Alternatywna historia

Czas najwyższy wznowić jakąś aktywność na NA, bo stronkę zaczyna mocno przysypywać wirtualny kurz i lada chwila w ogólnie zniknie z powierzchni netu. Dziękuję wszystkim, którzy o NA pamiętają, pamiętają o mojej skromnej działalności i dopominają się nowych tematów. Czasy mamy niespokojne i niełatwo skoncentrować się na sprawach innych niż te, których rozwiązania wymaga od nas zwykłe, codzienne życie. Dziś powrót do wszystkich tych tematów, które fascynują mnie od lat. Zaginione cywilizacje zawsze znajdowały swoje miejsce na szczycie tych zainteresowań a ich tajemnica wciąż nie daje spokoju.

W starej, pogrzebanej już doszczętnie NA, w 2013 r. pisałem o odkryciu tajemniczego miasta ukrytego w dżungli Hondurasu. Podejrzewano wówczas, że są to być może pozostałości po La Ciudad Blanca. Legendy o zagubionym Białym Mieście krążą po świecie od czasu, kiedy konkwistador Hernan Cortez wyruszył na podbój Meksyku, dając początek nieobliczalnym konsekwencjom, które niemalże wymazały z powierzchni ziemi wszystkie prekolumbijskie cywilizacje. Przez stulecia wydawało się, że legenda o Białym Mieście jest tylko wytworem ludzkiej wyobraźni i żyje jako mit. Tymczasem okazało się, że w czasach, kiedy świat skurczył się niepomiernie do rozmiarów globalnej wioski wciąż jest miejsce na nowe, niebywałe odkrycia. Jedno z nich opisuje Douglas Preston w swojej najnowszej książce pt.: “The Lost City of The Monkey God” (“Zaginione miasto Małpiego Boga”). Douglas Preston nie jest literackiem nowicjuszem. Napisał do tej pory 35 książek, z czego 16 trafiło na listę bestsellerów New York Timesa. Preston pracował jako korespondent dla takich magazynów jak: Smithsonian Magazine, National Geographic czy New Yorker. Dalekie podróże na koniec świata nie są więc mu obce. Jednak przygoda z zaginionym miastem w Ameryce Łacińskiej przerosła wszystkie inne jakie przeżył. Dziś Preston wspominia, że gdyby wiedział co go czeka, to dwa razy zastanowiłby się zanim wyruszylby w tak niebezpieczną podróż.

Żyjąc w XXI wieku wydaje nam się że każdy zakątek na Ziemi został już dokładnie zbadany i odkrycie zaginionego miasta jest najwyżej łabędzim śpiewem romantycznej przeszłości badaczy z XIX w. Tak jednak nie jest. Honduras to niewielkie państwo w Ameryce Środkowej i wciąż pokrywają go połacie nieprzebytej i niezbadanej dźungli. O legendzie Białego Miasta Douglas Preston usłyszał po raz pierwszy w 1996 r. w należącym do NASA Jet Propulsion Lab od Rona Bloma, który jest jednym z najwybitniejszych ekspertów w dziedzinie badania powierzchni ziemi z przestrzeni kosmicznej. Wyznał on wówczas w prywatnej rozmowie z Prestonem, że pracuje nad tajnym projektem, którego celem jest odnalezienie zaginionego miasta przy pomocy satelit i radarów. Dzięki niemu Douglas Preston poznal człowieka o nazwisku Steve Elkins. Elkins dręczony był obsesją odnalezienia zaginionego miasta Małpiego Króla, o którym opowiadano wiele legend i roztrwonił sporych rozmiarów fortunę poszukując tego miejsca. Preston wiedziony pisarskim instynktem zaczął regularnie rozmawiać z Elkinsem. Początkowo nie wierzył, że miasto może istnieć naprawdę, ale Elkins był źródłem niesamowitych opowieści z honduraskiej dźungli, które pisarzowi trudno było zignorować. Wszystko to miało miejsce 20 lat temu i wraz z upływem czasu Preston zaczął zdawać sobie sprawę, że być może Elkins ma szansę naprawdę odnaleźć miasto. Połączenie znajmości dżungli, jej mieszkanców ze znajomościami w NASA plus najnowsze technologie radarowe mogły przynieść wymarzony efekt. Prestona dołączono do grupy poszukiwawczej. Ponieważ cały ten projekt był tajny, musiał podpisać stosowną klauzulę tajności. Chodziło nie tylko o utrzymanie odkrytego miejsca w sekrecie w obawie przed złodziejami skarbów, którzy dokonali wielu zniszczeń w stanowiskach archeologicznych rozsypanych po całej Ameryce Łacińskiej i Południowej, ale także dlatego, że cały projekt był utrzymany w tajemnicy przed władzami Hondurasu (!).

NASA przeprowadziła szereg ekperymentów i analiz zdjęć satelitarnych terenu i wyselekcjonowała dolinę, która nie miała nawet geograficznej nazwy. Określono ją roboczo T1 co znaczyło Target One i tam właśnie skoncentrowano wysiłki badawcze. Na zdjęciach szybko dostrzeżono nietypowe dla natury kształty ukryte pod gęstą pokrywą dźungli. W 1998 r. Steve Elkins zorganizował ekspedycję, w celu zbadania tej doliny, zanim jednak do tego doszło przez Honduras przeszedł katastrofalny huragan „Mitch” i obrócił ten niewielki i biedny kraj w perzynę. Zniszczonych zostało 70% dróg, gospodarka kraju cofnęła się o 50 lat a żywioł pochłonął 7 tys. istnień ludzkich. Ekspedycja została odwołana. Elkins przez następnej 10 lat probował dostać się do tej doliny, ale za każdym razem bez sukcesu. W tym czasie Preston utrzymywał z nim regularny kontakt obserwując rozwój wypadków. Wreszcie w 2010 r. do Elkinsa uśmiechnęło się szczęście. Był to rok w którym po raz pierwszy wprowadzono do użytku technologię radarową zwaną LIDAR. Urządzenie jest niezwykle kosztowne i trzeba było za nie zapłacić milion dolarów. Montuje się je na samolocie i za jego pomocą fotografuje z wysokości powierzchnię badanego terenu. Radar wysyła 250 000 promieni laserowych na sekundę i jest w stanie z ogromną dokładnością stworzyć mapę topograficzną terenu pokrytego dżunglą. Dzięki temu urządzeniu wymarzona ekspedycja Elkinsa mogła wreszcie dojść do skutku a szanse odnalezienia Białego Miasta ogromnie wzrosły.

Miejsce w którym znajduje się wciąż pokryte dżunglą Zaginione Miasto to strefa około 40 tys. km2. Jest ono pokryte tropikalnym lasem uważanym za jeden z najgęstszych na świecie. Jest ono położone w wyższych partiach niezwykle stromego i niedostępnego łańcucha górskiego. Góry te rozciągają się od wschodniego Hondurasu aż po Nikaraguę i znane są jako La Mosquitia. Wśród gór znajdują się doliny pokryte dżunglą tak gęstą, że do dziś od setek a może nawet i tysięcy lat nie stanęła tam stopa ludzka. Nie tylko niedostępność sprawia, że nie zapędzają się tam ludzie. Honduras jest jednym z najbardziej niebezpiecznych krajów na świecie z najwyższą statystyką morderstw a miasteczka położone na skraju dźungli La Mosquitia kontrolowane są przez nieobliczalne kartele narkotykowe. Jest to główny punkt przerzutowy kokainy z Ameryki Południowej do USA. W dżungli znajdują się wycięte w lesie tajne lotniska, laboratoria przetwarzające kokainę a całość kontrolowana jest przez gangi. Armia honduraska nawet nie myśli zapędzać się w te strony i administracja rządowa nie ma nad tymi terenami żadnej kontroli. W środku dżungli trudno jest co prawda spotkac istotę ludzką, ale czai się tam wiele niebezpiecznych, dzikich zwierząt, ogromna liczba jadowitych węży (zwanych Fer-de-lance) i owadów przenoszących rozmaite śmiertelne choroby. Na śmiałka, który wdarłby się do dżungli czekają niebezpieczne pulapki jak ukryte dla ludzkiego oka przepaście czy niewinnie wyglądające błotne kałuże, które błyskawiczie pochłaniają w swoją bezdenną otchłań wszystko to, co w nie nieopatrznie wejdzie. Doświadczona, złożona ze zdrowych, silnych mężczyzn ekipa była w stanie pokonać dziennie zaledwie dystans do 5 km, przez 10 godzin wyrąbując sobie drogę w gęstym lesie.

Poszukiwania legendarnego La Ciudad Blanca trwały nieustannie przez ostatnie 500 lat. Słyszał o nim Cortez i opowieści o niezwykle bogatym mieście rozpalały jego chorą wyobraźnię. Uważał, że odkrycie Bialego Miasta ma ogromne znaczenie i napisał o nim w liście do hiszpańskiego króla Karola V. Wyprawa Corteza nigdy nie doszła do skutku, bo uniemożliwił ją bunt jego podwładnych, ale dwadzieścia lat później mnich – Cristóbal de Pedraza – przemierzający dżunglę wraz z lokalnymi przewodnikami dotarł do nieznanej doliny, w której ujrzał olbrzymie miasto. Jego przewodnicy mówili, że jest to niezwykle bogate miasto w którym jada się na talerzach ze złota i pije ze złotych, wykładanych drogimi kamieniami pucharów. Mnich nie odważył się zejść w dól doliny, ale napisał obszerny list opisujący to co zobaczył i co usłyszał. Tak powstała legenda Bialego Miasta. Poszukiwania przybrały na sile w XX w. Wielu śmiałków wyruszyło w nieprzebytą dżunglę Hondurasu i wielu z nich pozostało w niej na zawsze. Nowojorczyk John Lloyd Stephens był jednym z wielu, których zafascynowała możliwość istnienia zaginionego miasta w Ameryce Centralnej. Dzięki dyplomatycznym koneksjom udał się do Hondurasu w 1840 r. wraz z pewnym angielskim artystą mając nadzieję odnaleźć legendarne miejsce. Prowadzony przez indiańskich przewodników dotarł do miasta Majów – Copan – w zachodnim Hondurasie. Będąc przedsiębiorczym nowojorczykiem wpadł na pomysł kupienia ruin, za które zapłacił lokalnemu właścicielowi 50 dolarów. Stephens postanowił rozłożyć miasto na części, zapakować na statki, wysłać do Nowego Jorku i tam złożyć z powrotem. Na szczęście nie udało mu się zrealizować tego planu. To, co pozostało po jego pobycie w Copan, to seria pięknych rysunków miasta a także książka o Zaginionym Mieście Majów, która stała się jednym z największych bestselerów w XIX w. Był to niezwykle ważny moment w historii, bo ludzkość zdała sobie sprawę, że Ameryka była w stanie stworzyć cywilizację dorownującą swoim wyrafinowaniem wszystkiemu co stworzyła Europa. Nowy Świat także posiadał swoje wielkie cywilizacje zarezerwowane do tej pory wyłącznie dla Sumeru, Egiptu, Grecji i Rzymu. Ludzi zafascynowała wizja miast pokrytych dżunglą, porzuconych być może tysiąc lat wcześniej. Tam, gdzie znajduje się Copan zaczyna się nieprzebyta dżungla Hondurasu i ani Stephens ani inni poszukiwacze przygód nie byli w stanie pokonać dzikiej natury i wedrzeć się do jej wnętrza. Stworzyło to jednak legendę, przykuwającą uwagę i rozpalającą wyobraźnię wielu ludzi. Mosquitią zainteresowali się nawet ameykańscy Mormoni. Wg ich Księgi Mormona jedno z zaginionych plemion Izraela – Lamanici – wywędrowało aż do Nowego Świata i stworzylo tam własną cywilizację. Dla Mormonow Lamanitami byli Majowie i aby to udowodnić wysłali oni do Centralnej Ameryki kilka grup archeologów, którym nie udalo się co prawda udowodnić, że Majowie to Lamanici, ale dokonali przy okazji wielu interesujących odkryć na temat cywilizacji, która rozwijała się na długo przed przybyciem Europejczyków.

Tymczasem Steve Elkins mimo swojego opętania legendą zaczął dostarczać coraz bardziej solidne informacje.

cdewn

cz.2

Alternatywna historia

Próbowano osłabić uderzenia tarana przez zrzucenie worków ze słomą, ale Rzymianie szybko odsunęli je hakami na długich trzonkach. Niedawno zbudowany mur zaczął się rozsypywać. Jednak żydzi znów ruszyli poza mury – tym razem z innego miejsca, co zaskoczyło Rzymian – i oblali konstrukcję mieszaniną smoły, ropy i siarki niszcząc ją doszczętnie.

“Pojawił się żyd, którego imię warte jest zapamiętania”

– napisał w “Wojnie żydowskiej” Był to Eleazar ben Sameas, urodzony w Saab w Galilei. Podniósł on ogromny głaz, który zrzucił z murów na taran odrywając łeb barana. Następnie zszedł z murów pomiędzy Rzymian, znalazł łeb barani i zawlókł go na mury, gdzie stanął i podniósł go z tryumfem nad głowę by chwilę później paść martwy wciąż trzymając w rękach swoją zdobycz po tym jak pięć oszczepów przebiło go na wylot.

Rzymianie odbudowali taran i jeszcze tego samego wieczora rozpoczęli rozbijanie tej samej części murów. Nagle wybuchła wśród nich panika, gdy okazało się, że Wespazjan został trafiony w stopę odłamkiem oszczepu (co pokazuje, że stał on niebezpiecznie blisko murów). Kiedy jednak zorientowali się, że rana nie jest groźna zaatakowali z wielką furią. Józef ze swoimi ludźmi walczył całą noc, czasem urządzając wycieczki by zaatakować obsługę tarana, ale pożary jakie wzniecali sprawiały, że stawali się łatwym celem nieprzyjacielskiej artylerii ukrytej w mroku nocy. Chmury ogromnych strzał ze skorpionów spowijały ich szeregi a kamienie wyrzucane przez balisty rozbijały blanki i odrywały rogi wież. Śmiertelna skuteczność tej broni jest opisana przez Józefa w makabrycznych detalach. Pisał np. że głowa żołnierza stojącego obok niego została trafiona kamieniem i urwana poleciała 600 m dalej. Kobieta w ciąży została uderzona kamieniem w brzuch i wyrwane z niego dziecko poleciało 300 m dalej.

Maszyny oblężnicze wydawały z siebie okropny jazgot a niekończący się świst wystrzeliwanych przez Rzymian strzał i kamieni był nie mniej straszny. Złowrogi odgłos upadających martwych ciał działał równie deprymująco. Kobiety wewnątrz murów wrzeszczały nieustannie, podobnie jak wielu rannych krzyczało z bólu. Zewnętrzne ściany murów ociekały krwią a stosy martwych ciał sięgały aż po blanki. Każdy dźwięk dodatkowo podkręcało echo odbijające się od gór otaczających miasto.

O świcie pod nieustannymi uderzeniami tarana mury wreszcie padły. Po tym jak Wespazjan pozwolił swoim ludziom odpocząć, był gotów do ataku o świcie. Spieszył swoją ciężką kawalerię i ustawil w potrójnym szeregu w pobliżu wyłomu gotowych do akcji, gdy tylko przejście zostanie oczyszczone. Za ich plecami umieścił swoich najlepszych piechurów. Reszta kawalerii pozostała na koniach w tyle, aby zabić każdego, kto będzie próbował wydostać się z padłego miasta. Jeszcze dalej ustawił łuczników gotowych do strzału, razem z procarzami i artylerią. Inni żołnierze dostali rozkaz by z drabinami zaatakować niezniszczoną część murow aby odciągnąć część obrońcow od wyłomu.

Widząc na co sie zanosi ustawił Józef starszych i mogących chodzić rannych na niezniszczonej części murów, gdzie byli lepiej chronieni i mogli odeprzeć atak. Zdrowych i silnych mężczyzn ustawił bezpośrednio za wyłomem a przed nimi w drodze losowania wybrał kilka grup po sześciu ludzi, którzy mieli wziąć na siebie pierwszy impet ataku. Nakazał im zatkać sobie uszy aby nie przestraszyć się okrzyku wojennego legionistów i schować się za tarczami zanim atakujący nie wykorzystają całego zapasu strzał i pocisków. Następnie nakazał im biec do przodu w miejsce, gdzie Rzymianie rozpoczną przejście przez rozbite mury.

Kiedy nadszedł dzień i kobiety z dziećmi zobaczyły trzy linie rzymskich żołnierzy zagrażających miastu, wielkie wyłomy w murach i wszystkie wzgórza dookoła pokryte nieprzyjacielskim wojskiem z piersi wyrwał im się nieprzerwany, straszny, zdesperowany krzyk. Józef wydał rozkaz aby zamknąć kobiety w domach, żeby przestały denerwować gotujących się do walki mężczyzn. Wtedy on sam zajął swoją pozycję w wyłomie. Ciekawe jest to, że przepowiadał ludziom dookoła, że miasto upadnie a on sam zostanie wzięty do niewoli – przewidywanie bardzo prawdopodobne, ale niezbyt dobre na podtrzymywanie morale.

Nagle rzymskie trąby zagrały niskim tonem wzywając do walki, legioniości wznieśli swój okrzyk wojenny a słońce przysłoniły pociski – oszczepy, strzały, sworznie i grad kamieni z onagerów. Ludzie Józefa pamiętali instrukcje, zatkali sobie uszy i schowali się za tarczami. Kiedy Rzymianie zaczęli schodzić w dół z wyłomu, rzucili się naprzód aby przywitać napastników. Nie mieli żadnych odwodów, gdy ich przeciwnicy mieli zdawałoby się nieskończone zapasy świeżych żołnierzy, którzy tworzyli formacje żółwia ze swoich wielkich, wygiętych tarcz i ropoczęli marsz przez wyłom w murach.

Józef spodziewał się tego i był przygotowany. Rozkazał lać wrzący olej z murów dookoła wyłomu wprost na ”żółwie”. Skacząc i wijąc się w agonii legioniści pospadali z przejścia. Ich ciasno przylegające pancerze sprawiły, że nie sposób było ich uratować od bolesnej śmierci. Kiedy żydom skończył się olej zaczęli rzucać śliską, ugotowaną kozieradką na przejście, przez co nowa fala atakujących traciła równowagę, przewracała się i była zadeptana na śmierć. Wczesnym wieczorem Wespazjan zatrzymał atak.

Rozkazal aby trzy wieże oblężnicze zostały podwyższone do 17 m i wyposażył każdą w ognioodporne, pancerne płyty. Jego łucznicy, procarze i oszczepnicy byli w stanie razić wroga z bezpiecznej odległości. Na szczytach wież zamontowano wielkie kusze.

W 47 dniu oblężenia Jotopaty platformy przewyższyły mury. Dezerter poinformował Wespazjana, że obrońcy są na skraju wyczerpania i ich kontrataki ustają tuż przed świtem, kiedy muszą na krótko zasnąć. Tuż przed wschodem słońca Rzymianie zakradli się na platformę. Tytus był jednym z piewszych, który wszedł na mury w towarzystwie trybuna Domitiusa Sabinusa wraz z niektórymi żołnierzami z XV Legionu. Poderżnęli gardła strażnikom i w ciszy weszli do miasta prowadząc za sobą żołnierzy Sekstusa Calvariusa i Placidusa. ( Józef musiał zdobyć te informacje z notatnika wojennego Wespazjana.)

Rzymianie błyskawicznie zdobyli cytadelę na skraju urwiska i weszli do serca Jotopaty, gdzie nawet o świcie obrońcy wciąż nie zdawali sobie sprawy, że miasto upadło. W porannej gęstej mgle większość śmiertelnie znużonych obrońców nadal mocno spała. Kilku z tych, którzy się obudzili było zbyt zmęczonych aby podnieść alarm. Dopiero, gdy Jotopatanie zobaczyli armię rzymską maszerującą przez ulicę i zabijającą wszystkich na swojej drodze zrozumieli, że jest to już koniec.

W krótkiej chwili miasto zamieniło się w rzeźnię. Legioniści nie zapomnieli tego, co im zrobiono podczas ataku – zwłaszcza wrzącego oleju. Broń, którą używali była ich bronią osobistą, nazywaną gladiusem albo krótkim, obosiecznym mieczem (był to raczej wielki nóż niż miecz), który był idealnym narzędziem masakry. Zepchnęli przerażony tłum w dół od cytadeli w wąskie ulice tak zatłoczone że ci, którzy chcieli nadal walczyć nie mogli wznieść ramienia. Niektórzy z najlepszych żołnierzy Józefa, gdy udało im się oswobodzić ramię, w desperacji sami sobie podżynali gardła.

Kilku jeszcze broniło się w północnej wieży i pod rzymską nawałą z ochotą przyjęli śmierć. Legioniści ponieśli niewielkie straty. Jotopatańczyk ukryty w jaskini krzyknął do centuriona Antoniusza, że chce się poddać i prosił żeby podać mu rękę aby mógł wyjść z jaskini. Kiedy Antoniusz to zrobił, został ugodzony włócznią w krocze. Kiedy Rzymianie zabili wszystkich, jakich znaleźli na ulicy zaczęli ścigać obrońców ukrytych pod ziemią. Podczas tego oblężenia zabito ponad 40 000 żydow i wzięto w niewolę 1200 kobiet i dzieci.

Nawet tak małe miasto jak Jotopata stawiło niezwykły opór. Było to heroiczne osiągnięcie, które trwało przez prawie osiem tygodni, przeciwko najskuteczniejszej i najlepiej wyposażonej armii świata. Jeszcze raz żydzi pokazali, że są w stanie być groźnym przeciwnikiem, że potrafią walczyć mimo braku jakiegokolwiek wyszkolenia militarnego i lichej broni.

Mimo, że Józef był kiepskim gubernatorem Galilei w czasach pokoju, podczas oblężenia Jotopaty pokazał się jako odważny i zaradny dowódca – nawet jeśli w pewnym momencie walki myślał o tym by uciec i pozostawić swych ludzi na pastwę Rzymian. Jego przywództwo w obronie miasta było jednym z największych sukcesów w jego życiu.

Ale.. gdzie on sie schował?

—————————————————————

Tak kończy się rozdział poświęcony oblężeniu Jotopaty. Józef przetrwał walkę, ale jego życie nadal było zagrożone – tym razem ze strony swoich współziomków z którymi się ukrywał. Wszyscy postanowili zbiorowo popełnić samobójstwo, ale Józef zachował życie dzięki przytomności umysłu, swojemu wybitnemu intelektowi i znajomości prawideł matematyki, którą poznał u swoich wujków w Aleksandrii. Zaproponował wszystkim wyliczankę, która polegała na tym, że pierwsza wyliczona osoba zabijana była przez kolejną wyliczoną i tak do ostatniego człowieka w jaskini, gdzie się ukrywali otoczeni już przez Rzymian. Matematyczna formuła wyliczania jaką zastosował Józef sprawiła, że z 40 osób w jaskini to on był tą ostatnią jaka została przy życiu i spokojnie oddał się w ręce Wespazjana, rozpoczynając kolejny etap swojego niezwykłego życia.

Alternatywna historia

Kiedy przychodzą zimowe dni i depresja zaczyna mocno doskwierać, wypróbowanym dla mnie sposobem żeby się jakoś ratować jest… Nie, nie macie racji. To nie jest piwo czy inne takie 🙂 Ja po prostu uciekam w książki. Najlepiej historyczne, gdzie wszystko jest z innego świata, z innej przestrzeni, gdzie można się bezpiecznie okopać i z perspektywy obiektywnego obserwatora zanurzyć się po szyję w odległej przeszłości, z której czasem można wyciągnąć ciekawe i bardzo życiowe wnioski. To dlatego ostatnio częściej wciągam was w tego typu żeglugę w czasie, żywcem i na gorąco tłumacząc to, co akurat wpadło mi w rękę. Mam nadzieję, że autor takiej książki nie wziąłby mi tego za złe, bo w ten sposób poszerzam jego zasięg o czytelników z innego kręgu językowego – zakładając oczywiście, że taka książka nie została jeszcze przełożona na polski. Poza tym przedstawiam jedynie krótki fragment, który albo zaostrzy apetyt na ciąg dalszy, albo… znudzi. Zawsze liczę, że będzie to ta pierwsza możliwość. Historia to zapis zazwyczaj niezwykle pogmatwanych wydarzeń i to samo w oczach jednej osoby wygląda inaczej w oczach drugiej. Dlatego zawsze warto poznać opinię na ten sam temat z wielu źrodeł. Dziś w ramach walki z zimową depresją znów coś ze starożytności. Jest to książka Desmonda Sewarta pt: “Jerusalem’s Traitor: Josephus, Masada and the Fall of Judea” (“Jerozolimski zdrajca: Józef, Masada i upadek Judei”). Józef znany w historii jako Józef Flawiusz, był jedną z głownych postacji buntu żydów przeciwko panowaniu Rzymian za czasów cesarza Nerona. Neron wysłał swojego wypróbowanego generała Wespazjana aby zdusił bunt. Zajęło mu to 10 lat i była to najdroższa i najkrwawsza wojna jaką stoczył starożytny Rzym w swojej historii. Po zdobyciu twierdzy Jotapata Józef dostał się do niewoli. Dużo rozmawiał z Wespazjanem i wkrótce potężny generał a później cesarz Rzymu usynowił go, dając mu swoje nazwisko Flawiusz. Józef Flawiusz doskonale znając stosunki panujące w Palestynie w ogromnej mierze przysłużył się swoimi informacjami do zduszenia powstania i utopienia go we krwi. Dla żydów jest on po dziś dzień zdrajcą, za to świat w jego osobie zyskał doskonałego historyka, który pozostawił po sobie zapis tamtych wydarzeń. To właśnie Józef wyjaśnił Wespazjanowi koncept jednego boga, który w przyszłości miał zaowocować powstaniem chrześcijaństwa, które zjednoczyło wieloetniczne cesarstwo. Poniższy fragment dotyczy oblężenia Jotopaty i ze względu na długość będzie opublikowany w dwóch, może trzech odcinkach (skracam rozdział, usuwając z niego historyczne analizy, publikuję także nawyżej dwie strony tekstu na raz). Przynajmniej dla mnie jest unikalne wejrzenie w straszliwą i okrutną wojnę totalną jaka miała wówczas miejsce. Niektóre opisy mogą zepsuć apetyt o czym z góry przestrzegam.

