadziwiającą regularnością nawiedza nasz niewielki, krążący wokół Słońca kamyk. Opisywana przeze mnie poniżej książka Grahama Hancocka – “Magowie Bogów” jest próbą zmiany takiego spojrzenia przy wykorzystaniu metod jakie stosują historycy. Podobnie wyzwanie przyjął na siebie Randall Carlson, który próbuje dokonać tego samego na gruncie przede wszystkim geologii.

Randall Carlson jest architektem,geometrą, geomitologiem, geologiem i zbuntowanym uczonym. Od czterech dekad studiuje powiązania pomiędzy tajemnicami historii a współczesną nauką. Przez 30 lat był aktywnym masonem. Był nawet mistrzem loży masońskiej w Georgii. Został nagrodzony przez National Science Teacher Association ze względu na pracę dla edukacji dzieci i młodzieży. Znany film dokumentalny pt. “Fire in the Sky” oparty był na jego badaniach nad rolą katastrof w historii naszej planety. Zajmuje się on również starożytną mitologią, astronomią, naukami o Ziemi, paleontologią, świętą geometrią, architekturą i geomancją a także wieloma innymi dziedzinami wiedzy. Od 25 lat daje wykłady i tworzy prezentacje dla wszystkich zainteresowanych niekonwencjonalnym podejściem do nauki. Jest przekonany, że aby rozumieć przyszłość trzeba mieć pełne zrozumienie przeszłości. Uważa, że w nauce panuje nadmierna specjalizacja. Rozmaite dyscypliny naukowe nie rozumieją się nawzajem i Carson stara się być tym łącznikiem, który w ramach swoich zainteresowań jest w stanie połączyć ze sobą historię i geologię. Nie ma wątpliwości, że geologia odgrywa w ludzkiej historii ogromną rolę. Wystarczy spojrzeć na same początki naszej cywilizacji. Kiedy powstawało pismo klinowe – 5 tys lat temu – to wydaje się nam, że są to narodziny współczesnej historii. Tymczasem obecność człowieka na naszej planecie sięga o wiele dalej wstecz. Obecnie najstarsze znalezione szkielety Homo sapiens są datowane na 280 tys lat. Tak więc mamy do czynienia z ogromną ilością czasu na temat którego nie posiadamy zbyt wielu informacji. W tym czasie wydarzyło się bardzo wiele, choćby z tego względu, że miały tam miejsce kolejne epoki lodowcowe będące punktami zwrotnymi w dziejach Ziemi.

Jeśli przyjrzymy się tym następującym po sobie zlodowaceniom i ociepleniom zauważymy, że epoka lodowcowa po raz ostatni dała znać o sobie ok. 10-13 tys. lat temu. Po niej nastąpił gwałtowny rozwój ludzkości. Człowiek zaczął prowadzić osiadły styl życia, uprawiał rolę, udomowił bydło, zbudował nawet całe miasta. Sugeruje to, że niekoniecznie mamy tu do czynienia z początkiem ludzkiej cywilizacji a raczej z jej restartem po katastrofalnej zapaści jaką niosły ze sobą konsekwencje kolejnej epoki lodowcowej. Epoka lodowcowa nie skończyła się w ciągu jednej nocy i dawała jeszcze znać o sobie przez kolejne tysiąclecia, dlatego pełna stabilizacja klimatyczna na Ziemi miała miejsce ok 5 tys lat temu i wraz z nią powstały pierwsze solidne organizacje państwowe takie jak Mezopotamia, Egipt, Indie i Chiny.

