Alternatywna historia

Muzeum Historii Naturalnej w Corpus Christi w Teksasie od 60 lat przechowuje peruwiańską mumię. Dokładnie nie wiadomo w jaki sposób mumia trafiła do USA. Prawdopodobnie przywieziono ją w czasach, kiedy rządy południowoamerykańskich państw bardziej dbały o to, aby przetrwać jak najdłużej dzierżąc władzę niż dbać o mroczną i często skomplikowaną historię swojego kraju. W wielu przypadkach tego typu…. hmmmmm – słowo artefakty nie wydaje się być najlepszym terminem, kiedy mamy do czynienia z doczesnymi szczątkami żywego kiedyś człowieka – po znalezieniu ich w stanowisku archeologicznym nie mogły zostać w kraju, w którym je znaleziono, bo kraj ten nie posiadał odpowiedniej infrastruktury i bazy naukowej aby taką mumię przechować. Mumie trafiały więc do wielu lepiej zorganizowanych pod tym względem krajów – głownie do USA i Europy.

Mumia z Corpus Christi do 1957 r. przechowywana była w Muzeum Naturalnym w Nowym Jorku i kiedy przekazano ją do Teksasu – okazała się być najstarszym eksponatem historycznym tamtejszej placówki. Można ją było oglądać publicznie do 1980 r., by później przenieść ją do magazynów. Dziś rząd peruwiański chce ją z powrotem a muzeum w Teksasie nie widzi przeszkód aby ją zwrócić. Zanim jednak do tego dojdzie lekarze ze szpitala dziecięcego Driscoll przeprowadzają jeszcze jedną serię badań – gównie za pomocą promieni Roentgena.

Uważa się obecnie, że mumia pochodzi z czasów Imperium Inków i jest szczątkami 6-8 letniej dziewczynki. Antropolodzy uważają, że zmarła 2 tys. lat temu i w szpitalu dziecięcym jest z pewnością niecodziennym pacjentem. Początkowo sądzono, że w misternie uplecionym kokonie z lin umieszczono mumię małego dziecka. Pierwsze zdjęcia rentgenowskie wykazały, że mumia ma podkurczone nogi, co znacznie zmniejsza jej wielkość i mimo, że wciąż mamy do czynienia z dzieckiem, było ono znacznie starsze niż sądzono. Być może jest to zaskoczenie dla lekarzy, ale z pewnością nie powinno być dla antropologów, bo mumie peruwiańskie niemalże zawsze układano w pozycji kucznej.

Wyniki badań mają być przekazane peruwiańskim antropologom, którzy mają przeprowadzić dalsze testy, zwłaszcza genetyczne aby ustalić więcej szczegółów na temat jej pochodzenia i kultury do jakiej należała. Ma to ogromne znaczenie, bo skoro ustalono, że mumia ma conajmniej 2 tys. lat istnieje podejrzenie, że pochodzi ze znacznie starszej kultury niż kultura Inków. Przeprowadzenie badań genetycznych w teksańskim szpitalu z pewnością byłoby znacznie łatwiejsze – biorąc pod uwagę środki techniczne jakimi dysponuje ta placówka. Można jedynie spekulować, że być może takie badania przeprowadzono i ich wyniki niekoniecznie pasują do oficjalnej, akademickiej linii czasu jaki ustalono dla tego regionu Ameryki Południowej. Oddanie kłopotliwej mumii Peruwiańczykom zdejmuje odpowiedzialność z amerykańskich antropologów, ale na ewentualne badania w Limie trzeba będzie długo poczekać. Peru jest w posiadaniu tysięcy rozmaitych mumii a jednocześnie wciąż słabe zaplecze technologiczne nie pozwala na przeprowadzenie badań na światowym poziomie.

Wciąż nie mamy pełnej wiedzy na temat rozmaitych kultur jakie powstawały i ginęły w czeluściach historii na terenie Ameryki Południowej. Tajemnicza kultura Wydłużonych Czaszek z Paracas czy Wojownicy z Chmur, którzy pionowo ustawiali sarkofagi – zwane purunmachu – swoich zmarłych na stromych i niedostępnych klifach. W 1928 r. jeden z takich dwumetrowych sarkofagów oderwał się od skały i roztrzaskał u jej podnóża. Wewnątrz znajdowała się misternie zawinięta mumia jednej z najbardziej tajemniczych cywilizacji zamieszkujących tereny dzisiejszego Peru zwana Chachapoya. Wiele z tych sarkofagów zostało okradzionych przez złodziei grobów w poszukiwaniu cennych artefaktów i biżuterii, jednak spora ich liczna przetrwała nietknięta, ze względu na niedostępność miejsca w którym je ustawiono. Można sobie jedynie wyobrazić ile trudu i zachodu kosztowało wciągnięcie sarkofagu na taką wysokość i w miejsce niedostępne nie tylko dla ludzi ale i zwierząt.

Chachapoya zamieszkiwali peruwiańską Amazonię i najstarsze ślady ich kultury sięgają 200 r.n.e. Różnili się od innych peruwiańskich kultur nie tylko obyczajami, ale i wyglądem. Byli rośli, smukli i mieli włosy o rdzawym odcieniu. Kiedy Inkowie rozpoczęli ekspansję swojego imperium Chachapoya stawili im potężny opór. Inkowie jednak byli bezwzględni w eksterminacji swoich wrogów. Resztki walecznych wojowników ukryło się w niedostępnej, wysokogórskiej, pokrytej chmurami dżungli. Nazwano ich wówczas Wojownikami Chmur. Kiedy pojawili się Hiszpanie, Chachapoyas natychmiast zawarli z nimi sojusz. Byli bezcennymi przewodnikami, znającymi wszelkie przejścia, kryjówki i miejsca, gdzie Inkowie mogli przechowywać swoje złoto. Satysfakcja musiała być wielka , gdy potężne imperium Inkow padło na kolana pod ciosami konkwistadorów, ale nie skończyło się to dla Wojowników Chmur dobrze. Zarażona przez Hiszpanów egzotycznymi chorobami resztka ich populacji wymarla kompletnie w ciągi dekady. Dziś zostały po nich jedynie purunmachu.

Purunmachu budowano w specyficzny sposób: zawinięte w tkaninę cialo mumii oblepiano najpierw gliną. Kiedy wyschła aplikowano kolejną warstwę – tym razem mieszankę mułu i słomy. malowano je później na kremowy kolor ozdabiając wizerunkami biżuterii. Sarkofagi miały kształt przypominający człowieka i ich twarze malowano na czerwono i żółto. Zazwyczaj na stromym klifie ustawiano wiele takich sarkofagów obok siebie i można było odnieść wrażenie, że to nieruchomy oddział Chachapoyas wypatruje niebezpieczeństwa. W jednym przypadku natrafiono na zespól takich sarkofagów, z których żaden nie przekroczył 70 cm wysokości. Bylo to dziwne, bo zazwyczaj tworzyły one 2-metrowe posągi. Wszystko wyjaśniło się, gdy otworzono jeden z nich, w którym znajdowała się mumia dziecka. Purunmachu dzieci znaleziono w niedostępnym miejscu peruwiańskiej Amazonii i na razie zostawiono je w spokoju, ze względu na trudny dostęp, dlatego szczegółowe badania nie zostały jeszcze przeprowadzone i genetycznie nie ustalono kim były pochowane na klifie dzieci.

Nawet bez badań genetycznych, mumia jest w stanie dostarczyć wielu interesujących danych – czasem w niecodzienny sposób. W procesie zabezpieczania ciała przed rozkładem, konserwowały się także pasożyty, które dzieliły życie i …. śmierć z człowiekiem, który został zmumifikowany. Najczęstszym pasożytem była… zwykła wsza łonowa, znana wśród parazytologów jako Pthirus pubis

Początkowo istnienie Pthirus pubis w starożytnej populacji stwierdzano jedynie w Starym Świecie. Znaleziono jednak wesz łonową w południowoamerykańskich zmumifikowanych ciałach w rejonie pustyni Atacama gdzie jajka tej wszy wciąż były zaczepione do włosów łonowych mającej 2 tys. lat chilijskiej mumii.. Dobrze zachowane okazy tego pasożyta znaleziono także w ubraniu peruwiańskiej mumii sprzed tysiąca lat. Paleoparazytologiczna ewidencja poszerza wiedzę na temat zasięgu ektoparazytów w starożytnej populacji. Tak jak wiele innych pasożytów wszy znalezione w andyjskiej populacji wykazały, że ich źródło znajduje się w Nowym Świecie. Wygląda na to, że P. pubis dotarł do tego kontynentu wraz z pierwszą falą imigrantów, którzy wiele tysięcy lat temu przybyli do Nowego Świata.

Pediculus humans wapitis jest starożytnym ludzkim pasożytem, prawdopodobnie odziedziczonym z czasów jeszcze przed hominidami. Zarażanie się pasożytami pojawia sie przez cały czas ludzkiej historii włączając w to czasy przedkolumbijskie. Na mumii Maitas Chiribaya (datowanej na 670-990 r.n.e.) z Arica w północnym Chile znaleziono pediculosis i przeprowadzono na nim szereg badań. Zastosowano klasyczny mikroskop i mikroskop elektronowy. Włosy mumii niemalże w całości pokryte były gnidami i dorosłymi wszami. Skanowanie mikroskopem elektronowym (w niskim i wysokim zakresie) wykazało doskonale zachowaną morfologię jajek. Dodatkowo doskonale zachowane dorosłe okazy wszy na niemalże tysiącletniej mumii pozwoliły na szczegółową obserwację głowy, czułków, korpusu, podbrzusza i nóg pasożyta. Doskonale zachowane pasożyty pozwoliły na przeprowadzenie obserwacji mikromorfologicznych pod mikroskopem elektronowym operculum, aparatu oddechowego i przetchlinki. Badania wykazały, że wszy były częstym problemem dla andyjskich rolników i pasterzy. Wsza przenoszona jest przez kontakt pomiędzy głowami, dlatego zawszeni pasterze zarażali wszami innych ludzi. Z problemem radzono sobie myjąc włosy szamponem z jukki.

Alternatywna historia

Badania trójpalczastych mumii powoli przynoszą pierwsze wyniki. Przeanalizowano wyniki badań dokonane przez dr Konstantina Korotkowa. Korotkow pobrał próbki do analizy z mumii Marii. Pierwsze badania jakie przeprowadzono dotyczyły potwierdzenia, że badacze mają do czynienia z tkanką biologiczną, że w mumię nie wmontowano jakichś elementów z plastku lub innego tworzywa. Przeprowadzone testy miały także na celu potwierdzenie, że badane tkanki mają starożytne pochodzenie. Po tym nastąpiła analiza badań zdjęć z tomografu. Wg Korotkowa ma już wątpliwości, że mumia jest prawdziwa. Następnie dokonano szczegółowej analizy palców, skupiając się przede wszystkim na tym, by znaleźć ślady jakiejś ingerencji z zewnątrz bądź manipulacji. Wielu krytyków całego przedsięwzięcia snuje podejrzenia, że trójpalczaste dłonie i stopy mumii są czyjąś sprytną manipulacją. Korotkow pobrał próbki tak z dłoni jak i stóp Marii. Przeprowadzone badanie bez cienia wątpliwości potwierdziły, że kompozycja, materiał a także DNA jest wszędzie to samo. Trójpalczaste dłonie i stopy należą do tego samego ciała.

Pierwsze testy DNA Marii wykluczyły, że jest to ciało jakiegoś zwierzęcia jak np małpy. Bez wątpienia Maria była człowiekiem. Obecnie uważa się, że na Ziemi żyły trzy typy albo gatunki człowieka. Pierwszy z nich to Neandertalczyk (człowiek w 99.5%), Cro-Magnon (100% człowiek) i Denisowian (99.7% człowiek). Homo floriensensis jest obecnie analizowany przez naukowców i na wyniki tych analiz trzeba jeszcze poczekać.

Obecnie prowadzi się na mumniach znacznie dokładniejsze badania. Tworzona jest biblioteka genów, która następnie będzie analizowana w porównaniu współczesnej bazy danych genetycznych. Wykaże to, czy Maria jest w 100% człowiekiem, czy też wystepują jakieś genetyczne anomalie. Trwa także analiza zdjęć zrobionych w tomografie. Wiadomo jest, że mumia posiada wszystkie wewnętrzne organy. Na zdjeciach widoczne jest serce, żołądek a także wyschnięte resztki mózgu. Maria ma ten sam rodzaj organów wewnętrznych jak współczesny człowiek.

Peruwiański radiolog, dr Raymundo Salas Alfaro przeprowadził szczegółową analizę lekarską przeswietleń jakich dokonano na mumii. On również nie ma wątpliwości, że mumia jest prawdziwym, niezmanipulowanym ciałem, należącym do jednej osoby. Mumia wciąż posiada zęby w górnej i dolnej szczęce, na zdjeciach widać serce, jego cztery komory i pozostalości arterii. Widać także zarys systemu oddechowego. W dolnej części ciała widać na zdjęciach pozostałości po jelitach. Wszystkie organy wg dr Salasa wyglądają naturalnie i nie widzi on śladów manipulacji za pomocą której ktoś chciałby wstawić w przeszłości czy współcześnie taki organ do ciała mumii.

Prowadzone są także badania nad trzema kolejnymi mumiami, które odnaleziono w tym samym miejscu co Marię. Te trzy nowe ciała nazwano “Rodziną”, bo są bardzo podobne do siebie. Różnice widoczne są jedynie w kształcie głowy natomiast reszta ciała trzech mumii wygląda bardzo podobnie do siebie. Ich skóra przypomina skórę węża. Palce mają bardzo długie paznokcie. Mumie mają też dziwną wypukłość na klatce piersiowej, którą prześwietlono w tomografie. Na razie nie ma jednoznacznej opinii czym jest ta wypukłość. Obecnie badania obejmują sześć mumii o dziwnych, trójpalczastych dłoniach.

Zdjecia z tomografu wykazały, że trzy nowe mumie nie zostały przez nikogo zmodyfikowane i ich ciała są nienaruszone. Ich kości są doskonale zachowane. Podstawa czaszki jest nieco inna niż ludzka, podobnie jak jej wewnętrzna budowa. Mumie te także mają w swoich czaszkach resztki wyschniętego mózgu i pozostałości po systemie nerwowym. Zaskoczeniem dla lekarzy był bardzo dobry stan tkanki miękkiej. Grupa peruwiańskich lekarzy, która analizowała zdjęcia z tomografu, nie ma wątpliwości, że istoty te są prawdziwe.

Istoty miały po trzy palce u rąk i nóg, podobną jak człowiek pojemność mózgu, ale ich wygląd z pewnością był nieludzki. Tylko Maria przypomina istotę ludzką. pozostałe mumie nazywane są reptylianami ze względu na skóre przypominającą skórę węża.

Obecnie trwają badania genetyczne i badania tkanki miękkiej oraz kości mumii w rosyjskim, Federalnym Instytucie Położnictwa, Ginekologii i Reprodukcji Człowieka w Saint Petersburgu. W tkankach znaleziono izotpy kadmu i strontu. Tajemnicą nadal jest to, skąd sie te izotopy wzięły w mumiach. Badania trójpalczastych mumii z Nazca nadal trwają.

Alternatywna historiaKosmos

W 1960 r., amerykański wywiad doszedł do wniosku, że w następnym roku Związek Radziecki będzie posiadał 500 rakiet międzykontynentalnych (ICBM), gotowych do odpalenia w kierunku USA. Aby potwierdzić, że to przewidywanie jest słuszne, 1 maja 1960 r. z Pakistanu wystartował amerykański pilot i po raz pierwszy w historii samolot U-2 przeleciał przez całe ZSRR w misji nazwanej Operacja Grand Slam (Wielkie Trafienie). Francis Gary Powers leciał wzdłóż linii kolejowych w nadziei sfotografowania radzieckich ICBM-ów bazujących w Plesiecku, bazie militarnej niedaleko Swierdłowska i Kosmodromu Bajkonur w Tiuratam. W tym czasie CIA rozpoczynała proces zmiany z U-2 na satelity i pierwszomajowy lot był z pewnością historyczną, bo ostatnią misją “skunksa” nad radzieckim niebem.

Rosjanie śledzili lot radarem ustawionym niedaleko Swierdłowska i wyslali w pościg swoje trzy nowe rakiety ziemia-powietrze SA-2 Dźwina (można zobaczyć taką rakietę w Muzeum Orła Białego w Skarżysku Kamiennej). Rakiety te zaprojektował największy rywal Korolowa – W N Czełomej (który stał się faworytem Chruszczowa po tym jak zatrudnił u siebie jego syna – Siergieja – inżyniera rakietowego) i była to pierwsza okazja aby sprawdzić ich celność na wysokości 22 km. Pierwsza Dźwina nie trafila, druga zestrzeliła pościgowego MiG-a. Trzecia zaliczyła bezpośrednie trafienie.

Ratowanie się Powersa okazało się tak trudne, że nie był on w stanie dosięgnąć guzika samodestrukcji samolotu. Nie wykorzystał także kapsułki z trucizną, ukrytą wewnątrz amerykańskiej, srebrnej dolarówki. Zamiast tego spadał swoim zestrzelonym samolotem z wysokości 22 km na wysokość 9 km, gdzie się katapultował się, spadał nadal aż do wysokości 4500 m zanim otworzył spadochron, by bezpiecznie wylądować, zostać schwytanym i wziętym do niewoli.

Cztery dni później Amerykanie przemalowali jeden z U-2 tak, aby wyglądał na samolot meteorologiczny NASA i publicznie ogłosili, że taki samolot zaginął, gdzieś na granicach Turcji. Chruszczow odpowiedział, że wie o tym bo był to szpiegowski samolot i został zestrzelony. Administracja Eisenhowera przekonywała, że musiała zajść jakaś pomyłka, bo z pewnością nie było i nigdy nie będzie celowego naruszenia radzieckiej strefy powietrznej.

7 maja Chruszczow ogłosił światu: “Muszę wyjawić wam tajemnicę. Kiedy po raz pierwszy poinformowałem o zestrzelonym amerykańskim samolocie zapomniałem wspomnieć, że pilot jest cały i zdrowy. A teraz sami zobaczcie jakie głupoty wygadują Amerykanie”. Rosjanie mieli nie tylko Powersa, ale z rozbitego wraku złożyli w całości U-2, włączając w to aparat fotograficzny, zdjecia szpiegowskie, 7500 rubli i sakiewkę z diamentami. Planowany amerykańsko-radziecki szczyt w Paryżu został odwołany. Prywatnie Ike (Eisenhower) przyznał, że gdyby amerykańska przestrzeń powietrzna została naruszona w podobny sposób, zwrócił by się do Kongresu o wypowiedzenie wojny.

W przestrzeni kosmicznej latał Sputnik i inne sukcesy Korolowa a Eisenhower i USA po raz kolejny zostali publicznie upokorzeni przez Rosjan. Wzięcie do niewoli Francisa Gary Powersa, ujawnienie, że Stany Zjednoczone nielegalnie naruszyły przestrzeń powietrzną suwerennego kraju i niedorzeczny sposób w jaki Pokój Owalny rozgrywał całą aferę, było jeszcze jedną publiczną kompromitacją Ameryki, które ciągnęły się przez ostatnie lata rządów Eisenhowera aż po wyboiste początki administracji Kennedy’ego.