Oblężenie Jotopaty

Jotopata rzeczywiście była najbezpieczniejszym miejscem w całej Galilei, ukryta w górach i praktycznie niewidoczna zanim się do niej nie dotarło. Usadowiona nad przepaściami, strzeżona z trzech stron przez wąwozy tak głębokie, że nie można było dojrzeć ich dna, mogła być zaatakowana tylko od północy, gdzie dolna część miasta leżała na nachyleniu a następnie wznosiła się ku niewielkiemu grzbietowi góry. Aby obronić wzgórze w tym strategicznym punkcie wzniesiono dodatkowe wały wg. wskazówek Józefa. Droga dojazdowa wśród gór była lepsza jedynie od ścieżki dla kozłów, odpowiednia dla pieszych, ale nie dla koni czy nawet mułów i małe górskie miasto wyglądało na nie do zdobycia dla tych, którzy nigdy nie mieli do czynienia z rzymskimi saperami. Jego poważną słabością był brak strumienia wewnątrz murów i miasto było uzależnione od wody deszczowej składowanej w cysternach.

Siła Jotopaty sprawiła, że miasto stało się priorytetowym celem dla Wespazjana. Jeśli udałoby mu się zdobyć to miejsce, żadna inna galilejska twierdza nie mogłaby myśleć o sobie że jest nie do zdobycia. Ponadto wiedział on, że w mieście żyła duża liczba fanatycznych żydów. Kiedy dezerter powiedział mu, że w mieście jest także gubernator Galilei (Józef F) był zachwycony i uznał to za dzielo boskiej opatrzności.

“Człowiek, którego uważał za najniebezpieczniejszego przeciwnika zamknął sam siebie we własnym więzieniu”

– skromnie zanotował Józef. Pierwszym posunięciem rzymskiego generała było wysłanie Placidusa i dekuriona Ebutiusa

“wyjątkowo odważnego i pomysłowego oficera”

, wraz z tysiącem żołnierzy aby otoczyli miasto i uniemożliwili gubernatorowi ucieczkę.

“Uważał, że uda mu się zdobyć całą Judeę jeśli tylko pojmie Józefa”

– pisał w “Wojnie żydowskiej”. Brzmi to jak samochwalstwo, ale może być prawdą skoro wiedział, że Wespazjan będzie czytał jego zapiski.

21 maja kilka godzin po tym jak Józef dotarł do Jotopaty, Wespazjan stanął tam z całą swoją armią. Wybrał na swoj obóz niewielkie wzgórze, zaledwie kilometr od miasta aby być w całości widzianym przez obrońców, którzy – miał nadzieję – będą przerażeni ogromną liczbą napastników. Jego pierwszym działaniem było otoczenie miasta podwójną linią piechoty i linią kawalerii aby uniemożliwić wejście i wyjście z miasta.

Następnego dnia Rzymianie przeprowadzili zmasowany atak. Niektórzy z żydów starali się powstrzymać atakujących jeszcze przed wałami, ale Wespazjan rozbił ich na odległość dzięki łucznikom i procarzom i sam prowadził swoją piechotę pod górę w miejsce, gdzie najłatwiej było się wedrzeć na mury. Widząc zagrożenie Józef poderwał do walki cały swój garnizon i odparł atak legionistów. Walki trwały cały dzień. Obrońcy stracili 17 zabitych i 600 rannych, Rzymianie 13 zabitych i znacznie więcej rannych. Żydzi byli tak bardzo podnieceni tym zwycięstwem, że następnego poranka sami dokonali wypadu i zaatakowali wroga. Kiedy ucichł zgiełk bitewny okazało się, że Rzymianie zadali im tak poważne straty, że żydzi zaczęli tracić serce.

Żydzi jednak byli na tyle skuteczni w walce, że Wespazjan zdał sobie sprawę, że mury miasta są znacznie poważniejszą przeszkodą niż to sobie wyobrażał. Po konsultacji z wyższymi oficerami, nakazał budowę platformy oblężniczej na przeciwko tej części murów, która wydawała się najsłabsza. Jego żołnierze wycięli wszystkie drzewa w okolicy, przywlekli ogromne kamienie i napełnili worki ziemią. Poziomy drewnianych płotów strzegły ich przed oszczepami i kamieniami rzucanymi na nich podczas budowania platformy.

W tym samym czasie rzymska artyleria oblężnicza, 160 skorpionów, strzelała non stop w stronę murów, razem z katapultami i wyrzutniami kamieni. Używano dwóch typów skorpionów – wielkiej kuszy i mniejszej, mobilnej katapulty. Zamontowana na wozie katapulta miała cięciwę zrobioną ze skręconych lin konopnych i wystrzeliwała z ogromną prędkością przebijające pancerz sworznie i kamienne kule. Onagery były potężnymi mechanicznymi procami, które wyrzucały głazy, beczki kamieni i powiązane w pęczki płonące głownie. Artyleria ta była tak skuteczna, że niektórzy obrońcy obawiali się wyjść na mury. Mimo to, pewna waleczna grupa żydów prowadziłla nieustanne kontrataki, zrywając zasłony ze skór, zabijając schowanych za nimi saperów i rozbijając platformę.

W odpowiedzi, na przeciwko platformy Józef zbudował ścianę 10 m wyższą, używając jako zasłony świeżych skór zdjętych z wołów, które mialy chronić pracujących przy budowie przed pociskami. Takie skóry nie rozpadały się tak szybko po uderzeniach pocisków i przez to. że nie były wyschnięte, trudno było je podpalić. Dodał on także nowe drewniane wieże połączone parapetem. Rzymianie nieoczekiwanie stracili impet a podbudowani tym żydzi zwielokrotnili nocne ataki paląc konstrukcje oblężnicze.

Poirytowany powolnym oblężenie i będący pod wrażeniem wojowniczości przeciwnika Wespazjan postanowił wziąć Jotopatę głodem i wycofal swoje wojska kontynuując blokadę. Miasto miało wystarczającą ilość żywności, ale spadło zbyt mało deszczy aby napełnić cysterny i woda musiała być wydzielana. Kiedy jednak Józef zauważył, że Rzymianie uważają, że mieszkańcy miasta cierpią na brak wody, kazał mieszkańcom wywiesić na murach swoje ubrania ociekające wodą. Zniechęcony tym widokiem Wespazjan powrócił do codziennych ataków na mury.

Mimo ścisłej blokady przez jakiś czas Józef był w stanie komunikować się ze światem zewnętrznym i uzupełniać najbardziej potrzebne zapasy. Wysyłał kurierów w skórach owiec tak wąskim żlebem, że Rzymianie uznali iż nie warto go pilnować. Po jakimś czasie odkryto jednak tą strategię i miasto zostało kompletnie odcięte.

Legioniści wycofali się z linii frontu, czekając na odpowiedni moment do frontalnego ataku. Skorpiony i wyrzutnie kamieni cały czas prowadziły ostrzał podobnie jak arabscy łucznicy i syryjscy procarze powodowali wiele ofiar. Jedynym sposobem w jaki żydzi mogli na te ataki odpowiedzieć były wyczerpujące energię wypady za mury. W tym czasie wysokość platformy osiągnęła wysokość murów i Wespazjan uznał, że naddszedł czas na zastosowanie tarana. Był to potężny pień drzewa – jak na maszt okrętu – okuty masywną, żelazną końcówką w kształcie głowy barana, który zawieszono na linach zaczepionych do rusztowania na kołach. Rozhuśtany przez swoją obsługę żelazny barani łeb mógł rozbić każdy rodzaj murów. Kiedy rzymska artyleria zintensyfikowała swoje ataki podciągnięto taran na właściwą pozycję osłaniając go skórami i płotami. Już pierwsze uderzenie wprowadziło ścianę w drżenie.

“Straszny płacz ogarnął obrońców jak gdyby mury już runęły.”

– wspomina Józef.

cdn…

Alternatywna historia

Pod koniec XIX w. Heinrich Schliemann odnalazł ruiny legendarnej Troi. Dokonał tego po uważnej analizie legend a także antycznego tekstu Iliady, uważanego za fikcję literacką. Efektem było odkrycie zaginionego miasta, które miało istnieć tylko w legendach. To podpowiada, że legendy należy brać o wiele bardziej serio, bo mogą doprowadzić do wspaniałych odkryć. Mit Atlantydy jest największą taką legendą a jej śladem – wśród wielu innych – podąża Andrew Collins. Jest on autorem wielu książek, które rzucają wyzwanie oficjalnej, akademickiej historii. Jego najnowsza książka to “Atlantis in the Caribbean” (“Atlantyda na Karaibach”).

atlantis_in_the_caribbeanCollins jest jednym z wielu badaczy poszukujących mitycznego lądu, który wg legendy zamieszkany był przez zaawansowaną technologicznie cywilizację. Cywilizacja ta miała pogrążyć się w morskich odmętach po straszliwym katakliźmie jaki nawiedził wyspę i zniszczył jej populację a także wszystkie jej osiągnięcia. Historię Atlantydy znamy z dialogów Platona “Kritiasz” i “Timajos” i to właśnie te dwa starożytne pisma uznał Collins za podstawę do poszukiwań zaginionej cywilizacji.Uznał, że należy właściwie odczytać wskazówki zostawione przez Platona aby określić geograficzne położenie Atlantydy. Nie jest to proste bo na podstawie tych samych informacji umiejscawiano Atlantydę już chyba we wszystkich częściach naszego globu – włączając w to Antarktydę.

Collins doszedł do wniosku, że Atlantyda – jeśli istniała – nie mogła znajdować się dalej niż w zachodniej części Atlantyku. Studiując mapy lądów a także dna morskiego nabrał pewności, że jedynym logicznym położeniem Atlantydy mógł być obszar nazywany dziś Karaibami – zwłaszcza północne wybrzeże Kuby i Wyspy Bahama. Platon pisał, że Atlantyda była imperium morskim, które leżało na ogromnej wyspie, otoczonej wianuszkiem mniejszych. Wystarczył jeden dzień i jedna noc aby zatopić Atlantydę wraz z jej mieszkańcami. Dla Collinsa śladem istnienia takiej wyspy, która zapadłaby się na dno morskie byłaby duża ilość wodorostów, które musiały porastać jej wybrzeża. Te wodorosty istnieją do dziś i miejsce to nazywa się Morzem Sargassowym. Sargassy to wodorosty, których w tym miejscu Atlantyku jest tak dużo, że nadano mu osobną nazwę geograficzną. Obszar porośnięty wodorostami ciągnie się od środkowego Atlantyku aż po Bahamy.

Platon szczegółowo opisał wygląd głównej wyspy Atlantydy. Określił jej wielkość, wskazał na istnienie gór a także ogromną dolinę w jej południowej części. Andrew Collins zidentyfikował ten fragment wyspy jako dzisiejszą Kubę. Dzisiejsze wyspy Bahama i Kuba są pozostałością potężnego lądu, który zniknął wraz z podnoszeniem się poziomu morza. Do kataklizmu na tą skalę doszło wg Platona 9600 p.n.e. i jak się obecnie okazuje w tym właśnie czasie skończył się okres geologiczny nazywany Młodszym Dryasem. Doprowadziło do tego uderzenie komety, które opisał Graham Hancock w swojej książce “Magicy bogów”. Uderzenie komety (która rozpadła się na tysiące mniejszych kawałków) oprócz potwornych zniszczeń takich jak wywołane przez tsunami powodzie a także pożary, spowodowało gwałtowne topnienie lodowca. Dym, popioły i para wodna odcięły dostęp promieni słonecznych do naszej planety. Wywołało to tzw. małą epokę lodowcową która trwała 1200 lat. Największy fragment komety uderzył w region amerykańskich Wielkich Jezior, inne spadły do oceanu tworząc olbrzymie fale, które na kilka lat kompletnie zatopiły dzisiejsze Karaiby. Platon nawiązuje w w swoich dialogach do tych wydarzeń, mówiąc o lądzie na Atlantyku, który został pochłonięty przez ocean. Dialogi – “Timajos” i “Kritias” powstały ok. 300 r.p.n.e. i dały początek legendzie Atlantydy. Oczywiście pozostaje tu jeszcze jedno pytanie: skąd Platon wiedział o tym wszystkim? Nikt w tamtych czasach nie wiedział przecież o istnieniu Ameryki… Zresztą historycy mocno utwierdzają nas w tym przekonaniu.

atlantyda

Coraz więcej dowodów – także tych powstałych na gruncie naukowym wskazuje, że ludzie w antycznych czasach nie tylko wiedzieli o kontynencie po drugiej stronie Atlantyku, ale także odbywali tam regularne podróże. W epoce brązu miedź była podstawowym elementem technologicznego rozwoju całej ludzkiej cywilizacji. Kopalnie miedzi na południu Europy z pewnością nie były w stanie sprostać popytowi na ten metal, który w tych czasach był w powszechnym użyciu. Skąd w takim razie pojawiał się on w ogromnych ilościach w Europie i był powszechnie dostępny?

U wybrzeży Turcji odkryto szereg wraków antycznych dalekomorskich statków. Znaleziono tam rozmaite dobra w tym duże ilości tlenku miedzi, świadczące o tym, że podstawowym ładunkiem tych statków była właśnie miedź. W laboratorium okazało się, że miedź była niezwyklej czystości i mogla pochodzić z jedynego miejsca na świecie, gdzie taka miedź występuje w ogromnych ilościach. Tym miejscem jest obecny stan Michigan nad jeziorem o tej samej nazwie. Wiedza o takim źródle cennego kruszcu miała ogromną wartość i warto było utrzymywać ją w tajemnicy. Pierwsi miedź przywozili z Ameryki Minojczycy (to wraki ich statków znaleziono u wybrzeży Turcji) jednak po tsunami, które zniszczyło Kretę ich potęga rozsypała się i tajemnicę miedzi przejęli Fenicjanie a później Kartagińczycy. Dziś na Wyspach Kanaryjskich a także na Azorach znajdowane są pozostałości po fenickich osiedlach, które służyły jako punkty zaopatrzeniowe dla statków podążających do Ameryki i z powrotem. Być może niezwykle krwawe i zaciekłe wojny punickie jakie stoczyła Kartagina z Rzymianami dotyczyły kontroli nad amerykańską miedzią. Fenicjanie i Minojczycy docierając do Ameryki z pewnością docierali także do dzisiejszych Bahamów i tam mogli poznać historię zaginionego lądu Atlantydy, którą przenieśli do wszystkich kultur żywiołowo rozwijających się wokół Mare Nostrum. W taki sposób o Atlantydzie dowiedział się Platon. Mimo sugestii, że informacje te pochodzą od Solona, który wiele lat wcześniej odwiedził Egipt i tam miał usłyszeć o Atlantydzie, nie ma nic w pismach egipskich co sugerowałoby taką wiedzę. Wynika ona jednak z analizy rozmaitych pism semickich, którymi posługiwali się Fenicjanie i to właśnie wydaje się być właściwym źródłem informacji Platona na temat Atlantydy.

bimini

Istnienie nieznanej nam dziś cywilizacji na Karaibach sugerują rozmaite intrygujące odkrycia. Przede wszystkim jest to tajemnicza konstrukcja znaleziona w 1968 r. na dnie morza w okolicach wyspy Bimini. Nazywana jest drogą Bimini i zbudowana jest z ogromnych głazów ułożonych obok siebie w formie wskazującej, że nie powstała z pomocą sił natury. Podobna konstrukcja znajduje się pomiędzy Wyspami Bahama a Kubą, gdzie na głazach pod wodą znaleziono petroglify. Tereny te bada od 10 lat Gregory Little. Źródłem dla jego poszukiwań są wizje Edgara Cayce, śpiącego proroka, który umiejscawiał Atlantydę właśnie na Karaibach. Obecnie ogromne zainteresowanie wzbudzają tzw. Ruiny Browna, również odnalezione w okolicach wyspy Bimini. Para płetwonurków odnalazła tam szereg ogromnych sześciennych bloków skalnych. Ich położenie sugeruje, że budowla została rozbita przez potężne fale tsunami. To, co jest najbardziej niezwykle w odnalezionych ruinach, to że kamienie te nie pochodzą z tego regionu Karaibów! Musiały być wydobyte na Haiti, Kubie, Jamajce albo w Europie (!) – we Włoszech lub Turcji.… Na Bahama nie ma takich skał. Jedna z teorii mówi, że był to balast albo kotwice cumujących tutaj statków. Jednak kamienie wydają się zbyt ciężkie aby spełniać taką funkcję nie mówiąc o tym, że morze w tym miejscu jest dość płytkie – ma co najwyżej 3-5 m głębokości. Podobnych, trudnych do wytłumaczenia elementów wokół Bahama i Kuby jest znacznie więcej. Sama Kuba jest niezwykle zagadkowa i z pewnością kryje wiele tajemnic. Dostęp do tej wyspy nie jest łatwy, podobnie jak swoboda poruszania się po niej jest ograniczona. Jedyne co obecnie mamy do dyspozycji to opisy podróżników przedzierających się przez dżunglę Kuby w poprzednich wiekach. Opisywali oni tajemnicze jaskinie, posągi i inne artefakty, które wskazują na o wiele starszą historię cywilizacji na wyspie niż chcą tego historycy. W lipcu 2001 r. Rosjanka Paulina Zelitsky, pracująca dla kanadyjskiej firmy Advanced Digital Communications dokonała u wybrzeży Kuby (Guanahacabibes) szeregu pomiarów za pomocą zaawansowanego sonaru. Zdjęcia dna morskiego na głębokości ok. 700 m pokazały regularnie zabudowany, pocięty ulicami obszar na którym zidentyfikowano – wśród wielu budowli – także piramidy.

Alternatywna historia

Książka którą aktualnie czytam nosi tytuł: “The Phantom Atlas: The Greatest Myths, Lies and Blunders on Maps” (“Atlas fantomów – największe mity, kłamstwa i pomyłki na mapach”). Napisana przez Edwarda Brooke-Hitchinga opowiada o nieistniejących wyspach, wymyślonych górach, mitycznych cywilizacjach i innych niepewnych geograficznie miejscach. Poniżej fragment:

Zaginione miasto z pustyni Kalahari

phantom_atlasPierwszą rzecz jaką należy wiedzieć o Williamie Leonardzie Huntcie jest to, że był on utalentowanym wynalazcą. Był wiktoriańskim showmanem znanym jako “Wielki Farini” i przerobił teatralne urządzenie sceniczne wyrzucające człowieka na niewielką wysokość w powietrze na wczesne (o ile nie najwcześniejsze) widowisko w którym z armaty zamiast pocisków wystrzeliwano ludzi. Zadebiutował ze swoją maszyną w londyńskim Akwarium Królewskim, 2 kwietnia 1877 r, gdzie wystrzelił 14-letnią dziewczynkę o imieniu Rosa Richter ponad widownią do siatki na odległość 21 m.

Dar tworzenia nowości potwierdzała kwiecista aż do przesady reklama, która swoją pomysłowością przewyższała nawet króla blagi P.T. Barnuma. Barnum podpisał nawet kontrakt z Huntem i Rosą (która występowała pod pseudonimem “Zazel”) w 1880 r. i wystrzałowy duet przemierzał Amerykę wzdłuż i wszerz z najwspanialszym cyrkiem na świecie odnosząc ogromny sukces. Hunta jednak męczyły światła rampy i w 1881 r. wycofał się z show-biznesu. Pogłoski o 180 karatowych diamentach rozrzuconych po pustyni Kalahari sprawiły, że zamienił trociny cyrku na pustynny piasek i razem ze swoim przyjacielem Lulu przestawił uwagę na przygody. To właśnie podczas tej podróży przez pustynię Hunt miał dokonać niezwykłego odkrycia (lub być może swojego największego wymysłu), którym było zaginione miasto antycznej cywilizacji.

mapa

Swoje odkrycie oznaczył Hunt na mapie i po powrocie przedstawił londyńskiemu Królewskiemu Towarzystwu Geograficznemu. Na mapie umieścił Hunt napis: “Ruiny”. Podczas polowania miał odkryć zagrodę o eliptycznym kształcie o długości 1/8 mili. W jego oczach były to ruiny miasta:

„Kamieniarstwo miało cyklopiczny charakter. Tu i ówdzie gigantyczne kwadratowe bloki wciąż stały na sobie… Wewnątrz swego rodzaju zagrody wpasowano zrobiony z wąskich prostokątnych bloków krzyż, który był podstawą piedestału albo monumentu. Odkopaliśmy połamane kolumny…cztery płaszczyzny były wyżłobione.”

Początkowo odkrycie spotkało się z niewielkim zainteresowaniem. Członkowie RGC, którzy komentowali raport Hunta zignorowali sekcję mapy z ruinami a za to krytykowali, że brakuje na niej informacji na temat lokalnych źródeł wody.

przez_kalahariWówczas, w 1886 r. Hunt opublikował książkę na temat swoich przygód pt: “Through the Kalahari Desert. A Narrative of a Journey with Gun, Camera, and Note-Book to Lake N’Gami and Back” (“Przez pustynię Kalahari. Opowieść o podróży ze strzelbą, aparatem fotograficznym i notatnikiem do jeziora N’Gami i z powrotem”). Opowiedział w niej więcej szczegółów ze swojego odkrycia opisując jak jego zatumanieni lokalni przewodnicy odmówili pomocy w odkopywaniu kamieni uważając, że jest to bezsensowne. W rozdziale zatytułowanym: “Skurwysyny nie chcą kopać” dołączył schemat narysowany przez Lulu i dokładniejszy opis

“długiej linii kamieni, które wyglądają jak Mur Chiński po trzęsieniu ziemi a które po zbadaniu okazały się ruinami całkiem potężnej struktury”.

Hunt zakończył książkę zagadkowym wnioskiem, że identyfikację reliktu pozostawia innym

“bardziej obznajomionym w temacie”

i podsumował wierszem:

Ruiny zasypane w połowie
Wielkie, kamienne pozostałości
Tam, gdzie samotne pustkowie
Świątynia lub grób na ludzkie kości

Niekształtnie kamienie i rzeźbione bloki ze skały brutalnie wyrwane wystają z czerwonego piasku
Przez wielkich ludzi prochy stworzone i chronione, tysiące lat czekały słonecznego blasku

Pamiątka to może ze wspaniałą przeszłością
Miasta kiedyś wielkiego i wzniosłego
Twarzy pozbawione pękłej ziemi złowrogą światłością
Dłonią czasu kompletnie zmiecionego

huntMożna cynicznie uznać tę niechlujną próbę wymyślenia tajemnicy po to aby napisać książkę i zyskać sławę. Jeśli rzeczywiście tak było to autor srogo się zawiódł bo jego książka wzbudziła niewielkie zainteresowanie – prawdopodobnie ze względu na cyrkową reputację Hunta, która była szeroko znana. W 1923 r. profesor z Rhodes University: E.H.L. Schwartz wskrzesił historię zaginionej cywilizacji co zainspirowało do ponownego zbadania legendy F.R. Pavera, edytora z “Johannesburg Star” i dr Meent Borcherdsa. Ich artykuły trafiły w umysły czytelników i wkrótce zorganizowano ekspedycję w poszukiwania “Zaginionego Miasta z Kalahari”. Trudno dziś się doliczyć ile razy próbowano je znaleźć, ale za historykiem A.J. Clementem można przyjąć, że do 1967 r. przeprowadzono w tym celu co najmniej 26 wypraw. Poszukiwania trwają nadal i od 2010 sfinansowano międzynarodowy projekt dokładnego przeczesania terenów pustyni Kalahari z niewielkich pojazdów lotniczych (motolotni).

Alternatywna historia

Przeglądając moją biblioteczkę natrafiłem na historię Attylii – wodza Hunów no i zaczytałem się trochę…, jak zawsze w takich przypadkach. Książka nosi tytuł: “Attila The Hun – A Barbarian King and The Fall of Rome” (Hun Attyla – król barbarzyńców i upadek Rzymu”).  Napisał ją John Man i obejmuje ona czasy piątego stulecia naszej ery. Niemalże tysiąc lat później polski król wygrywa bitwę pod Grunwaldem a Europa technologicznie jest bardziej zacofana niż pod koniec czasów Imperium Rzymskiego. To daje sporo do myślenia. Poniżej fragment książki.

attila-the-hunPatrząc wstecz z perspektywy czasu widać, że ludzie wiedzieli, że nad Europę nadciąga coś złego, widzieli znaki, ostrzeżenia, cuda i zapowiedzi zagrożenia: trzęsienie ziemi w Hiszpanii, zaćmienie Księżyca, zorza polarna sięgająca swym nieziemskim światłem zbyt daleko na południe, jak widma uzbrojone w płonące lance polarnych regionów. W czerwcu 451 r. pojawiła się na porannym niebie kometa – Kometa Halleya jak ją dziś nazywamy – ze swoją rozjarzoną głową i rozciągniętym ogonem groźnym jak płonący pocisk wystrzelony z niebiańskiej katapulty. Zagrożenie budowało się nieustannie przez 50 lat – Wizygoci przejęli Akwitanię, Alanowie, Wandale i Swebowie rozproszyli się po północnej Galii, Burgundowie w Sabaudii, Frankowie osiągnęli Mozę, Północna Afryka została stracona, Brytania odcięta, Bretania żyła dla samej siebie, bagaudzcy bryganci byli poza wszelką kontrolą –  wszystko to na skraju budującej się kuluminacji.