Na wielkie katastrofy z przeszłości wskazują także folklor i mity. Np Potop, który jest wpisany w mitologię wielu kultur. Miał on zniszczyć szereg nieznanych nam bliżej cywilizacji i ci, którzy przetrwali ten kataklizm włączyli się w budowę tej, którą mamy teraz. Istnieje teoria, że wszyscy ludzie mówili tym samym językiem i być może język ten nie tyle był kwestią mowy i pisma a raczej symboli, które były uniwersalne dla wszystkich ludzi zamieszkujących wówczas świat. Na tej samej zasadzie język matematyki czy geometrii możemy dziś nazwać językiem uniwersalnym, zrozumiałym dla każdego, niezależnie od jego bagażu kulturowego czy etnicznego. Zresztą wszystkie starożytne kultury wykazują tą samą obsesję wobec symboli, które były dla nich niezwykle ważne. Wyrażano je na piśmie, w rytuałach w architekturze. Pokazuje to ogromne aspiracje tych ludzi zakończone w dramatyczny sposób przez globalną katastrofę. Ludzie tworzący niegdyś taką zaginioną cywilizację rozeszli się po różnych stronach świata co wystarczyło aby już po kilku pokoleniach stracić wspólny język i zacząć tworzyć poważne różnice pomiędzy sobą. Tak wiec niekoniecznie Bóg w jednej chwili pomieszał ludziom języki za to, że zbudowali Wieżę Babel. Cały proces mógł trwać przez stulecia a Wieża Babel stała się w międzyczasie symbolem gniewu bożego i podstawą nauki moralnej dla następnych pokoleń – tych, które nadeszły już po katakliźmie.

Paleohydrolodzy tacy jak Victor Baker i Aleksiej Rudoj , którzy studiowali możliwość powstania w przeszłości takich gigantycznych katastrof na skalę planety zgodnie dostrzegli zjawisko poważnego przemieszczania się mas wodnych, które potwierdziłyby fakt istnienia globalnego potopu. Na ich badania nie zwrócili jednak uwagi historycy zajmujący się wyjaśnieniem tajemnicy powstania naszej cywilizacji.

Randall_Graham_North_Carolina_11_11_13

Czy zatem możliwe jest aby zatopić świat? Jak najbardziej tak. Trzeba na to co najmniej 10 tys. lat aby powoli zmagazynować ogromne ilości wody w postaci gigantycznego lodowca o grubości 3-4 km. Powstaje wówczas ogromny potencjał energetyczny. Następnie trzeba jakoś uwolnić wodę zamkniętą w lodzie. Z taką sytuacją mamy do czynienia pod koniec ostatniej epoki lodowcowej, kiedy następuje gwałtowne topienie się lodu na skalę, która wymyka się logicznemu wyjaśnieniu. W latach 50-tych, kiedy masowo zaczęto stosować metodę radiowęglową, dla glacjologów stało się jasne, że ta ogromna ilość lodu – znacznie większa od tej jaka pokrywa dziś Antarktydę – rozpuściła się w bardzo krótkim okresie czasu. Przed zastosowanie tej metody wyobrażano sobie, że lodowiec w sposób stopniowy wyparował, co – jak obliczono – zajęło by mu ok. 50 tys lat. Obliczenia te stworzono na podstawie cofania się górskich lodowców podczas tzw “małej epoki lodowcowej”, która miała miejsce między XVIII a XIX w. w Europie. To, co jednak niepokoiło naukowców to fakt, że ok 14 tys. lat temu lodowiec stał na północnej półkuli w całej swojej glorii i potędze by zniknąć kompletnie do 8 tysiąclecia przed naszą erą. Żeby taki kawał lodu zniknął w tak krótkim czasie potrzebna jest energia termiczna. Zaczęto więc robić kolejne obliczenia z których wynikało, że tej energii musiała być ogromna ilość a na Ziemi nie ma źródła, które mogłoby jej dostarczyć. Takiej ilości energii nie było także w stanie dostarczyć Słońce. Uświadomienie sobie tych faktów wywołało wiele problemów w obliczeniach. W wielu pracach naukowych zwłaszcza wydanych w latach 1973-75 opisano to jako “paradoks”. Próbowano topnienie ogromnych ilości lodu zrozumieć na przykładzie klimatu Kanady, gdzie 14 tys. lat temu stał lodowiec. Gdyby więc dziś Kanadę przykryć całym lodem Antarktyki, to jego stopienie zajęłoby – w warunkach dzisiejszego klimatu – 30-40 tys. lat. Lód topniałby najwyżej przez 4 miesiące w roku i odzyskiwał część swojej utraconej masy z padającego zimą śniegu a sam lodowiec w dużej części istniałby do dziś. Największym źródłem ciepła na Ziemi jest ocean – zwłaszcza w okolicy równika. Obliczono także, że gdyby właśnie na równiku położyć cały lód Antarktyki, to topnienie zajęłoby mu ok. 20 tys lat… Takie wnioski upokarzały naukowe podejście do tematu. Nie mogąc wyjaśnić tajemnicy topnienia lodowca, naukowcy uznali, że najlepiej będzie odłożyć go na półkę i o nim zapomnieć. I rzeczywiście… Bez trudu o nim zapomniano.