Jeszcze przed fiaskiem Powersa było już jasne, że program U-2 musi być zmodernizowany. Amerykanie obawiali się radzieckich rakiet (nawet gdy okazało sie, że przewidywanie, że do 1961 r. Rosjanie będą posiadali 500 rakiet było bardzo niedokladne, bo mieli ich wówczas tylko 4 sztuki), wymagając bardziej niezawodnej i potężniejszej broni szpiegowskiej, takiej która mogłaby bez obaw przemieszczać się po niebie wroga. Do kwietnia 1962 r. U-2 wymieniono na tytanową maszynę Lockheeda A-12/SR-71 Blackbird, która mogła latać z trzykrotną prędkością dźwięku. (Ponieważ ZSRR było w tym czasie nalepszym źródlem tytanu, stworzono fikcyjną korporację aby kupować ten metal po to, by zbudowac samolot szpiegujący jego źródło). Z czasem jednak tak U-2 jak i Blackbird miały zostać wymienione przez znacznie lepsze narzędzie. “Radziecka przewaga w kosmosie była tak niepokojąca, że Eisenhower rozważał wyjawienie możliwosci i osiągnięć programu U-2 po to, by uspokoić nastroje narodu” – powiedział szef tajnych operacji CIA, Dick Bissel. “Zamiast tego zdecydował się na intensyfikację amerykańskiego programu satelit kosmicznych. W styczniu 1958 r. wydał National Security Action Memorandum w którym ogłosił program budowy i rozwoju satelit zwiadowczych. Pod wpływem sukcesów programu U-2 powierzył całą odpowiedzialność za projekt CIA.”

Był to pomysł Bissela, nad którym pracował od lata 1957 r. z Dinem Landem z firmy Polaroid, z Jamesem Killianem z Białego Domu i z szefem amerykańskich sił rakietowych generalem Bernardem Schrieverem. Publicznie projekt nazwano Discoverer i miał dotyczyć naukowych badań kosmicznych. Ci, którzy mieli klauzulę tajności nazwywali program “Dziurka od klucza” i pierwszy udany start na dwustopniowej rakiecie Thor z bazy lotniczej Vandenberg w Kalifornii miał miejsce 18 sierpnia 1960 r. Satelita Corona – nazwana tak przez Bissela na cześć maszyny do pisania – została wyslana na orbitę okołobiegunową, niosąc w swoim wnętrzu 3/4 km filmu i była w stanie ustawić aparat fotograficzny tak, aby móc zrobić zdjęcie nawet ciężarowki. Po zużyciu całej kliszy fotograficznej, miała wykorzystać niewielkie silniki odrzutowe aby skierować się ku Ziemi. Jej potężna dolna część spowolniała opadanie a osłona termiczna chroniła cenny ładunek, który już po przekroczeniu ziemskiej atmosfery miał zostać wyrzucony na spadochronie, gdzie miał go później przejąć samolot (w powietrzu! – czarno-białe zdjęcie powyżej) lub helikopter wysłany z Hawajów. Stamtąd zdjęcia miano wysłać do kwatery głównej CIA do analizy. Początki programu Corona nie były jednak łatwe.

Styczeń 1959: odwolanie startu ze względu na problemy techniczne
Luty 1959: udany start ale wadliwy system stabilizacyjny wyrzucił satelitę z orbity i rozbiła się o Ziemię
Trzecie podejście: Satelita osiągnęła orbitę, zrobila zdjęcia, ale kapsuły ze zdjęciami nigdy nie znaleziono.
Czwarte i piąte podejście: nie osiągnięto orbity
Szóste: nie znaleziono kapsuły
Siódme: znów się popsuł stabilizator i satelita wypadła z orbity
Ósme i dziewiąte: rozbicie na wyrzutni
Luty 1960: dziesiąte podejscie nie osiągnęło orbity
Jedenaste: zagubienie w kosmosie
Dwunaste: eksplozja na starcie
10 sierpień, 1960: Corona 13 osiągnęła orbitę ale kapsuły ze zdjęciami nigdy nie znaleziono.

Wreszcie Corona 14 osiągnęła wielki sukces. “Ten sam dzień, w którym Francis Gary Powers oczekiwał w moskiewskim sądzie na wyrok (18 sierpień, 1960) przyniósl pierwszy sukces, gdy satelita przeleciala nad Moskwa robiąc zdjęcia z góry” zanotowal Art Lundhal z CIA z Narodowego Centrum Interpretacji Fotograficznych. 24 sierpnia o 8:15 rano, Killian, Land i szef NSA Gordon Gray otworzyli Eisenhowerowi w Pokoju Owalnym szpulkę ze zdjeciami z Corona 14. Mała satelita sfotografowała obszar 4 mln km2 Związku Radzieckiego, robiąc ostre fotografie 64 lotniskom, 26 mobilnym wyrzutniom rakietowym a nawet wyrzutniom rakiet w Plesiecku i Bajkonurze. Zdobycz z tej jednej misji była większa niż ze wszystkich misji U-2 razem wziętych, a sukces był tak niebywały, że niemalże natychmiast wszystkie agencje rządowe chciały mieć swoją własną Coronę. Ike byl jednak tak poirytowany nieustannym, kiepskim zarządzaniem swoich sił powietrznych, po dekadach trwonienia miliardów dolarów, że dla niego jedynym sukcesem było zbudowanie pracującego w podczerwieni wykrywacza rakiet balistycznych Midas i nalegał aby wysyłanie kolejnych satelit odbywało się pod opieką National Reconnaissanec Office.

Do maja 1972 r. CIA i NRO miały wystrzelić (wśrod innych satelit szpiegowskich) 121 Coron a sam program stał się tak dobrze znany, że pracownicy radzieckiego Kosmodromu pisali obsceniczne słowa na śniegu, żeby sfotografowały je oczy Bissela z kosmosu. Na początku 1961 r. Rosjanie dorowadzili do wyrównania wystrzeliwując ponad 500 własnych satelit szpiegowskich Zenit (oficjalnie znanych jako Kosmos), tworząc trzeci nurt w wyścigu superpotęg w kosmosie i tworzeniu rakiet. Wykorzystując tą samą kapsułę Korolowa co kosmonauci z Wostoka, wysyłano analitykom wojskowym na spadochronie aparaty fotograficzne i klisze. Zenit/Kosmos nie różnił się bardzo od Corony i innych programów rakietowych w swoim historycznym rozwoju, trapiony błędami za błędami aż wreszcie 28 lipca 1962 r., wystrzelono na orbitę Kosmos 7 , który wrócił z pełnym zestawem fotografii szpiegowskich, pokrywających całe terytorium USA. ZSRR kontynuował wystrzeliwanie kolejnych wersji Zenita aż do 1994 r., dotrzymując Amerykanom pola pod każdym względem.

W trzecim tygodniu maja 1960 r. amerykański satelita Midas 1 rozpoczął patrolowanie radzieckiej strefy powietrznej, wykorzystując czujniki podczerwieni, które mogły wykryć odpalenie rakiety balistycznej. W ciągu czterech lat Siły Powietrzne stworzyły sieć czterech satelit zwanych “Vela Hotel”, które wykorzystywały promienie roentgenowskie, podczerwień i wykrywacze neutronów do identyfikacji płomieni silników rakietowych. W odróżnieniu od innych pojazdów szpiegowskich Amerykanie bardzo dokładnie wyjaśnili Rosjanom misję Vela Hotel a Rosjanie oddali przysługę, kiedy wysłali w kosmos własny system monitorujący. Eisenhowerowska idea “Open Sky” zostala zaakceptowana siłą bezwladu. “Podczas zimnowojennego wyścigu zbrojeń w kosmosie niektóre apekty militarnej rywalizacji powstrzymano – ze słusznych powodow”. Historycy Michael Krepon i Michael Katz-Hyman odkryli, że: “Satelity były i funkcjonują nadal w połączeniu z odstraszaczem nuklearnych głównych potęg. Zakłócanie ich działania to zaproszenia dla nuklearnego zagrożenia. Waszyngton i Moskwa zdecydowaly niezależnie od siebie, że wyścig zbrojeń Zimnej Wojny jest wystarczająco gorący bez dodawania broni antysatelitarnej, co mogłoby doprowadzić do gwaltownego zamieszania. Symbolem tego zrozumienia jest zgoda mocarstw na to aby nie wpływac na działanie satelit kontrolujących realizację ukladów rozbrojeniowych.”

Jedynym problemem oczu na niebie bylo to, że większość zdjęć tam zrobionych były zdjęciami chmur. Pentagon chcial to skorygować przez zamknięcie programu Dyna-Soar i zamiast tego odpaleniem Załogowego Kosmicznego Laboratorium MOL, wykprzystując do tego kapsułę Gemini aby utrzymywac na orbicie dwóch agentów przez 30 dni, którzy szpiegowaliby Rosjan korzystając z aparatu fotograficznego wielkości Chevroleta. Zapoczątkowany 25 sierpnia 1965 r. przez rząd Johnsona i kosztujący 1.3 mld dolarow MOL zatrudnił wojskowych astronautów z ARPS – Aerospace Research Pilots School, prowadzonej przez Yeagera z bazy lotniczej Edwards. Podobnie jak Apollo, MOL został zamknięty przez prezydenta Nixona. Podobny los spotkał radziecki program Ałmaz, który swój ostatni lot odbył w lutym 1977 r. a jego zdumiony dowódca zameldował: “Widzimy nawet ludzi na ulicach!”

“Nie chcialbym abym to, co teraz powiem było w przyszłości cytowane” – powiedzial Lyndon Johnson w cytowanej wypowiedzi do pracownikow swojej administracji – “ale wydaliśmy 35-40 mld dolarów na program kosmiczny. I nawet jeśli nic nam to nie dało oprócz wiedzy jaką zdobyliśmy z kosmicznych fotografii, jest to warte dziesięć razy wiecej niż kosztował cały program. Dlatego dziś wiemy ile rakiet ma nasz przeciwnik i okazało się, że nasze prognozy bardzo się myliły. Budowaliśmy rzeczy, których nie musieliśmy budować. Nasiąkaliśmy strachem, którym nie musieliśmy nasiąkać”

W tym samym roku – 1960 – złapanie Powersa i tryumf Corony – doradca z Bialego Domu powiedziałl Eisenhowerowi, że wysłanie ludzi na Księżyc będzie tak samo historyczne jak sponsorowanie Kolumba przez Izabelę, po to aby odkrył Nowy Świat. Po otrzymaniu propozycji budżetowej na program kosmiczny w wysokości 26-38 mld dolarów, prezydent odparł, że “może jeszcze chcecie zdjąć mi sygnet z palca” a inny z pracowników Bialego Domu zanotował: “Jeśli pozwolimy naukowcom zbadać Księżyc, wówczas zanim się zorientujemy będą chcieli szukać i badać inne planety”. Na biurku w Gabinecie Owalnym leżało przemówienie oglaszające zakończenie wysyłania ludzi w przestrzeń kosmiczną w ramach Projektu Mercury, ale Ike nigdy go nie wygłosił. W tej ostatecznej informacji budżetowej zapisał, że decyzja musi zostać podjęta w celu sprawdzenia czy istnieją sensowne, naukowe powody aby przedłużyć program lotów kosmicznych poza Project Mercury.

Do czasu zakończenia prezydentury Eisenhowera w styczniu 1961 r., Stany Zjednoczone w odpowiedzi na radziecki program rakietowy ustawiły w Europie 160 ICBM typu Atlas uzupełnione przez prawie 100 IRBM-ów. W tym czasie Sowieci posiadali cztery R-7. Tego samego roku po analizie zdjęć z czterech satelit szpiegowskich CIA zmniejszyła podejrzewaną liczbę radzieckich rakiet ze 120 do 50 a następnie do 14. W tym czasie Stany Zjednoczone posiadały już 233 rakiety. ZSRR nie mógł dorownać tej liczbie aż do 1969 r., ale w tym samym czasie Apollo 11 wygral wyścig w kosmosie. Wyścig w rakietach balistycznych osiągnął remis.

Alternatywna historia

Czas zapowiedzieć następną “Paralaksę”… Zapewne domyślacie się czego będzie dotyczyć. Zbliża się kolejna rocznica ataku na nowojorski World Trade Center z 11 wrzesnia, 2001 r. a ja od lat próbuję po raz kolejny zrozumieć to, co tam się stało. Jest to temat niebezpieczny z wielu względów. Każdy, kto go w jakiś sposób dotyka, porusza niewidzialne, magiczne struny ludzkich emocji, momentalnie tworząc sobie zastępy zaciekłych krytyków a nawet wrogów. Niemalże każdy ma też jakąś wlasną teorię na temat: kto tego dokonał i dlaczego. Ściera się ze sobą wiele opinii w jaki sposób zwalono do fundamentów dwa najpotężniejsze drapacze chmur Nowego Jorku a dyskusje na ten temat przesączone są często jadowitą trucizną. W jednym zgadzają się niemalże wszyscy: oficjalny powód, że budynki zawaliły się, bo ich konstrukcję nadwyrężyła płonąca benzyna z rozbitych o ich fasady samolotów jest nonsensem, który nie wytrzymuje żadnej krytyki.

Pamiętam dokładnie dzień, w którym nie tylko Ameryka, ale cały świat złapał głęboki oddech, tracąc poczucie pewności tego, co przyniesie przyszłość. Mieszkam 60 km od miejsca, w którym kiedyś stały wieże. Uderzenie w pierwszą wieżę było wystarczającym powodem aby przerwać pracę i stać nerwowo przed telewizorem, obserwując tą niecodzienną sytuację. Niemalże wszyscy podejrzewali, że musi to być jakiś tragiczny, nieszczęśliwy wypadek. Być może piloci airlinera zatruli się czymś, zasłabli, zapili a nawet się pobili i samolot przyrżnął w monumentalną konstrukcję jednej z wież Twin Towers. Byłem kiedyś na wieżach. Widok z ich szczytu zapierał dech w piersiach. Można było z nich zobaczyć moje małe New Jersey na wskroś – aż po granicę z Pennsylwanią. One same też były widoczne z daleka. Ich znajomy widok zwiastował rychły koniec podróży, gdy wychylały się zza horyzontu, jakieś 150 km od Nowego Jorku. Za każdym razem widok ten budził miłe emocje i zdumienie nad tym cudem ludzkiej architektury. Mimo, że wydawały się być solidnie niewzruszone, to na ich dachu miało się wrażenie kołysania – jakby siedziało się na szczycie wysokiego źdźbła zboża. Niektórzy dostawali zawrotów głowy i szybko zjeżdżali windą na dół.

Tymczasem nad Manhattanem pojawił się kolejny, nisko lecący pasażerski liniowiec. Przeraźliwie czerwony wykwit eksplozji na chwilę pokrył cały ekran, gdy samolot uderzył w drugą wieżę…. Zapadła cisza. Każdy z nas już wiedział, że nie jest to wypadek. Był początek wojny! Z kim? Kto zaplanował taki okrutny i zuchwały atak? Jaki jest jego cel? Wówczas wydawało się, że odpowiedź na te pytania nadejdzie szybko… Tymczasem po szesnastu latach nadal nie wiadomo kto za tym stoi. Nadal też nie wiadomo co chciał przez to osiągnąć. Tysiące teorii konspiracji szczelnie jak dym z płonących wież pokrywa medialny horyzont. Dym jest tak gęsty, że nawet nabystrzejsze oko nie jest w stanie się przez niego przebić by dojrzeć sprawcę i oprawcę w jednej osobie.

Na temat 9/11 wypowiadałem sie już wiele razy. Kilka razy w dawnych “Paralaksach” a także w Nowej Atlantydzie. Nigdy nie udało mi się zbliżyć do prawdy na ten temat i dziś również nie mam takich ambicji. Powolne i mozolne układanie puzzli ma jednak szansę przynieść długo oczekiwany efekt, dlatego nie rezygnuję. Mam sporą kolekcję książek poświęconą wydarzeniom sprzed 16 lat. Jedne kiepskie inne wręcz doskonałe. Każda wnosi coś nowego do tej historii, pokazuje ją w innym świetle. Kiedy natrafiłem na “Najbardziej niebezpieczną książkę na świecie” S K Baina – zdumiała mnie, ustawiając okoliczności tragedii 9/11 w scenografii potężnego, globalnego i krwawego rytuału. Rytuał jest czymś tak starym jak człowiek i tak jak on przyszedł z nim ramię w ramię z prehistorii do czasów nam współczesnych. Pozornie wygląda jak zabobon wystraszonego, prymitywnego człowieka, który nie potrafił sobie wytłumaczyć otaczającego go swiata. Tyle, że ten zabobonny człowiek dla tych rytuałów wybudował Gobekli Tepe, Stonehenge i Piramidy. Takich rzeczy nie robi się ze strachu. O ile dziś wśród akademików nadal panuje przekonanie, że budowle te były stricte religijne, to coraz bardziej widać, że miały zupełnie inny cel. To maszyny, które napędza nadal nam nieznana kosmiczna energia, silniejsza od wszystkiego co znamy – nawet od rozszczepionego atomu. Przez tysiące lat tajemnicze i mroczne grupy przechowują wiedzę, do której broni się dostępu profanom. Tylko coś, co ma niezwykłą wartość i siłę może być tak pieczołowice przechowywane i pilnowane jak ta wiedza. Co jakiś czas ludzie ci wynurzają się na chwilę na powierzchnię historii. W tym co wowczas robią wprawne oko szybko odkryje tajny rytuał, który później jak sie okazuje, po raz kolejny wykoleił naszą cywilizację posuwającą się w konwulsjach przed siebie. Templariusze, Masoneria, Illuminaci, naziści spod znaku czarnego slońca – wszyscy oni mieli dojmujący wpływ na to kim jesteśmy dzisiaj.

Czy atak na WTC był takim krwawym rytuałem?? Dwie wieże Nowego Jorku są jak święte, masońskie słupy: Jachim i Boaz, jak dwie kolumny w których egipski bóg Tahuta, znany z Hermetyki jako Hermes ukrył całą swoją wiedzę. Czyż nie jest to symbol? Zwłaszcza gdy stoi na przeciwko olbrzymiego posągu boginii Izydy…., którą dla wygody nazywa się dziś Statuą Wolności… Atak 9/11 jest też alchemicznym misterium, w którym świat dokonał trasmutacji, zmieniając się kompletnie i raz na zawsze…

I na ten temat bedzie niedzielna audycja: 10.09.17, godz. 18:00 w Radio Paranormalium! Serdecznie zapraszam!

Alternatywna historia

Trwają badania nad trójpalczastymi mumiami z Peru, które nieco ponad miesiąc temu narobiły tyle szumu w internecie. Od czasu odkrycia mumii i rozpoczęcia pierwszych badań informacje na temat postępów były podawane na bieżące. Strumień tych informacji nieoczekiwanie zamarł kilka tygodni temu, co każe się zastanawiać co się stało w Peru i na jakim etapie znajdują się badania genetyczne i cała sytuacja związana z kontrowersyjnymi mumiami.

Jay Weidner, ktory w zeszlą sobotę wystąpił w programie radiowym “Coast to Coast” uspokaja, że prace trwają a badania genetyczne są dopiero na samym swoim początku. Zapewne minie wiele czasu zanim zostaną ostatecznie ukończone. O ile łatwo jest zbadać DNA człowieka, który stracił życie kilka lat wcześniej to im starszy jest obiekt badań tym trudniejsze staje się wyselekcjonowanie takiego DNA zniszczonego już przez czas. Badacze mają ogromną ilość puzzli, które cierpliwie muszą złożyć w jedną całość. Nieoficjalnie wiadomo, że pierwsza mumia zwana Marią nie jest w 100% człowiekiem, ale nie jest także istotą pozaziemską. W jej ciele znaleziono duże ilości strontu, co jest bardzo interesujące, bo nie wiadomo skąd pochodzi ten pierwiastek. Nie podano też w jakiej formie chemicznej jest ten stront. Badania DNA prowadzone są obecnie w kilku krajach i zajmą jeszcze conajmniej dwa miesiące.