Podejmując decyzję o inwazji Zachodu, Hunowie mieli podobny problem jaki mieli Niemcy przygotowujący się do inwazji Francji w 1914 i później w 1940 r. Od  strony Renu Francja posiadała doskonałą naturalną osłonę w postaci Wogezów ustępującym górom Eifel i Ardenom na północy. Praktycznie jedyna droga prowadziła przez Mozelę, przez dzisiejszy Luksemburg i stamtąd przez równiny Szampanii. Nie było jednak dobrym pomysłem przedzieranie się przez góry Francji (lub raczej Galii) jeśli armia była zagrożona od północy – z Belgii – w tym przypadku region zajmowali Frankowie.

Attyla miał problemy z Frankami. Król Franków zmarł (Meroweusz) a jego dwaj synowie sprzeczali się o sukcesję. Starszy udał się po pomoc do Attyli, młodszy mający piętnaście, góra szesnaście lat szukał pomocy u Rzymian i znalazł ją u Aecjusza. Priscus (kronikarz) widział tego młodego człowieka w Rzymie pod koniec 450 r. i jego wygląd zrobił na nim wrażenie:

“Jego pierwsza broda nie zaczęła jeszcze rosnąć, a jego lniane włosy były tak długie, że zasłaniały mu ramiona”.

Aecjusz adoptował go jako swojego syna – typowe w tamtych czasach narzędzie do wzmacniania przymierza – i młodzieniec wyruszył z powrotem objuczony darami i obietnicami. Oczywiście miał otrzymać pomoc potrzebną do zdobycia tronu i przez to wpaść w ramiona Rzymian. Niedobrze było mieć rzymskiego wasala na swoim prawym skrzydle, tak jak Niemcy w 1914 r. nie mogły dopuścić aby neutralna Belgia przeszła do obozu Ententy. Aby dokonać udanej inwazji Francji, Niemcy musieli zdobyć “biedną, małą Belgię”. Aby najechać Galię Attyla musiał najpierw zneutralizować biednych, małych Franków.

hunowie

Na początku 451 r. główna armia Attyli podążała  wzdłóż Dunaju maszerując po obu jego stronach, przekraczając wpływające do niego rzeki przez brody i pontonowe mosty zbudowane z kłód drzew wyciętych w okolicznych lasach. Jedno ze  skrzydeł poszło głęboko na południe by zawrócić w stronę Renu przez Bazyleę, Sztrasburg, Spirę, Wormację, Frankfurt nad Menem i dołączyć do głównej armii nadciągającej od Dunaju i Renu. Hunowe przekroczyli Ren prawdopodobnie w Koblencji, ścinając drzewa na skraju rzeki i budując z nich tratwy i pontonowe mosty aby przerzucić na drugą stronę rzeki swoje wozy.

Z tego miejsca w marcu 451 r. mógł Attyla wysyłać niewielkie siły aby zniszczyć tych Franków, którzy jeszcze nie sprzymierzyli się z Rzymianami. Potwierdza to fakt, że Childeryk, starszy syn, który początkowo szukał sojuszu z Attylą, wyrósł później wśród Franków na króla dużego formatu. Frankowie stworzyli swoje oddziały w armii Attyli a także Rzymu i nie byłoby to możliwe, gdyby wszyscy sprzymierzyli się z Rzymem, gotowi do zadania Attyli ciosu w plecy.

Wszystkie kroniki tej wojny mają źródła chrześcijańskie, bo chrześcijaństwo utrzymywało przy życiu ogień cywilizacji. Wszystkie były spisane później i w większości są to hagiografie biskupów męczenników po równo wypełnione historycznymi faktami i fantazją swoich twórców. Można jednak dzięki temu zaznaczyć na mapie drogę Attyli. Prawdopodobnie druga przeprawa na Renie miała miejsce w Sztrasburgu przy niewielkim oporze Burgundów. Główny atak nastąpił przy połączeniu Mozeli z Renem w Koblencji. Tej wiosny Hunowie i ich sprzymierzeńcy podążali krętymi drogami wzdłóż obu brzegów Mozeli by połączyć się przy kamiennym moście w Trewirze.

porta-nigra

Tak naprawdę powinni tam pozostać. Trewir był fortecą przez trzy stulecia i był także rzymską stolicą na północ od Alp do czasu, gdy administracja prowincji przeniosła się 50 lat wcześniej do Arles. Jego siedmiometrowe mury łączyły cztery bramy, z których jedna istnieje do dziś, uratowana przez greckiego mnicha, który zamknął się tam w jedenastym wieku chroniąc ją przed zburzeniem aureolą swojej świętości. Kiedy pojawili się Hunowie, północna brama błyszczała delikatną żółcią, ale wieki później pokryła się ciemną patyną wietrzejącego piaskowca i stała się Porta Nigra, Czarną Bramą. Nic w Galii – wtedy i teraz – nie pokazywało lepiej rzymskiej potęgi niż ta szwarzeneggerowska strażnica: 30 m wysoka, 36 długa, i 22 szeroka. Jej kamienne bloki, niektóre z nich z wydrapanymi imionami dumnych murarzy ważyły po 6 ton. Cięte brązowym piłami napędzanymi przez wody Mozeli, połączone były nie cementem a żelaznymi klamrami w trzypiętrową wieżę ze 144 arkadowymi oknami. Dwa arkadowe wejścia z wrotami i kamiennymi zaporami prowadziły do tego starego miasta, zamieszkałego przez 80 tys. ludzi. To był Rzym w miniaturze. Marmurowy pałac zbudowany przez Konstantyna w 300 r. obłożono 1.5 milionami płytek, przywiezionymi z Pirenejów i Afryki. Łaźnie miejskie były największe w imperium zaraz po łaźniach Dioklecjana i Karakalli w Rzymie, posiadały salę gimnastyczną, gorące, letnie i chłodne pokoje, opalany węglem piec i dwupiętrową piwnicę. Na stadionie 20 000 ludzi mogło oglądać walki gladiatorów, rzucanie przestępców lwom na pożarcie a także sztuki grane na podnoszonej scenie (wszystko dziś w ruinach).

attylaTrewir powinien zatrzymać w miejscu marsz Hunów. Ci jednak przeszli bez zatrzymywania się. Brak informacji na ten temat sugeruje, że garnizon miasta zmniejszony po tym jak stolicę Galii przeniesiono do Arles zamknął się w twierdzy i pozwolił barbarzyńcom obejść ją dookoła. Hunowie ruszyli przed siebie zostawiając straż tylnią i blokując dolinę na wypadek gdyby żołnierze z Trewiru odzyskali chęć do walki.

Jedyne informacje jakie posiadamy na temat następnego miasta na ich drodze dotyczą Metz. Wg kroniki, Hunowie oblegli miasto i powoli rozbijali jego mury obronne taranem. Jeszcze przed Wielkanocą część murów runęła. Szybka nocna szarża przez zrobioną w ten sposób wyrwę w murach doprowadziła do upadku miasta 8 kwietnia. Jeden z zakonników został wzięty do niewoli, innym poderżnięto gardła a wielu mieszkańców spłonęło żywcem we własnych domach.

Po tym zwycięstwie już tylko prosta droga prowadziła łagodnymi stokami Ardenów na płaskie przestrzenie campi, sawanny której nadano imię Campania a dziś Szampania. Region ten zwany był wówczas równinami katalauńskimi od łacińskiej nazwy lokalnego plemienia upamiętnionego dziś w nazwie miasta Chalons. Wówczas Hunowie ruszyli na północ do Reims, głównego miasta Galów, gdzie łączyły się sw-nikazywszystkie główne drogi. To starożytne miasto z forum i łukiem tryumfalnym zbudowanym przez Augusta było puste, bo jego mieszkańcy uciekli do lasu. Została tylko niewielka grupka licząca na cud z arcybiskupem i kilkoma księżmi na czele. Legenda mówi, że prałat Nikazy śpiewał Psalm 119 kiedy dotarli tam Hunowie. Prawdopodobnie liczył on, że ten najdłuższy z psalmów, ze swoimi 176 wersami da mu specjalną ochronę. Nie dał. Dośpiewał do wersu 25 –

“Moja dusza pokryta kurzem ożywiła się Twoim słowem”

kiedy huński miecz uciął mu głowę. Został on później beatyfikowany jako św. Nikazy.

Główne uderzenie Hunów poszło jednak na zachód w kierunku Orleanu, gdzie starzy wrogowie Attyli – Alanowie – przygotowywali się do obrony. Hunowie w swoich wozach poruszali się wolniej niż tempo blitzkriegu, pokonując 20 km dziennie, poprzez wsie opustoszałe ze strachu. Ci co posiadali cokolwiek zakopywali dobytek, bogaci trzęśli się w swoich ufortyfikowanych siedzibach, biedni uciekali do lasu i w góry.

Alternatywna historia

Zmiana samolotu Hitlera, z należącego do Luftwaffe Ju-252 na Ju-52 ze znakami Ejercito del Aire miała miejsce 29 kwietnia w hiszpańskiej bazie wojskowej Reus i została przeprowadzona szybko i w tajemnicy. Grupa führera bez przeszkód dotarła do Villa Winter na Fuerteventura. Podczas tego etapu podroży uczucie ulgi na pokładzie samolotu musiało być dojmujące. Uciekinierzy lecieli przez hiszpańską przestrzeń powietrzną w czasie, gdy alianckie oczy wciąż były skoncentrowane na Berlinie a w przypadku amerykańskiego wywiadu także na Bawarię. Z tyłu samolotu pod wpływem środków nasennych podanych przez dr Haase spokojnie spała Blondi. Samolot zatrzymał się na krótko po paliwo w hiszpańskiej bazie lotniczej w Moron w południowej Hiszpanii i prowadzony przez rozbudowaną sieć komunikacji radiowej z Villa Winter wylądował na Wyspach Kanaryjskich wieczorem 29 albo rankiem 30 kwietnia. Pasażerów zabrano z lotniska samochodami i powieziono polną drogą do luksusowej willi, gdzie dostali porządny obiad i mogli zasnąć – po raz pierwszy od wielu miesięcy bez ogłuszającego huku bomb i artylerii.

Willi Koehn – regularny pasażer U-bota do Buenos Aires i człowiek odpowiedzialny za wysyłkę Aktion Feuerland z Hiszpanii – przyleciał dzień wcześniej z Kadyksu. Koehn był szefem latynoamerykańskiego oddziału Niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i bliskim przyjacielem gen. Wilhelma von Faupela, który zarządzał nazistowskim Instytutem Iberoamerykańskim – kwaterą główną niemieckiego wywiadu na Zachodniej Półkuli. Ostatnie dwie przesyłki Koehna doszły drogą morską jeszcze przed nim i czekały na załadunek na dwa U-booty.

hitler-i-blondiHitler wraz z Ewą Braun zostali przewiezieni na U-518 jedną z jedenastu łodzi rybackich jakie były w posiadaniu bazy. Mimo, że Franz Barsch z U-1235 był – w wieku 33 lat – najstarszym i najbardziej doświadczonym dowódcą, jego załoga wyszła na swój jedyny wojenny patrol w maju 1944 r., podobnie jak U-880 Gerharda Schotzau. Dwudziestopięcioletni Hans-Werner Offermann mimo, że najmłodszy z trzech kapitanów, był doświadczonym podwodniakiem znającym wody Ameryki Południowej, gdzie razem ze swoją załogą pływał na wojenne patrole od maja 1942 r. Do 1945 r. – gdzie średnia długość życia załoganta U-boota wynosiła półtora patrolu – ta długowieczność wyróżniała go jako mającego szczęście i umiejętności weterana i ta kombinacja jego doświadczeń była powodem wyboru U-518 jako łodzi Hitlera.

Kiedy pasażerowie zostali wygodnie zaokrętowani – tak jak to tylko było możliwe – w ciasnych warunkach wojennego U-boota, opuszczono wyspy ruszając w mającą 5300 mil podróż. Miała ona zabrać 59 dni, podczas których czas musiał upływać tak ciężko jak w “betonowym okręcie podwodnym” w bunkrze führera. W międzyczasie, U-880 z Hermannem Fegeleinem i Willi Koehnem na pokładzie oraz U-1235 leżały bezpiecznie na dnie niedaleko Punta Pesebre. Oba okręty podwodne pozbyły się swoich torped, wystrzeliwując je w głębokie wody nieopodal wyspy, aby zrobić miejsce na ładunek. Przez następne dwa dni, skrzynie z dobrami przetransportowanymi z Kadyksu były układane w przedziałach torpedowych.

Życie na pokładzie U-518 cuchnęło – co było normalne dla prowadzącego działania wojenne U-boota. Załogant U-boota mógł zabrać ze sobą jedynie ubranie jakie miał na grzbiecie i jedną zmianę bielizny i skarpet i te części garderoby wypełniano rzeczami dowolnie wybranymi przez załogę i nieobjętymi regulaminem. Luźna atmosfera pomiędzy oficerami i załogą musiała się zmienić natychmiast po tym jak führer znalazł się na pokładzie – nawet gdy Hitler poprosił aby wszelkie formalności ograniczyć do minimum po tym jak zobaczył, że nieustanne salutowanie na ciasnej łodzi jest po prostu śmieszne. Kapitan Offermann przez siec głośników wewnętrznych poinformował swoją załogę o tożsamości pasażerów i porcie docelowym. Część przestrzeni dla pary, jej bagaży i ładunku ciężkich skrzyń uzyskano pozbywając się amunicji i odsyłając część marynarzy na inne jednostki. Torpedy i amunicja do działka przeciwlotniczego zostały wyładowane a 12 marynarzy uznano za niepotrzebnych w niebojowej misji i przeniesiono na pozostałe dwa U-booty. Jako żądło w swoim odwłoku w przypadku niespodzianki Offermann pozostawił rufowe wyrzutnie torpedowe załadowane dwiema akustycznymi torpedami niszcząco-burzącymi typu T5 Zaunkonig.

Na bojowym patrolu, dziobowy przedział torpedowy był także pomieszczeniem dla załogi. Wraz z usunięciem torped i zmniejszeniem załogi z 44 osób do 32 pomieszczenie to miało być kabiną Hitlera, Ewy i Blondi, ale prywatność pasażerów musiała być często naruszana przez załogę dokonującą rutynowych przeglądów sprzętu na okręcie. Większość załogi U-boota, z wyłączeniem radiooperatorów pracowała w ośmiogodzinnych zmianach. Przestrzeń dla załogi była niezwykle cenna, prywatność nie istniała i nawet po przeniesieniu 12 ludzi – U-518 musiała być niezwykle zatłoczona podczas swojej podróży. Załoga czuła się także skrępowana obecnością pasażerów – zwłaszcza dwóch. Pies na pokładzie okrętu podwodnego nie był czymś nieznanym. Blondi mogła swobodnie przemieszczać się po okręcie i wkrótce stała się ulubieńcem załogi. Szybko nauczyła się korzystać z kuwety do załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych, ale ludzie używający toalet na łodzi podwodnej mieli znacznie gorzej.

u-boot

Na U-518 toalety były wyposażone w spłuczki korzystające z wody morskiej i zawartość klozetu przepompowywano do zbiorników sanitarnych, które od czasu do czasu opróżniano do morza. Normalnie załoga używała tylko jednej toalety, zanim żywność zmagazynowana w dwóch pozostałych nie została zużyta. W tej podroży toaleta w torpedowym przedziale dziobowym używana była wyłącznie przez führera i Ewę Braun. Posiadała także metalową szafkę z lustrzanymi drzwiami, gdzie znajdowały się dwa składane zlewy. Słodka woda była limitowana i racjonowana ale pasażerowie mogli używać słodkiej wody także do prania – przywilej nieznany na U-bootach, gdzie na pranie trzeba było czekać do końca rejsu a załodze w zamian wydzielano duże dawki wody kolońskiej “Kolibri”.

Na jedzenie składały się głównie puszki wypełniacza sojowego zwanego Braitlingspulver. Załoga nazywała je “dieselżarcie” bo skladowano je w miejscu, gdzie stała chmura dieslowskich oparów. Głównym problemem wynikającym z ciągłej podroży pod wodą było wyrzucanie śmieci, które gromadziły się na okręcie w wilgotnych i smrodliwych warunkach. Śmieci były wyrzucane w niewielkich ilościach przez wyrzutnię BOLD mającą mylić sonary, ale w praktyce śmieci wkładano w puste wyrzutnie torpedowe i wystrzeliwano w morze kiedy można to było zrobić bezpiecznie. Po zapadnięciu ciemności, 4 maja 1945 r., dwa dni po tym kiedy “oficjalnie “ ogłoszono śmierć Hitlera, co spowodowało ironiczne uśmieszki na pokładzie U-518 – okręt zakotwiczył na cztery godziny przy południowo zachodniej stronie bezludnej wyspy Branco w archipelagu Wysp Zielonego Przylądka i zachodnich wybrzeży Afryki. Korzystając z okazji przewietrzenia okrętu, Offermann pozwolił Ewie Braun na zapalenie papierosa na mostku. Ewa Braun ciężko znosiła warunki życia na lodzi podwodnej. Cztery dni później Offermann rozważał wynurzenie okrętu w celu odbycia ceremonii przejścia równika ale szybko odrzucił ten pomysł. Musiał zdążyć na spotkanie.

greywolfGeneral SS Hermann Fegelein przybył do Argentyny na pokładzie U-880 w nocy z 22 na 23 lipca, jakieś pięć dni przed łodzią Hitlera. U-boot utrzymywał maksymalną prędkość przez całą podróż aby umożliwić szwagrowi Ewy Braun organizację przygotowań na przyjazd Hitlera. O świcie, 23 lipca przewieziono go na holownik Delfino SA, jakieś 30 mil od Mar del Plata. Załoga U-880 wyładowała z okrętu na holownik 40 małych, ale bardzo ciężkich skrzynek wielkości skrzyń do amunicji.Tym samym U-880 wypełnił swoje ostatnie zadanie dla III Rzeszy. Załogę przetransportowano na holownik. Ostatni załogant otworzył zawory denne i wszyscy patrzyli w milczeniu jak U-boot po raz ostatni zanurza się w głębiny południowego Atlantyku.

W międzyczasie w kapitańskiej kajucie na holowniku Fegelein brał kąpiel i ogolił się po raz pierwszy od 54 dni. 15 min później Fegelein założył modny szary garnitur uszyty przez najlepszych krawców w Buenos Aires. Przywiózł mu go na pokład holownika osobisty wysłannik pułkownika Juana Perona – Rodolfo Freude, syn ambasadora nazistów w Argentynie, bogatego biznesmana – Ludwiga Freude. W podróży do brzegu do dwóch mężczyzn w kajucie dołączył inny pasażer z U-880 – Willi Koehn – szef latynoamerykańskiego oddziału Niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i były szef Faszystowskiej Partii Chile.

Koehn po raz ostatni był w Buenos Aires w 1944 r. i również wykorzystał regularny rejs U-boota z Rota w Hiszpanii do Mar del Plata aby przywieźć ciężki ładunek. Koehn był dobrze znany argentyńskim antyfaszystom: trzy tygodnie po swoim przybyciu z Fegeleinem, uciekinierzy z Argentyny w Montevideo w Urugwaju potwierdzili powrót Koehna do Argentyny. Tym razem pojechał on do Patagonii za wiedzą rządu w Buenos Aires. I nie był on sam.

Kiedy Fegelein i Freude wylądowali w Mar del Plata, czekał na nich czarny samochód argentyńskiej marynarki wojennej. Chwilę później generał SS i argentyński nazista wsiedli do dwupłatowca Curtiss Condor II, świeżo pomalowanego w kolory Fuerza Aera Argentina stworzonej zaledwie sześć miesięcy wcześniej i odlecieli. Ten Curtiss był jednym z czterech jakie Argentyna zakupiła w 1938 r. Samolot znany był z dużej ładowności i krótkiego pasa startowego jaki potrzebował aby wzbić się w powietrze. Samolot wylądował zaledwie pół godziny później na trawiastym lotnisku niemieckiej farmy, 6 km od morza niedaleko Necochea. Rozpoczęto ostatnie przygotowania w oczekiwaniu na Hitlera i Ewę Braun, którzy mieli tu dotrzeć za kilka dni.

Alternatywna historia

Czy Wikingowie docierali do dzisiejszego Meksyku? Na ścianach Świątyni Wojowników w Chichen Itza znajduje się malowidło przedstawiające “Białych Władców”, którzy być może dotarli tu aż z chłodnej Skandynawii. Wikingowie byli legendarnymi nawigatorami i doskonałymi żeglarzami. Dziś nie ulega wątpliwości, że dotarli do Labradoru i Zatoki Hudsona wiedząc o istnieniu Ameryki na kilkaset lat przed Kolumbem. Jest więc wielce prawdopodobne, że mogli również dotrzeć do Ameryki Środkowej na długo przed Cortezem i konkwistadorami. Islandzka saga Eyrbyggja opisuje wyprawy dwóch Wikingów na półwysep Jukatan. Jednym z nich był Gudleif Gudlaugson (ok. 1025 r.) a drugim Björn Breiðvíkingur Ásbrandsson (ok. 965 r.)

Björn Breiðvíkingur Ásbrandsson zwany Czempionem musiał uciekać z Islandii po tym, jak odkryto jego romans z Thurid, żoną Thoroda – poborcy podatków. W efekcie ich związku urodził się chłopiec – Kiartan i Czempion znalazł się w trudnej sytuacji. Brat Thurid – Snorri – zaskoczył raz Czempiona bez broni, ale ten zdołał go przekonać że to, co się stało ma swoje źródło w miłości. Snorri uwierzył mu i ostrzegł przed gniewem Thoroda. Aby uniknąć rozlewu krwi Czempion spakował manatki i postanowił udać się na kilka lat do Europy w oczekiwaniu, aż cała afera ucichnie. Ocean Atlantycki miał być gwarantem, że ta miłość nie będzie miała dalszych konsekwencji. Czempion odpłynął w siną dal i słuch po nim zaginął na wiele długich lat.

Kilkadziesiąt lat później kupiec Gudleif płynąc z Islandii do Irlandii wpadł w straszliwy sztorm i po wielu tygodniach tułaczki po morzu wylądował w nieznanym sobie kraju. Eksperci badający sagi uważają, że dotarł do Jukatanu. Tam otoczyli go niezbyt przyjaźnie nastawieni tubylcy, których języka nie rozumiał – wiedział jednak, że jego położenie jest ciężkie i być może nadszedł czas, żeby pożegnać się z życiem. Nagle pojawił się orszak z władcą na czele. Władca był wyniosły i potężny a ludzie wokół niego oddawali mu boską cześć. Nieoczekiwanie zapytał Gudleifa skąd pochodzi językiem używanym przez ludzi Północy, a gdy ten odpowiedział, że z Islandii – władca ożywił się wyraźnie i stracił swoją wyniosłość. Zaczął ze znawstwem tematu wypytywać o szczegóły i wreszcie na koniec rozmowy zdjął z palca złoty pierścień i kazał kupcowi przekazać go Thurid. Po czym wyjął miecz i podając go Gudleifowi nakazał oddać go Kiartanowi – synowi Thurid. Po wielu tygodniach żeglugi Gudleif wrócił do Islandii i oddał powierzone sobie przedmioty. Wówczas wszyscy przypomnieli sobie Czempiona, który wiele lat temu zaginął bez śladu w drodze do Europy.

wikingowie-u-aztekow

Obecnie uważa się, że pomoc jaką uzyskał Cortez w podboju imperium Azteków od innych plemion Mezoameryki jest związane z tzw. powrotem “Białych Władców”, których utożsamiano z Hiszpanami. Co prawda niektórzy historycy uważają, że legenda “Białych Władców została wymyślona przez Franciszkanów i utożsamiała Corteza z Quetzalcoatlem, pierzastym wężem, bogiem pokoju (???) i arcywrogiem władcy Azteków Moctezumy. Jednak fresk z Chichen Itza pokazuje coś innego: białych, czarnych i brązowych ludzi, którzy walczą ze sobą i biorą się do niewoli. Czas powstania fresku oceniono na 600-900 r.

W Popol Vuh opisany jest Taniec Czarnych Gigantów. Jeden z nich wymachuje mieczem i stara się zabić Białego Giganta, ale ten robi sprytne uniki. Zaczyna się walka przerywana od czasu do czasu składaniem hołdu bogom. Giganci atakują się nawzajem z furią i wreszcie Czarny Gigant odcina głowę Białemu. Oglądający tą scenę ludzie są przerażeni, gdy Czarny Gigant groźnie wymachuje mieczem w ich stronę. Wiedzą, że ich czas jest policzony. I wtedy pojawia się inny biały o imieniu Gavite. Walka zaczyna się na nowo i jest niezwykle zaciekła. Gavite jest nieustraszonym wojownikiem i Czarny Gigant czuje najpierw zmęczenie a potem strach. Próbuje negocjować, chce się ukorzyć przed Gavite i kupić swoje życie. Gavite jest jednak nieprzejednany i w końcu odcina głowę Czarnemu Gigantowi. Głowę i miecz składa w podarunku królowi Majów.

chichen-itza-mural

Z analizy fresku w Chichen Itza wynika, że biali najpierw najechali Jukatan i mieszkający tam brązowi ludzie sprzymierzyli się z czarnymi w końcu pokonując białych. Ich radość nie trwała jednak długo, bo czarni okazali się być okrutnymi ciemiężcami. Jeden z rysunków w Chichen Itza przedstawia dwóch czarnych składających w ofierze białego mężczyznę o blond włosach. Kiedy przybyli następni biali, Majowie sprzymierzyli się z nimi i pokonali Czarnych Gigantów. Można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że owymi “białymi” byli właśnie Wikingowie.