Tak więc lód z wielkiego lodowca zniknął w ciągu 6 tys lat i nie był to proces równomierny a wręcz przeciwnie – momentami bardzo gwałtowny. Dziś notuje się co najmniej dwa epizody gwałtownego topnienia, kiedy to olbrzymia część lodu zniknęła w szybki sposób. Nazywa się to w geologi topnieniem lodu 1A i topnieniem lodu 1B. Widać to podczas studiów nad wzrostem poziomu morza. Poziom morza nie wzrastał wszędzie w tym samym tempie. Geolodzy morscy nazywają to CRE – Cyclic Rise Events – cykliczne zjawiska wznoszenia. Katastrofalny w swoich skutkach wzrost poziomu morza jest w sposób oczywisty związany z gwałtownie topniejącym lodowcem. Lodowiec zaczął topnieć już ok 18 tys lat temu, ale przez kolejne 3 tys lat wciąż zachował 80% swoich rozmiarów. W tym czasie rozpoczął się okres gwałtownego ocieplenia, kiedy to temperatury podskoczyły o 10 C, co dało początek równie gwałtownemu topnieniu lodowca 1A. Pomiędzy topnieniem lodu 1A i 1B nastąpiły poważne zmiany w klimacie planety. Zmiana ta nazywana jest Bølling-Allerød i było to globalne ocieplenie które zaczęło się ok 15 tys lat temu stopniowo zmieniając klimat na cieplejszy aż do 14 tys lat temu, kiedy to proces ten został zakłócony przez wydarzenie mocno podgrzewające klimat Ziemi co zakończyło się gwałtownym powrotem zimna zwanym w geologii młodszym dryasem, który trwał 1400 lat. To wydarzenie zostało z kolei zakończone przez kolejne ocieplenie zwane preboreałem trwającym aż do 11600 lat temu. W tym właśnie czasie wyginęła megafauna a więc mamuty, wielkie leniwce i niedźwiedzie krótkopyskie (razem ok. 130 gatunków). Naukowcy jednak uznali, że powodem wyginięcia mamutów jest człowiek i jego nadmierne polowania mimo, że nasycenie np. kontynentu północnoamerykańskiego ogromnymi zwierzętami swoją liczbą przypominało zagęszczenie zwierząt w afrykańskiej Serengeti. W Ameryce żyły trzy gatunki słoni, wielbłądy, ważące 250 kg bobry, leniwce wielkości dzisiejszego konia. Wszystkie te zwierzęta zniknęły w czasie gwałtownych zmian klimatycznych. Zwierzęta te potrzebowały ogromnych ilości jedzenia, które skończyło się podczas tych zmian. Rozmnażały się bardzo wolno i potrzebowały wiele czasu aby stać się samodzielne. Wymagały więc stabilnego środowiska naturalnego. Człowiek nie mógł się przyczynić do wybicia megafauny, bo on sam był taką samą ofiarą gwałtownych zmian klimatycznych.