Tymczasem w Peru ujawniono trzy kolejne trójpalczaste mumie tyle, że amerykańscy badacze obawiają się obecnie przyjechać do tego kraju. W sprawę badania mumii włączyło się nieoczekiwanie peruwiańskie Ministerstwo Kultury. Weidner podejrzewa, że to nagłe zainteresowanie peruwiańskich władz jest pułapką (czy wspominałem o tym że Weidner to stary lis? 🙂 ) i odradził innym badaczom wyjazd do Peru. Władze peruwiańskie prawdopodobnie chcą znaleźć miejsce, gdzie znaleziono mumie na pustyni w Nazca, a każdy kto narusza prekolumbijskie obiekty na terenie tego kraju – łamie prawo i idzie do więzienia. Więzienia w Peru z pewnością nie są miejscem, w którym ktoś z kultury zachodniej chciałby spędzić nawet jeden dzień. Amerykanie, których zamknięto w peruwiańskim wiezieniu opowiadają horrory na temat tego co się w takich miejscach dzieje. Dlatego trzeba być w tej sprawie niezwykle ostrożnym. Jednocześnie te same władze utrzymują, że nie są zainteresowane mumiami a jedynie sugerują, że chętnie poznałyby miejsce, gdzie je znaleziono, co samo w sobie wzbudza podejrzenia. Nad sytuacją pracują teraz peruwiańscy prawnicy sprawdzając wszelkie opcje. Nieoficjalnie wiadomo, że w Peru wszczęto śledztwo w sprawie kradzieży i bezczeszczenia prekolumbijskich, ludzkich szczątków. Bardzo szybko ostrze tego śledztwa może zostać skierowane przeciwko międzynarodowej grupie badającej trójpalczaste mumie. W lipcu tego roku w Limie odbył się naukowy kongres poświęcony mumiom, na którym nie tylko nie uznano znaleziska z pustyni Nazca za prawdziwe, ale zwrócono się do władz, by podjęły kroki aby powstrzymać badania kontrowersyjnych mumii a najlepiej od razu całą sprawę skierować do prokuratora.

Do tej pory pokazano już siedem mumii. Trzy ostatnie również mają trzy palce. Dwie z siedmiu mumii mają dziwaczną klatkę piersiową sięgającą od brody aż do pasa sugerując stworzenie, które z braku lepszego słowa nazwano reptyliańskim. Mumie te są niewielkich rozmiarów, a bliższa obserwacja skóry wykazała obecność niewielkich łusek (!) – przypominających skórę węża.

Wielu ludzi obserwujących całą tą sytuację związaną z mumiami, podchodzi do znaleziska sceptycznie, uznając, że mumie zostały spreparowane w taki sposób, że z dłoni odcięto im kciuk i mały palec zostawiając trzy, które następnie sztucznie wydłużono wstawiając dodatkowe paliczki. Nie ma jednak żadnych śladów blizn, które musiałyby być doskonale widoczne niezależnie od tego czy osobie tej odcięto by palce jeszcze za życia czy też po śmierci. Takiego zabiegu nie udałoby się po prostu ukryć. Jest to opinia chirurgów. Mimo to Roberto Salas-Gismondi, antropolog z uniwersytetu z San Marcos w Limie uważa, że palce zostały usunięte a ubytek sprytnie zamaskowany. Salas-Gismondi jest strażnikiem Akademii i wspólpracownikiem Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku. Pierwsze testy DNA potwierdziły że do mumii nie dodano niczego, co pochodziłoby z jakiegoś innego organizmu. Mumie i wszystkie artefakty jakie wraz z nimi znaleziono nadal są w Peru. Wywiezienie ich z Peru oznaczałoby złamanie prawa i byłoby ścigane przez peruwiańską policję. Pobieranie próbek do badan DNA obserwował peruwiański policjant, który pilnował aby wszystko odbywało się zgodnie z prawem. Jeśli badania wykażą, że badacze padli ofiarą oszustwa, zostanie to natychmiast ogłoszone. Tak zapewnia Weidner.

Tymczasem grupa badawcza, która uczestniczyła w początkowej fazie odkrywania mumii zmniejszyła się ostatnio. Weidner poinformował, że najbardziej zależy mu na tym aby wszelkie badania dokonane były zgodnie z naukową procedurą. Nie chce na siłę podkręcać atmosfery sensacji, na której wywróciło się w przeszłości wiele innych badań trudnych do wytłumaczenia artefaktów czy zjawisk. Tymczasem Elsa Tomasto-Cagigao – najsłynniejszy obecnie peruwiański antropolog ( z Papieskiego Uniwersytetu Katolickiego w Limie), wezwała do telewizyjnej debaty w tej sprawie Jaime Maussana. Maussan zgodził się i miał mu towarzyszyć chirurg meksykańskiej marynarki wojennej. Program był emitowany na żywo, ale pojawił się w nim tylko Maussan. Wojskowy chirurg uznał, że ma zbyt wiele do stracenia i nie pojawił się w studiu a nastepnie opuścił grupę badawczą. Pani Tomasto-Cagigao, zarzuciła Maussanowi manipulowanie faktami i przedstawienie fałszywych zdjęć rentgenowskich. Powiedziała, że nikt ze świata naukowego nie miał ich w ręku aby ocenić ich prawdziwość. Maussan zapewnił panią profesor, że jest w stanie dostarczyć jej te zdjęcia na drugi dzień, na co pani Elsa odpowiedziała, że jeśli tak sie stanie zje w studio telewizyjnym karalucha w majonezie. Wciąż nie wiadomo czy Maussan dostarczył zdjęcia, karalucha i majonez. Zwłaszcza, ze sprawa wcale nie jest zabawna. Na Maussana posypały się groźby, że jest złodziejem grobowców a za to siedzi się w peruwiańskim więzieniu przez długie lata. Powiedziano wprost i dobitnie, że cala ta historia to kryminał.

Dziwaczne mumie z Peru mimo, że póki co, są ciekawostką sezonu ogórkowego mają potencjał wywrócić naszą wiedzę o zamierzchłej przeszłości Ziemi i ludzkości do góry nogami. Pod warunkiem oczywiście, że okażą się być prawdziwe i nie są efektem sprytnego zabiegu. Jest to powód wystarczający aby bacznie obserwować rozwój wypadków wokół trójpalczastych mumii z pustyni Nazca – o czym w następnych doniesieniach.

Alternatywna historiaNauka i technologie

Ponownie zapraszam na niedzielną “Paralaksę”! To samo miejsce: Radio Paranormalium i ten sam czas: 18:00.

Mam spore obawy jak się uda ta audycja, bo początkowo chciałem zrobić małą przerwę i do „Paralaksy wrócić tydzień później. Lato się powoli kończy i wypada jeszcze pożeglować, oderwać się od ziemi i jej problemów choćby na weekend. Dlatego będę wracał z wybrzeża przed południem starając się być na czas. To akurat da sie zrobić, ale wypada jeszcze opowiedzieć Wam jakąś interesującą historię.

Pewnie by tej audycji nie było, gdyby nie wypadek niszczyciela “McCain”, którego pod Singapurem rozjechał liberyjski tankowiec. To kolejny taki przypadek w tym roku i wyraźnie widac, że słowo “przypadek” nie jest tu najwłaściwszym. Zdecydowanie jest coś na rzeczy i ktoś rozgrywa niewidoczną, globalną partię szachów, stosując taktykę od której skóra cierpnie…

Z góry uprzedzam, że nie wskażę konkretnie kto za tym stoi i co chce osiągnąć, ale spróbuję ustawić całą tą sytuację we własciwej perspektywie. Mam przynajmniej taką nadzieję. W ostatnim stuleciu nauka wyraźnie podzieliła się na dwie części. Pierwsza utrzymuje nas w starym, omszałym “ptolemejskim” wręcz porządku rzeczy, dotkliwie karząc za wszelkie odstepstwa od naukowego dogmatu, ale druga idzie zupełnie inną drogą, dokonując odkryć na miarę kosmiczną i znajdując dla nich praktyczne zastosowanie. W wielu przypadkach okazuje się, że o tym wszystkim ktoś wiedział już dużo wcześniej – być może w naszej prehistorii – i być może sam sobie zafundował zagładę, nie zachowując wystarczającej ostrożności. Być może jednak tym razem człowiek poszedł po rozum do głowy i uczy się na własnych błędach. Rozwój wypadków póki co sugeruje, że zapędy do rozpętania kolejnej wojny kosmicznej mogą być skutecznie powstrzymane. Przytomnie zauważyła to Magdalena w komentarzu pod “McCainem”, która już nie pierwszy raz imponuje swoją błyskotliwą przenikliwością. Oczywiśce – jak będzie – jak zawsze pokaże przyszłość.

Początek audycji poświęcony będzie sprostowaniom (taka nowa, świecka tradycja w “Paralaksie”) i może dodam jeszcze pare słów na temat Grahama Hancocka i najnowszych wieści na temat jego zdrowia. Rok Wielkiego Amerykańskiego Zaćmienia już przyniósł poważne straty w środowisku alternatywnym. Przynajmniej w USA. Zmarł John Major Jenkins, wybitny znawca kalendarza i ezoteryki Majów. Zmarł Jim Marrs, o którym wspominałem w pierwszej, wznowionej po długim czasie Paralaksie. Hancock kręci sie wokół wrót śmierci i nie lepiej jest z Johnem Anthony Westem, który nie może dojść do siebie po terapii antynowotworowej… Trzeba być jednak dobrej myśli. Pozdrawiam wszystkich, którzy przychodzą posłuchać “Paralaksy” i jeszcze raz zapraszam w niedzielę!

Audycja do odsłuchania i pobrania na stronie Radia Paranormalium:

https://www.paranormalium.pl/2059,sluchaj

i na YT:

Alternatywna historia

Spędzając większość zeszłego tygodnia przed bramą śmierci pomyślałem, że skorzystam z okazji i poinformuję przyjaciół, czytelników, zwolenników i krytyków o tym co mi sie przytrafiło.

W maju, podczas mojej podróży badawczej po Stanach Zjednoczonych (nowa książka nad którą pracuję, dotyczy starożytnej Północnej Ameryki), doznałem poważnego ataku epilepsji wraz z utratą przytomności.

Udzielono mi pomocy w pogotowiu ratunkowym szpitala w Farmington w Nowym Meksyku. Uznano, że jest to migotanie przedsionków w moim sercu i zwolniono ze szpitala na drugi dzień zapisując leki przeciwzakrzepowe, zabezpieczające przed nawrotem choroby którą zdiagnozowano jako przemijający atak niedokrwienny – innymi słowy mini wylew. Cierpiałem na niewielką utratę pamięci zwłaszcza tego, co sie wydarzyło tydzień przed atakiem, ale ogólnie, łaskawie dla mnie, nie zauważono na zdjęciach z prześwietlena większego neurologicznego uszczerbku. Zespół medyczny w Farmington był absolutnie doskonały. Nie mam watpliwości, że ich pomoc uratowała mi życie.

Mimo, że rzeczywiście miałem migotanie przedsionków, które mogło wywołać wylew (zakrzepy w sercu), okazało sieę, że ta diagnoza była kompletnie nietrafna. Odkryto to wczesnym rankiem, w poniedziałek 14 sierpnia, kiedy w moim domu w Bath, w Anglii miałem kolejny, o wiele poważniejszy napad epilepsji grand mal. I znów zawieziono mnie na pogotowie i potem na oddział intensywnej terapii. Znów zespół medyczny – tym razem z Royal United Hospital (RUH) w Bath był absolutnie doskonały, pomagając mi ponad granice swoich możliwości. I znów ta interwencja uratowała mi życie. Tym razem napadów padaczkowych było więcej i częściej się powtarzały a moja kochana żona Santha została poproszona przez neurologa na stronę, który poradził jej aby była gotowa na najgorsze: moją śmierć lub jeśli przetrwam na poważne uszkodzenia mózgu, które zamienią mnie w “warzywo”. Było późne popołudnie w środę 16 sierpnia, kiedy zacząłem powracać do jakichś form świadomości, zaskoczony że widzę Seana i Shanti, dwójkę moich dorosłych dzieci, które przyleciały z Los Angeles i Nowego Jorku aby razem z Santhą a także Leilą i Gabrielle – moimi dwiema córkami z Londynu być przy moim boku. Przez dłuższą chwilę nie mogłem zrozumieć co się stało, dlaczego mam cewnik w moim pęcherzu i dlaczego mój mózg działa jak przez mgłę.

Przytomność powoli wracała. Zostałem przeniesiony na oddział neurologiczny w czwartek, 17 sierpnia i ku mojej wielkiej uldze odłączono mi cewnik. Cały piątek 18 sierpnia pozostałem na oddziale neurologicznym. Byłem bardzo słaby, ale chwiejnym krokiem i o lasce zdołałem sam pójść do toalety. W piątek w nocy poczułem się znacznie lepiej. Wreszcie w sobotę wypuszczono mnie do domu.

Przeprowadzone testy w sposób jasny wykazały (mimo to wciąż pozostaje tajemnicą o co w tym wszystkim chodzi), że napady epilepsji nie były wywołane zakrzepami krwi pochodzącymi z migotania przedsionków, ale raczej z długotrwałego używania leków na migrenę zwanych sumatriptan, podawanych zastrzykiem. Brałem około 12 takich zastrzyków miesięcznie i robiłem to przez ponad 20 lat. Okazało się, że migrena sama w sobie może być przyczyną epilepsji i badacze ustalili połączenie pomiędzy tryptanami (zwłaszcza kiedy są nadużywane) i napadami epilepsji. Nie ma właściwie wątpliwosci, że to sumatriptan zawiódł mnie na próg śmierci i jest teraz oczywiste, że muszę cierpieć nieznośny i zniewalający ból moich migren albo umrzeć lub stać się “warzywem”. W międzyczasie przepisano mi potężną dawkę lekastw przeciw epilepsyjnych Keppra (Levetiracetam Milpharm) i powiedziano, że muszę je brać przynajmniej przez rok. Zabroniono mi prowadzić auto, ale oprócz tego jestem w stanie funkcjonować.

48-godzinna, sztucznie wywołana koma, aczkolwiek przerażająca dla Santhy i naszych dzieci a nawet mnie samego – była conajmniej interesująca. Powstało wiele pytań. Gdzie byłem w czasie tych 48 godzin? Pamiętam tubę oddechową wepchniętą w moje gardło i potężne uczucie czyjejś inwazji i duszenia. Czy inne pogmatwane, prześladujące wspomnienia, które przychodzą do mnie od czasu do czasu są wspomnieniami doświadczenia śmierci? Tego, że byłem martwy? Tak jak podałem w kilku prezentacjach do wiadomości publicznej, miałem kiedyś doświadczenie śmierci 60 lat temu w wieku 17 lat, wywołane potężnym porażeniem elektrycznym. Pamiętam jak patrzyłem w dół na samego siebie spod sufitu by nagle powrócić do swojego ciała. Moje migreny zaczęły się miesiąc po tym porażeniu i trwają do dziś. Jedną rzecz wiem na pewno. Jeśli nie rozumiałem tego wcześniej to teraz wiem, że granica pomiędzy życiem a śmiercią jest niezwykle cienka, krucha i przenikalna. Czujemy się mocno zakorzenieni w naszym życiu, ale każdy z nas może przekroczyć tą linię w dowolnym momencie. Czasemi wracamy. Czasami zostajemy.

Chciałbym złożyć wyrazy wdzięczności sanitariuszom ambulansu a także lekarzom i pielęgniarkom z pogotowia ratunkowego, intensywnej terapii i neurologii w RUH, w Bath za niezwykły poziom opieki którą mnie otoczono i determinacji aby mi pomóc nawet wtedy, kiedy rzeczy nie miały się zbyt dobrze i mimo to zrobiono wszystko, aby utrzymać mnie przy życiu. Chciałbym jeszcze powtórzyć moje podziękowania dla ich medycznych kolegów z Farmington w Nowym Meksyku, którzy pomagali mi w maju także na absolutnie najwyższym poziomie.

I oto jestem! Z pewnością trochę rozchwiany, ale z pewnością w świecie żywych, wypełniony nową kreatywną energią i pomysłami, które mam nadzieję wszechświat pozwoli mi zrealizować w mojej nadchodzącej książce o Ameryce.

Co jest dziwne, czuję się jakby ktoś zdjął ciężar z moich ramion. Ciemność jaka wisiała nade mną przez większą część tego roku osiągnęła swój najwyższy punkt w maju, podczas gorącej debaty, w której Randall Carlson razem ze mną starł się ze sceptykami Michaelem Shermerem i prominentnym geologiem Marciem Defantem w programie “Joe Rogan Experience”. Skoncentrowana na mnie nienawiść zawarta w komentarzach jakie posypały się przez pierwsze trzy tygodnie po debacie ledwie można dziś zobaczyć wśród tych, które dopisano później, ale w tamtym czasie wpłynęły bardzo źle na moją energię i intuicja podpowiada mi, że dołożyło się to do moich problemów zdrowotnych. Później zbadano te wczesne komentarze i ustalono, że ich duża liczba została stworzona przez niewielką grupę używającą różnych pseudonimów i czesto używając tych samych zdań a nawet popełniając te same błędy ortograficzne. Nie wiem czy był to celowy zamiar manipulowania opinią publiczną czy coś innego i kto za tym stał. Z pewnością jednak mocno to we mnie uderzyło. Nienawiść jest podłą i okropną energią nie tylko niszczącą tych w kogo jest wymierzona, ale także uwodząca tych, którzy ją wyrażają.

Moja podróż do wrót śmierci w zeszłym tygodniu oczyściła energetyczny miazmat, który spętał mnie w ostatnim czasie i odnowiła moją siłę by podjąć czekające w przyszłości wyzwania.

Jesteśmy poważnie oszukiwani w temacie naszej przeszłości jako gatunek zanurzony w stan amnezji. Jest niezmiernie istotne, aby się obudzić – jeśli ludzka rodzina ma przetrwać w tym pięknym ogrodzie na naszej planecie i jesli chcemy docenić – tak jak powinniśmy – dar życia, świadomość, radość i możliwość uczenia się a także kochania po to, aby móc rozwijać świat, którym wszechświat nas tak hojnie obdarzył.

Graham Hancock, 22 sierpnia, 2017 r.

Audycja, o której wspominał Graham Hancock w liście.

Alternatywna historia

Najnowsza “Paralaksa” już w najbliższą niedzielę – oczywiście w Radio Paranormalium. Zaczynamy o 18:00 na godzinę przed “Debatą”.

Tematem będzie nadal Antarktyda, bo trudno jest go ogarnąć w godzinkę. Składa się on z tak wielu rozmaitych elementów, że układanka jest naprawdę skomplikowana. Wg mnie ma jednak sens. Punktem wyjścia będzie wojna kosmiczna (ktora mogla sprawić że Antarktyda znajduje się w tym wlaśnie punkcie Ziemi, a następnie Hermetyka, egipskie podejście do mitu Atlantydy, transhumanizm (!) i jeszcze jeden rzut okiem na rolę i cele nazistów w antarktycznej przygodzie. Przy tej okazji znów na chwilę wrócimy do admirała Byrda i jego niepokojących kontaktow z nazistami, którzy w moim pojęciu wcale nie są jakąś brutalną siłą polityczną z mocarstwową ideologią a religijnym, fanatycznym kultem.

W ten weekend nad Ameryką na kilka minut zgasnie Słońce i będzie to niezwykłe wydarzenie astronomiczne, z pewnością godne kilku słow komentarza. Czarne Słońce to także mroczny symbol nazistowskiego SS, forpoczty nowej religii, która wcale nie skończyla się w 1945 r. i trwa nadal w najlepsze.

Ostatni tydzien to niestety długa dawka milczenia na NA. Zbyt wiele obowiązków (głównie towarzyskich) zamieniło mnie w początkowe stadium zombie i marzę o weekendzie, żeby sie wreszcie wyspać. A ciekawych (mam nadzieję) tematów jak zawsze bardzo wiele. Mam ich od Was całą listę i trzeba będzie się za nie zabrać.

Zapraszam więc raz jeszcze w niedzielę a ewentualne pytanie czy inne zagadnienia proszę zostawić pod tym wpisem. Pozdrowienia!