Za “czarnych” uważa się Azteków – potężnych i okrutnych, opętanych żądzą krwi i złota kanibali. Nie ma do końca pewności jak wyglądali Aztekowie. Wg hiszpańskich konkwistadorów byli rośli (w przeciwieństwie do Majów), mieli czarną skórę jak pantery i mocno kręcone włosy…. Czyżby byli to ci sami ludzie o negroidalnych rysach, których kamienne rzeźby głów nazywane są głowami Olmeków? Zachowane kodeksy Majów: Codex Telleriano i Codex Mendoza pokazują Azteków jako ludzi o czarnym kolorze skory…

mural

Historia Mezoameryki wciąż jest pełna białych (nomen omen) plam. Do dziś w Meksyku można spotkać ludzi o czarnym kolorze skóry, którzy nie mają afrykańskich korzeni. Mowiąc o historii i zwyczajach tego regionu dyskretnie przemilcza się panujący powszechnie kanibalizm a także najwymyślniejsze metody zadawania bólu. Może dlatego Graham Hancock w swojej książce “War God” przedstawia Moctezumę i Corteza jako równorzędnych, opętanych i wykolejonych dewiantów, zdolnych do każdej podłości i zbrodni.

Alternatywna historiaZaginione cywilizacje

Od kiedy serwis Google Earth stał się powszechnie dostępny, kto żyw rzucił się odkrywać tajemnice naszej planety ukryte do tej pory przed ludzkim okiem. Zdjęcia satelitarne dają idealny punkt widzenia z którego bystre oko jest w stanie dostrzec elementy odbiegające od codzienności.

Antarktyda wzbudza szczególne zainteresowanie, choćby ze względu na niedostępność i odległość lodowego kontynentu od ludzkich skupisk. Ostatnią sensacją są “odkrywane” tam kolejne struktury przypominające piramidy. Dwie z nich odkryto kilkanaście kilometrów od brzegu a trzecia ma stać niemalże na czarnej, antarktycznej plaży. Sensacyjność odkrycia dla uważnego obserwatora tego tematu jest sezonowa. Oznacza to, że o piramidach na Antarktydzie pisze się już od dobrych kilku lat a dyskusję za każdym razem wywołują tabloidy (!), dla których jest to sprawdzony temat na pozyskanie sobie szerszego odbioru. Identyczne niemalże informacje z “Daily Mail” były prezentowane w zeszłym roku, dwa lata temu, trzy lata temu… i zapewne wcześniej.

Jeśli struktury te rzeczywiście okazałyby się być zbudowanymi przez kogoś piramidami, to niewątpliwe dokonują one kolosalnej rewolucji w sposobie patrzenia nie tylko na naszą historię ale w ogóle na początki ludzkości. Nikt do tej pory nie był w stanie udowodnić, że Antarktydę mogła zamieszkiwac jakakolwiek nieznana nam cywilizacja – na dodatek technologicznie zaawansowana.

antarctic-pyramid

Trudno sobie wyobrazić aby ktokolwiek mógł zamieszkiwać tą skutą mrozem ziemię, gdzie warunki życia nawet dziś, gdy zbudowano tam dostarczające energii elektrownie atomowe i lotniska zdolne przyjąć największego nawet jumbo-jeta. (Nawet istnienie elektrownii atomowych jest problematyczne po tym jak w amerykańskiej bazie McMurdo zamknięto w 1972 r. taką elektrownię po tym, gdy wykryto tam duży, radioaktywny wyciek zatruwający środowisko naturalne i ludzi). Jednak z badań geologicznych wiadomo, że Antarktyda nie zawsze była taka jak dziś. Płyta tektoniczna, na której leży powoli dryfuje w stronę bieguna południowego, co oznacza, że wiele milionów lat temu Antarktyda cieszyła się łagodnym klimatem przypominającym dzisiejszą Nową Zelandię. Tak przynajmniej mowią naukowcy z British Antarctic Survey. Kilka niezależnych od siebie ekspedycji naukowych sponsorowanych przez NASA a także Rosyjską Aakademię Nauk znalazło mikroby pod lodem jezior: Vida i Wostok.

Antarktyda jest w 98% pokryta lodem, który więzi w sobie ponad połowę ziemskich zasobów słodkiej wody. Antarktyda nie jest jednak kostką lodu. Większość tego lodu spływa do oceanu, spychana tam siłami natury. Pokrywa lodowa Antarktydy ma w wielu miejscach grubość ponad 3 km i kryje pod sobą prawdziwy, geologiczny krajobraz kontynentu. Powstało międzynarodowe konsorcjum naukowe (wspomniane wyżej British Antarctic Survey), aby wspólnymi siłami zbadać jak wygląda Antarktyda pod lodem. Dzięki temu powstała mapa Antarktydy zwana Bedmap2, oparta na mapie jaką stworzono w 2001 r. i uzupełniona o 25 milionów (!) nowych pomiarów dokonanych z ziemi, powietrza i przestrzeni kosmicznej. Włączone są w to także 7-letnie obserwacje satelity NASA – ICESat (ICESat2 wejdzie do służby w przyszłym roku) i 3 lata pomiarów laserowych i z użyciem radaru penetrującego ziemię w ramach operacji IceBridge. W ramach IceBridge samoloty P-3 Orion przelatywały nad wieloma regionami Antarktyki dokładnie penetrując swoimi radarami to co, ukrywa pod sobą lód.. Dzięki temu mamy dość niezłe rozeznanie w tym, co kryje się pod grubą warstwą lodu Antarktydy.

p-3_orion

Największym problemem dopuszczenia myśli o nienaturalnym pochodzeniu tzw. piramid z Antarktydy jest to, że nawet dziś byłyby one niemalże niemożliwe do wykonania. Zwłaszcza przy obecnym klimacie, który nie zmienił się zbytnio od czasów wynalezienia koła a nawet opanowania techniki zapalenia ognia, co miało nastąpić jakieś 125 tys. lat temu. Oznaczałoby to, że jeśli rzeczywiscie ktoś miałby zbudować piramidy na Antarktydzie, to z pewnością nie byłby to nasz praszczur… Inna sprawa, że my sami być może nie jesteśmy pierwszymi mieszkańcami Ziemi i z pewnością nie ostatnimi. Co jakiś czas niepokojące znaleziska sugerują, że ktoś tu był na bardzo długo przed nami a czasem nawet sugerują, że przybył tu z naprawdę daleka.

W przypadku Antarktydy przychodzi do głowy jeszcze jedna myśl. Ten ktoś nie tylko kiedyś tu przybył, ale być może nawet jest tam do dziś! Jakkolwiek szalona i pozbawiona rozsądku jest ta myśl to: zaskakuje zainteresowanie z jednej strony a tajemniczość z drugiej w jaki traktują to miejsce światowe mocarstwa i to już od połowy XX w. Ostatnio zainteresowanie Antarktydą zdają się wzrastać, bo odwiedzają ją rozmaite prominentne osobistości, nie podając przy tym celu swojej wizyty. Co prawda znając intelektualna dojrzałośc Johna Kerry’ego jestem w stanie uwierzyć, że uznał moment w którym Hillary przegrała wybory prezydenckie za ostatnią szansę aby wywinąc orła na nieskażonym stopą ludzką śniegu… Oczywiście na koszt podatników.

kirvi

Sensacyjne informacje na temat piramid na Antarktydzie pojawiają sie cyklicznie od lat. Ilustrują je zazwyczaj te same zdjęcia a ostatnio także “screeny” z Google Earth. To, czego brak w tych opisach to zazwyczaj nazwiska ludzi, którzy dokonali tego odkrycia, ale to nie przeszkadza aby informacje tego typu wywoływały odpowiednie zainteresowanie. Głód takich fantazji musi być wielki, bo przyjmowane są one bez cienia sceptycyzmu, jak leci, co tylko zachęca właścicieli takich stron (zazwyczaj mają oni u siebie dużo reklam na których zarabiają) do dostarczania kolejnych rewelacji. W przypadku tzw. piramid z Antarktydy każdy, kto chciałby się choć trochę wysilić natrafi na długi film zrobiony przez “National Geographic” ze wspinaczki na Vinsen Massif, gdzie cała okolica fotografowana jest z dbałością i przy użyciu wysokiej jakości sprzętu. Jakoś nikomu do głowy nie przyszło aby nazwać któryś z takich “podejrzanych” masywów piramidą – choćby dla żzartu… Powód jest zapewne prosty. Szczyty te mają naturalne pochodzenie a ich geologia związana jest z przesuwającym się u ich podnóża lodowcem i nazywane są nunatak. Jako przykład takiej geologicznej struktury może służyć gora Kirvi i sąsiadująca z nią Beinisvørð na Wyspach Owczych. Pod odpowiednim kątem rzeczywiście przypominają piramidy, ale wystarczy popatrzeć na nie z drugiej strony aby nie mieć wątpliwości, że są nunatakami. Są wolne od lodu i łatwo dostępne ale mimo to, nie odkryto tam śladów czyjejś inteligentnej działalności.

giza-antarktyda

Najnowsze sensacyjne zdjecia z Google Earth odkrył dla świata Vicente Fuentes. Podał nawet ich geograficzne współrzędne (79°58’39.25″S 81°57’32.21”W). Odkrycie okrzyknięto piramidą i ostatecznym dowodem na istnienie tych struktur na Antarktydzie. Geograficznie miejsce to nazywa się Schatz Ridge i jest jednym z częściej odwiedzanych, bo rutynowo wzgórze zdobywane jest przez pasjonatów aplinizmu. Co ciekawe żaden z nich nie zgłosił nigdy, że kojarzy mu się ono z piramidą! Dlaczego? Powód jest prosty i psychologiczny. Fuentes zrobił zestawienie zdjęcia Schatz Ridge z piramidą w Gizie. Na zdjęciach obok siebie wygladaja niezwykle podobnie tylko że… struktura na Antarktydzie jest zaledwie czubkiem wielkiej góry i gdyby odgarnąć z niej lód jakim jest w większości skuta, to Wielka Piramida w Gizie wyglądałaby przy niej jak psia buda… Czy można sobie wyobrazić kogokolwiek w przeszłości, kto byłby w stanie coś takiego stworzyć??? Chyba, że miałoby to być jakieś wszechmogące UFO…., tylko ze wtedy zostawiłoby ono po sobie znacznie więcej pdobnie wyrafinowanych i trwałych struktur w innych częściach świata o wiele latwiej dostępnych niż ta na Antarktydzie. Taką strukturą ewentualnie mogłaby być bośniacka piramida w Visoko, ale póki co, odnoszę się do tych odkryć z pozytywnym zainteresowaniem, ale i zdrowym sceptycyzmem.

antarctic-pyramid1

Internet coraz bardziej zaśmiecany jest fałszywymi informacjami produkowanymi przez ludzi szukających taniej popularności. Nie powinno to dziwić w czasach, kiedy ludzie robią sobie więcej “selfików” niż tego co się dzieje dookoła. Narcyzm ma wiele postaci i jedną z nich jest zawłaszczanie ludzkiej świadomości nieustanną teorią chaosu – im bardziej absurdalną tym bardziej zyskującą sobie na popularności. Ostatnio wypisałem się nawet z fejsbookowej grupy “Orbita”, bo już nie zdzierżyłem nonsensów odgrzewanych tam z regularną częstotliwością. Dobiło mnie zdjęcie “mumii” szaraka znalezione rzekomo w egipskiej piramidzie przez szkockiego naukowca. W dwie minuty można sprawdzić, że to absurdalna ściema, ale ludzie tam piszący poświęcili znacznie więcej czasu, żeby mnie zaatakować niż samemu sprawdzić tą informację 🙂 Wiara nie tylko góry przenosi, ale buduje z tych gór piramidy (jak te na Antarktydzie), w których poukładane są mumie kosmitów jak kiszone ogórki w słoiku.

Antarktyda z pewnością kryje w sobie wiele tajemnic. Być może nawet piramidy i pozostałości po wyrafinowanej cywilizacji, ale dopóki nie pojawi się jakiś strzęp ewidencji, warto zachować anartktyczny chłód w ocenie i nie dać się ponieść polarnym mirażom.

Alternatywna historiaNatura i środowiskoNauka i technologiePolitykaUFO i ET

Dziwne rzeczy dzieją się w Antarktyce. Od kiedy Rosjanie przewiercili wielokilometrową warstwę lodu w Jeziorze Wostok krąży plotka, że znaleźli w nim coś pokaźnych rozmiarów. Rosjanie w razie czego siedzą cicho tylko ich samoloty kursują regularnie do jeziora i z powrotem.

Inna antarktyczna plotka mówi o jakiejś tajemniczej chorobie atakującej pracujących tam ludzi, którzy wywożeni są z lodowego kontynentu dyskretnie i bez rozgłosu i natychmiast zastępowani nowymi. Czyżby wydobyto z lodów jakiegoś wirusa, który w uśpieniu czekał miliony lat na swoją szansę?

kirylTuż przed II WŚ Antarktydą zainteresowali się Niemcy, którzy wysłali tam sporych rozmiarów ekspedycję przyłączając do III Rzeszy solidny kawałek Ziemi Królowej Maud, który nazwali Neuschwabenlandem. Nie wiadomo czego szukali tam naziści, ale gdy wracali z wyprawy ich trasa przebiegała podejrzanym zygzakiem. Chcieli zgubić swój trop?

Tuż po wojnie dotarła do Antarktydy imponująca eskadra admirała Byrda, która miała w planach zostać tam przez wiele miesięcy. W wyprawie wzięli udział specjalnie szkoleni do warunków polarnych marines w towarzystwie niszczycieli i lekkiego lotniskowca. Znów nie znamy powodu tej zdumiewającej – choćby ze względu na rozmiary – wyprawy. Zamiast jednak miesięcy – trwała kilka tygodni, gdy admirał Byrd zarządził odwrót. Amerykańskie okręty stoczyły tam tajemniczą bitwę, w której niektóre z nich zatonęły a inne powróciły mocno sfatygowane walką…. Z kim???? Byrd w wywiadzie dla chilijskiego “El Mercurio” ostrzegał przed wrogimi pojazdami powietrznymi, które wylatują z rejonu bieguna południowego i poruszają się z ogromną prędkością… Później na Antarktydę miały przybyć brytyjskie i amerykańskie siły specjalne, które rozprawiły się (podobno!!!) z antarktycznym oddzialem SS. Co jakiś czas pojawiają się nowe strzępki informacji w tej sprawie.

Dziś Antarktyda wciąż dobrze kryje swoje tajemnice a także tajemnice tych, którzy realizują tam projekty o których świat nie ma pojęcia. Kilka miesięcy temu na ten kontynent przybył patriarcha Moskwy Kirył III. Wracał do Rosji dość okrężną drogą z Hawany, gdzie spotkał się z papieżem Franciszkiem. Czyżby przyjechał tylko po to, żeby sobie zrobić zdjęcia z pingwinami?

kerry

Dwa tygodnie temu na Antarktydzie wylądował ogromny C-17 Globemaster (nomen omen) z amerykańskim sekretarzem stanu, Johnem Kerry na pokładzie. Jest to najwyższy dostojnik państwowy USA jaki kiedykolwiek odwiedził to miejsce. I znów ciśnie się na usta wiele pytań. Dlaczego? i w ogóle: Dlaczego właśnie teraz? Oficjalnie wizyta związana jest ze zmianami klimatycznymi na Ziemi, w co można uwierzyć tak samo jak w to, że admirał Byrd był wojownikiem Greenpeace. Kerry jest głównym amerykańskim dyplomatą i jeśli pojechał na Antarktydę to z pewnością nie zajmował się negocjacjami z pingwinami… No tak… Skoro nie z pingwinami to z kim???

bazaufo1

Z jakimś poselstwem z.. hmmm… z innej planety???

bazaufo2

Oglądaliśmy z Mulderm jeden z ostatnich programów “Third Phase of Moon”. Pokazywali tam coś naprawdę niezwykłego, co na Google Earth znalazł jakiś wirtualny wędrowca przetrząsając zakamarki Antarktydy. Na zdjęciu wyraźnie widać idealnie okrągły krater w którym wmontowana jest pokaźnych rozmiarów kula… Czy jest to tajne laboratorium? Baza wojskowa? A może rezydencja obcych… Mulder był pod wielkim wrażeniem odkrycia i od razu poszedł wyciągać mi sznurówki z butów zostawiając mnie z problemem samego. A ja, jak to mam ostatnio w zwyczaju, stawiam w moich wpisach więcej pytań niż prób wyjaśnienia zagadki, co wcale nie znaczy, że takiego wyjaśnienia nie ma. Jest. Trzeba się tylko czujnie rozglądać.

mulder

Alternatywna historia

10 lipca, 1945 r. świat obiegła sensacyjna wiadomość. Załoga niemieckiej łodzi podwodnej najnowszego typu – „U-530” – oddała się w ręce władz Argentyny. Zanim jednak do tego doszło niemieccy marynarze zniszczyli broń i wszystkie instrumenty nawigacyjne na okręcie. U-boot wszedł niezauważony w ujście rzeki Rio de la Plata. Jego dowódcą był młody, 25-letni kapitan Otto Wermuth. Wszyscy zachodzili w głowę co niemiecki okręt podwodny robił w tak odległym od Niemiec zakątku świata? Na dodatek dwa miesiące po zakończeniu wojny? Dlaczego marynarze nie poddali się wcześniej?

Amerykanie w nieznoszącej sprzeciwu formie zażądali internowania Niemców i ich ekstradycję do USA. Argentyńczycy opóźnili cały proces na tyle na ile mogli co pozwoliło im samym na dokładne przesłuchanie niemieckiej załogi. Do Argentyny po Niemców przyleciał specjalny samolot, który zabrał ich do USA. Nigdy później nie podano jakie były wyniki przesłuchana załogi “U-530” ani co się z nią stało. Jedyne informacje na temat celu wizyty niemieckiego u-boota pochodzą od Argentyńczyków. “U-530” miała być częścią większego niemieckiego konwoju, który pokonał całą drogę do Argentyny pod wodą. Konwój przez cały rejs utrzymywał cisze radiową, co stosowano tylko w sytuacjach najwyższej wagi.

Amerykański Sekretarz Obrony w tamtych czasach – James Forrestal oświadczył, że ”U-530” był w misji transportowej bo miał na pokładzie zaledwie kilka torped. Były to najnowocześniejsze niemieckie torpedy zwane torpedami pająka. Torpedy te były sterowane za pomocą kabla drogą radiową i nigdy nie chybiały celu. Jeśli “U-530” była okrętem transportowym to oznacza, że w konwoju były także u-booty, które stanowiły jego osłonę.

ufo-nazisecretsZałogę “U-530” stanowiło 54 osoby. Stanowczo za dużo jak na typowy rejs bojowy. Normalna załoga u-boota to 18 osób. W ładowniach okrętu znaleziono także bardzo duże zapasy żywności, wśród nich 540 beczek z papierosami. Dla kogo były to papierosy? W całej załodze nie było ani jednego palacza. Czyżby najnowocześniejszy niemiecki u-boot krążył przez dwa miesiące po zakończeniu wojny po południowej półkuli z potrójną, niepalącą załogą po to by przewieźć kilkaset beczek papierosów?

Załoga była bardzo młoda. Tylko jeden podoficer miał 45 lat a szef maszynowni 32. Reszta miała dużo poniżej trzydziestki. Dowódca miał zaledwie 25 lat a jego zastępca 22 lata. Zaintrygowało to Argentyńczyków i Amerykanów. Zaczęli badać dokumenty niemieckiej marynarki wojennej przejęte w Kilonii. Nie było w nich śladu o kapitanie “U-530” – Otto Wermuttcie a także innych członkach załogi. Tajemnicy dodawał fakt, że żaden z internowanych niemieckich marynarzy nie miał żyjącej rodziny lub choćby narzeczonej! Inna sprawa, że akta niemieckiej floty podwodnej były mocno zdekompletowane. Ktoś wyraźnie i celowo zacierał ślady. Zwycięzcy alianci zajęli się polowaniem na pozostałe U-booty, poszukując szczególnie tych najnowszych i największych. Hitler pokładał wielkie nadzieje w tym rodzaju broni Powiedział kiedyś:

“Jestem przekonany, że trzeba oddać wszystkie okręty nawodne na złom – przyszłość należy do u-bootów”.

W Niemczech nie znaleziono ani jednego , sprawnego i nowoczesnego u-boota. Odnaleziono je dopiero po upadku Japonii, gdzie Niemcy widząc swoją klęskę postanowili je ukryć. O innych krążyły legendy. Pojawiały się i znikały w różnych miejscach świata czasem mylone z radzieckimi okrętami podwodnymi, które również w sekrecie patrolowały te rejony.

17 sierpnia, 1945 r., pięć tygodni po sensacyjnym pojawieniu się “U-530” do ujścia Rio de la Plata, dopłynął następny niemiecki U-boot. Kapitan H Schaffer wraz załogą “U-977” w identyczny sposób jak ich poprzednicy oddali się w ręce argentyńskich władz. Było to ponad trzy miesiące od zakończenia wojny! Załoga liczyła sobie tym razem 32 ludzi co nadal było więcej niż potrzeba do pełnej obsługi okrętu. Okazało się, że 16 członków załogi zeszło z pokładu w Norwegii. Wszyscy, którzy zeszli byli żonaci i mieli rodziny Ktokolwiek wydał im ten rozkaz, doskonale orientował się w każdym detalu życia niemieckich marynarzy. Z dzienników pokładowych obydwu U-bootów wynikało, że wspólnie wyruszyły w rejs z Kristiansund w Norwegii, w maju, 1945 r. Z wcześniejszych pogłosek wynikało, że to właśnie tam uciekł ze swoją świtą z płonącego Berlina sam Adolf Hitler. Nieznane są powody dla których kapitan Schaffer zwlekał kolejne tygodnie z poddaniem swojej jednostki. Z nasłuchu radiowego znał już los “U-530” i wciąż czekał na “coś” na morzu. W swojej późniejszej książce na temat swojego rejsu Schaffer napisał, że załoga mozolnie czyściła cały okręt, aby zatrzeć choćby najmniejszy ślad po podróżujących tam ludziach. Czyżby wśród nich znajdował się także fuhrer Rzeszy? Tego Schaffer nie wyjawił. Lojalność żołnierzy niemieckich jest legendarna.

u-boot2

5 czerwca, 1945 r., a więc zanim jeszcze wybuchła sensacja z u-bootami w Argentynie, u wybrzeży Portugalii, niedaleko miejscowości Leixoes, znaleziono 47-osobową załogę niemieckiej łodzi podwodnej. Okręt został poważnie uszkodzony podczas rejsu i załoga zatopiła go lądując na brzegach neutralnego kraju. Można się jedynie domyślać, że była to część konwoju w którego skład wchodziły “U-530” i “U-977”. Dokąd płynął ten tajemniczy konwój?

Ponad rok wcześniej, 4 kwietnia, 1944 r. o godz. 4:40 w swój tajemniczy rejs wyruszył okręt “U-859”. Dowodził nim kapitan Jan Jepsen a jego załoga liczyła sobie aż 67 ludzi, którzy nie mieli pojęcia na jaką misję wyruszają. Przez wiele miesięcy rejsu dotarli do Afryki, następnie do Półwyspu Arabskiego, by dotrzeć w okolicy wyspy Sumatra w Indonezji. Okręt aktywnie uczestniczył w walkach i po drodze zatopił kilka alianckich transportowców. Taka działalność momentalnie wzbudziła czujność Brytyjczyków, którzy wytropili u-boota i zatopili go w Cieśninie Malakka. Niemalże cała załoga poszła na dno wraz z okrętem i tylko nieliczny niemieccy marynarze zostali uratowani. Zdarzenie to nie zwróciło niczyjej uwagi i wkrótce o nim zapomniano. 30 lat później jeden z ocalałych marynarzy wyznał na łożu śmierci, że okręt przewoził skarb. W jego dziobie przyspawano do pokładu beczki z 33 tonami rtęci. Rtęć była zapakowana w szklane butelki a same beczki umieszczono w hermetycznych, odpornych na wodę skrzyniach.

Rtęć jest drogim metalem i taka ilość ma ogromną wartość. Nic dziwnego, że zorganizowano ekspedycję, która odszukała na dnie nieszczęsnego u-boota i podwodnymi palnikami powoli i cierpliwie rozpruto kadłub w poszukiwaniu beczek. Wody w tym rejonie gęste były od rekinów więc praca szła powoli. Wreszcie udało się dotrzeć do wielkiej czarnej skrzyni, w której mieściły się beczki. Rozpruto ją i zaczęto powoli wydobywać jej zawartość. Wyznanie niemieckiego marynarza okazało się prawdziwe. W beczkach znajdowało się dokładnie 33 tony rtęci.

u-boot3

Rtęć wydobyto, ale pytanie wciąż pozostało: dokąd Niemcy zamierzali zabrać taką ilość rtęci? Po co im była tak wielka 67-osobowa załoga? I wreszcie: do czego miała służyć przewożona rtęć? Załoga musiała być pieczołowicie dobierana skoro tajemnica o ładunku okrętu utrzymywano przez 30 lat. To z kolei rodzi jeszcze jedno ważne pytanie: ile okrętów – takich jak “U-859” wyruszyło w podobną misję i nigdy ich nie wykryto?