Natura i środowisko

W marcu (2016 r.) minęła piąta rocznica katastrofalnego w skutkach trzęsienia ziemi w Japonii, które wywołało zabójcze tsunami 11 marca 2011 r. Należąca do TEPCO (Tokyo Electric Power Company) elektrownia atomowa – Fukushima Dai-Ichi została zniszczona przez wstrząsy sejsmiczne o sile 9 stopni w skali Richtera. 41 minut później 10 metrowe fale tsunami zalały pomocniczy generator prądu, napędzany silnikiem diesla, wyłączając urządzenia kontrolne elektrowni. Przestaly działać pompy systemu chłodzącego, który pobierał wodę z Pacyfiku. Nawet gdyby caly czas był prąd to i tak pompy zostały zniszczone przez fale tsunami. W ciągu następnych kilku dni reaktory 1, 2 i 3 – bez wody potrzebnej do chłodzenia – zaczęły się przegrzewać i topić. Topiące się pręty paliwowe tworzyły wodór, który eksplodował we wszystkich trzech miejscach. Pięć lat później nadal nikt nie jest w stanie powiedzieć jak głęboko rozgrzane pręty paliwowe wtopiły się w ziemię pod Fukushimą. Promieniowanie jest tam nadal potężne i wysłane do pracy roboty psują się jeden po drugim, bo ich kable ulegają uszkodzeniu.

Poziom promieniowania zmierzony po trzeciej eksplozji, 15 marca, 2011 r. w reaktorze 2 osiągnął 400 000 μSv/h (microsievertów na godzinę). Był on w stanie zabić człowieka. 100 000 μSv/h wystarczy do wywołania w ludzkim organiźmie zatrucia popromiennego. Radioaktywne skażenie pokryło ziemię, wodę i powietrze wokół Fukushimy, spowodowało ewakuację 50 000 ludzi i zakaz przywożenia z tego rejonu warzyw i ryb, które miały podwyższony poziom skażenia radioaktywnego. Nadal jednak odkrywa się w japońskich sklepach radioaktywną herbatę i ryby. Wiatr, deszcz i przemieszczanie się radioaktywnego pyłu we wszystkich kierunkach zanieczyszcza miejsca, które TEPCO ogłosiło jako czyste… a rybacy z Fukushimy zawożą swoje skażone ryby i owoce morza dalej na południe, na rynki, gdzie nikt nie wie, że pochodzą z wód Fukushimy.

fukushima-kiwi

Rząd Japonii chce za wszelką cenę zapomnieć o tym co wydarzyło się w Fukushimie i bagatelizuje skażenie wystawiając zdrowie swoich obywateli na szwank. 10 grudnia 2015 r. premier Japonii Shinzo Abe wprowadził w życie tajne prawo wymierzone z pozoru w terroryzm. Ofiarami tego rozporządzenia padają jednak ludzie, których aresztuje się za głośne mówienie o radioaktywności i problemach ludzi, którzy mają wysypkę i krwawienie z nosa.

Jednym z niewielu ludzi, którzy rozumieją straszliwe konsekwencje katastrofy w Fukushimie jest Arnie Gundersen, inżynier nuklearny, założyciel Fairewinds Nuclear Energy Education w Burlington w stanie Vermont. Już w pierwszych dniach po katastrofie Arnie powiedział mediom, że Fukushima to Czernobyl na sterydach uważając, że jest ona znacznie gorsza od tej jaka wydarzyła się na Ukrainie w kwietniu 1986 r. Arnie Gundersen wybrał sie ostatnio do Fukushimy wraz z grupą naukowców aby licznikiem Geigera sprawdzić stan skażenia w tym miejscu i w jego najbliższej okolicy.

Arnie

W Czernobylu zdołano odizolować i schłodzić topniejące pręty paliwowe. W Fukushimie nikt nie kontroluje ich topnienia. Przepaliły betonową podstawę elektrowni i zanieczyściły wody gruntowe. TEPCO wypompowuje z piwnicy reaktora ok 400 ton skażonej wody dziennie i przechowuje ją w specjalnie zbudowanych w tym celu zbiornikach. Do jesieni 2015 r. zbudowano tam już ponad 1000 takich zbiorników, w których przechowuje się 800 000 ton radioaktywnej wody.