Audycja do odsłuchania:
w Radio Paranormalium:
https://www.paranormalium.pl/2051,sluchaj

i na YT:

Alternatywna historia

13 sierpnia w niedzielę kolejna “Paralaksa”. Słowo “kolejna” brzmi tu conajmniej jakbym miał ich już za sobą ze sto sto albo i więcej – a to dopiero druga audycja w nowej edycji. Słuchaczom wielkie dzięki za ostatnie nasze spotkanie. Nie było okazji pogadać na żywo, ale czasu mało a tematy do rozgryzienia monstrualne. Zapisuję skrzętnie Wasze wszystkie propozycje i pytania i z pewnością je omówię, ale nie chronologicznie jak obiecałem. Redundancja zabija i jeśli będe powtarzał tę samą historię po raz kolejny to pośniemy z nudów. Chciałbym żeby “Paralaksa” tematycznie jeździła po bandzie, ale sama brawura nie wystarczy. Nowe spojrzenie, nowe fakty, dokumenty, informacje z pewnością nadadzą dynamiki i sensu całości i może zainteresują przynajmniej kilka osób. Najbliższa audycja będzie być może tego przykładem a jej głównym tematem są tajemnice Antarktydy.

Czy wiecie że o Antarktydzie tak naprawdę wiemy mniej niż o Marsie? Informacje z tego kontynentu są skąpe, zdjęć jak na lekarstwo ludzie, którzy tam pracują niechętnie opowiadają o tym co tam robią, chyba że badają pingwiny. Wokół Antarktydy narosło kilka silnych legend i może już czas spróbować podejść do tego całościowo i wyostrzyć patrzenie na ten lodowaty kontynent. A ja lubie patrzeć całościowo i kto wie… może w trakcie tej rozmowy pojawią się też Anunnaki 🙂 – będzie więc nawiązanie do poprzedniej audycji.

W komentarzach na NA Arek podrzucił pomysł, który mi się bardzo spodobał. Chce żebym zrobił na stronce wprowadzenie do tematu najnowszej Paralaksy przed audycją i tam, pod wpisem, można zbierać pytania i różne inne zagadnienia. Ta krótka zapowiedź jest więc do tego okazją. W audycji będzie o tym wszystkim, o czym do tej pory pisałem na NA. Będą mroczni naziści, admirał Byrd i ostatnie dziwaczne wizytacje w osobach koronowanych głów, duszpasterzy kościoła i dygnitarzy państwowych. Spróbujemy też znaleźć jakieś odpowiedzi na pytanie o co chodzi z tą Antarktydą i co tam się teraz dzieje. Będzie kilka teorii konspiracji i jak zawsze garść rozmaitych, wysokooktanowych skojarzeń.

Pozdrowienia dla wszystkich Słuchaczy Paralaksy i do usłyszenia w niedzielę! Oczywiście w Radio Paranormalium!

Audycja do odsłuchania:

Radio Paranormalium:
https://www.paranormalium.pl/2046,sluchaj

YT:

Alternatywna historia

Starożytne egipskie monumenty wciąż kryją swoje tajemnice. Wewnątrz budowli co jakiś czas odnajdywane są ukryte labirynty, pasaże i tajne komnaty. Od dawna podejrzewano, że gdzieś w ścianach Wielkiej Piramidy znajduje się ukryta sieć korytarzy, które być może są w stanie uchylić rąbka jej tajemnicy. Eksperci w temacie wierzą, że stoją na progu nowego odkrycia, którym być może jest taka tajna nisza wewnątrz Wielkiej Piramidy w Gizie. Wnioski takie wyciągnięto podczas realizacji projektu zwanego ScanPyramids, gdzie do odkrywania i oznaczania ukrytych w budowlach wnęk, schowków i nisz używa się nowoczesnych urządzeń termograficznych. Pozwalają one także zlokalizować wiele artefaktów. Wielka Piramida w Gizie zwana także często Piramidą Cheopsa ma 146 m wysokości i przez 4 tys. lat była najwyższą budowlą na Ziemi! Oficjalnie ocenia się czas jej budowy na 2550 r.p.n.e. i jest to jedyny z Siedmiu Cudów Świata, który przetrwał do naszych czasów.

Do odkrycia ostatnich tajemnic piramidy stosuje się termografię w promieniowaniu podczerwonym, gdzie rejestruje się energię emitowaną przez obiekty, którą zamienia się na temperaturę przez co na ekranie widać kształt i położenie obiektu. Piramida skanowana jest także trójwymiarowym laserem. Wąska wiązka lasera emitowana wewnątrz budowli tworzy dokładną mapę jej wnętrza, tworząc jego trójwymiarowy model. Badacze wykorzystują także wykrywacz promieniowania kosmicznego. Wykrywa on miony, które powstają kiedy promieniowanie kosmiczne styka się z ziemską atmosferą. Miony bez szwanku przechodzą przez strukturę budowli a także przez ludzi, nie wyrządzając nikomu krzywdy. Kiedy miony przechodzą przez skałę lub inny gęsty materiał – zwalniają by w końcu się zatrzymać Mierzone w piramidzie miony tworzą sieć trajektorii, co pomaga w stworzeniu modelu wnętrza piramidy i wykryciu ukrytych nisz. Prowadzi się także testy chemiczne. Na szczęście pobrane do analizy próbki są na tyle małe, że nie wyrządzają budowli szkody. Urządzenie do mierzenia mionów zostało wykonane przez japoński uniwersytet w Nagoi, sensory przez także japońskie laboratorium badawcze KEK a mionowy teleskop wykonała Francuska Komisja Energii Atomowej.

Pierwsze badania wykryły na razie trzy przylegające do siebie kamienie, które emitują wyższą temperaturę od reszty budowli. Być może kryją one dostęp do ukrytej komnaty o której istnieniu nikt do tej pory nie wiedział. Niektórzy archeolodzy mają nadzieję odkryć w ten sposób miejsce ostatniego spoczynku królowej Nefretete. Była ona żoną faraona Echnatona, który doprowadził do potężnej rewolucji w starożytnym Egipcie, kiedy zlikwidował wyznawany tam politeizm i wprowadził religię monoteistyczną. Twarz królowej Nefretete jest jedną z ikon światowej kultury. Znana jest ze słynnej rzeźby przechowywanej w berlińskim Neues Museum. Mimo to Zahi Hawass jest nastawiony sceptycznie do przedsięwzięcia i nie podobają mu się obecne badania. W ostatnim czasie głośna wymiana zdań na ten temat pomiędzy byłym egipskim Ministrem Starożytności a egiptologami stała się zarzewiem konfliktu i może doprowadzić do przedwczesnego zakończenia prac. Hawass uważa, że nikt z rodziny Echnatona nie miałby prawa być pochowanym ani w piramidzie ani w Dolinie Królów.

Badania za pomocą nowoczesnych skanerów robiono już wcześniej, ale nie przyniosły one konkretnych rezultatów. Obecne prowadzi je politechnika z Turynu, która stosuje najnowsze i najnowocześniejsze skanery. Badania te pozwolą być może na ostateczne ustalenie chronologii w czasach starożytnego Egiptu, która dziś jest w większości umowna. Ustawia się ją wg czasów panowania konkretnych dynastii, co nie daje możliwości precyzyjnego ustalenia daty. Ewentualne odkrycia naukowców są zazdrośnie obserwowane przez archeologów, którzy obawiają się, że zastosowanie nowoczesnego sprzętu odbierze im palmę pierwszeństwa w odkrywaniu tajemnic starożytności. Zahi Hawass jest reprezentantem tej drugiej grupy.

Największy problem jest jednak w tym, że nawet wstępne badania wielu wspaniałych egipskich monumentów sugerują, że nie zostały one stworzone przez starożytnych Egipcjan! Do VII w.p.n.e. użycie żelaza na terenie Egiptu było minimalne. Dopiero najazdy Asyryjczyków wprowadziły żelazo do powszechnego użytku. Egipcjanie pogardzali żelazem uważając je za lichy metal o niewielkiej wartości. Wierzyli, że żelazo kryje w sobie ducha zła. Wśród wielu starożytnych egipskich artefaktów znaleziono zaledwie kilka egzemplarzy żelaza, który pozyskano z meteorytów i zastosowano w tworzeniu biżuterii.

Problem jednak leży w tym, że mimo tej pogardy dla żelaza do dziś można w Egipcie oglądać budowle i posągi wykonane z tak twardego materiału jak bazalt, dioryt czy granit, których nie da się obrobić za pomocą narzędzia z brązu, metalu znacznie delikatniejszego niż żelazo. Akademicka chronologia ustawia powstanie starożytnego Egiptu na trzecie milenium przed naszą erą i nawet jeśli jest to prawda, niektóre z artefaktów, zazwyczaj te o olbrzymich rozmiarach musiały być stworzone przez kogoś innego niż Egipcjanie.

Przykładem może być niedokończony Obelisk w Asuanie niedaleko granicy z Sudanem. Został on wycięty z twardego granitu. Miała go zamówić królowa Hatszepsut w 1478 r.p.n.e i gdyby udało się go podnieść, byłby największym obeliskiem w całej historii Egiptu. Ma 42 m wysokości i waży prawie 1200 ton. Pytanie jednak brzmi: jakich narzędzi użyto do jego wykucia a także jaką technologię zamierzano zastosować aby ustawić go w pozycji pionowej? Historycy wskazują na diorytowe tłuczki jako główne narzędzie ludzi pracujących przy tym obelisku co nie jest zbyt przekonywujące. Różowy granit jest tak samo twardy a nawet twardszy od tych prymitywnych narzędzi. O zastosowaniu narzędzi z brązu nie mogło być w tym przypadku mowy. Nawet gdyby pracujący przy tym obelisku ludzie wykazali się anielską cierpliwością i mrówczą pracowitością wciąż nie da się wytłumaczyć w jaki sposób stosowali kamienne tłuczki do wyłupywania granitu z głębokiego i bardzo wąskiego wykopu dookoła obelisku. Dla inżyniera Chris Dunna niedokończony obelisk w Asuanie jest przykładem na zastosowanie o wiele bardziej zaawansowanej technologii niż proponuje to oficjalna, akademicka wersja. Tezę tę potwierdzają fizyczne ślady jakie do dziś widać na ścianach obelisku. Nie ma wątpliwości, że do jego wycięcia zastosowano maszynę a nie tępe uderzenia kamiennych tłuczków. Tymczasem nie ma śladów takiej technologii w całej historii dynastycznego Egiptu. Każe to postawić następne pytanie: kto odpowiada za tego typu monumentalne projekty, skoro nie wykonali ich Egipcjanie? Jest to pośredni dowód na istnienie jakiejś wcześniejsze, zaawansowanej cywilizacji, która wymyka się póki co naszej wiedzy, a które istniała conajmniej przed 3000 r.p.n.e. Na przełomie XIX i XX w znakomity archeolog Flinder Petrie opisał szereg nawierconych w twardym kamieniu otworów, które nosiły na sobie ślady drążenia a także wydobyte z takich otworów granitowe rdzenie (podobne w wyglądzie do tych, jakie dziś pobiera się z lodowców). Nawet dziś można je zobaczyć w londyńskim muzeum przy University College of London. Znajdują się tam rdzenie wapienne, alabastrowe, granitowe a także wydrążone z innych rodzajów skały. Chris Dunn mial okazję dokładnie przyjrzeć się tym rdzeniom i jako specjalista w budowie maszyn ocenił, że urządzenie które tego dokonało musiało wchodzić w kamień z prędkością 500 razy większą od współczesnych wierteł diamentowych przy zaledwie 900 obrotach na minutę. Oficjalna akademicka wersja mówi, że wykonano ją za pomocą miedzianej rury i piasku, co wydaje się być kompletnym nieporozumieniem.

Czy w odległej przeszłości na terenie Egiptu mogła się rozwijać jakaś inna cywilizacja? W 1901 r. w grobowcu niedaleko egipskiej wioski Beit Khallaf odnaleziono szkielet faraona Sa-Nakhta. Oceniono, że należał on do Trzeciej Dynastii a czas jego życia przypadał na 2700 r.p.n.e. Był on niezwykle wysokim mężczyzną – prawdziwym gigantem wśród swoich poddanych i liczył sobie 199 cm wzrostu. Wg egiptologa Michaela Habichta z zurychskiego Instytutu Medycyny Ewolucyjnej, średni wzrost mieszkańca starożytnego Egiptu z tamtych lat wynosił 170 cm, co i tak wydaje się być liczbą nieco naciąganą. Najwyższym wzrostem po Sa-Nakhtcie faraonem był Ramzes II, który żył całe tysiąc lat później i mierzył sobie 175 cm. Widząc takie dysproporcje, szwajcarscy egiptolodzy natychmiast uznali, że Sa-Nakht musiał cierpieć na gigantyzm bo inaczej trudno jest wytłumaczyć jego wzrost – zwłaszcza, że wg tych samych egiptologów w kraju faraonów preferowano znacznie mniejsze rozmiary…. Sa-Nakht był pochowany w elitarnym grobowcu, co świadczy o jego wysokiej (nomen omen) pozycji w krainie piramid. Można jedynie spekulować czy być może reprezentował on być może jakąś inną grupę ludzi , która zniknęła z historii zostawiając po sobie monumentalne zabytki przypisywane dziś poczciwym Egipcjanom… Tajemnica starożytnego Egiptu nadal tonie w egipskich ciemnościach.

Alternatywna historiaOcean

W dzisiejszych czasach można odnieść wrażenie, że nasza planeta ma już przed nami niewiele do odkrycia. Od dawna nie ma już geograficznych białych plam a jej najdalszy nawet zakątek można sobie obejrzeć przez Google Earth, popijając kawkę w wygodnym, ergonomicznym fotelu. Od czasu do czasu elektryzuje jeszcze widomość o jakichś nieznanych starożytnych ruinach ukrytych w resztkach dżungli czy mumii rozmrożonej w syberyjskiej tundrze. Trudno spodziewać się czegoś większego a już z pewnością nie zaginionego kontynentu. Masy lądów i ich geologia są tak dobrze znane, że ledwie starcza w nich miejsca na Atlantydę. Tymczasem zupełnie nieoczekiwanie, z oparów geologicznej historii wynurzył się zupełnie nowy i nieznany kontynent i nosi on nazwę Zelandia.

Zelandia nadal w wiekszości przykryta jest wodami Pacyfiku, ale nie ma wątpliwości, że w przeszłości był to sporych rozmiarów kontynent, którego pozostałością jest wyspiarski kraj o nazwie Nowa Zelandia. Nowa Zelandia jest pozostalością tego, co zostało po starej czyli jej najwyższe szczyty, obejmujące dodatkowo Nową Kaledonię. Ten zatopiony ląd byl kontynentem bo ma swoją odrębną geologię, która klasyfikuje go do takiej grupy. Dziś 94% jego powierzchni znajduje się pod wodą. Budowa geologiczna tego zatopionego lądu kompletnie odróżnia go od Australii wskazując na jego indywidualny charakter

Odkrycie to okazuje sie być niezwykle ważne, bo kryje w sobie zapewne odpowiedź na wiele trudnych pytań dotyczących historii naszej planety. Zelandia jako lądowa masa istniała jeszcze nad powierzchnią oceanu 53 miliony lat temu. Była ona częścią superkontynentu Gondwana. Gerald Dickens – geolog z Rice University prowadzi pierwsze badania zaginionego lądu i wstępne wyniki są zaskakujące. Okazało sie, że temperatura jaka wówczas panowała na Ziemi w tej części świata była 10-12 stopni Celsiusza wyższa niż dziś. Nie pasuje to żadnego modelu klimatycznego jaki funkcjonuje we współczesnej nauce.

Powierzchnię Zelandii oszacowano na ok. 5 milionów kilometrów kwadratowych i trwa obecnie dyskusja, czy należy do podręczników geograficznych wprowadzić termin: Ósmy Kontynent. Badania trwają i w chwili obecnej naukowcy ze statku badawczego “Joides” pobierają próbki osadów pochodzących z eocenu, próbując zrozumieć ewolucję ziemskiego klimatu. Wstępne wyniki opublikowano na stronie “Geological Society of America”.

Interesujące jest to, że Zelandia jako duży stały ląd jest często wymieniana przy okazji opisywania tzw. Efektu Mandeli. W ostatnich latach spora grupa ludzi widziała kiedyś to miejsce na mapach świata. Podejrzenia na temat istnienia ósmego kontynentu mają swoją dość krótką historię, bo zaczęto taką możliwość brać pod uwagę dopiero w 2014 r. Mimo to w opinii wielu ludzi wiedza na jego temat istniała już wcześniej.

Alternatywna historia

Trójpalczaste peruwiańskie mumie z oporami przedzierają się przez lawinę światowych newsów (pokazują je czasem w brukowcach). W sumie trudno się dziwić. Chyba każdy z nas był świadkiem wielu internetowych fałszerstw, oszustw i żartów. A peruwiańskie mumie rzeczywiście wyglądają jak fałszerstwo. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że są prawdziwe w obawie że się ośmieszy. I ja też tego nie powiem :). Temat tych mumii zaintrygował mnie jednak na tyle, że doszedłem do wniosku iż warto go kontynuować. Do samego końca. Cokolwiek on w tym przypadku znaczy. Wychodzę z założenia, że gdyby fenomen trójpalczastych mumii był zwykłym oszustwem zostałby szybko wykryty. Tymczasem jak sie okazuje, cała historia trwa już półtora roku i dotyczy znacznie większej ilości mumii… Jest jeszcze trójpalczasta dłoń od której wszystko sie zaczęło i jest to dłoń monstrualnych rozmiarów.

Brien Foerster, który na codzień mieszka w Peru i z mumiami jest za pan brat jest także ostrożny w opiniach. Ma dość swoich własnych kłopotow, prowadząc batalię z peruwiańskimi urzędami aby przeprowadzić badania genetyczne wydłużonych czaszek. Trójpalczaste mumie swoimi giętkimi paluszkami wbiłyby mu ostatni gwóźdź do trumny gdyby się w tą sprawe zaangażował. Mimo to Brien (którego zdanie sobie bardzo cenię) uznał, że mumie sprawiają wrażenie prawdziwych… Nawet jesli cała logika i rozsądek odrzuca takie podejście. Potwierdził to lekarz ze szpitala z Cusco, ktory przeprowadził wstępne badania i prześwietlenia nie dopatrując się niczego podejrzanego. No może oprocz tego, że być może nie mamy do czynienia z istotą ludzką….

Poniżej tłumaczenie filmiku zamieszczonego w grudniu 2016 r. przez jednego z odkrywców trójpalczastych, peruwiańskich mumii. Może warto posłuchać od czego wszystko się zaczęło i z czym tak naprawdę mamy do czynienia…

Dzień dobry, mój nick to krawix. Zdecydowałem, że powoli przestanę być anonimowy aby pokazać te znaleziska.

Zanim to zrobię chcę wyjasnić, że te istoty zostały znalezione przez dwóch moich przyjaciół w południowej części peruwiańskiej pustyni. Miejsce to nie jest jaskinią. Znaleźli niewielkie kamienne drzwi na pustyni. Bardzo dziwne…. Kiedy usunęli drzwi i weszli do środka znaleźli sarkofag a po chwili drugi sarkofag.

Miało to miejsce w styczniu 2016 r. Wszystkie istoty w sarkofagu były pokryte bardzo drobnym glinianym pyłem.

To co się osypuje to glina. Możecie zobaczyć jak opada glina.

Chciałbym powiedzieć coś ważnego. Te istoty nie są ssakami bo nie mają gruczołów piersiowych. Nie porównuję ich do ludzi bo nie są ludźmi. Wiele istot zostało znalezionych w drugim sarkofagu. Znaleźli je moi przyjaciele – nie ja.

Moja teoria: W sarkofagachh znajdowały się różne istoty. Nie sądzę aby zmarły tego samego dnia. Myślę, że ktoś tam je zebrał, po to aby później zostały odnalezione. Znam święte pisma, przepowiednie i legendy z całego świata. W tych pismach jest wiele prawdziwych informacji potwierdzonych później przez naukę. W Biblii powiedziano, że kiedyś żyli giganci. I oto jest dowód.