Dwóch byłych niemieckich marynarzy z zatopionego na początku wojny niemieckiego pancernika kieszonkowego “Admiral Graf Spee”, pracowało w Argentynie dla niemieckiej firmy Lahusen. Wraz z innymi pracownikami firmy zostali zabrani wraz z konwojem ciężarówek na bezludne wybrzeże Argentyny, gdzie niedaleko brzegu stały wynurzone dwa niemieckie u-booty. Okręty rozładowywano za pomocą dużych gumowych pontonów i ludzie z Lahusen pomagali przy tym rozładunku. Ciężarówki po załadowaniu szybko odjeżdżały w stronę siedziby niemieckiej firmy. Z u-bootów wysiadła także duża grupa ludzi w cywilnych ubraniach. Traktowano je z niezwykłym szacunkiem, co świadczyło o ich wysokim statusie. Samochody które podjechały po tych ludzi nie gasiły nawet silnika tylko szybko odjeżdżały wraz z pasażerami w nieznanym kierunku. Cała akcja przebiegała niezwykle sprawnie i można się jedynie domyślać, że podobne przeprowadzano wielokrotnie. Nikt dziś nie wie jak wielki był konwój u-bootów i ile osób przywiózł do Ameryki Południowej. Alianci po zakończeniu wojny drobiazgowo przeanalizowali wszystkie znalezione niemieckie dokumenty. Niemcy zawsze byli znani z precyzyjnej biurokracji. Po odliczeniu wszystkich osób które zginęły w czasie wojny okazało się, że co najmniej 250 tys. Niemców rozpłynęło się bez śladu. Czyżby dali oni początek jakiejś Nowej Rzeszy gdzieś w innym miejscu na świecie?

Alternatywna historiaUFO i ET

W 57 Debacie Ufologicznej dyskutowaliśmy o dawnym UFO. Dla starożytnych zjawisko, które dziś nazywamy terminem UFO nie było niczym nowym. Obserwowali je, ale także rejestrowali kontakty z kimś, kto nie pochodził ze znanego im świata. Niektóre z takich wydarzeń także zapisywali. Jednym z najciekawszych zapisów ze starożytnego Egiptu jest tzw. papirus Tulliego. Alberto Tulli był w 1933 r. dyrektorem oddziału Muzeum Watykańskiego. Pochodzenie dokumentu nie jest do końca pewne i podobno Tulli znalazł go w jakimś antykwariacie. Chciał go kupić ale był dla niego zbyt drogi (dla Watykanu???) i Tulli jedynie skopiował tekst hieratyczny a następnie przełożył go na hieroglify. Dokument miał być odnaleziony po śmierci Tullego w jego prywatnych zbiorach i przekazano go muzeum. Papirus opisuje wydarzenie, które miało miejsce za czasów faraona Totmesa III ok. 1480 r.p.n.e. Tekst dokumentu brzmi tak:

“W 22 roku, trzeciego miesiąca zimy, o szóstej godzinie dnia skrybowie w Domu Życia dostrzegli dziwny, ognisty dysk, który pojawił się na niebie. Nie miał głowy. Jego oddech miał okropny zapach. Jego ciało miało jeden pręt długości i jeden pręt szerokości. Nie wydawał z siebie głosu. Zaczął zbliżać się do domu Jego Wysokości. Pomieszały się ze strachu serca skrybów i wszyscy upadli na brzuchy. Udali się do króla by mu o tym powiedzieć. Jego Wysokość zarządził aby skonsultować to ze zwojami w Domu Życia. Jego Wysokość medytował nad tymi wydarzeniami, które teraz się rozgrywają.

Kiedy minęło kilka dni było ich na niebie więcej niż poprzednio. Błyszczały jaśniej od blasku Słońca i sięgały aż do końca czterech podpór nieba. Potężny był widok Płonących Dysków.

Armia króla patrzyła na nie razem z Jego Wysokością w swoim centrum. Było to zaraz po wieczornym posiłku, kiedy Dyski wzniosły się jeszcze wyżej na południowym niebie. Ryby i inne przedmioty spadały z nieba: cud wcześniej nieznany od czasów powstania kraju. Jego Wysokość nakazał przynieść wonności aby przemówić do serca Amun-Re, boga Dwóch Lądów. Nakazano również aby zanotować to wydarzenie w Kronikach Domu Życia, by było na zawsze zapamiętane.”

Oryginalny egipski papirus na którym zapisano tę historię przechowywany był w bibliotece Muzeum Watykańskiego. Jeden z badaczy – Samuel Rosenberg – zwrócił się z oficjalną prośbą o udostępnienie mu dokumentu. Odpowiedziano mu:

“ Papirus Tulliego nie jest własnością Muzeum Watykańskiego. Obecnie jest w strzępach i jest nie do zidentyfikowania.”

Nikt nie jest obecnie w stanie sprawdzić czy ten papirus rzeczywiście jest autentyczny i jest przechowywany w tajemniczej Bibliotece Watykańskiej. Wiadomo jest jedynie to, że kryje się tam tysiące dokumentów, których Kościół uznał, że wyjawiać nie można.

Audycję można pobrać i odsłuchać na stronie Radia Paranormalium:
http://www.paranormalium.pl/1830,sluchaj

lub na YT:

Alternatywna historia

Morze Arktyczne coraz rzadziej zamarza, podgrzewane globalnym ociepleniem i z topniejących lodów co jakiś czas wynurzają się kolejne tajemnice. W sierpniu tego roku rosyjscy naukowcy zbadali pozostałości po supertajnej niemieckiej stacji arktycznej z czasów II WŚ, która działała na wyspie zwanej Ziemią Aleksandry. Wyspa jest częścią Archipelagu Franciszka Józefa na Morzu Karskim i leży 1000 km od bieguna północnego. Niemcy nazywali tą stację Schatzgräber – Łowca Skarbów – co być może sugeruje, że szukali coś znacznie więcej niż danych meteorologicznych czy nowych sposobów ataku na Rosję czy USA. Czego więc szukali? I czy coś znaleźli?

ziemia-aleksandry

Ziemia Aleksandry ma powierzchnię 1050 km2. Odkrył ją rosyjski nawigator Walerian Albanow i nazwał jąl tak na cześć wielkiej księżnej Rosji Aleksandy Pawłowny Romanowej. Albanow był zastępcą kapitana na rosyjskim statku odkrywczym “Św. Anna”. Statek utknął w lodach i po rocznym zimowaniu grupa pod dowództwem Albanowa ruszyła po lodzie w kierunku  jakiegoś lądu w poszukiwaniu pomocy. Z 14 ludzi jacy ruszyli wraz Albanowem przetrwał on i jeszcze jeden członek załogi. To wtedy odkryto tą skutą lodem wyspę. Po reszcie załogi “Św. Anny” słuch zaginął i dopiero w 2010 r. na Ziemi Franciszka Józefa znaleziono ich doczesne szczątki a także dziennik pokładowy. Jeden z ostatnich wpisów mówi o tym, że rozdzielono ostatni bryk tytoniu, choć i tak nie ma zapałek i że część załogi polowała na niedźwiedzie polarne.

swieta-anna

Wyspa w swojej historii nie posiadała większego znaczenia strategicznego. Zamieszkuje ją jedynie spora populacja niedźwiedzi polarnych, która oddzielona ogromnym dystansem od innych grup tych niedźwiedzi wytworzyła swój własny specyficzny podgatunek – posiadający unikalne cechy genetyczne. Mimo, że zamarznięta w lodach wyspa wydaje się być bezwartościowa niemalże natychmiast pretensje do jej posiadania zgłosiła Norwegia, która na tych wodach poławiała wieloryby a później USA, które odkryło w tym rejonie  – cóż by innego  – złoża ropy naftowej.

polar-bear

Hitlerowcy natomiast nie pytali nikogo o zgodę i w tajemnicy zajęli wyspę w 1942 r. Odległa od reszty świata arktyczna wyspa wraz ze swoją szczupłą załoga otrzymywała zaopatrzenie z powietrza. Dostarczały go bombowce dalekiego zasięgu typu Condor, które lądowały na przygotowanym polowym lotnisku. Jednak wraz z klęskami wojennymi jakie coraz częściej ponosili Niemcy w Rosji, Condory nadlatywały coraz rzadziej aż w końcu przestały. Cala żywność w stacji pochodziła z konserw i żeby urozmaicić sobie menu zaczęto polować na niedźwiedzie. Kucharz musiał niedogotować do końca tego arktycznego specjału i cała załoga stacji zaraziła się włośnicą. Na pomoc  polarnikom wysłano doktora z norweskiej bazy w Banak. Potężny czterosilnikowy Condor jednak uszkodził swoje podwozie podczas lądowania i musiano wysłać kolejny samolot, który zrzucił na spadochronie części zamienne do uszkodzonego samolotu. W międzyczasie włośnica zrobiła swoje i dosłownie rzuciła się na mózg dowódcy stacji, którego musiano związać i w takim stanie przetransportować do Niemiec. Niemieccy polarnicy zostali ewakuowani a na ich miejsce sprowadzono nowych. Niemiecka tajna stacja arktyczna przetrwała do 1944 r. i jej ostatnia załoga została ewakuowana przez U-boota. W obawie przed wykryciem Niemcy zaminowali teren dookoła stacji i dlatego przetrwała przez dziesiątki lat przez nikogo nie niepokojona. W 1980 r na wyspę przybyła grupa saperów z Bundeswehry aby rozminować pole minowe na podstawie zachowanych z czasów wojny planów. Okazało się, że skromna baza meteorologiczna była doskonale ufortyfikowana i gotowa na odparcie ewentualnego ataku. Jej personel stanowili żołnierze SS.

nagorski_janRosjanie w końcu dowiedzieli się o niemieckiej stacji i docenili jej ważność, do tego stopnie, że w 1952 r. zbudowali tam swoją, należącą do Rosyjskiej Służby Bezpieczeństwa. Można być pewnym, że niekoniecznie chodziło Rosjanom o badania nad lokalną populacją białych niedźwiedzi. Rosyjska baza i lotnisko na lodzie nosi nazwę Nagurskoje – na cześć pioniera lotów nad Antarktyką Ivana Nagurskiego. Ivan Nagurski w rzeczywistości nazywał się Jan Nagórski i urodził się we Włocławku. W poszukiwaniu przygód wstąpił do carskiej armii i został jednym z pierwszych rosyjskich (!) pilotów. Z pewnością był najlepszym z nich, bo to jemu powierzono lotnicze poszukiwania zaginionej ekspedycji ze “Św. Anny” a także rosyjskich polarników Gieorgija Siedowa i Władimira Rusanowa. Do tego celu zakupiono we Francji samolot Maurice Farman MF11. Nagórski za swoje loty nad Arktyką został odznaczony  przez rosyjską admiralicję orderem św Stanisława. Z jego rad i polarnego doświadczenia korzystał sam admirał Byrd. Nagórski tymczasem wziął udział w I WŚ a potem w Rewolucji Październikowej, podczas której Rosjanie uznali, że poległ. Tymczasem polski lotnik przedarł się do kraju i próbował wstąpić do polskiej armii. Przyznał się, że należał do Armii Czerwonej i to wystarczyło aby odrzucić jego kandydaturę. Potraktowano go jak zdrajcę i zrezygnowany prowadził ciche i spokojne życie. W 1955 r. znany popularyzator wypraw polarnych, podróżnik i pisarz Czesław Centkiewicz wygłosił w warszawie odczyt na temat osiągnięć pioniera polskiego polarnictwa: Jana Nagórskiego, który poległ w 1917 r. Ku zdumieniu wszystkich jedna z osób uczestnicząca w tym odczycie zdecydowanie zaprzeczyła tej informacji. Był to Jan Nagórski we własnej osobie.

treasure-hunter

Rosyjscy cywilni naukowcy zbadali dokładniej Ziemię Aleksandry dopiero w tym roku. Znaleziono opuszczone przez Niemców budynki, kanistry po paliwie, amunicję, strzelby, karabiny maszynowe, miny i doskonale zachowane dokumenty. Wśród papierów była także książka Marka Twaina – “Przygody Tomka Sawyera”. Wśród porzuconych przez Niemców rzeczy wciąż można było znaleźć puszki z sardynkami – co ciekawe pochodzącymi z rynku amerykańskiego. Być może w znalezionych dokumentach znajdzie się odpowiedź czego Niemcy szukali w Arktyce. Czy robiono doświadczenia z jakąś tajną bronią? A może szukano legendarnej “nordyckiej ojczyzny”? Do tej pory znane było jedynie zainteresowanie nazistów Antarktydą, gdzie mieli szukać pozaziemskich artefaktów a nawet UFO w nadziei odkrycia technologii, która pozwoli wygrać im wielką wojnę.

pak-da

Jedno jest pewne: jeżeli Niemcy znaleźli coś w Arktyce to doskonale to ukryli. Wciąż  znajduje się w świecie rozmaite kryjówki jakie zostawili po sobie naziści w przemyślnie ukrytych bunkrach i kopalnianych sztolniach. Przykładem może być Złoty Pociąg, dopiero teraz odnaleziony w w Polsce. Tymczasem rosyjska wojskowa baza w Nagurskoje przeżywa swój renesans. Zbudowano tam nowe lotnisko i budynki dla personelu. Zbudowano nawet 8.5 km drogi która kosztowała 67 mln. dolarów. W latach 50-tych stacjonowały tam bombowce strategiczne dalekiego zasięgu. Dziś mówi się że jest to baza niewidzialnych dla radaru bombowców PAK DA. Są tam także myśliwce MiG-31 i śmigłowce szturmowe co pokazuje, że Rosja bardzo poważnie traktuje swoje północne granice, prawdopodobnie chroniąc w ten sposób bogate złoża surowców pod dnem Morza Karskiego. Wraz  z ogrzewającym się klimatem zlodowacenie mórz na północnej granicy Rosji ogranicza się do zaledwie 3 miesięcy w roku, co pozwala na żeglugę tą trasą na masową skalę. Nowy szlak statków handlowych będzie jednak ściśle kontrolowany przez wianuszek arktycznych baz, z których jedna nazywa się Nagurskoje – na cześć polskiego pilota, pioniera lotnictwa polarnego.

Alternatywna historia

Archeolodzy w Jerozolimie odkryli kamień pogrzebowy, który być może jest tym samym, na którym złożono ciało Jezusa po jego śmierci na krzyżu. Kamień znaleziono podczas prac zabezpieczających w Bazylice Grobu Świętego. Był on przykryty marmurową płytą co najmniej od 1550 r. Kiedy usunięto marmurową płytę, znaleziono pod nią znacznie starszy kamień, wiekiem sięgający czasów Jezusa. Nie powinno w tym być nic dziwnego bo od setek lat bazylika ta jest traktowana jako ostatnie miejsce spoczynku Syna Bożego. Do tej pory traktowano to jednak bardziej jako symbol wiary niż rzeczywistość. Tymczasem nieoczekiwanie odkryto coś, co fizycznie potwierdza życie i śmierć twórcy chrześcijaństwa. Odkrycie bada wielu historyków, archeologów a także ludzi Kościoła. Jednym z nich jest amerykański judaista Ken Hanson. Hanson przez wiele lat żył w Izraelu i miał bezpośredni dostęp do wielu biblijnych miejsc – zwłaszcza w północnej Galilei. Nauczył się hebrajskiego pracując w kibucu Ga’aton. Przez jakiś czas mieszkał też w targanym wojną domową Bejrucie. Dziś jest wykładowcą judaistyki na Florydzie.

Wydawałoby się, że już nie da się niczego więcej odkryć w biblijnej archeologi i za każdym razem gdy się tak myśli – pojawia się coś nowego, co niezwykle pobudza wyobraźnię. Odnalezienie ewentualnego grobu Jezusa, a przede wszystkim sprawdzenie co jest w środku byłoby nie lada sensacją i postawiłaby w stan napięcia cały świat chrześcijański i nie tylko… Kamień grobowca odkryto 26 października, 2016 r. i nie ma wątpliwości, że pochodzi z I w.n.e. Panuje wiele teorii, w którym miejscu znajduje się grób Jezusa. W latach 80-tych znaleziono starożytny cmentarz 5 km od Jerozolimy. Było to ossuarium, w którym pogrzebane były ludzkie prochy z których wiele było podpisanych. Jedna z urn miała napis: Jeszua syn Józefa. Wywołało to wielkie zamieszanie w świecie i trafiło na główne strony gazet. Później odnaleziono grobowiec w ogrodzie na północ od Damasceńskiej Bramy w Jerozolimie, ale wg Hansona aby odkryć prawdziwe biblijne miejsca w dzisiejszym krajobrazie Jerozolimy trzeba wziąć pod uwagę ich położenie względem siebie.

via_dolorosaMiejsce od którego należałoby zacząć to miejsce, w którym odbył się sąd Piłata nad Jezusem. Jest to o tyle ważne, że Jezus musiał nieść własny krzyż – z pewnością nielekki : oczywiście jeśli podejdziemy do Ewangelii w sposób dosłowny. Jak daleko więc mógł przenieść taki krzyż ktoś, kto wcześniej był bity i torturowany? Pomagał mu w tym trochę Szymon ale i tak nie mogło to być zbyt daleko od miejsca sądu Piłata. Tradycyjnie uważa się, że sąd miał miejsce na początku ulicy Via Dolorosa, tam gdzie jest forteca Antonia czyli miejsce, gdzie w starożytności znajdowały się koszary wojskowe. Obecnie uważa się, że miejscem tym są okolice bramy do pałacu Heroda, co odkryli brytyjscy archeolodzy. Określili oni nawet punkt gdzie znajdowało się krzesło Piłata, gdzie stał Jezus a gdzie tłum! I wszystko to pokrywa się z zapisem Ewangelii. Miejsce to znajduje się w niewielkiej odległości tak od Kalwarii jak i domniemanego Grobu Jezusa. Wszystkie inne proponowane miejsca znajdują się w zbyt daleko od siebie aby pokonał je pieszo skazany na ukrzyżowanie Jezus.

Obecna Bazylika Grobu Świętego wydaje się stać we właściwym miejscu. W krypcie kościoła znajdują się autentyczne grobowce z I w.n.e. Miejsce to w czasach biblijnych było prawdopodobnie kamieniołomem sąd wydobywano materiał potrzebny do rozbudowy miasta. Fragmenty skalnych ścian wciąż są widoczne w okolicy bazyliki. Miejsce to nazywane jest także Kalwarią albo Golgotą i tam miało dojść do ukrzyżowania Jezusa. Wydarzenie to jest nie tylko centralnym punktem chrześcijaństwa, ale także przedmiotem sporów i kontrowersji wśród biblistów i biblijnych historyków. Są tacy, którzy uważają, że ciało Jezusa nigdy nie zostało złożone do grobu, bo Rzymianie zostawiali swoje ofiary na krzyżach dotąd, aż zaczęły się rozpadać, spadały na ziemię i tam były jedzone przez psy albo dzikie zwierzęta. Z tego powodu ciało Jezusa miało nigdy nie trafić do grobu a stworzona na temat zmartwychwstania Ewangelia miałaby być tylko mitologią (albo teologią jak kto woli). Tymczasem inne zdanie mają historycy żydowscy. Utrzymują oni, że w ich kulturze ciało zmarłego otaczane jest szczególną opieką – nawet jeśli osoba ta była kryminalistą. W świecie barbarzyńskich pogan w większości przypadków martwe ciało nie miało znaczenia i nikt nie dbał o to, czy było pożarte przez psy czy rozdziobane przez kruki.

bazylikgrobu

Bazylika Grobu Świętego istnieje w rozmaitych formach w tym samym miejscu od ponad półtora tys. lat. Została stworzony przez cesarza Konstantyna we wczesnych latach IV w.n.e. Był to pierwszy rzymski cesarz, który przeszedł na chrześcijaństwo.Jego matka Helena z gorliwością neofitki poszukiwała miejsc w Jerozolimie związanych z życiem i śmiercią Jezusa. Nie było to łatwe, bo miasto było zdobyte i kompletnie zniszczone przez Rzymian. Rzymianie pod wodzą Tytusa rozwścieczenie przedłużającym się powstaniem żydowskim, zrównali Jerozolimę z ziemią. Potem jednak zaczęli je odbudowywać tyle, że już wg własnego pomysłu stawiając m. in. rzymskie pogańskie świątynie. Miejsce gdzie ukrzyżowano Jezusa stało się Forum Romanum i świątynią Wenus. Matka cesarza Helena (późniejsza święta) zdecydowała, że trzeba coś z tym zrobić i nakazała zburzenie świątyni Wenus a na jej miejscu postawiła kościół Grobu Świętego. Miała też odnaleźć miejsce, gdzie Jezusa złożono do grobu i zbudować w kościele niewielką kaplicę zwaną edykułą, tuż za wielką rotundą bazyliki. Dziś podłoga bazyliki jest płaska i trudno sobie wyobrazić szczyt Kalwarii na której stał krzyż, podobnie jak skalną grotę, gdzie złożono ciało Jezusa. Skromna edykuła, wskazuje miejsce, gdzie znajdowała się ta grota.

Przez lata uważano, że do dziś nic już nie zostało z grobu Jezusa. Ostatnie odkrycia w bazylice zmieniły to podejście stając się sensacją tak dla historyków jak i wiernych. Oryginalna bazylika Grobu Świętego zbudowana przez Helenę została spalona w czasach średniowiecza. Do tego dochodzi aktywność tektoniczna w tym rejonie, która zmienia położenie wielu punktów geograficznych. Dlatego panowało przekonanie, że na tym historycznym miejscu nie zostało od czasów Jezusa nic oprócz symbolu. Obecna bazylika została zbudowana w XVIII w. i podczas jej obecnego remontu znaleziono najpierw marmurowy kamień nagrobny, pod nim warstwę osadów a pod nią drugi kamień. Tym razem z czasów Jezusa. Kamień okazał się ścianą grobowca a jego kształt i wielkość zbadano za pomocą radaru penetrującego ziemię. Wielu badaczy nie ma wątpliwości, ze jest to oryginalna krypta Jezusa.

edykulaW Bazylice Grobu Świętego znajduje się jeszcze jeden grobowiec i kryje on w sobie prochy Józefa z Arymatei – tego, który pod krzyżem zbierał krew Jezusa do kielicha zwanego Graalem. Uważa się, że to on oddał własny grobowiec aby pochować w nim Jezusa. Respekt dla śmierci jest niezwykle istotną częścią żydowskiej kultury. Kiedy w Izraelu na ulicy wybuchnie jakaś bomba i cala ulica zbryzgana jest krwią, pojawia się specjalna grupa ortodoksyjnych żydów z gąbkami, którzy pieczołowicie zbierają nimi każdą kroplę krwi aby ją godnie pochować. Co ciekawe, Józef był jednym z Faryzeuszy, ludzi, którzy skazali Jezusa na śmierć. Jeśli potwierdziłoby się, że krypta w bazylice Świętego Grobu jest rzeczywiście miejscem pochówku Jezusa oznaczałoby to, że w pobliżu muszą znajdować się także groby jego rodziny. Być może znajduje się tam grób Marii czy groby jego czterech braci: Jakuba, Józefa, Judy i Szymona.

Jerozolima jest specjalnym miejscem wśród trzech największych religii monoteistycznych na Ziemi. Jej znaczenie dla judaizmu jest oczywiste, dla chrześcijaństwa również. Jednak Kopuła na Skale ma także ogromne symboliczne znaczenie dla islamu i przez to jest to miejsce szczególnie kontrowersyjne i zapalne. Tam miała się przecież znajdować świątynia Salomona a później w czasach Jezusa świątynia króla Heroda. Podczas powstań żydowskich przeciwko Rzymianom, miasto zostało zniszczone wraz z pałacami i świątyniami – wliczając w to świątynię króla Salomona (to wydarzenie zapowiadało jedno z proroctw Jezusa, że z miasta nie zostanie kamień na kamieniu). Kiedy Jerozolimę zajęli Arabowie, kalif Omar zbudował na skale świątynię. Miała ona upamiętniać moment, kiedy prorok Mahomet został w cudowny sposób przeniesiony na ogierze zwanym Al-Buraq przez Allaha z Mekki do Jerozolimy właśnie na tą skałę. Wówczas pojawiła się drabina utkana ze światła po której Mahomet wspiął się do Allaha. Ten wyjął mu serce, oczyścił je, wstawił z powrotem i Mahomet wrócił na Ziemię by na Al-Buraqu wrócić jeszcze tej samej nocy do Mekki. Upamiętnia to świątynia zwana Kopułą na Skale postawiona na fundamentach żydowskiej świątyni Salomona. Nie prowadzi się tam żadnych badań archeologicznych a sama świątynia jest cierniem w oku żydów, którzy uważają, że miejsce zostało im skradzione. Przynależność Kopuły na Skale przypieczętowała decyzja UNESCO, które przyznało prawo do niego muzułmanom.

Tymczasem w ścianie krypty w której być może pochowano Jezusa wycięto niewielki otwór, ale tylko po to aby sprawdzić, czy nie zbiera się tam woda. Kamień pozostawał odkryty przez 60 godzin a następnie zasunięto na nim marmurową płytę i całość zabezpieczono, zamykając także być może na zawsze – dostęp do tajemnicy grobu Jezusa.