Fukushima3

Z topniejących prętów ulatniają się niebezpieczne gazy nazywane w podręczniku do chemii gazami szlachetnymi. Krypton-85 powstaje w wyniku rozszczepienia uranu i plutonu i dostaje się do atmosfery w wyniku testów jądrowych. Jego największe nagromadzenie znajduje się nad biegunem północnym, gdzie jest go o 30% więcej niż nad resztą globu. Radioaktywny ksenon w ogóle nie znika. Rozpada się tworząc radioaktywny materiał, groźny przez następne dziesiątki tysięcy lat. Radon jest efektem rozpadu radioaktywnego radu. Nie ma smaku ani zapachu. Występuje także w sposób naturalny. Uważany jest za niebezpieczny dla zdrowia. Międzynarodowa Agencja Atomowa nie wzięła emisji tych gazów w ogóle pod uwagę a okazało się, że ich stężenie nad Seattle, po drugiej stronie Pacyfiku jest 400 000 razy wyższe niż nad Fukushimą! Wyższe nawet od tego jakie stwierdzono nad Czernobylem.

Najgorszy ze wszystkiego jest cez. Gundersen stwierdził, że w okolicy Fukushimy jest go w połowie tyle ile było w Czernobylu. Jeśli jednak dodać do tego radioaktywne gazy i skażoną wodę gruntową, Fukushima plasuje się na pierwszym miejscu najgorszych katastrof nuklearnych na Ziemi. Podobnie jak to sie stało w Czernobylu opuszczone przez ludzi miejsce zajęły dzikie zwierzęta – w szczególności małpy. Naukowcy podążyli ich tropem aż do ich naturalnych siedlisk, badając podczas tej drogi ich ekskrementy. Skażenie radioaktywne osiągnęło w badanych próbkach 50 000 becquereli na kg co jest astronomiczną liczbą w porównaniu z normą EU, dopuszczającą 600 becquereli na kg.

Małpy są wegetarianami i jedzą wszystko co znajdą w lesie – narażone są więc na skażenie cezem. Zbadano także mięso upolowanego dzika, które również było skażone cezem. Poczęstowani mięsem naukowcy odmówili, ale mieszkający w tamtych stronach ludzie wydają się lekceważyć zagrożenia dla ich zdrowia. Dziki stały się plagą calej okolicy. Rozmnażają się obecnie tak szybko jak króliki i brakuje wykwalifikowanych myśliwych, którzy rozwiązaliby ten problem. Dziki odstrzeliwuje sie setkami a ich ciała zakopuje w dolach mieszczacych 600 szt. martwych zwierząt każdy. TEPCO nie ma zamiaru oczyścić całego górzystego regionu wielkości wojewodztwa warmińsko-mazurskiego. Operację usuwania skażenia gleby uznano za zakonczone po tym, jak zebrano wszystko ze skraju drogi i z miast napełniając 30 milionów jednotonowych worków. TEPCO nie zamierza powtórzyć już swojej pracy.

Fukushima1

Gundersen zbadał także pył jaki znalazł w kątach parkingu w jednej ze wsi wokół Fukushimy, gdzie nadal mieszkali ludzie bo rząd japoński uznał, że jest to miejsce bezpieczne. Miernik promieniowania wykazał w tym miejscu 100 000 becquereli na kilogram! W całej wsi na trawnikach stały tonowe worki ze zdartą, skażoną glebą, które wyglądały tak, jakby TEPCO zapomniało je zabrać ze sobą. Zdyscyplinowani mieszkańcy nie wnoszą jednak skarg.

Miasto Minosoma zostało ewakuowane podczas katastrofy, ale później uznano je za bezpieczne i pozwolono ludziom wrócić. Mieszka to 60 000 osób. Gundersen nie był zaskoczony, że pył na chodnikach był napromieniowany. Wszedł także na dach jednego z domów. Dachy w miasteczku wymyto i pomalowano. Następnie założono na nich nowiutkie kolektory słoneczne. Na nich również osiadł czarny pył, który okazał się silnie radioaktywny. Pył roznoszony jest przez wiatr, ale TEPCO nie chce się z tym zgodzić, żeby uniknąć kolejnego czyszczenia.