Pewien biolog zaproponował aby nadać im naukowe imię. Rozważam taką możliwość. Doktor powiedział, że usunie żebro aby zbadać DNA. Istota ma trzy żebra. Albo otworzy tylną część czaszki i weźmie próbkę z jej wnętrza.

Dłoń, którą widzimy jest wielka. Ma sześć paliczków, sześć paliczków i pięć paliczków. Człowiek ma tylko trzy paliczki. Wyobrażam sobie, że taka dłoń chwytała jak ośmiornica. Dłoń nie ma kciuka. Szerokość dłoni jest niewielka. Brakuje też dolnej części dłoni. Dłoń powinna być dłuższa.

Można zobaczyć, że istota miała paznokcie a nie szpony. Z tego powodu uważam, że to istota w trakcie ewolucji a nie dzikie zwierzę. Widzimy tutaj odkryte fragmenty kości. Kość jest bardzo porowata. Tutaj mamy kostki palców, tutaj paliczki, a tutaj znajduje się pierwszy metalowy pierścień. Metal nie ma śladów rdzy ani korozji. Nie wiem czy jest to ziemski metal czy też alloy. Potrzebna jest dalsza analiza.

Poniżej mamy drugi pierścień. Pierścień obejmuje kość i wiązkę nerwów. Tutaj mamy kawałek odciętego nerwu. Wystaje na centymetr, w sam raz na test DNA. Mam nadzieję, że zrobią taki test.

Tutaj możecie zobaczyć sześć paliczków, sześć paliczków i pięć paliczków. Aż dotąd, bo te trzy kości są częścią dłoni. Brakuje podstawy dloni. Nie rozumiem jednak dlaczego kości są połamane, tak jakby dłoń była zmiażdżona przez skałę.

Dziękuję za uwagę. Mam nadzieję pokazać wkrótce następne wideo. Najlepszą rzeczą będzie stworzyć dokumentację tego wszystkiego. Chciałem także podziękować moim przyjaciołom.

Chciałem jeszcze raz podkreślić, że sam tego nie znalazłem. Zostałem także zaproszony na konferencję. Dziękuję, ale jeszcze nie wiem czy tam pojadę. Ja nie jestem ważny. Ważne są te istoty. Dziękuję też wszystkim za śledzenie tego przypadku. Może następnym razem podam swoje imię, ale to nie jest ważne. Najważniejsza jest weryfikacja, która pokaże autentyczność tych istot.

Dziękuję wszystkim

Alternatywna historia

Na pustyni Nazca w Peru znaleziono mumie i nie ma w tym nic dziwnego, bo w tym kraju nie pierwszy raz dokonano takiego odkrycia. Mumie na pierwszy rzut oka różniły sie od innych, które do tej pory znaleziono. Miały one ludzką figurę i wygląd, jednak ich dłonie i stopy były zupełnie inne, bo zakończone były trzema długimi i chwytnymi palcami.

Temat trójpalczastych mumii wywołał ogromną ilość kontrowersji. Jedni widzą w nich brakujące ogniwo ludzkości, inni postaci z odległej planety a jeszcze inni sprytne fałszerstwo. Nie jest do końca jasne kto i gdzie je odnalazł. Najprawdopodobniej zostały znalezione przez lokalnego łowcę skarbów, który sprzedał je później bogatym kolekcjonerom. Zakupione zostały przez amerykańską kompanię „Gaia”, której szefem jest znany badacz tajemnic przeszłości Jay Widner. Widner nie jest nowicjuszem w badaniach starożytnych, nieznanych artefaktów. Wielokrotnie w swoim życiu widział nastepujące po sobie kompromitacje rozmaitych poszukiwaczy tajemnic, którzy rozpaleni ogniem trawiącej ich pasji ogłaszali światu, że są w posiadaniu szczątków, bądź artefaktów wskazujących na kosmiczną ingerencję jakiejś pozaziemskiej cywilizacji. Zazwyczaj w takich przypadkach okazywało się szybko, że jest to wyrafinowane oszustwo a artefakt lub szkielet jest szczytowym wytworem sztuki taksodermicznej. Przekonal się o tym niedawno L.A. Marzuli. Dlatego stary lis Widner postanowił być ostrożny. Stłumił rozsadzające go podniecenie i zebrał zespół fachowców, naukowców z rozmaitych specjalizacji medycznych aby zbadali co kryje się za tajemniczymi mumiami. Odkrycie tego kalibru ma moc zmienić cały paradygmat naukowy w wielu dziedzinach wiedzy a przede wszystkim wskazać na źrodło pochodzenia człowieka. Świat wówczas sam zdecyduje jak podejść do takiego odkrycia i czy należy od nowa napisac ksiażki z antropologii, paleontologii, antropometrii i historii naturalnej. Chyba, że po raz kolejny przekonamy się, że mamy do czynienia ze sprytnym fałszerstwem. Tak jak sam bardzo chciałbym aby peruwiańskie trójpalczaste mumie okazały się prawdziwe, to jednak walący pięściami w drzwi rozsądek podpowiada, że jest to zwykła (choć ze względu na swoją złożoność raczej niezwykła) ściema. Przyjrzyjmy sie zatem wspólnie całej tej sytuacji.

Pierwszym i podstawowym założeniem ekipy badawczej testującej mumie było trzymanie się metod naukowych. Bez tego każde, największe nawet odkrycie może zostać z łatwością podważone. Na czele badań stanął Rosjanin, dr Konstantin Korotkow z uniwersytetu w St Petersburgu. Jest on ekspertem w bioenergii i forensyce. Jest także prezydentem organizacji International Union of Medical and Applied Bioelectrography. Badaniom asystował słynny (niektórzy mówią, że ściemniacz) meksykański dziennkiarz śledczy specjalizujący się w UFO i innych tajemnicach naszej planety – Jaime Maussan. W badaniach wziął udział dr Edson Salazar Vivanco, peruwianski chirurg, dr Jose de Jesus Zalce Benitez i wykładowca z Narodowej Szkoły Medycyny Forensycznej w Meksyku. Ekipie towarzyszył także hiszpański archeolog Daniel Merino, kurator Muzeum Narodowego w Sican w Peru i M.K. Jesse specjalistka od radiologii szkieletów z University of Colorado Hospital. Plątal się tam także Francuz Thierry Jamin, archeolog, historyk a także prezydent (dość podejrzanego) Inkari institute w Peru.

Kiedy wyciągano mumie z kartonowych pudełek (!) wśrod zebranych panowała martwa cisza. Mumie nie wyglądały na dzieło przypadku. Wzrost pierwszej z nich oszacowano na 168 cm. Była to osoba humanoidalna, która była w stanie chodzić i poruszać rękami jak człowiek. Proporcje jej ciała były również podobne do ludzkich. Mumia pokryta była białym pyłem, co nadawało jej wygląd odlewu gipsowego. Ktoś zrobił to celowo, dzięki czemu skóra utrzymywała swoją suchość i mogła przetrwać do naszych czasów. Pod białym pyłem znajdowała się bardzo ciemna materia. Była to skóra i pozostałości tkanek osoby, którą w ten sposób zmumifikowano. Nie ulegało więc wątpliwości, że naukowcy mają do czynienia z istotą biologiczną. Posiadała ona głowę, szyję, klatkę piersiową, miednicę i kończyny. Na plecach mumii można było dostrzec wszystkie kręgi. Naliczono ich 25. Widoczne były także żebra. Mumia miała więc kompletną strukturę anatomiczną. Pobranie DNA z mumii pozwoliłoby na ustawienie jej we właściwym miejscu biologicznej ewolucji a także ustalenie do jakiego gatunku należała i jak blisko była w swoim rozwoju spokrewniona z człowiekiem.

Pierwsze badania DNA przeprowadzono w laboratorium w Rosji. Prowadził je dr Michaił Asjejew – szef departamentu genetycznego Rosyjskiej Akadamii Nauk. W wyniku tych badan naukowcy doszli do wniosku, że mumia była kobietą, bo odnaleziono tylko chromosomy X. Struktura jej ciała była identyczna z budową ciała ludzkiego. Mumia powoli przestawała być anonimowa i zaczęła wyjawiać swoje tajemnice. Nadano jej nawet imię: Maria. Nastepne badania przeprowadzono za pomoca tomografu a interpretacji wyników przeprowadzono przy udziale rosyjskiego Medycznego Instytutu MIBS. M. in. w czaszcze Marii odkryto resztki wysuszonego mózgu. Zdjecia pokazały także kontury serca w klatce piersiowej i resztki płuc a także zarys wątroby i jelit. Aby dokonać analizy pobranych próbek naukowcy musieli rozpuścić je w płynie. Okazało się, że substancja ta wydzielała silny, ziołowy zapach. Prawdopodobnie martwe ciało było moczone w ziołowej substancji podczas procesu mumifikacji. Był to proces podobny do tego, jaki stosowano w starożytnym Egipcie – tak twierdzi Daniel Merino – gdzie stosowano żywicę akryliczną i rozmaite rodzaje pigmentu aby utrzymać w jednej całości organy wewnętrzne. Dr Korotkow oświadczył, że nie ulega watpliwości, że proces mumifikacji nie jest czymś przypadkowym a zostal przeprowadzony celowo. Potwierdza to także poza w jakiej mumie przetrwały do naszych czasów. Pytanie jednak brzmi: czy była to mumifikacja przeprowadzona przez ludzi? Czy może przez kogoś innego?

Amerykańska doktor medycyny i uniwersytecki radiolog M.K. Jesse podczas badań nad zdjeciami rentgenowskimi czaszki odkryła coś niezwykle dziwnego. Sklepienie czaszki nie miało żadnych płyt i śladów złączeń. Jest jednolitą całością zbudowaną z litej kości. Czaszka ma wydłużony kształt. Same kości są bardzo gęste i Amerykanka ma poważne podejrzenia, że w jakiś sposób zostały one stworzone sztucznie (jak???).

Badania genetyczne prowadzone są obecnie w pięciu różnych krajach. Badania z udziałem węgla C-14 (przeprowadzone w dwóch rożnych laboratoriach) zgodnie ustaliły czas życia zmumifikowanej osoby na lata pomiędzy 245 a 410 r.n.e. najbardziej zdumiewająca jest budowa dłoni Marii. Pięć kości śródręcza połączyło się ze sobą tworząc trzy palce. Trzy palce mają 5 do 6-ciu paliczków i są o wiele dłuższe niż ludzkie dlonie. Nie wiadomo w jaki sposób Maria używała takich dloni, jasne jest jednak, że takie palce są o wiele bardziej elastyczne niż nasze. Niezwykle zbita tkanka kostna z jakich sa zbudowane świadczy o tym, że takie dłonie miały niezwykłą siłę. Nie ma na świecie żadnych badań naukowych, które wspominałyby o istocie ludzkiej mającej trzy palce. Nie ma na świecie drugiej istoty takiej jak Maria odnaleziona na pustyni Nazca.

Jednocześnie z przeprowadzanymi na mumii badaniami ruszyły poszukiwania w terenie, gdzie została ona znaleziona. Nie trzeba bylo dlugo szukać aby znaleźć petroglify przedstawiające trójpalczaste istoty wyryte w skale. W wielu miejscach Ameryki Południowej w sztuce ludowej przedstawiane sa takie właśnie trojpalczaste postaci. Czy jest to tylko legeneda? Czy być może taki wizerunek tajemniczych postaci jest częścią prehistorycznej realności? Czy jest możliwe, że te trójpalczastye humanoidy miały kontakt z jakąś starożytną cywilizacją w Nazca? Dr Korotkin jest pewien, że budowa ciała mumii z pewnością nie jest wynikiem jakiejś genetycznej deformacji.

W międzyczasie odnaleziono jeszcze trzy inne, mniejsze mumie (prawdopodobnie znalezione przez tego samego poszukiwacza skarbów). Po usunięciu białego pyłu skóra na mumiach przypomina skóre jaszczurki. Jedna z mniejszych mumii pozbawiona była głowy. Zanim poznano jej płeć nadano jej imię Victoria. Pierwszych badań dokonano w Inkari Institute. Badania radioweglowe wykazały, że Viktoria żyła w czasach pomiędzy 987 a 1145 r.n.e. (była 700 lat młodsza od Marii). Jej ciało wyglądało o wiele mniej naturalnie niż mumia Marii i badacze poważnie zaczęli się zastanawiać czy może jednak nie są ofiarą jakiegoś mocno wyrafinowanego oszustwa. Być może ktoś złożył takie ciało używając do tego celu zwykłych ludzkich mumii. Naukowcy sa zgodni co do tego, że jeśsli by tak było, to osoba taka nie tylko byłaby ekspertem w kwesti budowy i funkcjonowania ludzkiej anatomii, ale także niezwykle zręcznym artystą. Mimo, że Victoria również miała trzy palce wg naukowców nie należy do tego samego gatunku co Maria. Z pozostałych dwóch mumii zabroniono naukowcom pobierać próbek do badań w obawie przed ich zniszczeniem. Pozwolono jedynie na przeprowadzenie prześwietlenia rentgenowskiego, które wykazało poważne anomalia w budowie ramion i nóg. Liczba kości była mniejsza niż u człowieka. Klatka piersiowa jednej z mniejszych mumii (nazwana Alberto) sięga aż do pasa co wskazuje na reptyliańską budowę, podobną do budowy węża. Także szyja jest dłuższa niż u normalnego człowieka. Czwartą badaną mumią byla Josephine. Byla zbudowana podobnie jak Albert, ale na wysokości miednicy tej mumii znaleziono coś jeszcze… Były to trzy elementy przypominające … jajka (!!!). Z odczytu prześwietlenia wywnioskowano, że ich struktura składa się niemalże wyłącznie z wapnia… Mumię zbadano także tomografem.

Do tej pory wszystkie tego typu odkrycia były natychmiast przejmowane przez agencje rządowe i wojsko. Obecne odkrycie jest niezwykłą szansą aby przedstawić światu niezwykły gatunek ludzkiego humanoida. Mumie nie mają nosów a tylko otwory tam gdzie zazwyczaj są nozdrza. Nie mają też uszu. Inaczej jest zbudowana dolna szczęka. Jest tak niewielka, że przeżuwanie jedzenia z jej udziałem było właściwie niemożliwe. Badania genetyczne nadal trwają i na ich wyniki trzeba bedzie jszcze poczekać. Tymczasem do badań dołączono jeszcze jedną trójpalczastą mumię. Tym razem małego dziecka. Nadano jej imię Wawirta, co w języku keczua oznacza… dziecko. Czy jest to ściema na dużą skalę? Czy może rzeczywiscie jest to przełomowe odkrycie? Glosy w tej sprawie są mniej wiecej rozłożone po równo. badania DNA powinny jednak dac ostateczną odpowiedż w tej sprawie.

Alternatywna historia

To był bardzo miły wieczór w Radio Paranormalium i fajnie było wspólnie spędzić czas w gronie radiowych przyjaciół! I daleki tutaj jestem od czarowania czy kokietowania publiczności. Przy takich okazjach, kiedy pytania strzelają po wszelkich możliwych obszarach wiedzy, często i gęsto odbijają się rykoszetem, łatwo zostać ustrzelonym przez jakiegoś snajpera, który tylko czeka na nierozważny ruch… Tematy religijne i patriotyczne, w których każdy z nas ma swoją opinię to wyjątkowo mętny i niebezpieczny akwen. Tyle, że Radio Paranormalium innych niż kontrowersyjne tematów nie porusza, więc jak zawsze było o czym pogadać – ale – to już historia.

A historia jest jak niezwykle piękna, kapryśna i nieobliczalna kobieta, której każdy stara się przypodobać, zbałamucić albo wykorzystać do swoich, często podejrzanych celów. We wciąż zatrważająco aktualnej książce pt: “1984”, klasyk tematu – George Orwell zauważa przytomnie, że:

“ci którzy kontrolują przeszłość – kontrolują przyszłość a ci, którzy kontrolują teraźniejszość, kontrolują także przeszłość”.

Historia jest nieustannie okradana nie tylko z faktów, ale kto wie – być może także i czasu, bez ktorego żyć nie jest w stanie. Teoria Czasu Widmowego (ten interesujący wątek poruszył słuchacz marq) zakłada, że papież Sylwester z cesarzem Ottonem dołożyli światu prawie 300 lat (tyle, że bez pokrycia) aby wprowadzić historię w pierwsze millenium, w którym zapowiadano powrót Chrystusa na Ziemię. To ich pomysłem miała być postać Karola Wielkiego który, gdyby dokonał tego wszystkiego co przypisuje mu obecna historia, byłby prawdziwym supermenem. Taki zdumiewający wniosek postawił Helibert Illig, niemiecki analityk danych, który wyliczył, że w historii coś się nie zgadza i to na dużą skalę. Nie jest to wniosek pozbawiony sensu, bo z badań historyków niemieckich (m. in. Horst Fuhrmann badający historyczne teksty źródłowe zebrane w “Monumenta Germaniae Historica”) wynika, że Kościół Katolicki – w czasach średniowiecza monopolista w tworzeniu dokumentów – notorycznie je fałszował, czerpiąc z tego gigantyczne zyski i przywileje. Rosyjski matematyk – Anatolij Fomienko w wielotomowym dziele (napisanym razem z Glebem Nosowskim) pt. “Historia: Fikcja czy nauka” wyłożył swoje własne spojrzenie na chronologię historycznych wydarzeń, znacznie kondensując dzieje ludzkości i wskazując na wiele fałszerstw i zakłamań, do jakich dochodziło na przestrzeni wieków.

I rzeczywiście. Zdumiewające jest to, że dziś nikt nie pamięta w jaki sposób zbudowano piramidy, co się działo w tzw. “Ciemnym Średniowieczu”, kiedy i czy w ogóle żył Jezus i wiele innych niepokojących nieścisłości. W Polsce z kolei pojawił się problem tzw. “Imperium Lechii”, który wyskoczył z historii jak przysłowiowy diabeł z pudełka. Ciężko tą Lechię uchwycić nie tylko w dokumentach, ale przede wszystkim w fizycznych artefaktach. Widmowa Lechia tymczasem mocno zagnieździła się w rozpalonych głowach wszystkich tych, którzy marzą o imperialnej i pełnej chwały przeszłości. Historia jako dziedzina nauki, po bandzie wchodzi w gwałtowny zakręt, na tyle ryzykowny, że może się to nawet skończyć dla niej śmiertelnym zejściem.

“Zajeździmy kobyłę historii”

– nawoływal rosyjski /radziecki poeta – rewolucjonista – Wlodzimierz Majakowski. Czyżby to Rosja miała monopol na podpalanie świata i wszczynanie gigantycznych przewrotów w historii ludzkości?? Można się z tym zgadzić albo i nie, ale wygląda na to, że nawet Wielka Lecha – jeśli kiedykolwiek istniała – to tam właśnie, na terenie dzisiejszej Rosji wzięła swój początek (i tam znalazła swój smutny koniec).

Studiując renesansowe, kartograficzne dzieła sztuki co jakiś czas zdumiewamy się: raz nad geniuszem ich tworców, gdy pokazują lądy o których w ich czasach nikt za bardzo nie mógł mieć pojęcia a to znów nad ich naiwnością, gdy kurczą i rozszerzają oceany ozdabiając je kolejnymi Terra Incognita. Można studiować je godzinami, czasem odkrywając takie perełki jak tajne informacje Templariuszy u wybrzeży owianej legendą Oak Island, czy kontury Antarktydy, której obecności nijak wytłumaczyć nie można na mapie Piri Reisa. Doszukując się ukrytych detali omijamy często to, co powinno kłuć w oczy swoimi rozmiarami i położeniem. Takim miejscem jest Tartaria – gigantyczny obszar obejmujący niemalże całą Syberię od Rosji – ówczesnego Księstwa Moskiewskiego aż po Chiny. Obszar Tartarii z czasem kurczy się wraz z nieustannym rozrostem rosyjskiego samodzierżawia i jakoś nikogo dziś specjalnie nie interesuje kim byli mieszkancy Tartarii.