Alternatywna historia

Trudno oprzeć sie wrażeniu – patrząc na ogromną liczbę piramid rozrzuconych po całym świecie  – że musiały być one niezwykle ważne dla tych, którzy budowali je z tak wielkim wysiłkiem. Być może dla tego zaginionego dla nas świata były tym, czym dla nas jest dziś internet, prasa, telewizja. Tego nadal nie wiemy. Przetrwały do dziś: milczące, monumentalne, pokryte kurzem historii i zwykłym pustynnym piachem a doskonale  wykształceni hsitorycy przy każdej okazji starają się nas przekonać (a może także i samych siebie), że jedyną funkcją tych niezwykłych budowli było przechowywanie zwłok wielkich tamtego świata. Nie wszyscy zgadzają się z takim poglądem i chyba najbardziej rewolucyjną osobą w tym gronie jest dr Sam Semir Osmanagić, odkrywca najbardziej kontrowersyjnych piramid, których potęga i rozmach z trudem mieści się w wielu glowach – nawet tych z otwartym umysłem. Chodzi tu oczywiście o zespół piramid z miasteczka Visoko w Bośni. Grupa bośniackich piramid jest imponująca i składa się z jedenastu zidentyfikowanych struktur. Największe z nich to Piramida Słońca, Piramida Księżyca, Piramida Miłości, Piramida Smoka, Piramida Matki Ziemi, Vratnica Tumulus, Dolovi Tumulus, Ginje Tumulus. Wewnątrz piramid odkryto także tunele i labirynt. Te i inne piramidy Osmanagić opisał w książce pt. : “Pyramids Around The World” (“Piramidy dookoła świata”)

pyramids-around-the-worldW powszechnej opinii piramidy kojarzą się z Egiptem (wg. wyliczeń jest tam 155 piramid) i Ameryką Środkową. Tymczasem piramidy budowane były na całej kuli ziemskiej. W Chinach naliczono ich niemalże tyle ile jest ich w Egipcie – 150 piramid. Można je znaleźć w Indonezji, Kambodży, na Wyspie Mauritius, na Wyspach Kanaryjskich (aż 103!), w Sudanie (224), na Sycylii (43), na Półwyspie Apenińskim (5), w Hiszpanii (3), Peru (300), Boliwii a nawet w USA (kompleks Cahokia). Oficjalnie uważa się, że były one grobowcami – tymczasem w Wielkiej Piramidzie w Gizie w jej wewnętrznych komnatach nie tylko nie znaleziono żadnej mumii, ale nawet hieroglifów czy artefaktów. Jednym słowem ani jednego dowodu na to, kto zbudował piramidę, kiedy i w jaki sposób. Powtarzanie przez historyków i archeologów, że piramidy zostały wzniesione mozolną pracą niewolników wydaje się niepoważne choćby z racji tego, że nie znaleziono nic, co wskazywałoby na wiedzę bądź technologię jaką zastosowano do takiego przedsięwzięcia. Powstaje więc pytanie: dlaczego nauka tak bardzo boi się innego podejścia do nieznanej nam dziś cywilizacji, która stworzyła piramidy? Wydaje się, że ma to przede wszystkim związek z pojęciem czasu i mierzenia nim historii ludzkości. Obecny paradygmat naukowy stosuje czas mierzony liniowo, ale wiele wskazuje, że nasza cywilizacja podlega cyklom. Wyznaczają je kataklizmy, które regularnie niszczą wszystko co jest na Ziemi i na gruzach takich cywilizacji powstają następne, zaczynając niemalże od zera. Graham Hancock stworzył doskonały model takiego pojmowania czasu historycznego w “Magikach bogów”, pokazując moment kompletnego unicestwienia jednej cywilizacji i powolnego procesu powstawania następnej. Nawet najpotężniejszy kataklizm nie jest w stanie zetrzeć na proch wszystkiego. Niekiedy po takich cywilizacjach pozostają trudne do wytłumaczenia w obecnym historycznym dogmacie pozostałości po tym, co było znacznie dawniej niż zapisana przez nas historia. Są to piramidy w Gizie, Sfinks, Gobekli Tepe czy budowle przypisywane Inkom. Wiemy, że ostatnia globalna katastrofa miała miejsce 12 tys. lat temu. Przed nią podobna wydarzyła się 18 tys. lat temu a jeszcze wcześniej 30 tys lat temu. Nasza planeta ma ponad 2 miliardy lat i takich katastrof w jej historii było prawdopodobnie setki. Można więc założyć, że tworzenie się cywilizacji nie jest ewolucją a podlega gwałtownym cyklom, w których giną i na ich ruinach  – jak feniks z popiołów – odrodzają się na nowo. Takie myślenie narusza jednak fundament współczesnej nauki – wiarę (bo tak to trzeba nazwać) w ewolucyjny rozwój świata. Kiedy powtarzają się po sobie kolejne cykle zagłady i narodzin trudno mówić o ewolucji, a to uderza w wiele dziedzin współczesnej tzw. “nauki”. Dlatego egipskie piramidy, Macchu Picchu, Gobekli Tepe, Teotihuacan traktowane są raczej jako anomalie niż dowód na cykliczność dziejów Ziemi i cywilizacji, które żyły na długo przed powstaniem naszej.

tomsk

Trudno uwierzyć, że współcześni archeolodzy i historycy nie widzą tej prostej relacji.  A może wiedzą to doskonale, jednak przed takimi wnioskami powstrzymuje ich … strach. Nasza cała obecna cywilizacja zbudowana jest na strachu. Nie ma przecież czegoś takiego jak niezależny system archeologiczny  – niezależny odczywiście od Akademii. Dlatego strach odgrywa dominującą rolę: strach przed menedżerem, dyrektorem, rektorem czy innym szefem, który nie pozwoli na wygłaszanie niezależnych opinii nawet wtedy, gdy naukowiec ma rację a jego twierdzenia mają jak najbardziej naukowe podstawy. Strach nie jest wyłączny tylko dla archeologii. Jest on głównym motorem nauki, systemu edukacyjnego czy korporacji. Ważny jest jeszcze jeden czynnik. Ten kto kontroluje historię kontroluje także teraźniejszość. Elity, które rządzą światem nie chcą dopuścić do zadawania pytań jak żyli ludzie w poprzednim cywilizacyjnym cyklu. Być może dobra materialne, wyścig szczurów i wydzieranie sobie ziemi nie było ich najważniejszym modus operandi? Może złoto nie wzbudzało takiego pożądania? Może nie było strachu? Jeśli nie ma strachu organizacja społeczna wygląda zupełnie inaczej – bo jest oparta na pełnej wolności osobistej a tego nie są w stanie zaakceptować współczesne elity, które bardzo dbają o to, byśmy nie szukali wzoru gdzie indziej.

giza

Wszystkie historyczne miejsca, w których stoją piramidy zarządzane są wyłącznie przez archeologów i stworzoną dla nich maszynę biurokratyczną. Nie można rozpocząć np. w Egipcie niezależnego projektu archeologicznego, nawet jeśli zatrudni się zawodowych, dyplomowanych i utytułowanych archeologów. Nie można też wprowadzać do archeologii fizyków, geofizyków czy inżynierów. Nie można nawet wnosić urządzeń pomiarowych na teren wykopalisk archeologicznych nawet jeśli są to tylko nieinwazyjne instrumenty elektroniczne. Spróbujcie wyciągnąć miernik pola elektromagnetycznego w okolicy Wielkiej Piramidy czy Piramidy Kukulkana. Natychmiast pojawi się policja. Pewien japonski naukowiec – oficjalnie zaproszony do Egiptu, mierzył pole energetyczne piramidy Cheopsa i zauważył interesującą prawidłowość. Pole to zmieniało się w regularnych odstępach co 10 min. Japończyk poinformował o tym odkryciu egipskie Ministerstwo Starożytności i… został za to wyrzucony z Egiptu. Bez odpowiedniego zezwolenia takie badania sa surowo wzbronione. Rosyjscy naukowcy z Instytutu Schmidta w Moskwie, członkowie Rosyjskiej Akademii Nauk: Khawroszkin i Tsyplakow prowadzili takie badania na mniej znanych egipskich piramidach takich jak Czerwona Piramida i Piramida Łamana. Pomiarów dokonywano u podstawy badanych piramid a także na ich szczycie. Aby wejść na szczyt Rosjanie musieli przekupć strażników. Okazało się, że pole magnetyczne na szczycie piramidy jest 50 razy silniejsze niż u jej podstawy co sugeruje, że budowle te są niewątpliwie… maszynami. Kiedy zaprezentowano wyniki tych badań egipskim archeologom ci zamiast dyskutować na ich temat agresywnie dopytywali się kto dał Rosjanom pozwolenie na wejście na szczyt piramidy. Odczyt z naukowych instrumentów wcale ich nie zainteresował. Obecnie na świecie istnieją trzy miejsca gdzie ludzie mają pełny dostęp do piramid. Są to: piramidy w Bośni – oceniane na 34 tys lat (!), piramida w Rosji w Tomsku na Syberii. Jest to współcześnie zbudowana piramida, ale bardzo interesująca jeśli chodzi o rozmaite testy naukowe. Trzecia piramida znajduje się w Indiach.

semir_osmanagic11 lat temu Semir Osmanagić znalazł się w niewielkiej bośniackiej miejscowości Visoko. Krajobraz tej górskiej miejscowości jest urzekający ale to, co zwróciło jego szczególną uwagę były regularne ksztalty otaczających miejscowość wzgórz. Na gust Osmanagicia – były zbyt regularne jak na twór natury. Góry przypominały kształtem piramidy, pokryte lasami i inną roślinnością. Każda z tych góor miała cztery ściany w kształcie trójkąta a pochylenie ściany góry ze szczytu aż do jej podstawy przebiegało w linii prostej. Osmanagić bada piramidy od ponad 30 lat i to, co zobaczył w Visoko od razu wzbudziło jego podejrzenia. Piramidy w Gizie są wyjątkowe także z tego powodu, że otacza je piaszczysta pustynia. Większość jednak piramid na świecie często pokrywa bujna roślinność. Chińskie piramidy są porośnięte lasami. Większość piramid Majów nadal kryje dżungla, dlatego drzewa rosnące na ścianach piramid w Visoko nie powinny dziwić. Osmanagić kompasem sprawdził położenie geograficzne domniemanej piramidy. Okazało się, że ściany piramidy idelnie odpowiadają punktom kardynalnym kompasu! W taki sposób zorentowane  są również piramidy egipskie, chińskie, peruwiańskie a nawet piramida w Cahokii. Bazując na geometrii i geograficznym zorientowaniu Osmanagic doszedł do wniosku, że niektóre z gór w Visoko muszą byc konstrukcjami stworzonymi przez jakąś inteligencję wiele lat przed powstaniem naszej cywilizacji. W 2005 r. Osmanagić otrzymał pierwsze pozwolenie na przeprowadzenie badań geologicznych. Miejsce nie było uważane przez bośniacki rząd za zabytek historyczny, więc odpowiednie pozwolenie nie stanowiło problemu. Niemalże każdy test jaki przeprowadzała ekipa Osmanagicia przynosił kolejne anomalie. Pod warstwą gleby znaleziono niezwykle twardy materiał, który po zbadaniu okazał się być… cementem! A właściwie geopolimerem, którego praktyczne zastosowanie przy budowie piramid wykazał Joseph Davidovits. Zaproszono do współpracy instytuty naukowe na całym świecie w tym Politechnikę Śląską w Gliwicach, gdzie przeprowadzono badania radiowęglowe z próbek pobranych z wnętrza bośniackich piramid. Wszystkie te badania potwierdzają, że bośniackie piramidy nie są kaprysem natury. nauka jednak wydaje się być głucha nawet na efekty poszczególnych badań przeprowadzonych w szanowanych instytucjach naukowych i nawet nie dopuszcza myśli aby łaskawszym okiem popatrzeć w stronę piramid z Visoko. Nie powinno to dziwić, bo ich uznanie zatrzęsłoby całym skostniałym systemem, który nadal z rezerwą i zapewne niedowierzaniem patrzy na wykopaliska Gobekli Tepe przesuwające początki naszej cywilizacji o drugie tyle! Dlatego gigantyczne piramidy z Bośni długo będą czekać na swoje miejsce w historii naszej planety. Kto wie… może aż do następnego kataklizmu.

Alternatywna historia

W 1977 r., na starym cmentarzysku tuż za średniowiecznym kościołem w Ostrowie Lednickim, archeolodzy znaleźli szkielet prawdziwej olbrzymki. Jej wzrost obliczono na 215.5 cm a wagę na 130 kg. Badania niezwykłego znaleziska rozpoczęte przez antropologów Annę i Jacka Wrzesińskich wykazały, że jej krótkie życie (25-30 lat) pełne było chorób i traumatycznych wypadków.

Szkielet kobiety giganta znaleziono w części cmentarza, która była używana wyłącznie przez elitę ówczesnej władzy. Chowano tam dygnitarzy, ludzi zamożnych a także rodzinę króla Bolesława Śmiałego, który władał tą ziemią w XI w. Jednak już wiek później na cmentarzu zaczęto chować także ludzi podlejszego stanu. Archeolodzy szacują, że w grobowcach znajduje się łącznie ok. 2500 szkieletów.

czytanie-z-kosciMimo, że cmentarz był miejscem pochówku elity, to najsłynniejszą osobą jaką tam pogrzebano była kobieta gigant, która pochodziła z niższej klasy społecznej niż rządzący tą ziemią Piastowie. Najnowsze efekty prac wykopaliskowych w tym rejonie a także analizę doczesnych szczątków gigantki opisali archeolodzy Magdalena Matczak i Tomasz Kozłowski z wydziału antropologii na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wyniki ich pracy zamieszczono w wydanej w Szwajcarii książce pt: “New Developments in the Bioarcheology of Care” (119$!!!).

Wszyscy zmarli pochowani na cmentarzu w Ostrowie Lednickim mają twarze skierowane na zachód i tylko głowa gigantki patrzy na wschód. Przy jej szczątkach nie znaleziono żadnych artefaktów ani ozdób. Jej ciało ułożono w nienaturalny sposób z lewą ręką położoną blisko czaszki, prawą zgiętą w łokciu a także lewą nogą zgiętą w kolanie zamiast wyprostowaną w linii ciała.

Natychmiastową uwagę zwraca wzrost jej cała: 215.5 cm. Dla porównania: średnia wzrostu kobiety w czasach średniowiecza to zaledwie 145 cm. Jej kości są ogromnych rozmiarów i już na pierwszy rzut oka sugerują, że kobieta cierpiała na chorobę zwaną gigantyzmem.Gigantyzm powstaje wtedy, gdy przysadka mózgowa produkuje w nadmiarze hormon wzrostu. Stwierdzono u niej także akromegalię, która jest również efektem nadprodukcji hormonu wzrostu co w przypadku tej kobiety oznaczało znacznie większe rozmiary głowy.

annaswanPrzypadki gigantyzmu w historii są dobrze znane, bo nawet na pierwszy rzut oka nie sposób ich nie zauważyć. Jednym z najsłynniejszych gigantów w historii był Andre the Giant, który także cierpiał na gigantyzm i akromegalię. Stał się on niezwykle popularny, gdy najpierw został zawodowym zapaśnikiem a później także aktorem. Najbardziej znaną kobietą gigantką była żyjąca w XIX-wecznej Kanadzie Anna Swan. Mierzyła sobie 244 cm wzrostu. Wyszła za mąż za Martina van Burena Batesa zwanego Gigantem z Kentucky. Ich drugie dziecko żyło zaledwie 11 godzin, ale przy urodzeniu ważyło 10.5 kg.

Polska, średniowieczna gigantka cierpiała także na inne choroby – w tym na skoliozę, zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa i towarzyszącą temu dyskopatię co było zapewne wynikiem nadmiernego wzrostu i zbyt dużej wagi ciała. W którymś momencie życia złamała także prawe ramię i lewą łydkę. Jej kości były kruche, bo brakowało im minerałów potrzebnych do ich budowy. Dodatkowo zgrubienia na jej żebrach sugerują na chroniczne zapalenie opłucnej. Na lewej kości skroniowej znaleziono ślady po nowotworze zwanym kostniakiem. Stwierdzono także zaburzenia słuchu ze względu na niedorozwój lewego ucha zewnętrznego i środkowego a także paradontozę.

newdevelopmentGigantyzmowi i akromegalii zazwyczaj towarzyszą cukrzyca, wysokie ciśnienie krwi, bóle głowy, zespół bezdechu sennego, zmiany skórne, spuchnięcie języka a także u kobiet problemy psychiatryczne i menstruacyjne. Tego typu schorzenia nie zostawiają śladów na kościach, ale takie wnioski wyciągnęła para polskich archeologów pisząc w swoim artykule jaki zamieszczono w w/w książce:

“biorąc pod uwagę związki pomiędzy akromegalią i problemami psychicznymi a także pomiędzy gigantyzmem a upośledzeniem umysłowym jest możliwe, że cierpiąca na gigantyzm kobieta z Ostrowa Lednickiego posiadała schorzenia psychiczne i była upośledzona umysłowo.”

Takie problemy zdrowotne w połączeniu z uszkodzeniami ciała wskazują że gigantycznego wzrostu kobieta potrzebowała wsparcia swoich bliskich a także całej żyjącej w jej otoczeniu społeczności. Doskonale zrośnięte po złamaniu kości nogi wskazują, że kobieta przechodziła rekonwalescencję przez wiele miesięcy i w tym czasie ktoś musiał się nią opiekować. To, że przeżyła prawie 30 lat wskazuje, że nie tylko nie została odrzucona przez swoją społeczność, ale wręcz przeciwnie: udzielano jej daleko idącej pomocy i leczono jej schorzenia wszelkimi dostępnymi wówczas metodami. W Ostrowie Lednickim znaleziono jeszcze jeden nietypowy szkielet – także należący do kobiety. W tym jednak przypadku cierpiała ona na niedobór wzrostu, czyli była karlicą. Ona również była akceptowana w swojej społeczności na co wskazuje jej grób położony wśród innych, w których leżą szczątki ludzi o normalnym wzroście. To pokazuje, że średniowieczne społeczeństwo w Polsce połączone było silnymi więzami nie tylko rodzinnymi. Panowała tolerancja a ludzie pomagali sobie nawzajem – co i w dzisiejszych czasach bardzo by nam się przydało…

(na podst Forbes)

Alternatywna historia

Niezmordowane Radio Paranormalium nadało VI już Debatę niekontrolowaną tym razem poświęconą zdarzeniom z dnia 11 września, 2001 r. do jakich doszło w Nowym Jorku i Waszyngtonie. Ponieważ o 9/11 pisałem nie tak dawno poniżej część moich notatek na ten temat, które uzupełniają w jakiś sposób temat a następnie link do audycji, do której odsłuchania serdecznie zapraszam!

Istnieją cztery główne teorie na temat bezpośrednich powodów zawalenie się wież WTC na Manhattanie. Pierwsza z nich jest wersją oficjalną i wg. niej budynki zawaliły się pod wpływem pożaru jaki wywołała rozlana benzyna z rozbitych o wieże samolotów. Teoria te ma jednak wiele problemów – głównie na polu fizyki. Kolumny na których opierały się budynki i zewnętrzna stalowa konstrukcja, która je wspierała musiałyby być pod działaniem temperatury na granicy topnienia metalu przez dłuższy czas aby do tego doszło. Kiedy samolot uderzył w budynek i spowodował jego pożar – to dym jaki się wówczas unosił miał czarny kolor, co oznacza brak odpowiedniej ilości tlenu do podtrzymania ognia i co się z tym wiąże niższą temperaturę pożaru. To poważnie podważa oficjalną wersję przebiegu wydarzeń. Aby wieże mogły runąć w taki sposób, w jaki obserwowaliśmy to na ekranie, kolumny musiałyby być osłabione przez ogień na całej swojej długości a tak przecież nie było. Dlatego teoria ta niemalże natychmiast została poddana pod wątpliwość i wielu kontestatorów oficjalnej wersji uważa, że:

1. Budynki zostały zaminowane i 11 września ktoś dokonał planowego ich wyburzenia. Teoria ta również ma wiele problemów, bo pierwszą rzeczą jaką można dostrzec podczas planowego wyburzania budynku jest “składanie” się jego konstrukcji tak, aby zapadając się wciąż mieściła się w granicach wyznaczonych przez fundament. Tymczasem wieże zapadały się tak, jakby ktoś obdzierał ze skóry banana i cały materiał runął na zewnątrz bariery fundamentów.

2. Powstała również teoria, która zakładała użycie nanotermitu i zostala stworzona przez dr Stevena Jonesa, który odnalazł nanocząstki termitu w próbkach pobranych ze zrujnowanych wież. Teoria ta podobnie jak i ta zakladająca użycie konwencjonalnego trotylu do wyburzenia budynkow nie bierze jednak pod uwagę tego, że ruiny wież płonęły jeszcze przez kilka miesięcy po zamachu. Temperatura tych pożarów osiągała 450C. Przy zastosowaniu trotylu czy nanotermitu nie powstają pożary, które trwają aż tak długo.

3. To stalo sie podstawą do teorii, że do wyburzenia zastosowano miniaturowe głowice nuklearne. To co potwierdza w jakiś sposob tą teorię, to radioaktywne cząstki jakie znaleziono w ruinach wież a także w powietrzu wokół tego miejsca na Manhattanie. Znaleziono m. in tryt i stront, które są produktami reakcji nuklearnej i mogą być odpowiedzialne za ogień, który przez całe tygodnie trawił szczątki wież. Te trzy teorie na temat planowego wyburzenia mają wspólnie jeden poważny problem. Aby go dokonać należało odpowiednio przygotować do tego budynki i to na wielką skalę. Materiału wybuchowego musiałoby być ogromnie dużo aby doprowadzić do sproszkowania stali, cementu i szkła. Cząstka takiego proszku miała ok. 100 mikronów średnicy a wiec była mniejsza niż średnica ludzkiego włosa. Żeby sproszkować budynki w taki sposób za pomocą materiałów wybuchowych – trzeba użyć ich ogromne ilości, co byłoby niezwykle trudne do zrobienia w sposób niezauważony.

4. To z kolei prowadzi nas do nastepnej teorii, chyba najmniej popularnej wśród badaczy próbujących wyjaśnić co naprawdę wydarzyło się 9/11, lansowanej przez Judy Wood i Jima Hoffmana, która mówi, że do zniszczenia budynków zastosowano jakąś egzotyczną broń energetyczną. Potwierdza to stworzony model działania takiej broni, która jest w stanie sproszkowac materię na bardzo drobne cząstki. Jest to być może efekt rezonansu pola energetycznego, którym uderzono w konstrukcje. Jeśli nawiercić w drewnianej belce dziurę to można przez tą dziurę przepchnąć nawet taczki gliny, bo przybierze ona ksztalt nawierconego otworu. Podobnie mogło być z efektem rezonansu budynku. Problemem tej teorii jest to, że do jej zastosowania potrzebna jest ekstremalnie duża ilość energii. Jim Hoffman obliczył to na 1.5 GW, co jest więcej niż produkcja energii w elektrowni atomowej Indian Point na skraju Nowego Jorku. Zastosowanie takiej energii również wymagałoby dokonania przygotowań na wielką skalę.

Do tego dochodzi wiele innych tajemniczych elemetow ściśle związanych z calym wydarzeniem. Jednym z nich jest np. rozsypanie się na kawałki wieży nr 7, która nie została bezpośrednio uderzona przez samolot a także brak jakichkolwiek fragmentów konstrukcji samolotu, jakie powinny pozostać na ziemi po wypadku. Można tu zalożyć, że budynek nr 7 wyburzono w standardowy sposób. Ruiny jakie z niego pozostaly i pył w jaki zamieniło się wele jego elementów nie jest w żaden sposób porownywalny do tego co się stało z WTC 1 i 2. Budynek 7 upadł także dokladnie na swoje fundamenty, co sugeruje planowe wyburzenie. Reporter BBC podczas relacji z Nowego Jorku stojąc na przeciwko tego budynku powiedział przed kamerą, że wygląda na to, że budynek będzie wyburzony. Skąd mial takie informacje, skoro budynek rozsypal się wiele godzin później?

11 wrzesnia 2001 r. zniszczone zostaly nie tylko wieże WTC, ale także częściowo gmach Pentagonu w Waszyngtonie. Jeden z porwanych samolotów miał uderzyć w scianę budynku przebijając się głęboko do jego środka. To co jednak zdumiewało, podczas relacji tv z tego zdarzenia, to niewielka ilość szczątków jakie powinny zostać po takim uderzeniu. Pisał o tym Thierry Meyssan zauważając nie tylko brak szczątków ale także stosunkowo niewielki otwór jaki rzekomy samolot wyrwał w ścianie budynku. Co ciekawe szczątki te pojawiły się w późniejszych relacjach ze zdarzenia. Atak na Pentagon widziała spora grupa swiadków. Problem w tym, że ich zeznania różnią się od siebie. Jedni uważają, że był to Boeing 777, ale są i tacy, którzy widzieli coś znacznie mniejszego i innego niż samolot. Nie ma jednej wersji jak wyglądały ostatnie sekundy przed uderzeniem w budynek. Część świadków mówi o tym, że samolot najpierw otarł się o ziemię w wyniku czego stracił skrzydla i sam kadlub uderzył w budynek. Inni widzieli, że samolot idealnie uderzył w ścianę budynku. Z kolei piloci uważają taki manewr za niezwykle trudny a nawet niemożliwy tak wielkim samolotem. Trzech świadków opowiadalo o obiekcie, który w ich mniemaniu nie był nawet samolotem. Miał on uderzyć w budynek a następnie wtopić się do jego wnętrza. To sprawia, że cala historia ataku na Pentagon jest niezwykle dziwaczna i nie trzyma się w żaden sposob oficjalnej wersji zdarzeń. Kiedy co jakiś czas pokazują w tv relację z jakiejś katastrofy lotniczej, to wyrażnie widać kawałki kadluba, części silnika, fotele pasażerów. Samolot – ze względu na warunki w jakich musi pracować – jest zbudowany z bardzo solidnych materiałów, przystosowanych do ciężkich warunków w jakich funkcjonuje. Nic takiego nie pokazano w przypadku Pentagonu. Także dziura jaką pokazano w tv po uderzeniu samolotu była zbyt mała aby pomieścić Boeinga 777. Na dodatek samolot miał przebić wszystkie pięć pierścieni z jakich zbudowany jest Pentagon. Wygląda na to, że ktoś wykonał kiepską robotę aby ukryć tą część historii 9/11…

http://www.paranormalium.pl/1717,sluchaj

Alternatywna historia

Świat zmienił się nie do poznania od czasu ataku na Twin Towers w Nowym Jorku, 11 września 2001 r. Od tego czasu na tzw. “bezpieczeństwo” wydawane są biliony dolarów. Niekończąca się wojna na wielką skalę trwa nieprzerwanie od tamtego pamiętnego dnia. Inwazje, zamachy stanu, miliony uchodźców, rewolucje i nieustannie rosnąca rola Wielkiego Brata w naszym życiu stały się codziennością. W tajnych bazach danych gromadzi się informacje o każdym i na każdego. Ulice i instytucje naszpikowane są kamerami śledzącymi każdy nasz krok. Nasze rozmowy telefoniczne i e-maile podlegają nieustannej kontroli. Środki bezpieczeństwa w portach lotniczych sprawiają, że odechciewa się w ogóle podróżować. Wszystko to ma służyć powstrzymaniu i ostatecznemu zdławieniu światowego terroryzmu, który zdaje się nic sobie z tego nie robić i rozwija się w najlepsze, tworząc nawet własne terytorium jak jest to w przypadku islamskiego kalifatu. Niemalże wszyscy odczuwamy skutki tych zmian i można zadać sobie pytanie: komu służy taka sytuacja? Kto na tym zarabia? Kto wyciąga z tego stanu rzeczy największe korzyści? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Joseph Farrell w swojej najnowszej książce pt: “Hidden Finance, Rogue Networks, and Secret Sorcery: The Fascist International, 9/11, and Penetrated Operations” (“Ukryte Finanse, wrogie sieci, ukryte czary: międzynarodowi faszyści, 9/11 i kontrolowane operacje”).