Zaraz po katastrofie Japonia zamknęła wszystkie swoje elektrownie atomowa – w sumie ponad 50. Żaden z pracowników elektrowni nie został jednak zwolniony i pensje są wypłacane regularnie. Wlaściciele elektrowni pożyczyli na to pieniądze z banku. Wiadomo jednak, że bank nie jest instytucją charytatywną i będzie chciał odebrać te pieniądze z odpowienim procentem. Podejrzewa się, że elektrownie nie zostały zamknięte na zawsze i lada chwila znów będą otwarte. TEPCO już zatwierdziło nowe reguły bezpieczeństwa. Przed katastrofą w Fukushimie dozwolone było napromieniowanie w granicach jednego milisieverta. Obecnie jest to 20 milisievertów czyli 20 razy wiecej niż przed katastrofą! Mimo to TEPCO uważa że nie ma ryzyka dla zdrowia.

Jeśli japoński lekarz napisze w swojej diagnozie, że choroba jest wynikiem napromieniowania to ubezpieczenie nie wypłaca mu pieniędzy za wizytę pacjenta. W ten sposób wyeliminowano wielu krnąbrnych lekarzy. Pani burmistrz jednego z miasteczek w Prefekturze Fukushimy straciła wszystkie włosy, jej nos krwawi i ma wypryski na skórze, ale lekarz powiedział jej, że to wszystko wina stresu. Ludzie, których ewakuowano z rejonu katastrofy mieszkają w obozach dla uchodźców i dostają regularne pensje od japońskiego rządu. Obecnie myśli się o zamknięciu tych obozów i proponuje się ich mieszkańcom powrot do miejsc, z których ich ewakuowano. Obiecano im, że jeżeli wrócą do Fukushimy, nie muszą nic robić i nadal będą dostawać pieniądze od rządu. Jeśli jednak zostaną w obozie to nie dostaną ani grosza. I co robią ludzie? Wracają….

Pierwszymi ofiarami promieniowania są zwierzęta – zwlaszcza te domowe jak psy i koty. Pewna kobieta tak się spieszyła do autobusu, który miał ją ewakuować z miejsca zagrożenia, że pobiegła boso przez trawnik ciągnąc za sobą psa na smyczy. Kiedy autobus dojechał na miejsce jej stopy były poparzone promieniowaniem i nie wpuszczono ją do obozu zanim nie przeszła kwarantanny. Jej pies zaczął krwawić z nosa i zdechł w ciągu następnych dwóch dni.
Ciekawie na promieniowanie reagują rośliny. Ich owoce osiągają niezwykłe, gigantyczne rozmiary – zwlaszcza kiedy jest to roślina drugiej albo trzeciej generacji.

truskawka z Fukushimy

Najnowszy plan zabezpieczenia trzech zniszczonych reaktorów w Fukushimie obejmuje zbudowanie muru z…. lodu (!). Mur ma być wkopany na 30 m wgłąb ziemi i ma otaczać cały obiekt. Dzięki temu woda spływająca z gór będzie przepływać przez ten lód nie zabierając ze sobą materialu radioaktywnego i omijając rozgrzane pręty. Problem w tym, że nikt nie wie, gdzie się teraz one znajdują. Nie wiadopmo także, czy takie zamrożnie nie odetnie wód gruntowych od całej okolicy i nie spowoduje katastrofalnej suszy. TEPCO zakończyło kładzenie rur pod lodowy mur w lutym 2016 r. Do końca marca miał się zakończyć proces zamrażania podziemnej partii muru. Nikt nie wie czy mur spełni pokładane w nim nadzieje, bo opracowano go na podstawie symulacji komputerowej. Do tego czasu skażona woda i pył nieprzerwanie zanieczyszczają Pacyfik i sporą część Japonii.

ice-wall2