W naszym polskim rozumieniu Tartaria wymawiana jest bez jednego “r” a z Tatarami trzeba się było użerać przez dobrych kilkaset lat. Lud to dla nas obcy tak rasowo jak i religijnie. Obyczaj ich dziki, nijak nie pasujący do

“pól malowanych zbożem rozmaitem, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała”

Tartaria dla nas, gdzie nie spojrzeć wyglądała tak samo a jak już przestała tak wyglądać to na horyzoncie pojawiali się nagle Moskale, z którymi też dogadać się nigdy nie dało. Tymczasm na starodawnych mapach teren znanych nam Tatarów rzeczywiście jest Tartarią tyle że Małą – w przeciwieństwie do Tartarii Wielkiej, co jak (nie przymierzając) Wielka Lechia rozłożyła się na połowie azjatyckiego kontynentu. Z rzadka pojawiają się ilustracje, jak wyglądali owi Tartarzy, którzy szczególnie z Moskalami mieli na pieńku, tocząc przez setki lat krwawa wojnę. Na rysunkach z tamtych czasów, przedstawiających wojny Rosjan z Tartarami, trzeba się wnikliwie przyjrzeć, którzy są którzy – bo wyglądają po prostu tak samo! Nie ma tam skośnych oczu, cienkich wąsików a nawet strój ich jest podejrzanie podobny do mody kresowej. W kilku atlasach jest nawet wizerunek flagi pod którą jednoczyli się Tartarzy do walki z Moskalami. Był to czarny smok na złotym polu. Dziwnie to koresponduje z herbem miasta Moskwy, od którego zaczęła się obecna państwowość rosyjska, gdzie św. Jerzy zabija smoka…

Rosjanie nie reklamują swojej wojny z Tartarami. Powoli przez setki lat systematyczniue przejmują kolejne tereny by dobić resztki Tartarów przypartych plecami do Chińskiego Muru. Tartaria znika z mapy. Znika też unikalny, dzielny i nadal nieznany nam naród. Syberia wyludnia się i oprócz strategicznie rozłożonych twierdz, polskich zesłańców i prymitywnych ludów koczowniczych nie ma tam nikogo…. Jest jeszcze tajemnicza rewolta Pugaczowa, utopiona we krwi, ale historia na swoje karty przyjmuje wersję podaną przez carycę Katarzynę. Nikogo nie interesuje ogromny szmat ziemi niedostępny, obcy i odleglejszy niż zamorskie kolonie. Tartaria i jej przeszłość zostaje bezpowrotnie stracona zajmując miejsce na tej samej półce co Atlantyda, Kolchida czy Eldorado.

Wydarzyło się jednak coś zupełnie nieoczekiwanego. W 2002 r, na Półwyspie Jamał w północnej Syberii, niedaleko miasta Salechard, w topniejącej tundrze odkryto jakieś starożytnie wyglądające grobowce… Pojawili się naukowcy, politycy, wojsko i zaczęto kopać. Okoliczni mieszkańcy: głównie Nieńcy – wpadli w panikę. Zaczęli protestować i stanowczo rządali zaprzestania prac. Nie wiedzieli kim są ludzie pogrzebani w Zielonym Jarze nad rzeką Górny Połuj, ale bali się ich. Bali się, że ktoś obudzi śpiące w tych grobach demony. Wykopaliska na jakiś czas przerwano, ale kiedy pojawił się możny inwestor w postaci koreańskiego Uniwersytetu Narodowego z Seulu nikt na Nieńców już nie zwracał uwagi. Z wiecznej zmarzliny zaczęły się powoli wyłaniać ludzkie kości.

Na początku były to chaotycznie rozrzucone szkielety (co ciekawe, każdy z nich miał rozbitą czaszkę), ale w 2014 r. nastąpił ogromny przełom. Rosyjsko-koreańska ekspedycja badawcza odkopała doskonale zachowane mumie! Mumie te zawinięte były w kokon zrobiony z kory brzozowej. Należały do dzieci, którym w ostatnią drogę założono na twarze miedziane maski. Kokony również wyłożono miedzianymi płytkami, zawinięto w skóry reniferów, niedźwiedzi, rosomaków i bobrów i zakopano. Takiego rodzaju pochówku w tej części Syberii archeolodzy jeszcze nie widzieli. Połączenie niskiej temperatury i działanie chemiczne miedzi spowodowało, że ciała tych ludzi zostały w sposób naturalny zmumifikowane. W odróżnieniu od mumii egipskich, z których usuwano narządy wewnętrzne i chemicznie przygotowywano ciało do całego skomplikowanego procesu mumifikacji, mumie z Salechardu mały komplet wszystkich swoich narządów i kości. Wokół nich znaleziono wiele miedzianej i brązowej biżuterii a także broń. Mumie dzieci były jednak bardzo delikatne, bo ich kości nie wytworzyły się jeszcze w pełni a wysuszone ciało nie chciało się ich trzymać. Sezon letni na Jamale jest krótki, spakowano więc kokony z mumiami i przewieziono je do Tomska, gdzie rozpoczęto żmudne badania. Samo otwarcie kokona było skomplikowanym przedsięwzięciem, gdzie łatwo można było zniszczyc unikalne znalezisko.

Kokony udało się wreszcie otworzyć na początku 2016 r. a do badań dołączono kolejną mumię, tym razem dorosłego mężczyzny, który na swoich piersiach miał położoną sporych rozmiarów miedzianą blachę. Jego czaszka podobnie jak czaszki innych mumii była strzaskana. Badania medyczne prowadzono pod kierunkiem koreańskiego prof. Dong Hoon Shina i dr Siergieja Slepczenki. Naukowcy spodziewali się znaleźć w mumiach praprzodków Nieńców i nadali całej sprawie lokalny rogłos. Rozpoczęto nawet akcję pobierania krwi koczowników, aby zebrać porównawczy materiał genetyczny. Tymczasem kiedy zaczęto otwierać brzozowe kokony nastąpiło pełne zaskoczenie… Mumie były tak dobrze zachowane, że wciąż posiadały włosy i były to włosy koloru… blond (!). Niektóre z nich miały jasno-rudy kolor i na pierwszy rzut oka nie mogły mieć nic wspólnego z czarnowłosymi, pucułowatymi Nieńcami. Zapanowała konsternacja, bo trzeba było to jakoś wyjaśnić. Naukowcy zaczęli się plątać w zeznaniach i wyraźnie grają na zwłokę. Precyzyjnie wykonana biżuteria i broń świadczy o wysokim poziomie technologicznym tych ludzi. Obecnie utrzymuje się, że motywy na ozdobach mają pochodzenie perskie i na razie takie wyjaśnienie wystarcza. Wiek mumii określono na ok. 800 lat i nie są to dane pewne. Mogą być one nawet o 500 lat starsze. Tymczasem w tym roku nad rzeką Górny Połuj odkopano kolejne dwie mumie. Jedna z nich należy do osoby dorosłej a druga do noworodka. Badaczy zaskoczył przede wszystkim wzrost dorosłej osoby, o której nadal nie wiadomo czy jest mężczyzną czy kobietą. Mumia liczy sobie 170 cm, co oznacza, że bez kokona będzie to najwyżej 2-3 cm mniej. W porównaniu do nie grzeszących wzrostem Nieńców jest to prawdziwy wielkolud! Obie mumie także były obłożone miedzią, ale w zupełnie inny i nieznany dotąd sposób. Miedź tworzy tu rodzaj długiej spirali, którą okręcono ciało martwego człowieka. Na dodatek pod brzozowym kokonem wykryto bardzo grubą tkaninę, co świadczy prawdopodobnie o randze pochowanej osoby a także dziecka.

Na razie badania trwają. Koreańczycy koniecznie chcą przeprowadzić część z nich u siebie w Seulu. Rosjanie z kolei pochłonięci są pobieraniem próbek w celu zbadania DNA. Pobranie tych próbek sprawia im, wg obecnego szefa projektu – Aleksandra Gusiewa z Centrum Badań Arktycznych – wiele problemów. Z pewnością problemy da się pokonać, bo mumie mają doskonale zachowane zęby, gdzie znajduje się nienaruszone mitochondrialne DNA. Na razie nikt nie wspomina o Tartarii i narodzie, który zniknął z powierzchni Ziemi. Czy taka informacja jest w stanie poruszyć lawinę, która odsłoni część – zapewne celowo – zafałszowanej historii? Czy Wielką Lechię należy szukać w Tartaria Magna a nasze polskie, sentymentalne, chwytające za serce umiłowanie do

“stepów szerokich, których okiem nawet sokolim nie zmierzysz”

jest zakodowanym atawizmem, jaki wytworzyli w sobie agresywni wojownicy zasiedlając tereny nad Wisłą i Bugiem? Jeśli Wielka Lechia nie jest historycznym fantomem to jedyne miejsce w jakim należy jej szukać jest – w moim pojęciu – dzisiejsza rosyjska Syberia, a tamtejsze brzozy w odróżnieniu od smoleńskiej są w stanie pokazać miejsce z którego wyłoniły się nasze praszczury. Wszystko zależy od tego, czy sami Rosjanie zechcą opowiedzieć światu historię, która od samego początku została skazana na zapomnienie, gdy rosyjscy Słowianie wybrali sobie na przywódców podejrzanych niemieckich arystokratów, od których roiło się w rodzinie Romanowów. Chyba, że pełnym głosem przemówią mumie z Salechardu.

Audycję w Radio Paranormalium, gdzie poruszone ten i wiele innych tematów można wysłuchać:
https://www.paranormalium.pl/2030,sluchaj

albo na kanale YT:

Zdjęcia mumii pochodzą z „The Siberian Times”

Alternatywna historiaNauka i technologie

17 czerwca, 2017 r., o godz. 1:30 nad ranem, doskonale wyposażony amerykański niszczyciel USS “Fitzgerald” zderzył się z płynącym pod banderą filipińską japońskim kontenerowcem “ACX Crystal”. Większość 300-osobowej załogi amerykańskiego okrętu (łącznie z kapitanem) spała. Do kolizji doszło 56 mil morskich (104 km) od japońskiego portu Jokosuka. W jej wyniku zginęło siedmiu amerykańskich marynarzy a wielu innych, wliczając w to kapitana okrętu Bryce Bensona (był on dowódcą okrętu zaledwie od miesiąca) – odniosło poważne obrażenia. Zderzenie obu jednostek nie ma precedensu w historii morskiej żeglugi. USS “Fitzgerald” jest jednym z najnowocześniejszych amerykańskich okrętów wojennych z doskonałym systemem radarowym i monitoringiem satelitarnym na czele. Stanowi on część 7-mej Floty USA, której zadaniem jest m.in. powstrzymanie ataku rakiet balistycznych przeciwnika. Jednostka ta rozwija także dużą prędkość i z tego powodu, aż trudno uwierzyć, że została staranowana przez kontenerowiec, którego po prostu nikt nie zauważył. Statek handlowy także wyposażony jest w nowoczesny radar i mimo ciemności powinien widzieć niemały – 154 m długości – niszczyciel. Do takich kolizji nigdy nie dochodzi chyba…., że są one przez kogoś zaplanowane….. W wyniku zderzenia poważnych uszkodzeń doznała prawa burta niszczyciela, uderzona także przez znajdującą się pod wodą gruszkę dziobową kontenerowca. Gruszka przebiła burtę poniżej linii wodnej co doprowadziło do zalania części maszynowni i kilku kabin załogi. Dziób filipińskiego statku zmiażdżył także kabinę kapitana okrętu wojennego, który odniósł poważne obrażenia i musiał być ewakuowany z okrętu przez wysłany na pomoc japoński helikopter. W sumie śmierć poniosło siedmiu amerykańskich marynarzy (ich ciała znaleziono dopiero na drugi dzień, gdy wypompowano wodę z zalanej części okrętu) a uszkodzonego “Fitzgeralda” odholowano do japońskiego portu Jokosuka. Całe wydarzenie uznano za nieszczęśliwy wypadek a media szybko przeszły nad nim do porządku dziennego. Dziś historia ta powoli odchodzi w niepamięć, choć wiele wskazuje na to, że tamtej nocy wydarzyło się znacznie więcej niż tylko nieszczęśliwy wypadek.

Analiza kursu USS “Fitzgerald” wskazuje, że na okręcie wydarzyło się coś niezwykłego. Jego cały system elektronicznego ostrzegania został w tajemniczy sposób wyłączony (!) a filipiński kontenerowiec staranował go z premedytacją doskonale zdając sobie sprawę z tego co robi. Ktoś za kołem sterowym “ACX Crystal” precyzyjnie uderzył a najsłabsze miejsce okrętu a także w kabinę kapitana. Tylko silna konstrukcja amerykańskiego niszczyciela a także (prawdopodobnie) niewielka prędkość kontenerowca sprawiła, że nie został on przecięty na pół i nie zatonął. Oficjalnie do kolizji doszło o godz. 1:30, ale to “Crystal jako pierwszy wysłał meldunek radiowy o zderzeniu określając godzinę wypadku na 2:20. US Navy początkowo rownież utrzymywała, że do kolizji doszło o 2:20, ale później zmieniła zdanie. Różnica ta jak się okazuje ma znaczenie, bo na podstawie zapisanego kursu filipińskiego statku można spróbować odtworzyć co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy. Kiedy popatrzeć na kurs “ACX Crystal” widać moment, w którym doszło do pierwszego spotkania obu jednostek tej nocy. Już wtedy “Crystal” zachowywał się dziwnie: zamiast minąć amerykański niszczyciel w dużej odległości kontenerowiec nieoczekiwanie dokonuje raptownego zwrotu i płynie wprost na okręt wojenny! Odległości są jeszcze duże i Filipińczyk koryguje kurs bezpiecznie mijając “Fitzgeralda”. W tym czasie amerykański okręt stoi w miejscu bez ruchu i nie wykonuje żadnych manewrów. Tymczasem kontenerowiec zamiast płynąć dalej swoim kursem, zawraca, opływa dookoła “Fitzgeralda” by na końcu go staranować. To właśnie wtedy ze statku handlowego wysłany zostaje meldunek o kolizji i jest to 2:20 nad ranem. Na pytanie japońskich władz kiedy doszło do kolizji, kapitan statku handlowego odpowiada, że doszło do niej przed chwilą – mimo to w oficjalnym opisie wydarzeń godzinę wypadku oznaczono na 1:30.

To 50 minut różnicy ma duże znaczenie, bo pozwala na zupełnie nowe podejście do tego co wydarzyło się tamtej nocy. Wg Ryota Kowaty, rzecznika prasowego japońskiej firmy Nippon Yusen, która czarterowała filipiński statek, “ACX Crystal”, płynął z Jokohamy. Rzecznik prasowy nie chciał jednak ujawnić jaki był port docelowy statku, co samo w sobie jest zaskakujące (!), chyba, że…zadania kontenerowca były zupełnie inne niż tylko przewożenie towarów. Z Analizy kursu statku wynika, że o 1:30 nad ranem wcale nie doszło do zderzenia! Obie jednostki zbliżyły się do siebie, ale wciąż utrzymywały pomiędzy sobą bezpieczny dystans. W pewnym momencie z filipińskiego statku przeprowadzono atak elektroniczny (być może za pomocą drona) na amerykański niszczyciel. Wielokrotnie dublujące się systemy elektronicznego ostrzegania zostały wyłączone, podobnie jak wszelkie urządzenia kontrolowane przez komputer, wliczając w to silnik okrętu. Potężny i niebezpieczny okręt stanął w ciemnościach nocy bez ruchu, głuchy i ślepy. Ktokolwiek dokonał ataku z filipińskiego kontenerowca (jego załogę stanowili w 100% Japończycy) musiał przesłać meldunek, że broń została uruchomiona i cel osiągnięty. “ACX Crystal” pełną parą podążał w kierunku Jokosuki by nagle raptownie zmienić kurs i zawrócić. To zapewne wtedy musiał przyjść rozkaz aby staranować i zatopić bezbronny już niszczyciel. 40 tys. ton wyporności kontenerowca gwarantowało, że amerykański okręt zostanie przecięty na pół i pójdzie na dno. Jak się spodziewano, “Fitzgerald’ rzeczywiście stał bez ruchu. Był łatwym celem bo morze było spokojne. “Crystal” zatoczył wokół niego łuk i uderzył całą mocą swych maszyn w centralny punkt okrętu. “Fitzgerald” jednak wytrzymał ten cios a ktokolwiek taranował go kontenerowcem spaprał swoją mokrą robotę. Deformacja dziobu jaka powstała na “Crystalu” w momencie zderzenia wskazuje, że amerykański niszczyciel stał bez ruchu i został uderzony pod kątem 45 stopni. Na obu jednostkach nie ma śladów zadrapań a jedynie pogięty od uderzenia metal. Gdyby “Fitzgerald” był w ruchu wówczas trący o siebie metal zostawiłby wiele zdrapanej farby i porysowanego metalu. Tymczasem ślady na obu statkach pokazują, że cios był dobrze mierzony. “Fitzgerald” jednak nie poszedł na dno! Sternik kontenerowca popełnił błąd. Chciał uderzyć precyzyjnie i to zrobił, ale jego prędkość nie była zbyt duża i znacznie lżejszy od niego bezwładny okręt przyjął cios i odbił się jak kula bilardowa. “Crystalowi” nie pozostało nic innego jak zgłosić kolizję i czym prędzej oddalić się z miejsca wydarzenia. “Fitzgerald” zdołał utrzymać się na wodzie a następnie został przeholowany do poru w Jokosuce, gdzie stanął chwilowo w suchym doku. Obecnie dziury w burcie prowizorycznie załatano i ostateczny remont okrętu zostanie (prawdopodobnie) zrobiony w San Diego. Elektroniczne wyposażenie okrętu, które zostało wyłączone z taką łatwością jest supertajne a japoński port i pracownicy stoczniowi nie gwarantują, że tajemnice te uda się zachować.


Amerykańska flota ma przy okazji inny, znacznie poważniejszy problem, bo okazuje się, że jest ona bezbronna w starciu z nowym systemem ataku tajemniczego i nadal nieznanego z nazwy wroga, który jeśli jest w stanie kompletnie obezwładnić niszczyciel, to to samo może zrobić z atomowym lotniskowcem a także satelitą. Czy jest to atak spod “fałszywej flagi”? Jeśli tak było, to cała sytuacja mocno się komplikuje, bo ewidentnie mamy tu do czynienia z konspiracją w konspiracji. Jedna tajemnicza grupa chce kompletnie zniszczyć okręt inna jednak robi wszystko aby utrzymać go na wodzie i doprowadzić do portu. Przykład USS “ Donald Cook” pokazuje, że Rosjanie nie tylko dysponują taką bronią, ale z powodzeniem stosują ją w praktyce. Nad “Cookiem” wielokrotnie przelatywał rosyjski myśliwiec (podczas kampanii syryjskiej), ośmieszając system obronny niszczyciela. Ten sam trick powtórzyli Rosjanie, gdy “Cook” znalazł się niedawno na Bałtyku. Czy to jednak oni stoją za atakiem na USS “Fitzgerald”? Trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Koncentracja amerykańskich okrętów na Pacyfiku (trzy lotniskowce) sugeruje, że trwają ostatnie przygotowania do jakiejś poważnej akcji. Obezwładnienie “Fitzgeralda” jest niezwykle czytelną depeszą od kogoś, że US Navy można wyeliminować z gry bez jednego wystrzału. Nie tylko zresztą flotę. Platforma kosmiczna wyposażona w takie urządzenie może zdziesiątkować dowolną ilość satelitów komunikacyjnych, szpiegowskich… a kto wie , może nawet zawrócić wystrzelone pociski balistyczne. Tak więc depesza została wysłana a cala wrzawa wokół “Fitzgeralda” nagle i podejrzanie ucichła. Z pewnością temat wróci i dlatego wart jest zanotowania, co niniejszym czynię.