Nie trzeba wcale zagłębiać się w teorie konspiracji aby gołym okiem dostrzec pełzający faszyzm – szczególnie widoczny w krajach Zachodu. Kontrola społeczeństwa obejmuje każdy, nawet najdrobniejszy detal życia. Wszystko zaczęło się od brutalnego ataku terrorystycznego na USA w wyniku którego runęły wieże World Trade Center i uszkodzono Pentagon. Nawet dla laika wydawało się dziwne, że najlepiej uzbrojony kraj świata dopuścił do czegoś takiego, a skoro tak się stało, to prosta logika sugeruje, że gdzieś w amerykańskich strukturach władzy musi istnieć grupa, która umożliwiła dokonanie takiego ataku. Podczas ataku, który świat obserwował wygodnie przez transmisje tv, doszło jeszcze do innych wydarzeń, które wprawiały w zdumienie i przestrach. Prezydent Bush czytał właśnie książkę uczniom szkoły podstawowej, gdy nastąpił atak. Niezwłocznie udał się do swojego Air Force One i wydawało się, że powinien natychmiast polecieć do Waszyngtonu i stamtąd koordynować sytuację. Tymczasem amerykański prezydent poleciał w odwrotnym kierunku: do Luizjany – a jego samolot wylądował najpierw w bazie w Barksdale a kilka godzin później w Orfutt Air Force Base w Nebrasce. Nikt głośno nie zadał pytania: dlaczego? W Barksdale znajduje się zapasowy system odpalania rakiet nuklearnych a Orfutt jest centrum dowodzenia tymi rakietami. Kiedy George Bush dał krótkie przemówienie w bazie Barksdale – nie padło w nim ani raz słowo terroryzm! Co tak bardzo wystraszyło amerykańskiego prezydenta, że osobiście poleciał sprawdzić czy ma nadal pod kontrolą broń nuklearną? Czyżby spodziewał się ataku od środką? Ze strony jakiejś wewnętrznej, dobrze zakonspirowanej grupy?

Joseph farrellOficjalna wersja ataku mówi o tym, że terrorysta Muhammad Ata wraz ze swoją grupą porwał kilka samolotów pasażerskich, którymi następnie uderzono w Nowy Jork i Waszyngton. Nie każdy uwierzył w taką wersję i wielu ludzi uznało, że istnieje jeszcze drugie dno tej historii. Zanim doszło do ataku wiele krajów takich jak Francja, Wlk. Brytania , Niemcy, Rosja, Izrael, Egipt a nawet Talibowie (!) ostrzegały USA, że coś takiego może nastąpić. Prezydent Putin dzwonił osobiście do George Busha, żeby podzielić się z nim swoimi informacjami. Skoro więc było aż takie wiele ostrzeżeń, dlaczego nikt na nie nie zareagował? Czyżby ktoś pozwolił na to aby doszło do tej tragedii? Taka konkluzja wydaje się nie być pozbawiona rozsądku. Taką hipotezę nazywa się skrótem LIHOP (let it happen on purpose). W mniemaniu wielu kontestatorów oficjalnej historii 9/11 za zamachami stał ktoś jeszcze i tego kogoś upatrywano w grupie twardogłowych neokonserwatystów, którym przewodziła rodzina Bushów. Jednak mniej więcej od 2003 roku wokół oceny 9/11 zaczęło powstawać zupełnie inne podejście gdy okazało się, że tego akurat 11 września, 2001 r. w całym USA a przede wszystkim w Nowym Jorku przeprowadzono dużą liczbę symulacji ewentualnego ataku terrorystycznego (!) w ramach treningu służb bezpieczeństwa. Wiele z tych symulacji zakładało niemalże identyczny przebieg zdarzeń w porównaniu z tym, do czego rzeczywiście doszło podczas prawdziwego ataku. Np wprowadzono fałszywe odbicie radarowe do urządzenia kontroli lotów na lotniskach a także trenowano reakcję służb na wypadek, gdyby porwany samolot został wykorzystany do uderzenia w nowojorskie drapacze chmur. Trenowano także odparcie ataku na National Reconnaissance Office, ale najbardziej zdumiewające ćwiczenia przeprowadzono w amerykańskich siłach nuklearnych, które tego dnia postawiono w stan najwyższego alarmu. Jeśli dodać te wszystkie ćwiczenia do siebie, nietrudno jest dojść do wniosku, że wszystko razem przypomina sytuację w której zamordowano prezydenta Kennedyego, gdzie również przeprowadzano wiele treningów służb bezpieczeństwa dokładnie w dzień zamachu. Tak jak Harvey Oswald miał tamtego dnia kilku sobowtórów – jeden widziany przy kubańskiej ambasadzie inny w Luizjanie, kolejny w Dallas – tak Ata i niektórzy jego ludzie również mieli swoich sobowtórów w rozmaitych miejscach USA a nawet w Mexico City. Wskazuje to na metody działania ludzi, którzy mają wiedzę i kompetencje do organizowania ukrytych operacji. Podobieństwo pomiędzy zabójstwem prezydenta Kennedyego i 9/11 ma zbyt wiele wspólnych elementów aby było przypadkowe.

Niemalże od dnia ataku na WTC wielu ludzi – zwanych często zwolennikami teorii konspiracji uważa, że cala historia ma swoje drugie dno i uwikłani są w nią najwyżsi dostojnicy państwowi a także potężne szare eminencje amerykańskiej polityki i biznesu. Dr Webster Tarpley stworzył na ten temat przekonywującą teorię zwaną MYHOP (made it happen on purpose). Uznał on że wewnątrz amerykańskich struktur władzy znajduje się zakonspirowany element, który zaplanował całą tą operację. Ogromną ilość symulacji ataku terrorystycznego jakie trenowano akurat tego dnia trudno jest uznać za przypadek. Niestety ludzie którzy krytykują oficjalną wersję 9/11 nie tworzą jednego wspólnego bloku. Są podzieleni i skłóceni – zresztą podobnie jak społeczność ufologiczna. Nie stanowią więc w sumie większego zagrożenia i zajmują się wylewaniem kwasów na samych siebie. Wyzwiska też nie są rzadkością i każdy zażarcie broni swojej pozycji.

Tymczasem jeśli lepiej przyjrzeć się temu, co wydarzyło się 9/11 okazuje się, że można tam znaleźć nie tylko drugie, ale i trzecie dno. Joseph Farrell w swojej wspomnianej wyżej książce zauważył, że jest tu miejsce na co najmniej jeszcze jeden komponent. Jedna grupa mogła zniszczyć WTC używając np. termitu, co nie przeszkadzało innej grupie realizować własną koncepcję zniszczenia (jak ta opisana przez dr Judy Wood). Grupa pod takim trzecim dnem z pewnością była grupą doskonale radzącą sobie z organizowaniem ataku pod fałszywą flagą.
Jeśli połączyć ze sobą wszystkie elementy tego, co się wydarzyło widać od razu, że mamy do czynienia z ekipą niezwykle wyrafinowanych i kompetentnych graczy. Jednak nawet tak doskonale przygotowani ludzie pozostawili po sobie ślady. Stare przysłowie mówi, że jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze i to właśnie finansowy trop jaki zostawili po sobie sprawcy zamachu 9/11 wskazuje na tych, którzy za tym stoją.

Np. Security & Exchange Comission, która tuż po zamachu zawiesiła reguły clearingu papierów wartościowych, stała się przedmiotem prowadzonego w tej sprawie śledztwa. Komisja natychmiast zobowiązała pisemnie wszystkich swoich członków do tego, aby nie udzielali śledczym żadnych informacji. Do dziś tajna pozostaje dokumentacja dotycząca udziału Arabii Saudyjskiej w ataku na WTC. Były senator Bob Graham z Florydy, który w czasie ataku był przewodniczącym komisji do spraw wywiadu jest zwolennikiem ujawnienia tej dokumentacji. Jest pewien, że zawartość tych dokumentów ma olbrzymie znaczenie dla ujawnienia prawdy na temat 9/11 a także udziału w tym zdarzeniu rządów innych państw (!), co oznacza, że jest ktoś jeszcze poza Arabią Saudyjską, kto jest poważnie zamieszany w tą historię – co sugeruje wspomniane trzecie dno całej tej sprawy a także związanych z nią ludzi i instytucji stojących za atakiem.

Tuż po ataku w telewizji pokazano szereg wywiadów z pracownikami szkoły latania w Venice na Florydzie, gdzie mieli się szkolić domniemani arabscy zamachowcy, którzy później porwali samoloty i użyli je do zniszczenia wieżowców. Właścicielem szkoły latania był Rudi Dekker – człowiek o wielu podejrzanych związkach z najpotężniejszymi ludźmi Ameryki. Był on przedmiotem śledztwa agencji antynarkotykowej w sprawie przemytu zaawansowanych procesorów komputerowych a także wyrafinowanych konstrukcji lotniczych. Samoloty przemycał nad biegunem północnym (!) Jest to zaskakujące, bo biegun północny jest jedną z najbardziej monitorowanych części świata, gdzie ścierają się interesy USA, Kanady, Wlk. Brytanii i Rosji. Tak więc albo miał doskonałych pilotów lecących tuż nad powierzchnią lodu poza zasięgiem radaru, albo… miał zezwolenie na takie przeloty ze struktur wojskowych. Jest to niemalże klasyczny przykład związków z agencjami wywiadowczymi. W podobny sposób samoloty CIA szmuglowały kokainę z Ameryki Środkowej i broń w drugą stronę. Potwierdził to m. in Barry Seal, który pilotował samoloty CIA wożące kokainę z Medelin w Kolumbii do USA. To pokazuje, że Ata miał kontakty z międzynarodowym światem przestępczym powiązanym z najwyższymi szczytami władzy. Jeśli jednak chodzi u umiejętności lotnicze jakie terroryści mogli zdobyć w takiej szkole, to z pewnością nie należy ich przeceniać. Wielu doświadczonych pilotów uważa, że precyzyjne uderzenie ogromnym liniowcem pasażerskim w wieżowiec wymaga nie lada umiejętności. Wątpliwości wyraził także egipski prezydent Hosni Mubarak, który sam kiedyś był wojskowym pilotem i opowiedział o tym w wywiadzie dla amerykańskiej tv. Podobne zdanie wyrażali instruktorzy ze szkoły Dekkera. To każe zadać zasadnicze pytanie: Kto naprawdę piotował porwane liniowce? Czy może raczej sterowano nimi z zewnątrz?

terrorlandLudzie, których oskarżono o dokonanie zamachu nie zachowywali się jak typowi dżihadyści. Analizy ich postawy dokonał Daniel Hopsicker w książce pt. “Welcome to terrorland”. Odtworzył on ścieżki po których Mohammed Ata i jego koledzy poruszali się po Florydzie. Na tej ścieżce jest pełno klubów ze stroptizerkami, miejsca gdzie łatwo można kupić narkotyki i dobrze się zabawić. W samochodzie który wynajął (w Bostonie!) aby zdążyć na samolot z Portland do Bostonu znaleziono jego testament, który zaczyna się od zdanie ze dokument został stworzony w imię Boga i rodziny Aty. Żaden muzułmanin nie umieści w tym samym zdaniu Allaha i jakiegokolwiek człowieka. Większość ludzi, z którymi się kontaktował było Niemcami i Holendrami. Wolfgang, Kurt i Jurgen były imionami ludzi z którymi kontaktował się najczęściej. Ata był przesłuchiwany przez czeski wywiad z którego wynikało, że ma on powiązania z niemieckim BND. Mówił płynnie po francusku, niemiecku i hebrajsku (!). Okazało się że jego utracujszowski styl życia jest finansowany przez… niemiecki wywiad! Dziwne dossier jak na islamskiego fundamentalistę. Joseph Farrell w swojej książce dochodzi do wniosku, że Ata spełnił w zamachu 9/11 tą samą rolę jak Oswald w zabójstwie Kennedyego (!) Jeśli chcieć zorganizować skoordynowany atak, w którym bierze udział kilka porwanych samolotów, to czy ktoś zaryzykuje powodzenie tej operacji jadąc samochodem z Bostonu do Portland w stanie Maine po to, żeby wsiąść do samolotu lecącego z powrotem do Bostonu, porwać go i uderzyć nim w jedną z wież WTC? Nikt o zdrowych zmysłach nie zaryzykuje w ten sposób powodzenia całej operacji. Na dodatek Ata miał ze sobą bagaż (!) którego na końcu nie zabrał ze sobą a który został odkryty przez FBI w wynajętym przez niego samochodzie. W bagażu była literatura islamska i jego testament co stanowiło superwygodne dowody oskarżenia. To wskazuje, że Ata był kozłem ofiarnym w takim samym stopniu jak Oswald. Interesujące jest to, nazwisko Mohammed Ata ma związek z atakiem bombowym w Izraelu w 1986 r. co oznacza, że takie nazwisko powinno znaleźć się na liście osób niebezpiecznych i podejrzanych o działalność terrorystyczną. Ata przyleciał do USA z Hamburga i fakt ze jego nazwisko nie zostało wychwycone wskazuje, że ktoś mu to w Stanach umożliwił. Jego związki z rozmaitymi agencjami wywiadowczymi wydają się być oczywiste a on sam raczej pozował na terrorystę. Na dodatek nie był on jedynym Atą uwikłanym w ten zamach (!) Oprócz Aty, który dokonał zamachu na izraelski autobus inny Ata brał lekcje latania w szkole pilotażu w Alabamie.

Ata został namówiony do współpracy z wywiadem przez dwóch nieznanych Niemców w Kairze. Pojechał do Niemiec, gdzie nauczył się języka. Mieszkał w Hamburgu żyjąc na przyzwoitym poziomie niemieckiej klasy średniej i pracując jako profesor wizytujący.Stamtąd poleciał do USA, gdzie później zapisał się do szkoły latania w Venice na Florydzie. Kiedy jeszcze mieszkał w Niemczech był sponsorowany przez organizację dotowaną bezpośrednio przez niemiecki Bundestag jak student z kraju trzeciego świata. Organizacja nazywa się Carl Duisberg Centren. Karl Duisberg podczas I WŚ i zaraz po niej był szefem niemieckiej firmy Bayer. Był on jednym z tych genialnych finansistów, który stał za oszałamiającym sukcesem korporacji IG Farben, która była podstawą sukcesu gospodarczego hitlerowskich Niemiec. Dziwaczne połączenie pomiędzy Atą a IG Farben. I bardzo podejrzane. IG Farben mimo, że firmie udowodniono wspieranie nazizmu udało się rozwiązać dopiero w… 2003 r.

Wiele wskazuje na to, że wszyscy terroryści zgromadzeni wokół Aty i uważani za sprawców zamachu na WTC 11 września 2001 r byli czymś, co Amerykanie nazywają “patsy” czyli osobami podstawionymi, lalkami w czyichś dobrze zakonspirowanych rękach, które na koniec giną biorąc na siebie całą odpowiedzialność za to, co się wydarzyło. Tylko w taki sposób można przeprowadzić skuteczną akcję fałszywej flagi. Dla kogo więc pracował Ata i jego kolesie? Dla wrogiego elementu w amerykańskim rządzie? Czy może dla jakiejś doskonale zakonspirowanej i wpływowej międzynarodowej sieci, której powstanie sugeruje mroczne i pełne białych plam zakończenie II WŚ? Kto stoi pod trzecim dnem tej historii?

Alternatywna historiaZaginione cywilizacje

II Debata (Nie)kontrolowana w Radio Paranormalium była dokończeniem pierwszej i tematu Zaginionych Cywilizacji opisanych przez Grahama Hancocka w książce: “Magowie Bogów” (Wydawnictwo Amber), co nie dziwi bo temat jest ważki. Wszystko bowiem wskazuje na to, że historia naszej planety pełna jest białych plam. Widoczne gołym okiem ślady pozostawione przez nieznaną nam cywilizacje, które zupełnie nie pasują do oficjalnej, akademickiej historii sugerują, że w odległych czasach prehistorycznych istniała kompletnie nam dziś nieznana, wyrafinowana technologicznie kultura. Nie wiemy kim byli ludzie, którzy zamieszkiwali te miejsca, co daje szerokie pole do najdzikszych spekulacji. Wielu uważa, że wykonane z wielką precyzją budowle stworzyły istoty z innej planety, bo poziom wykonania niektórych z nich jest trudny do osiągnięcia nawet przy użyciu współczesnych maszyn. Jeśli jednak przyjrzeć się bliżej tym zabytkom nieznanej nam (na razie) historii, trudno jest znaleźć choćby jeden element, który w sposób niezbity wskazywałby, że został stworzony przez istotę pozaziemską, zdolna przemieszczać się po bezmiarze przestrzeni międzygalaktycznej.

Graham-HancockGraham Hancock uważa, że za tymi śladami po nieznanej kulturze stoją ludzie tacy sami jak my dziś, a ich zaawansowaną cywilizację zniszczył jakiś potworny, naturalny kataklizm. W zgliszcza zamieniła się także wiedza, jaką ci ludzie zdobyli i jedynie jej resztki kontynuowane były przez znane nam z czasów bardziej współczesnych cywilizacje starożytnego Egiptu czy Sumeru. Szczególnie Egipt jest miejscem gdzie wiedza ta nie tylko została przechowywana, ale i dalej rozwijana, co przyczyniło się do niezwykłej pozycji jaką państwo faraonów osiągnęło w starożytności. Od egipskiego słowa khemia pochodzi dzisiejsze słowo chemia. Arabowie nazywali tą naukę, opartą na transmutacji ziemi słowem al-kimiya, co znaczyło tyle co “egipską nauka” i dało początek słowu alchemia. W ten właśnie sposób doceniano mistrzostwo Egipcjan w niektórych przynajmniej dziedzinach wiedzy.

Takim mistrzostwem była z pewnością umiejętność tworzenia tzw. technologicznych artefaktów takich jak słynna Arka Przymierza. W biblijnym przekazie można znaleźć opowieść o straszliwej tragedii Filistynów, którzy w bitwie z Izraelitami (pod Eben-ezer) przejęli Arkę i wywieźli ją jako trofeum wojenne do miasta Ashdod. Ciekawi co znajduje się w środku akacjowej skrzyni lekkomyślnie otworzyli Arkę. Była ona od wewnątrz wyłożona na przemian warstwą złota i kolejną warstwą akacjowego drewna. Arka zamknięta była ciężkim złotym wiekiem na którego szczycie umieszczono wizerunki dwóch klęczących aniołów, ze skrzydłami skierowanymi do siebie. Po otwarciu wieka mieszkańcy Ashdod przemaszerowali przed Arką ciekawie zaglądając do jej wnętrza. Wszyscy Ci, którzy to zrobili – nie dożyli następnego dnia i w krótkim czasie zmarli. Dziś uważa się, że śmierć tych ludzi była skutkiem jakiejś gwałtownej, pokrywającej ciało krwawymi liszajami choroby. Można odnieść wrażenie, że oddziaływało na nich silne promieniowanie radioaktywne, emanujące z wnętrza Arki. To prawdopodobnie z tego powodu Arka była wyłożona złotem, bo złoto zapewnia skuteczną ochronę przed promieniowaniem.

Arka-i-Filistyni

To co wskazuje, że megalityczne budowle odległej starożytności są raczej dziełem ludzkim niż przybyszów z kosmosu można – wg Grahama Hancocka – zobaczyć na przykładzie jednego z cudów świata jakim jest Wielka Piramida w Gizie. Jeśli piramidę miałyby zbudować istoty zdolne do podróżowania w kosmosie – co oznaczałoby niezwykle wysoki stopień zaawansowania technologicznego – to z pewnością nie popełniłyby wielu drobnych, aczkolwiek istotnych pomyłek jakich dopuszczono się przy budowie obiektu. Np. długość boków piramidy różni się od siebie niekiedy nawet o 18 cm. Krótko mówiąc każdy z jej boków jest innej długości. Nie są to różnice wielkie, ale wskazują, że budowniczowie piramidy popełniali pomyłki, co jest rzeczą właściwą człowiekowi. Wielka Piramida jest niemalże perfekcyjnie zorientowana w kierunku północnym. Niemalże, bo błąd wynosi 3 minuty (3/60 stopnia). Jest to i tak precyzja niezwykła, jak na kogoś, kto budował piramidę tysiące lat temu. Jednak nie można tolerować takiego błędu u kogoś, kto posiada technologią pozwalającą na podróż międzyplanetarną. Mając tak zaawansowaną technologię przybysze z kosmosu powinni zbudować piramidę w sposób perfekcyjny.

ptak-z-Sakkary

Faktem jest, że nie wiemy jak wysoki poziom rozwoju prezentowała owa Zaginiona Cywilizacja. Czy zdolna była ona stworzyć pojazdy poruszające się w powietrzu? Taką możliwość sugerują kolejne, interesujące artefakty, jak choćby ten przechowywany w kairskim Muzeum i zwany Ptakiem z Sakkary. Ptak ten już na pierwszy rzut oka przypomina współczesny szybowiec a przeprowadzone na nim badania w tunelu aerodynamicznym wykazały, że w pełnej skali był on zdolny do utrzymania się w powietrzu. W tej samej gablocie umieszczono także inne, staroegipskie figurki ptaków ale model Ptaka z Sakkary różni się od nich swoim wyglądem. Ma on np. pionowy ogon, pozwalającym na stabilizację i sterowanie szybowcem podczas lotu. Model egipskiego szybowca ma tysiące lat, podobnie jak wzmianki o wimanach opisanych w indyjskich Wedach. Wimany, latające pojazdy indyjskich bohaterów nie tylko latały, ale były także uzbrojone w śmiercionośną broń i staczały pomiędzy sobą powietrzne walki. Opowieści te są tak niezwykłe, że niektórzy uważają je za fantazje antycznych skrybów a inni… za dowód na obcą wizytację z kosmosu. Tymczasem możemy mieć do czynienia nie tylko z jedną Zaginioną Cywilizacją, ale także z wieloma innymi, które istniały jeszcze wcześniej i również spłonęły niemalże doszczętnie w brutalnym cyklu rozwoju i upadku.

Cuzco

W Peru do dziś widać ślady istnienia co najmniej dwóch odrębnych od siebie, ale doskonale rozwiniętych cywilizacji. Niektóre budowle, jakie dotrwały do naszych czasów różnią się od siebie niekiedy w sposób fundamentalny wskazując, że w każdym z tych przypadków zastosowano odrębną, nieznaną nam dzisiaj technikę. Inaczej zbudowano np. potężne mury Sachsayhuaman, gdzie idealnie dopasowano do siebie niekształtne, niekiedy ważące kilkadziesiąt ton głazy, a inaczej budowle Coricanchy w niedalekim Cusco. Budowle te tworzono z doskonale przyciętych i obrobionych, ukształtowanych geometrycznie i dopasowanych do siebie bloków skalnych o conajmniej metrowej grubości.

Sachsayhuaman

Dziś nie wiemy co stało się z prehistorycznymi budowniczymi, wznoszącymi te niezwykłe budowle, które nadal wywołują podziw nad wiedzą i inżynieryjnymi umiejętnościami ich twórców. Można jedynie przypuszczać, że koniec ich cywilizacji wyznaczyły jakieś straszliwe wydarzenia jak np. uderzenie komety, czy katastrofalne trzęsienie ziemi wraz z tsunami, które cofnęły ludzkość do punktu wyjścia i trzeba było zaczynać wszystko od początku. Proces ten niezwykle barwnie opisał Platon w swojej wizji końca Atlantydy, która miała stopniem swojego rozwoju przewyższać nawet to, do czego tysiące lat później doszli pomysłowi Grecy. Zresztą sami spróbujmy wyobrazić sobie gwałtowny koniec naszej obecnej cywilizacji i tempo w jakim ludzkość cofnęłaby się w sposób błyskawiczny w epokę kamienia łupanego. Coraz mniej ludzi w naszych czasach jest w stanie żyć bez energii i urządzeń potrzebnych do zbudowania choćby kurnika. W naszym społeczeństwie wszyscy zależymy od wszystkich i jeśli ta zależność w którymś miejscu pęknie – np. na skutek globalnego kataklizmu – nasza cywilizacja, z której jesteśmy dziś tak dumni w oka mgnieniu stanie się… prymitywna. Jedyna wiedza jaką dziś posiadamy pozwala na życie w świecie o wysokim stopniu technologii, i bez tej technologii nie wiedzielibyśmy już jak żyć. Dziś taki globalny kataklizm przetrwaliby co najwyżej Buszmeni z Kalahari, lub Indianie z amazońskiej dżungli, którzy są mistrzami przetrwania i potrafią się obejść bez zdobyczy naszej cywilizacji. Na barkach tych właśnie ludzi – których dziś uważamy za prymitywnych – spoczęłaby odbudowa i stworzenie całej cywilizacji od nowa, co zajęłoby tysiące lat, osiągnęliby oni konieczny do tego poziom wiedzy. To także tłumaczy tą swoistą amnezję, która sprawiła, że nikt dziś nie pamięta tych którzy budowali Gobekli Tepe czy Puma Punku. Technologia więc jest krucha i może zaginąć bez wieści. I to samo może przydarzyć się również nam. Dlatego szukając śladów ludzi, którzy nadal nie znależli sobie miejsca w naszej historii, powinniśmy z ich wzlotu i upadku wyciągnąć wnioski dla siebie.

http://www.paranormalium.pl/1689,sluchaj

Alternatywna historia

Radio Paranormalium zachęcone powodzeniem Debat Ufologicznych rozpoczęło nadawanie nowej serii radiowych dyskusji pod nazwą Debaty (Nie)kontrolowane. Przedmiotem tych debat mają być wszelkie tematy o wysokim stopniu kontrowersji i tajemniczości. Na pierwszy ogień poszedł Graham Hancock i jego najnowsza, właśnie przetłumaczona na język polski książka pt.: “Magowie bogów”, wydana przez Wydawnictwo Amber.