Alternatywna historiaNauka i technologie

Egipskie piramidy od tysięcy lat toczą nieustanny bój z czasem i mimo szram i pęknięć wciąż dotrzymują mu pola, potwierdzając legendę własnej niezwykłości i wyjątkowości. Nikt dzisiaj nie wie skąd pochodzi ten niezwykły i jedyny w swoim rodzaju architektoniczny kształt budowli. Mimo nieodpartego uroku z pewnością nie jest to najpraktyczniejszy sposób zagospodarowania przestrzeni mimo to, ludzkość od tysiącleci ma obsesję piramid i można je znaleźć niemalże w każdym zakątku świata (jeśli wliczyć w to kopce i kurhany). W naturalny sposób powstaje pytanie: do czego służy taka budowla? Czy rzeczywiście jej jedyną funkcją jest bycie ekstrawaganckim grobowcem władców? Trudno w to uwierzyć i nad rozwiązaniem tej zagadki głowi się tysiące ludzi.

Piramidy zazdrośnie strzegą swojej tajemnicy, ale co jakiś czas jej strzępy objawiają się nam w nieoczekiwany sposób. Podobno Francuz Antoine Bovis odwiedził Wielką Piramidę w Gizie i kiedy inni w niemym zdumieniu kontemplowali cud starożytnej architektury on bez żenady zaczął grzebać w śmietnikach. W jednym z nich znalazł martwe zwierzaki, które mimo, że spędziły w śmieciach długi czas nie wykazywały objawów rozkładu ciała i w naturalny sposób się zmumifikowały. Bovis stanął przed życiową szansą, bo mógł popracować nad teorią empirycznie sprawdzoną szkieletami w śmietniku, że piramida wcale nie była grobowcem a faraonów chowano – przynajmniej na jakiś czas – we wnętrzu budowli, bo jej niezwykłe właściwości spowalniały – a kto wie – może nawet zatrzymywały proces rozkładu ludzkiego ciała. Dzięki temu tak zabezpieczone mumie dostały jedyną w życiu (oczywiście tym pozagrobowym) szansę aby zachować swe doczesne szczątki przez wieki a może nawet milenia. Zamiast tego Bovis wpadł na pomysł przechowywania jedzenia bez lodówki – której zresztą w tamtych czasach jeszcze nie wynaleziono. Budował niewielkie piramidki i zawieszał w nich kawałki ryby i wołowiny – podobno uzyskując efekt zabezpieczenia mięsa przed rozkładem. Nie wiadomo jaki dokładnie był efekt jego doświadczeń bo kuriozalny pomysł po prostu nie chwycił.

Inny biznesmen – Czech Karel Drbal – również budował niewielkie modele piramid, w których… ostrzył żyletki. Był tak przekonywujący w swoim odkryciu, że swój pomysł nawet opatentował, dzięki czemu żyletki “Dukat Zlato” były ostre jak brzytwa dwa razy dłużej, gdy przetrzymywano je w pudelku o kształcie piramidy. Odkrywca energii piramid uzasadniał w swoim wniosku patentowym, że dzięki jego odkryciu socjalistyczna Czechosłowacja zaoszczędzi rocznie wiele ton wysokiej jakości stali, którą można wykorzystać do produkcji czeskiego Porsche – Skody 110R. Niekonwencjonalna metoda Drbala niespecjalnie przekonywała urzędników czeskiego biura patentowego i wzbraniali sie przed jego wydaniem przez 10 długich lat. Umęczeni uporem wynalazcy “żyletki faraona” – skapitulowali i prosty jak piramida instrument trafił nawet do sklepów. Dziś urządzenie Karela Drbala traktuje się z pobłażliwym uśmieszkiem, ale ukraiński fizyk dr Wołodymyr Krasnohołowiec postanowił sprawdzić odkrycie Czecha w warunkach eksperymentu naukowego. Zbadano żyletki produkowane przez 4 różne firmy, które ułożono na szklanych płytkach pełniących rolę rezonatora. Żyletki ustawiono w piramidzie i zorientowano je geograficznie ze wschodu na zachód. Cały eksperyment trwał przez 30 dni. Ostrza żyletek zbadano za pomocą mikroskopu elektronowego i stwierdzone głębokie zmiany w strukturze morfologicznej stali, co w efekcie rzeczywiście dało efekt naostrzenia żyletki. Z każdej z badanych żyletek odcinano przed eksperymentem niewielki fragment ostrza po to, aby mieć materiał porównawczy. W innym eksperymencie ustawiono żyletki w orientacji północ – południe, ale ich ostrza nie wykazały żadnej zmiany.

Najdalej w nieoficjalnych eksperymentach z piramidami poszedł Rosjanin (z ukraińskim rodowodem) – Aleksander Gołod. Obsesyjnie budował on po całej Rosji sporych rozmiarów piramidy z włókna szklanego i rurek PCV. Stworzył ich ponad 20-cia, ale znalazł wielu naśladowców i dziś nikt dokładnie nie wie ile ich jest – nie tylko zresztą w Rosji, ale i po całym świecie. Największa z nich – zbudowana w 1999 r. – miała 44 m wysokości i ważyła 55 ton. Gołod nazwał ją “Złotym Podzialem”. Okazało się, że piramidy wchodzą w jakąś tajemniczą interakcję nie tylko ze swoim otoczeniem ale i z ludzkim organizmem. Wspomagają przede wszystkim jego system odpornościowy, ale mają też i inne tajemnicze właściwości. Swoją pierwszą piramidę – zbudował Gołod w 1989 r. pod Moskwą w rejonie Ramieńskim. Miała 11 m wysokości i dziś już nie istnieje. Efekty jego doświadczeń były tak zaskakujące, że natychmiast jego budowlami zainteresowała się Radziecka Akademia Nauk i… Armia Czerwona. We wnętrzu piramidy energetyzowano kryształy, których kilogram zabrano w 1998 r. – w kosmos na stację Mir, gdzie miały one wspomóc nie tylko jej załogę, ale i w ogóle uszczęśliwić cały świat. Kryształy przebywały na orbicie okołoziemskiej przez rok a Rosjanie tak mocno wierzyli w ich moc, że rosyjski kosmonauta Afanasjew zabrał kilka ze sobą na stację kosmiczną ISS. Budowla zaczęła przynosić spore dochody, gdy zaczęto sprzedawać energetyzowaną w jej wnętrzu wodę: po 100 rubli za 5-litrowy baniak. Miała ona pomagać na wszystkie możliwe schorzenia – od raka po niepłodność. Piramidami fascynowali się tacy ludzie jak inżynier Łozino-Łoziński – twórca najpotężniejszej rakiety na świecie, która jednorazowo wyniosła w przestrzeń kosmiczną Burana. Przy piramidach pracował Gieorgij Greczko – 4-ty rosyjski kosmonauta. Obaj planowali wzniesienie 88 metrowej piramidy – dwa razy większej od “Złotego Podziału”. Zauważono bowiem, że im większa jest piramida, zwiększa się także jej energia działania. Do jej budowy jednak nie doszło. Armia i naukowcy nagle i zupełnie nieoczekiwanie stracili zainteresowanie badaniami tajemniczej energii piramid.

Gołod nie był pierwszym Rosjaninem, który miał obsesje piramid. Do dziś istnieje solidna, zbudowana z kamienia piwnica na wino hrabiego Orłowa, zbudowana w XiX w. Goście hrabiego przysięgali, że nawet najcieńsze wino w niej przechowywane nabierało niezwykłego smaku i szlachetnego aromatu. Największa piramida Gołoda powstała 38 km od Moskwy i kosztowała podobno milion dolarów. Piramida w Gizie ma kąt 52 stopni a piramida Gołoda 73 stopnie. Kąt ten był wynikiem matematycznych obliczeń, których efekt końcowy dał nazwę piramidy: “Złoty Podział”. Przy budowie tych piramid nie stosowano metalu, który zakłócał jej pracę. Piramidy szybko stały się lokalną sensacją i miejscem pielgrzymek tysięcy ludzi. Materialistycznie nastawienie jeszcze nie tak dawni obywatele Związku Radzieckiego nagle poczuli mistyczną moc piramid. Nowy Rok miał mieć szczególne znaczenie i tego dnia piramidę odwiedzało nawet 20 tys. ludzi.

Najstarszą, istniejącą do dziś piramidę zbudował Gołod w czerwcu 1997 r. nad jeziorem Seliger w Ostaszkowie, niedaleko Tweru. Miała 22 m wysokości i była dokładnie o połowę mniejsza od będącego dopiero w planach “Złotego Podziału”. Podczas budowy tej piramidy radar wojskowy zanotował niezwykłe zjawisko jakim była ogromna kolumna jonowa, którą emitowała piramida na wysokość półtora kilometra. Kolumna ta utrzymała się aż do zakończenia budowy piramidy a jej szczegółowe badania prowadzono za pomocą balonu meteorologicznego. Niektórzy uważają, że dzięki tej gwałtownej wymianie jonów nastąpiło załatanie dziury ozonowej nad Rosją. W jej okolicy nieoczekiwanie zaczęły rosnąc i kwitnąć rośliny z gatunku uznanego za wyginięty. To był – jak się okazało – dopiero poczatek interesującego eksperymentu. Dwa komplety po cztery piramidy rożnej wielkości ustawiono w Baszkirii, w Astrachaniu, niedaleko pól roponośnych i badano w nich zachowanie się ropy naftowej. Podobno ropa z dnia na dzień straciła lepkość i tym samym podwyższyła znacząco swoją jakość. Głównym celem budowy piramid było w tym przypadku zmniejszenie zanieczyszczeń ekologicznych jakie niosło ze sobą wydobycie ropy a zwłaszcza unoszących się w powietrzu trujących gazów. Naukowcy uważają jednak, że zbudowanie tych piramid nie zmieniło niczego w rozsypującej sie ekologii regionu, ale sam Gołod zapewnia, że zatrucie powietrza zostało zmniejszone conajmniej o połowę. Jak było naprawdę nadal jest przedmiotem zajadłej debaty.

Rosyjskie piramidy wzbudzają zainteresowanie tysięcy ludzi, gotowych poddać się działaniu energii jaką emitują. Piramidy te w przeciwieństwie do egipskich okazały się jednak bardzo kruche. 29 maja, 2017 r. największa piramida Gołoda nie wytrzymując starcia z bardzo porwistym wiatrem, rozsypała się na kawalki – spadając na sąsiadującą z nią fermą strusi. Piramida zbudowana bez jednego gwożdzia miała już nadgnitą konstrukcję i nie była w stanie wytrzymać uderzenia wiatru ocenianego na 50m/sek. Sam Gołod, który pojawil się na miejscu katastrofy zapewnił, że dołoży wszelkich starań aby ją odbudować.

Alternatywna historia

Nie ma to jak ożywić bloga starożytnymi trupami 🙂 Melita mi nagadała do słuchu, że się nie odzywam do Czytelników, no to sie odezwałem i się zaczęło…. O nie!Bynajmniej nie narzekam z tego powodu, bo zatrzaśnięcie stronki w szczelnym sarkofagu milczenia nic dobrego jej nie wróży i Melita ma absolutnie rację… Wystarczy popatrzeć na mumie faraonów czy inne grube ryby starożytnego Egiptu. Nawet kiedy już je ktoś odkopie to ciężko je rozpoznać. W Warszawie też badali taką mumię w 2015 r. Miał to być kapłan Horusa – Hor-Dżehuti, gdy okazało się że jest on kobietą! Mojego pokolenia to specjalnie nie dziwi, bo po “Seksmisji” Machulskiego każdy wiedział, że Kopernik też była kobietą a nawet Maria Curie-Skłodowska!

W ostatnich jednak latach nawet mumiom coraz trudniej jest ukryć swoją tożsamość. Genetyka stała się królową wszelkich nauk i potykamy się o nią na każdym kroku. Fakt, że głównie za sprawą złowrogiego GMO, ale ma też ona swoje dobre strony. Można odkopać kości prehistorycznego osobnika i nie tylko dowiedzieć się kim był, ale nawet jak wyglądał. Bez genetyki nikt nie miałby pojęcia o wymianie całej populacji jaka miała miejsce w dzisiejszej Anglii 2500 lat p.n.e. (co opisałem dwa wpisy poniżej). Historia lubi się powtarzać, więc być może lepiej będzie, gdy Anglicy w porę wyciągną z tego wnioski, bo jeszcze trochę i wymienią ich inni uchodźcy – tyle że o wiele bardziej jurni, więc przynajmniej informacja o obecnych synach i córach Albionu, gdzieś się przechowa w DNA, gdy zostanie odkopana w którejś z oaz pod Liverpoolem.

Tym przydługim wstępem znów zmierzam do wpisu “Wiek Sfinksa”, gdzie Adrianna zadała mi podchwytliwe pytanie na temat mumii Hekator. Podchwytliwe, bo zdałem sobie sprawe, że o takiej mumii nigdy nie słyszałem i przyznaję się do tego publicznie. Merkator – tak, Sekator – tak, ale Hekator nie dzwoni mi jakoś w żadnym kościele czy innym meczecie. Pocieszam się tym, że w końcu nie muszę znać wszystkich mumii po imieniu, bo jest ich w końcu całkiem pokaźne stadko. Do 2010 r. jeszcze nie było szansy aby zbadać z kim ma się do czynienia , obecnie jednak cieżko się już schowac nawet mocno pokiereszowanym genom, które współczesne maszyny genetyczne sprawnie zaganiają we właściwe haplogrupy. Egipskie mumie na gwałlt zaczęły tracić swoją anonimowość zwłaszcza te, które zachowały jeszcze swoje zdrowe zęby, skąd najłatwiej pobrać DNA bez zanieczyszczeń. W naukowym magazynie “Nature Communications” opisano zmasowane badania genetyczne 151 mumii znalezionych 100 km na południe od Kairu, niedaleko El-Faiyum. Wydobyto je na początku XX w. i pochodzą z różnych okresów: od 1388 r.p.n.e. aż po 426 r. n.e. Tylko trzy z nich posiadały pełny garnitur genetyczny i one jako pierwsze poszły do badania.

Pierwsze wnioski były bardzo zaskakujące. Podczas porównania genetycznego starożytnych Egipcjan ze współczesnymi okazało się, że ci obecni mają coraz mniej wspólnego z państwem faraonów. Poważna domieszka sub-saharyjskiej krwi przywieziona tutaj przez muzułmańskich Mameluków zrobiła swoje. Nie znaczy to jednak, że genetyczny kręgosłup starożytnych Egipcjan przepadł bezpowrotnie. Wciąż istnieje i ma sie całkiem dobrze, tyle że już nie wzdłóż Nilu a…. na Bliskim Wschodzie! Tak więc potomkowie Egipcjan żyją dziś w Libanie, Syrii, Jordanii a kto wie – może nawet i w Izraelu.

W sumie nie powinno to w zasadzie dziwić. W trwającej tysiąclecia historii Egiptu władali nim Kuszyci, Asyryjczycy, Grecy (Kleopatra i Ptolemeusze byli Grekami!), Rzymianie, Arabowie, Turcy, Brytyjczycy… Masy ludzi zmieniały swoje miejsce zamieszkania. Interesujące jest jednak, że w swoim starożytnym DNA wytrwali tylko ci, którzy wyszli z Egiptu i przez Morze Czerwone dotarli do swojej Ziemi Obiecanej. I to otwiera kolejną Puszkę Pandory, czyli Paprykarza Szczecińskiego starożytności, bo daje potencjał kompetnej rewizji starożytnej historii.

Alternatywna historia

Göbekli Tepe to jedno z najbardziej fascynujących miejsc na świecie. Brzmi to troche jak truizm, ale nie da tego powiedzieć inaczej. Tak po prostu jest! Przetrwało do naszych czasów w stanie nienaruszonym: nietknięte kataklizmem, ludzką działalnością i tylko lekko nadgryzione zębem czasu. Nie pasuje do historii w myśl której powinno nie istnieć, bo w czasach kiedy budowano Göbekli Tepe człowiek powinien być jeszcze prymitywnym koczownikiem – tymczasem stworzono architektoniczne cudo, którego przeznaczenia, ale też i ludzi, którzy go budowali – nadal nie znamy. Odkopano je w latach 90-tych i była to prawdziwa archeologiczna bomba cierpliwie rozbrajana przez niemieckich archeologów pod wodzą Klausa Schmidta, który badaniom tego miejsca poświęcił resztę swojego życia. Zmarł przedwcześnie w 2014 r. w szpitalu w tureckim Sanilurfa, powalony śmiertelnym atakiem serca i od tamtego czasu o Göbekli Tepe ucichło. Ludzie przywykli, że mamy do czynienia z zespołem architektonicznym, który powstał drugie tyle wcześniej niż domniemany początek naszej cywilizacji 4500 lat p.n.e. Nikomu też nie przeszkadza, że mimo wielu lat jakie upłynęło od odkrycia kamiennych kręgów, nadal w podręcznikach do historii nie wspomina się o tym odkryciu mimo, że nie ma najmniejszych wątpliwości co do wieku miejsca a także jego wielkości i znaczenia.

Göbekli Tepe zajmuje sobą spory obszar i większość kamiennych kręgów nadal znajduje się pod ziemią. Do dziś odkopano zaldwie kilka procent całości, ale odczyt z radaru penetrującego ziemię nie pozostawia wątpliwości co znanduje się pod jej cienką warstwą. Prace będą trwały tam całe dekady a może nawet i dłużej zważywszy, że w okolicy znajdują się ślady innych, podobnych struktur. Jedną z nich jest Karahan Tepe, którym na razie nikt sie nie zajmuje z braku funduszy (i zainteresowania), ale wiadomo o jego istnieniu, bo w miejscu gdzie stoi z ziemi wystają zbielałe od słońca i erozji kamienne kikuty, wycięte podobnie w literę “T” jak te w Göbekli Tepe. Czekały tyle tysięcy lat na swoich odkrywców więc zapewne starczy im cierpliwości aby poczekac choćby całe milennium.

Tymczasem w Göbekli Tepe nieustannie pracują naukowcy z Niemieckiego Instytutu Archeologicznego, który ma pełny monopol na prowadzone tam prace. Najwyraźniej przyjaźń pomiędzy tureckim sułtanem a niemieckim keiserem zawarta przed I Wojną Światową nadal procentuje mimo, że obu mocarstw już od wieku nie ma na mapie świata. Co jakiś czas jednak ogłaszane są kolejne odkrycia jakich dokonuje się w Göbekli Tepe i mimo, że powinny zbliżać do wyjaśnienia tajemnicy tego miejsca to w kłopotliwy sposób czynią je jeszcze bardziej zagadkowym a ostatnio coraz bardziej mrocznym. Niemieccy naukowcy ze swoimi odkryciami nie biegną do poczytnych magazynów i nie robią sobie selfików ze znalezionymi artefaktami. Opisują je za to w branżowych periodykach naukowych więc tam trzeba szukać informacji. W ostatnim “Science Advances”, w sążnistym artykule opisano najnowsze odkrycia, jakich dokonano w Göbekli Tepe i mieszczą się one doskonale w konwencji mrocznego archeologicznego thrillera jaki funduje nam to miejsce.