Gdy zapytać Grahama Hancocka aby sam określił siebie kim jest i czym się zajmuje odpowiada jednym słowem, że jest pisarzem. Swoją karierę rozpoczął w latach 80-tych jako dziennikarz polityczny. Nieoczekiwanie dla samego siebie stracił swoje  zainteresowanie polityką, gdy po raz pierwszy otarł się o tajemnice historii. Miało to miejsce w Etiopii a to co zmieniło spojrzenie Hancocka na sens własnego życia była Arka Przymierza. Śledząc – jako dziennikarz BBC – ówczesne wydarzenia polityczne w tym niespokojnym zakątku świata natrafił na informacje wskazujące, że to właśnie w tym kraju (podobno) ukryto biblijną Arkę Przymierza. Miała się ona mieścić w niewielkiej kaplicy Matki Boskiej z Syjonu w starożytnej miejscowości Aksum w prowincji Tigre, w północnej Etiopii. Mimo, że materiały współczesnych historyków obalały taką możliwość, Hancock co jakiś czas natrafiał na rozmaite przesłanki wskazujące na to, że być może są oni w błędzie. Wówczas bez wahania podjął decyzję która kompletnie zmieniła jego życie. Porzucił politykę i rozpoczął własne poszukiwania zaginionej Arki. W 1992 r opisał swoje doświadczenia i przygody w swojej pierwszej książce “Znak i pieczęć: w poszukiwaniu Arki Przymierza”. Od tego momentu Hancock przestał  się interesować współczesnością i zafascynował się tajemnicami przeszłości. Szukając Arki odwiedził jeszcze dwa inne kraje; Izrael – co jest oczywiste, bo Arka Przymierza była przechowywana w Świątyni Salomona i jest to ostatnie udokumentowane miejsce jej przebywania. Drugim krajem był Egipt, bo trudno jest mówić o Arce pomijając osobę Mojżesza, który był człowiekiem wykształconym, bo wychowanym w rodzinie faraona.

Podróżując po Egipcie Hancock odwiedził Karnak, gdzie procesja mnichów niosła w zamierzchłych czasach Arkę na własnych ramionach. Odwiedził także wyspę Elefantynę, niedaleko Asuanu, gdzie przed tysiącami lat stała potężna świątynia żydowska. Jest to niezwykle interesujący fakt, bo świątynia istniała w tym samym czasie co Świątynia Salomona. Ostatnim etapem jego egipskiej wędrówki były piramidy w Gizie. Stojąc na przeciwko Wielkiej Piramidy (struktury ważącej 6 mln ton!) zdał sobie sprawę że to, w jaki sposób opisuje się je w książkach historycznych jest naiwne, niemądre i mylące. Stworzenie tak niezwykłej budowli nie jest łatwe a na dodatek piramida była to jedną z pierwszych budowli jakie  stworzono w Egipcie. Skąd  się więc wzięła? Gdzie nauczono się budować takie struktury? Dlaczego wraz z upływem czasu piramidy zamiast stawać się jeszcze bardziej potężne, karlały w oczach, by wreszcie zniknąć. Dla Hancocka stało się jasne, że budowle te muszą mieć jakiś związek z zaginioną cywilizacją, która posiadała wysoki poziom wiedzy umożliwiający podjęcie się takiego wyzwania jak budowa piramidy. Piramidy egipskie są tym, co przetrwało po takiej cywilizacji do naszych czasów.

Graham Hancock

Granicą, która oddziela czasy Zaginionej Cywilizacji od naszych jest mityczny i biblijny potop. Cywilizacje same z siebie nie znikają. Coś musi się im przydarzyć. Wg Hancocka  za wszystkim stoi koniec Epoki Lodowcowej.  Lodowiec pochłonął pod swoją, grubą na kilka kilometrów skorupą dużą część półkuli północnej i miało to miejsce 125 tys. lat temu. Teren Polski był w tych czasach lodowatą pustynią. Poziom światowego oceanu był za to rekordowo niski. Oblicza się, że nawet ponad 100 m niższy od tego jaki mamy teraz. Parująca woda oceanu tworzyła chmury, które w postaci deszczu spadały na lodowiec natychmiast zamarzając.  Klimat  planety różnił się bardzo od tego co mamy teraz i dlatego świat wyglądał inaczej. Po stu tysiącach lat lodowiec zaczął się cofać. Dziś nie jesteśmy w stanie określić momentu w którym to nastąpiło. To co jest pewne to, że olbrzymie obszary ziemi – szczególnie te które leżały na urodzajnych nizinach i przez to mogły być gęsto zaludnione – znalazły się pod wodą. Oblicza się, że pod wodą znalazł się obszar wielkości Europy i Chin razem wziętych. Brzmi niemalże absurdalnie, że współczesna archeologia tworzy obraz historii ludzkości nie biorąc tego faktu w ogóle pod uwagę. Na początku proces topnienia lodowca był powolny i trwał ok. 12 tys lat – od 25 tys r. p.n.e. aż po 12 tys. r. p.n.e. Pomiędzy rokiem 12800 p.n.e. a 11600 p.n.e. doszło do serii katastroficznych wydarzeń, w wyniku których wyginęła ogromna ilość zwierząt a wraz z nimi także ludzi. Historycy uważają, że te kataklizmy w żaden sposób nie wpłynęły na kulturę ludzką – bo jej przecież nie było. To, że akademicy nie mają racji sugerują mity i legendy jakie przetrwały do naszych czasów, które przecież nie urosły na kamieniu i nie mogły być wyłącznie tworem fantazji. Cala reszta została wymazana z ludzkiej pamięci. Graham Hancock spędził siedem lat nurkując w poszukiwaniu śladów po takiej cywilizacji. Nurkowanie bez specjalnego ciśnieniowego kombinezonu, mieszanek gazów  do oddychania i silnych reflektorów pozwala  zanurzyć się bezpiecznie na głębokość 30 m. Dlatego teren poniżej tej głębokości pozostaje kompletnie niezbadany. Zazwyczaj wiedzę o takich miejscach posiadają lokalni rybacy, którzy czasem w swych sieciach znajdują artefakty z bardzo zamierzchłej przeszłości.

Na północno zachodnim wybrzeżu Indii odnalazł Hancock dwa duże zatopione miasta w zatoce Khambhat. Nieco na południe znajdują się dwa inne: Mahabalipuram i Poompuhar . W Japonii, niedaleko wyspy Aka Jima, tuż pod powierzchnią wody leży słynne Yonaguni, gdzie na dnie można zobaczyć istniejące do dziś kamienne kręgi. Na południowym Pacyfiku znajduje się niezwykła struktura zwana Nan Madol, która co prawda nie jest zatopiona, ale gdy rozejrzeć się pod wodą w okolicach budowli to ciągnie się ona dalej i sięga znacznej głębokości. Żaden z historyków nie wziął tych ruin pod uwagę. Przykładem śladów po ziemskiej megalitycznej przeszłości jest wyspa Malta. Archeolodzy oceniają je na 5-6 tys. lat,  wiele jednak wskazuje, że są one znacznie starsze, bo towarzyszą im podwodne ruiny sięgające w przeszłość bardzo głęboko.  Na maltańskim wybrzeżu można zaobserwować coś w rodzaju odciśniętych w kamieniu śladach po jadącym wozie. Oczywiście nie zrobił ich żaden wóz. Są one wycięte równolegle do siebie w skale. Czasami kończą się na skraju klifu co wskazuje ze spora część wyspy zapadła się pod wodę. Hancock znalazł wiele podobnych linii nurkując w tych miejscach. Swoje odkrycia opisał w książce “Underworld – Flooded Kingdom of an Ice Age” (“Podziemie – zatopione królestwo Epoki Lodowcowej”) (2002)

Nie tylko megalityczne ruiny świadczą o istnieniu przedhistorycznej cywilizacji. Jej istnienie potwierdza kod numeryczny, który łączy ze sobą południki a wraz z nimi rozmaite megalityczne miejsca na świecie. Jest to astronomiczny fenomen który nazywa się precesją równonocy i wygląda na to, że twórcy megalitów doskonale rozumieli mechanikę niebieską. Teoria mówi że istnieje wahanie na średnicy Ziemi podobne jak po zakręceniu zabawkowego bąka, który kołysze się coraz bardziej, gdy traci energię wirowania. Wówczas biegun północny zatacza koło. Ziemia w tym sensie staje się platformą widokowa z której obserwuje się gwiazdy. Zmiana kątu widzenia gwiazd z takiej kołyszącej się platformy sprawia, że zmienia się czas wschodu i zachodu rozmaitych gwiazd. Oczywiście gwiazdy pozostają w tym samym miejscu. To Ziemia jest w nieustannym ruchu. Gwiazdy mają także swoją własną trajektorię poruszania się w galaktyce, ale zachodzi ona na przestrzeni setek tysięcy lat i trudno jest ją zaobserwować z Ziemi. Precesja kreuje zatem zmiany w polu obserwacji gwiazd. Co 72 lata następuje zmiana o jeden stopień i jeśli pomnożyć to przez 360 stopni to tworzy pełny cykl co 25 920 lat. Starożytni nazywali to wielkim rokiem w którym po zatoczeniu pełnego cyklu gwiazdy wracały do punktu wyjścia. Potrzeba wielu pokoleń, które systematycznie zapisują takie zmiany, aby stwierdzić funkcjonowanie tego procesu. Dzięki temu możliwe było także przewidywanie jak będzie wyglądało pole gwiazd na tysiące lat w przyszłość, ale także tysiące lat w przeszłość. Precesja równonocy opiera się na liczbie 72. To tworzy sekwencję liczb i np. 72×30=2160 czyli tyle, ile potrzeba słońcu aby przeszło przez zodiak. Wszystkie te liczby można odnaleźć w najstarszych mitach na całym świecie i wyjaśniają one proces, który jest niczym innym jak precesją równonocy. Proces ten w takim właśnie sensie opisali dwaj autorzy: Giorgio de Santillana, profesor nauk w MIT i Hertha von Dechend – profesor historii nauki z uniwersytetu we Frankfurcie – w książce “Hamlet’s Mill”. Wnioski do jakich dochodzą to stwierdzenie istnienia w przeszłości – wiele tysięcy lat temu – cywilizacji o niezwykłej wiedzy. Rejestrowanie tej precesji było dla tej cywilizacji niezwykle istotne i było przekazywane w tradycji oralnej poprzez kolejne generacje.. Nie ma znaczenia czy opowiadający rozumiał historię jaką opowiada. Ważne aby powtarzał ją dokładnie i przekazywał dalej. Wówczas wiedza czyli tak naprawdę sekwencje liczb zawarta w takiej historii została bezpiecznie przechowana w oczekiwaniu na kolejną cywilizację zdolną do odszyfrowania wiadomości. Wiedza ta została ukryta także w starożytnych monumentach. Np. trzeba 2160 lat aby Słońce przeszło przez jeden Dom Zodiaku. Dwa Domy Zodiaku to 4320 lat. Pomnożyć to razy 10 to 43200. Czy jest to przypadek? Czy raczej celowe działanie, że Wielka Piramida jest w tym sensie dokładnym modelem półkuli północnej? Jeśli pomnożyć wysokość piramidy przez 43200 uzyskuje się precyzyjny wymiar półosi Ziemi. Jeśli wspomnianą liczbę pomnożyć przez obwód piramidy uzyska się obwód Ziemi na równiku. Piramida jest więc modelem północnej półkuli w skali 1: 43200 i jest ona dziełem wysoko rozwiniętej cywilizacji.

511magowie-bogow

Najbardziej znaną książką Hancocka jest: “Ślady palców bogów” (1995) Książka osiągnęła oszałamiającą popularność jak na tego typu literaturę i rozeszła się w kilku milionach egzemplarzy a przetłumaczono ją na 27 języków. Książka  sugeruje, że ponad 12 tys lat temu istniał w historii ludzkości zapomniany dziś okres, co spotkało się z bardzo żywiołową krytyką środowiska akademickiego. Szybko okazało się, że akademikom najbardziej przeszkadzały nie poglądy Hancocka a sukces jego książki o jakim oni mogli tylko marzyć. Pomogło to Hancockowi zorientować się z kim do czynienia i jak trudnym przeciwnikiem jest dogmatyczne środowisko naukowe, niedopuszczające do naruszenia starego paradygmatu w każdej dziedzinie wiedzy. Jego najnowsza książka “Magowie bogów” jest kontynuacją “Śladów palców bogów”, ale w całości składa się z nowego materiału potwierdzającego istnienie Zaginionej Cywilizacji jaki odkryto w ciągu ostatniego dziesięciolecia, włączając w to najsłynniejsze odkrycie ostatnich lat jakim jest Gobekli Tepe. Gobekli Tepe kompletnie zmienia postrzeganie naszej najstarszej historii przesuwając jej istnienie na wiele tysięcy lat wstecz. Mimo, że miejsce jest od 1995 r. badane przez archeologów i nie ma wątpliwości że zostało stworzone co najmniej 12 tys lat temu to nadal nie udaje się pokonać akademickiego dogmatu o sumeryjskich i egipskich źródłach naszej cywilizacji, która nie mogła powstać wcześniej niż 5 tys. lat temu. Dlatego choćby z tego powodu książka Grahama Hancocka – “Magowie bogów” powinna znaleźć się w biblioteczce każdego – do czego gorąco zachęcam :).

Pierwsza Debatę (Nie)kontrolowaną na temat książki Grahama Hancocka można pobrać lub wysłuchać pod poniższym linkiem:

http://www.paranormalium.pl/1679,sluchaj

Alternatywna historiaKosmosNauka i technologie

To, co jest niezbędnym warunkiem powstania tworu zwanego “odrywającą się cywilizacją” jest posiadanie technologii, przewyższającej wszystko to, co jest obecnie dostępne na naszej planecie. Zręby takiej technologii mogły powstać w tajnych niemieckich projektach realizowanych tuż przed i podczas II WŚ. Niemcy pracowali nad wieloma egzotycznymi technologiami. Najważniejszą z nich był projekt Die Glocke, o którym świat dowiedział się dopiero w latach 90-tych – po unifikacji Niemiec. Nie wiadomo dokładnie jaką technologię reprezentował Dzwon.

Całą historię odkrył i zapoczątkował Igor Witkowski i zdumiewa fakt, że projekt ten był tak długo utrzymywany w tajemnicy. To odkrycie podziałało na wyobraźnię wielu ludzi i niektórzy uważają, że właśnie za Die Glocke kryje się coś, co nazywamy nazistowskim UFO. Tymczasem nie mamy na to żadnych dowodów. Wiadomo jedynie, że tajemnicze urządzenie potrafiło lewitować w powietrzu. Jednak tylko ten fakt sprawia, że to, nad czym pracowali niemieccy naukowcy jest niezwykle interesujące. Technologia ta mogła być punktem wyjścia do kolejnych, działających na podobnej zasadzie i wykorzystujących prawa fizyki wciąż nieznane szeroko pojętej nauce. Istnieją na ten temat dwie szkoły myślenia. Pierwsza z nich odrzuca analizy Igora Witkowskiego, Nicka Cooka i Josepha Farrella – widzących w Dzwonie prototyp technologii antygrawitacyjnej. Uważają oni, że Die Glocke było wyrafinowaną centryfugą do uzyskiwania izotopów. I rzeczywiście coś w tym jest, bo urządzenie działało w warunkach niezwykle wysokiej mechanicznej rotacji. Tak więc mógłby to być element niemieckiego programu nuklearnego. Ale teoria taka z kolei odciąga od teorii sugerującej, że Niemcy mogli stworzyć podstawy napędu wykorzystującego energię pola. Najlepiej powojenną historię Die Glocke opisał Joseph Farrell, tropiąc powojenne projekty nazistów, o których wiemy że były kontynuowane w Argentynie. Miały one wiele wspólnego z plazmą, z fuzją atomową i z próbą wykorzystania energii punktu zerowego.

Projektowi Die Glocke przewodził Walter Gerlach, który podczas wojny był w tej samej grupie naukowców co laureat Nagrody Nobla – Otto Stern (urodzony w Żorach). Specjalnością Gerlacha nie była fizyka nuklearna, a magnetyczny obrót, polaryzacja i naładowane cząstki. Był zafascynowany grawitacją i jej połączeniem z mechaniką kwantową. Nie jest to więc człowiek, który mógł kierować budową broni nuklearnej czy choćby centryfugi. Gerlach kierując projektem Die Glocke, zajmował się fizyką, która nie miała nic wspólnego z bronią nuklearną, ale z pewnością była pomocna w uzyskaniu alternatywnego źródła energii. Die Glocke wymagało plazmy oddziaływującej na substancję radioaktywną. Tworzyły je obracające się w przeciwną stronę cylindry. Przypomina to model… Słońca. Całość projektował Kurt Debus – późniejszy dyrektor Kennedy Space Center na przylądku Canaveral.… NASA. Jak mało kto posiadal on odpowiednie kwalifikacje bo podobne stanowisko zajmował w Peenemünde, skąd wystrzeliwano rakiety V-2 W Argentynie prace nad projektem kontynuował Ronald Richter. Używał on tam sprzętu wyprodukowanego i dostarczonego przez Allgemeine Elektricitäts-Gesellschaft. Dostarczono go na początku lat 50 tych. W tym czasie Niemcy Zachodnie mimo, że nie były suwerennym krajem to nadal produkowały wyrafinowane urządzenia techniczne. Co ciekawe firma która dostarczyła urządzeń Richterowi w Argentynie, dostarczała je również dla projektu Die Glocke podczas wojny. Tak wynika z odkrytej później dokumentacji. Dlatego Richter jest najważniejszą osobą jeśli chodzi o kontynuowanie prac nad Dzwonem w Argentynie. Sam Richter oświadczył później, że eksperymenty z plazmą jakie dokonywał dla Juana Perona, wykonywał już w 1936 r. Jest to bardzo interesujące, bo w 1935 Węgier Gabriel Kron opublikował pracę naukową na uniwersytecie w Liege w Belgii na temat tzw. negatywnego opornika i przestrzeni tensorowej w rozmaitości psuedoriemannowskiej, która mogła dać impuls a także rozwiązania (zwłaszcza jeśli chodzi o problemy czasoprzestrzeni) konieczne do stworzenia Dzwonu.

Die Glocke dotyczyło bowiem właśnie energii. Projekt ten stał się symbolem nazistowskiego UFO jednak wg naocznych świadków Dzwon nie był w stanie robić nic innego jak lewitować. Nie wykonywał żadnych manewrów tylko wisiał w powietrzu. Kiedy go włączano zabijał wszystko dookoła. Nie można więc było po prostu wsadzić do środka załogi i latać nim po okolicy. Wg Witkowskiego podczas pierwszych testów z Die Glocke, jakie przeprowadzono w podziemnym pomieszczeniu – w kopalni – wyłożonym cegłą ceramiczną i gumowymi matami, zginęło siedmiu naukowców. Po każdym takim teście cegły i gumowe maty musiano wymieniać. Wystawione na działanie Dzwonu rośliny rozpadały się w ciągu godziny i zamieniały w czarną maź. Paliwem była substancja radioaktywna. Jeśli uzyskuje się grawitacyjny albo antygrawitacyjny efekt swojego doświadczenia, zmieni to tempo rozpadu radioaktywnego. Dzięki temu można zmierzyć wartość energii pola. Jeśli Niemcy stworzyli napęd z wykorzystaniem energii pola, to z pewnością musiało zainteresować ich przeciwników. Kiedy III Rzesza stanęła na progu klęski w 1945 r., specjalne komando SS zabiło 60 naukowców pracujących przy Die Glocke, w obawie by nie dostali się w ręce Rosjan. Niemcy zabili swoich własnych inżynierów pracujących przy Dzwonie, bo chcieli projekt zachować dla siebie. Ameryka mogła sobie zabrać bombę atomową i naukowców rakietowych. Rosja także mogła przejąć zarządców projektów rakietowych, którzy mogli zrekonstruować dokumentację. Die Glocke miał należeć tylko do nazistów. Projekt lub jego część był w ścisłej tajemnicy kontynuowany w Argentynie.
Naziści ciągle kontrolowali karty przetargowe jakie były w grze i to oni ustalali co i kto to dostanie.

Wszystko wskazuje na to, że wzbogacony uran i elementy do budowy bomby atomowej Niemcy umyślnie przekazały USA. Przekazaniem kierował Martin Bormann. To on zaplanował i zorganizował dostarczenie Amerykanom najlepszych niemieckich fizyków rakietowych i inżynierów lotniczych. Paul Manning, dziennikarz z NYT i CBS, współpracownik Eda Murrow odkrył zapiski Farago, który dotarł do argentyńskiej dokumentacji, gdzie przedstawiono szczegóły z obserwacji działalności Bormanna w tym kraju. Manning odkrył np. że przebywający w Argentynie Martin Bormann w latach 60-tych wypłacił z banku czek na kilka milionów dolarów. Czek był wypisany przez Manufacturers Hannover i Chase Manhattan. Clearingu dokonano poprzez Deutsche Bank w Buenos Aires. Czek został osobiście podpisany przez Bormanna! Stąd wynika jasno, że to Bormann był człowiekiem, który decydował o powojennych losach nazistowskich technologii i łupów wojennych. Tak więc USA stało się tym samym partnerem Bormanna. Amerykańskim oficerem wywiadowczym, który podczas wojny i zaraz po niej koordynował działania amerykańskiego wywiadu na tym kontynencie był… Nelson Rockefeller. Mówiąc o nazistach ukrywających się w Argentynie nie mam bynajmniej na myśli niewielkiej enklawy drżących ze strachu hitlerowców czekających na to, co przyniesie im los. Naziści posiadali tam olbrzymie terytorium w dolinie Rio Negro o obszarze ponad 15 tys. km2 z miastem San Carlos de Bariloche w swoim centrum. To tam właśnie prowadził swoje badania nad fuzją nuklearną Ronald Richter. Tam także pracowali bracia Horten i Kurt Tank (urodzony w Bydgoszczy), twórca Focke-Wulfa 190. Tak więc z pewnością stworzono tam odpowiednią technologiczną infrastrukturę. Sprowadzono z Europy wiele wyrafinowanych i unikalnych maszyn, ale także sprzęt techniczny i rozmaite patenty. Wydaje się jednak, że centralnym punktem tego co działo się w Argentynie jest projekt Die Glocke.

Wpływ powojennych nazistów na resztę świata trudno jest ocenić w kilku słowach. Wzmożona kontrola nad każdym ruchem obywateli, kamery na każdym rogu potwierdzają, że świat stoczył się w faszyzm. Każdy aspekt naszego życia jest monitorowany. W Stanach Zjednoczonych obie pozornie zwalczające się partie nieustannie zwiększają zasięg władzy federalnej. Czy zatem grupa tworząca extraterytorialne państwo faszystowskie nadal istnieje a jeśli tak, to gdzie się ukrywa? Możemy odnotować dwa sygnały, które potwierdzają, że taka grupa istnieje. Pierwszym jest radykalny islam. Naziści posiadali zawsze intensywne kontakty z islamem. Mieli np. bezpośredni wpływ na powstanie Bractwa Muzułmańskiego. Promowali także Jasera Arafata i OWP. Po raz pierwszy na skalę światową dało się to zauważyć przy obaleniu egipskiego króla Faruka w 1954 r. Powszechnie uważa się, że zrobiła to CIA i jest to prawda. Ale żołnierzami, którzy dokonali tego fizycznie byli naziści. Akcją dowodził Otto Skorzeny i generał Wilhelm Farmbacher. W tle pojawił się nawet Hjalmar Schacht (teść Skorzenyego). Naprawdę wspaniała grupa ludzi. 🙂 Tak więc na wierzchu widać było CIA, ale tuż pod spodem byli naziści. Drugim elementem sygnalizującym obecność nazistów w naszym współczesnym życiu jest światowa liga antykomunistyczna mieszcząca się na Tajwanie. Była to grupa kontrolowana przez CIA. Organizacja ta po upadku ZSRR zmieniła nazwę na Światową Ligę dla Demokracji. Być może fizyczne szukanie takiej grupy jest fałszywym śladem. Ludzie ci po prostu wniknęli do struktury władzy. Modelem dla takiego rozumowania jest organizacja mafijna, gdzie dochodzi od czasu do czasu do walk wewnętrznych kiedy czyjś interes ulega zachwianiu. Kiedy jednak coraz bliższe staje sie przejęcie w posiadanie całego świata, walki wewnętrzne przybierają na sile. dziś w różnych częściach świata toczą się krwawe walki, mimo, że z TV sączy się zapewnienie, że żyjemy w pokoju. Bardzo często są to wojny zwane proxy, gdzie w jakimś strategicznym miejscu ścierają się wpływy wielkich mocarstw kosztem całej populacji.