Cała najbliższa okolica kamiennych kręgów jest wręcz naszpikowana rozmaitymi artefaktami, odłamkami rzeźb i… ludzkimi pozostałościami. Odnaleziono do tej pory tysiące odlamków kości ludzi i zwierząt. Wśrod nich także kilka odłamków ludzkich czaszek i po bliższych oględzinach znaleziono na resztkach czerepów nacięcia wykonane ostrym kamiennym narzędziem przez kogoś, kto doskonale wiedział co robi i robił to prawdopodobnie często. Używał krzemiennego ostrza, którym z wprawą zdejmował skalp a następnie odcinał od kości wszystkie przyczepione do nich mięśnie. Robił to szybko i brutalnie bo na czaszkach wciąż są ślady po zeskrobywaniu resztek ciała od kości. Badania osteologiczne potwierdziły, że badane czaszki należały do trzech osób w wieku pomiędzy 20 a 50 lat i jedna z nich najpewniej była kobietą. Fragmenty czaszek mają na sobie głębokie nacięcia wyryte w kości a jedna z nich miała nawet nawiercony na jej szczycie otwór. Czaszki miały na sobie ślady ochry co sugeruje, że użyto je w celach rytualnych. Z badań wynika, że wyryte w kości czaszki ślady pojawiły się tam krótko po tym, jak oddzielono je – mówiąc delikatnie – od reszty tułowia. Kości były wówczas nadal miękkie i elastyczne i łatwo poddawały się krzemiennemu ostrzu. Nadal nie wiemy w jakim celu to zrobiono. Nacięcia i bruzdy sugerują, że za pomocą sznura zaczepiano je do czegoś. Idąc tym samym tokiem myślenia nawiercony otwór w czaszce umożliwiał jej zawieszenie i być może krwawiąca jeszcze czaszka wymalowana na różne kolory szybowała nad uczestnikami makabrycznego misterium. Otwór nawiercono w ten sposób aby patrzyła ona w dół. Być może do czaszek doczepiano pióra aby zwiekszyć efekt całego pokazu. Czaszka z nawierconym otworem miala także głębokie nacięcia, które prawdopodobnie umożliwiały dowiązanie do niej dolnej szczęki tak, aby nie odpadła w czasie gdy wisiała ona w powietrzu.

Na wielu kamiennych kręgach można znaleźć płaskorzeźby bezgłowych postaci a także rzeźby przedstawiające same korpusy. Rzeźby te przedstawiały postaci antropomorficzne i początkowo miały głowy, które później rytualnie ścinano i umieszczano w okolicy słupów tworzących kamienne kregi. Ludzie, którzy odwiedzali 11 tys. lat temu Göbekli Tepe mieli obsesję czaszek. Być może wierzyli, że moc martwych przejdzie w ten sposób do żywych. Może oddawali w taki sposób cześć swoim przodkom a może były to czaszki wrogów. Nadal nie wiadomo, gdzie zamieszkiwali ludzie, którzy uczestniczyli w mrocznych rytuałach w Göbekli Tepe. Akademicy uważają, że miejsce to symbolizuje okres przejściowy pomiędzy koczowniczym a osiadłym trybem życia. Sama struktura, maiałaby być z kolei czymś, co pomagało poprzez swoje rytualy określić własną przynależność do grupy, kultu czy plemienia. Wiele wskazuje na to, że w Göbekli Tepe robiono to poprzez krwawe i okrutne rytuały w których traciły życie nie tylko zwierzęta, ale i ludzie. Jest to pierwsze tego typu znalezisko w całym regionie.

Alternatywna historia

Zaczynam od pozdrowień! 🙂 Arek, Adrianna, Marcin, Melita, Sir Artorias, Inkataka – dzięki za Wasze komentarze, zainteresowanie tematem i nieugiętą wolę poszukiwania odpowiedzi, która wymyka się za każdym razem, gdy wydaje się być już w zasięgu ręki. Pozdrawiam serdecznie i wybudzony z letniego letargu z przyjemnością dorzucę kilka swoich centów w dyskusji jaka nieoczekiwanie znów zatliła się pod “Wiekiem Sfinksa”. Wpis ma już ponad rok, ale mówi o historii, która ma być może dziesiątki tysięcy lat i nieustannie intryguje swoją dobrze strzeżoną tajemnicą. Kim byli ci, ktorzy wystartowali naszą cywilizację? Czy ktoś im w tym pomógł? Czy może jest to jej kolejna odsłona, konsekwentnie realizowana przez tych, którzy przetrwali globalny kataklizm, który zniszczył poprzednią cywilizację jaka istniała przed nami? Z góry ostrzegam, że nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Nie mam także żadnej spójnej teorii, która spróbowałaby wyjaśnić fenomen ludzkości – jej osiągnięć i kolejnych upadków. Nie znaczy to jednak, że sytuacja jest beznadziejna.

Diabeł zawsze tkwi w szczegółach. Czesto ignoruje się ich obecność szybko i bez zastanowienia przemierzając ogromny dystans wierząc, że na koncu znajduje sie jedna uniwersalna odpowiedź, wyjaśniająca wszystko to, co zignorowaliśmy po drodze. Obsesyjnie ścigana odpowiedź jednak za każdym razem okazuje się być mirażem zbudowanym ze zniechęcenia i rozczarowania, bo wracamy do punktu wyjścia. Czy jednak na pewno? Nawet jesli cała teoria się sypie, to jej fragmenty mogą mieć puzzle zaskakująco dobrze pasujące do zupełnie innego podejścia do całej historii a nawet jeśli nie, to wskazówki jakie się narzucają są niezwykle intrygujące. Trzeba je tylko chcieć podnieść, otrzepać z pyłu historii a wnioski zaczynają nasuwać się same…, rozwija się kolejna nić.

Natrafiłem niedawno na interesującą pracę naukową pt. “Fenomen Kultury Pucharów Dzwonowatych i genetyczna transformacja północnozachodniej Europy”. Wśród jej autorów znajdują sie setki naukowców i dziesiątki najszacowniejszych europejskich uniwersytetów wliczając w to nasz Instytut Archeologii i Etnologi PAN w Krakowie i Instytut Zoologii i Badań Biomedycznych przy UJ w Krakowie. Kultura Pucharów Dzwonowatych była zjawiskiem niezwykłym w europejskiej prehistorii. Ludzie ci – zwani po angielsku Beakers – nie byli zwykłymi koczownikami. Wiemy, że doskonale znali się na metalurgii przetapiając złoto i srebro a nawet tworząc stopy obu metali zwane elektronem. Przemieszczali się niewielkimi grupkami i nawet na jakiś czas zostali w Górach Świetokrzyskich i to właśnie po nich prawdopodobnie zostały osławione dymarki. Nie wiadomo skąd przyszli, kiedy pojawili się nagle w Europie 4500 lat p.n.e. Jedna grupa naukowców uważa, że przyszli ze stepów nad Morzem Kaspijskim i doszli aż na Półwysep Iberyjski a druga wręcz przeciwnie – że z nad Morza Śródziemnego wyruszyli na wschód w stepy. Ich odrębność przejawia się nie tylko w genetyce, ale przede wszystkim w kulturze. Puchary dzwonowate, które z taką perfekcją wyrabiali były największym krzykiem mody w całej ówczesnej Europie – bo znajduje się je w wielu miejscach. Jednocześnie ludzie ci zachowywali swoją odrębność i nie widać nigdzie śladów inwazji czy wojen jakie prowadziliby z miejscową ludnością. Nie pozwalała na to ich stosunkowa niewielka liczba.

2500 lat. p.n.e. dzieje się jednak coś dziwnego. Nieoczekiwanie Beakersi rosną w siłę i powstaje ich ogromne skupisko na terenie dzisiejszej Holandii, gdzieś u ujścia Renu. Przeprawiają się całą grupą przez Kanał La Manche do Brytanii, gdzie akurat neolityczni Brytoni są w samym środku budowy słynnego Stonehenge. Następuje zderzenie kultur, ale ma zupełnie inny przebieg niż przez tysiące lat w kontynentalnej Europie. Zderzenie jest o tyle dziwne, że nie zostawia po sobie żadnych śladow gwałtowności. Do tej pory Beakersi znakomicie asymilowali się wśród różnych europejskich plemion respektując prawa innych do wspólnego dzielenia miejsca w którym żyli. W Brytanii dzieje się coś co niezwykle trudno wytłumaczyć: dochodzi tam do kompletnej wymiany ludności. Z badań genetycznych, jakie przeprowadzono na ogromną skalę wokół Stonehenge wynika, że w ciągu najwyżej 200 lat od pojawienia się Beakersów wokół Stonehenge, rdzenna ludność po prostu wymiera i to bez śladu. Nie wiadomo czy jasnoskórym Beakersom nie podobały się oliwkowe Brytonki czy też może ich własne obyczaje zabraniały im mieszać się z innymi ludami, ale wśród kilku setek szkieletów nie znaleziono żadnej (!) domieszki genetycznej Brytonów (tak ich nazywam z braku lepszej nazwy) w garniturze genetyczym Beakersów ani żadnych genów tych drugich w kościach rdzennych Brytyjczyków. Oni sami nagle przestali się z nieznanego powodu rozmnażać i wyparowali nawet nie z historii a z prehistorii – zostawiając po sobie imponujący i wciąż tajemniczy Stonehenge.

Inwazja Beakersów z pewnością robi wrażenie swoją niezwykłą skalą i determinacją aby osiedlić się w Brytanii, ale nie sposób znaleźć tam żadnych śladów walki, masakry, masowych mordów. Nie ma żadnego świadectwa planowej eksterminacji. Budowę Stonhenge kontynuowano i kiedy zabrakło Brytonów to kamienne kręgi dalej wznosili Beakersi, co zdumiewa, bo za skomplikowaną robotę architektoniczno – astronomiczną zabierali się byli koczownicy, realizując projekt do samego końca – jak gdyby nigdy nic mimo, że kultura, która to wszystko zaczęła po prostu znika. Rodzi to masę pytań i akademicy patrzą na ten fenomen w osłupieniu nie wiedząc co z tym fantem zrobić, bo nie tego się przecież spodziewali.

Opowiadam tę historię bo jej przykład można nałożyć na wszystkie inne miejsca na świecie, gdzie rozwijała się jakas bliżej nieznana nam cywilizacja, której do końca nie rozumiemy, by nagle w krótkim czasie zniknąć z historii naszej planety, zostawiając po sobie skomplikowaną w swojej naturze tajemnicę. W podobny sposób mogła wyglądać historia Sfinksa i początki państwa faraonów, którzy zastali w tym miejscu coś co ich zaintrygowało i zaczęli budować na ruinach tego, co ktoś inny stworzył przed nimi. Być może udało im sieę przejąć strzępy wiedzy po swoich poprzednikach i szamotali się technologicznie poszukując odpowiedniego rozwiązania. Ten sam schemat można nałożyć na Inków, którzy w Cusco i okolicach natknęli się na nieznane im megality, zostali w tym miejscu i zaczęli budowac swoją wlasną cywilizację, nieudolnie naśladując mistrzów z zamieezchłej przeszłości.

Patrząc wstecz na historię nieustannie szukamy ciągłości i konsekwencji, tworzącej wyraźny szlak, który jak nić Ariadny zaprowadzi nas do miejsca z ktorego wszystko się zaczęło. Tymczasem takie podejście może być najpoważniejszą przeszkodą w zrozumieniu przeszłości. Nić rwie się w wielu miejscach. Czasami, ktoś dowiązuje do niej swoją – komplikując jeszcze bardziej tę łamigłówkę. Akademicy wieloktrotnie udowodnili swój brak nie tylko woli, ale i wyobraźni aby zrozumieć przeszłość. Nie można im jednak zaprzeczyć warsztatu i środków jakie mają do swojej dyspozycji. Badania genetyczne przeprowadzone w Anglii były największym tego typu przedsięwzięciem w historii badań archeologicznych i wnioski jakie na ich podstawie wyciągnięto są zdumiewające. Problem w tym, że jakoś mało kogo to tak naprawdę obchodzi – pomijając tu jako powód ciężkostrawność literackiej formy w jakiej prezentowane są tego typu odkrycia. Środowisko alternatywnie patrzące na naszą przeszłość wybrało kompletnie odwrotną drogę opierając swoją wizję historii na nie skrępowanej niczym fantazji, pełnej wykluczających się nawzajem sprzeczności ignorującej często oczywiste fakty. Lechici i ich “imperium” są tego chyba najlepszym przykładem, gdy tymczasem w obu sposobach myślenia można znależć wspólną drogę.

Dlatego wg mnie szukanie odpowiedzi na zagadki przeszłości to nie jest podążanie za nitką do kłębka. Tych nici jest znacznie więcej i podążają w rozmaitych kierunkach czesto krzyżując się ze sobą i tworząc rozmaicie splątane węzły. Kiedy przyglądać im się z bliska widzi się jedynie chaos i to zniechęca. Można jednak popatrzeć na to inaczej. Można spojrzeć z lotu ptaka, z orbity okołoziemskiej czy wreszcie z samego środka wszechświata i wówczas może się okazać, że ten chaotyczny splot, te krzyżujące się nici tworzą misterną tkaninę z której utkana jest jakaś wyższa inteligencja, porządek którego, gdy patrzeć na niego z bliska kompletnie nie dostrzegamy. I dopiero wtedy można dostrzec sens wszystkiego i znaleźć odpowiedź na pytania, które bezradnie schną dziś na ugorze argumentów. I każdy z nas ma w tym swoją wlasną rolę do odegrania.

Na zdjęciach: Oryginalni mieszkańcy Brytanii mieli ciemną skórę, ciemne włosy i błękitne oczy. Beakersi byli biali jak wynika z rekonstrukcji szczątków jedej z kobiet Beakersów pochowanej w Wlk Brytanii.

Alternatywna historia

Żeglując w mozaice mikroskopijnych karaibskich wysepek zwanych Grenadynami dopłynęliśmy w końcu do jednej z nich o nazwie Mayreau. Jest ona najmniejsza w całym archipelagu wśród tych, na których mieszkają ludzie. Wąski spłachetek piasku (ma zaledwie półtorej mili kwadratowej powierzchni) z wypiętrzonym w jej centrum stromym wulkanicznym z pochodzenia wzgórzem daje schronienie maleńkiej wiosce lokalnych rybaków, której do tej pory nikt nie nadał nazwy. Powód tego wydaje się być oczywisty, gdy zobaczy się ją na własne oczy (każdy ciekawy musi to sprawdzić osobiście). Mayreau w całości porośnięta jest zdziczałym buszem, w którym stołowały się sfory strasznie wychudzonych kóz. Na szczycie góry zbudowano niewielki katolicki kościół pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. Podobno jest to najstarszy kościół na Karaibach i zastanawia dlaczego został zbudowany właśnie tu – gdzie żyje zaledwie garstka ludzi (dziś jest to 270 osób) z trudnością wiążąca koniec z końcem. Z miejsca, gdzie przycupnął kościółek rozciąga się przepiękny widok na kilka innych wysp archipelagu, wsród których najbliższe były Tobago Cays i Union – ostatnia Grenadyna należąca do St. Vincent. Resztę z nich terytorialnie przyznano Grenadzie. Wyspa Mayreau jest z pewnością w nienachalny sposób malownicza – można nawet powiedzieć, że swoją urodą utrzymuje zatrważającą karaibską równowagę. Stanowi też naturalny magnes dla żeglarzy. To dzięki nim na Mayreau ludziom żyje się znacznie dostatniej niż kiedyś a apetyt turystów na miejscowa langustę napędza lokalną ekonomię.

Nasz katamaran śmiało lawirował pomiędzy zakotwiczonymi w malowniczej zatoczce jachtami. Udało nam się zająć pierwszorzędne miejsce z widokiem na plażę, palmy i… morze po drugiej stronie wyspy. Mayreau w tym miejscu nie miała więcej niż 100 m szerokości. O ile w zatoce w której staliśmy woda była olśniewająco i błękitnie spokojna to po drugiej stronie fale pieniły się groźnie, wskazując miejsce spoczynku sporej rafy koralowej. Wśród łodzi stojących w zatoce szczególnie jedna przyciągała wzrok. Przede wszystkim stała tuż za nami i nie sposób było ją zignorować a poza tym była najprawdziwszą łodzią Wikingów! Całkowicie drewniana, wskazywała na ogromny kunszt szkutników, którzy ja zbudowali. Każdy element i detal idealnie do siebie pasował, pieczołowicie wydobyty wprawną ręką z bezkształtnego kawałka drewna. Znakomita część wyposażenia była również drewniana. Drewniane bloczki i knagi przyciągały wzrok swoją prostotą a zarazem praktycznością. Nawet liny skręcono starym sposobem z konopi, bo nie przypominały niczego, co można dostać we współczesnym sklepie żeglarskim. Prawdziwe żeglarskie cacko.

Nad łodzią dumnie powiewała spłowiała od słońca duńska banderka wskazując miejsce z którego przypłynęła łódka. Gdy tak patrzyliśmy na nią w zachwycie, z jej wnętrza – jakby wywołany naszym natarczywym spojrzeniem – wyłonił się żeglarz. Pasował do swojej łodzi idealnie. Szczupły, wysoki, brodaty blondyn, okazał się być młodym Duńczykiem. Jego niebezpiecznie czerwona opalenizna spod której porcelanowo łypały białka oczu i pozostawiona siłom natury bujna czupryna wskazywały, że dawno już nie odwiedzał ojczyzny Hamleta. Wyglądał jak Ragnar Lothbrok, postać historyczna i bohater niezmiernie popularnego serialu fabularnego “Wikingowie”. Potomek prawdziwych odkrywców Ameryki. Wymieniliśmy uprzejmości a uśmiechnięty Wiking wyznał, że przypłynął tu 7 miesięcy temu i tak naprawdę nigdzie mu się nie spieszy. Zapytany kiedy rusza w dalszy rejs zamyślił się chwilę i nieprzekonywująco odparł, że może za trzy miesiące.

Wikingowie – oględnie rzecz ujmując – mają niezbyt dobrą reputacje w historii, na którą mocno sobie zasłużyli oddając się piractwu, rabunkom i plądrowaniu wszystkiego na co natrafili wędrując wśród morskich wybrzeży. Wspomniany już serial “Wikingowie” obraz ten tylko umocnił zwłaszcza, że nie powstał on w fikcyjnej i pozbawionej realności historycznej próżni. Jego autorzy drobiazgowo zadbali o to, aby nie tylko nie rozjeżdżać się za mocno z historyczną prawdą, ale także aby każdy element wikińskiej kultury, ubioru czy wyposażenia również odpowiadał temu, co wiemy o nich z historii. Jest to więc rzadki przypadek, gdzie atrakcyjnie opowiedziana historia ma spore walory edukacyjne. Wikingowie to przede wszystkim żeglarze a okręty jakie budowali były w samym centrum tej niezwyklej kultury. Bez okrętów po prostu nie ma Wikingów. To one pozwalały im przemieszczać się w odległe zakątki Ziemi – nie tylko na Morzu Bałtyckim, ale także Śródziemnym, po północnym Atlantyku, do Grenlandii by wreszcie w konsekwencji dotrzeć do Ameryki. Całe 500 lat przed Kolumbem.

Wydawałoby się, że odkrycie takie powinno zostać przyjęte z należytą pompą i entuzjazmem. Naukowcy jednak upewniają nas, że kontynent amerykański był skutecznie odcięty od reszty świata, zanim nie dotarł do niego Krzysztof Kolumb. Od jakiegoś czasu teoria ta jednak chwieje się mocno w posadach, bo mapa na której zaznaczono wybrzeże Ameryki na długo przed przybyciem tam Kolumba została kilka lat temu uznana za prawdziwą. Chodzi tu o mapę Vinlandii, krainy opisanej w sagach, do której dotarli Wikingowie a która bez wątpienia była wybrzeżem Ameryki Północnej. Przez wiele lat trwała batalia o autentyczność mapy i ostatecznie eksperci historyczni i kartograficzni z duńskiej Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych uznali, że mapa jest prawdziwa! Mapę Vinlandii umieszczono w XV-wiecznej księdze “Hystoria Tartarorum” (“Historia Tatarów”) skopiowanej w 1445 r. na zamówienie jednego z kościołów w Bazylei a spisanej w XIII w. przez franciszkanina Benedictusa Polonusa spod Wrocławia. Księga jest jego relacją z podróży poselstwa papieskiego na dwór Wielkiego Chana Gujuka, najstarszego syna Czyngiz-chana.

Mapa zawarta w księdze obejmuje cały znany wówczas świat. Narysowano ją co prawda w XV w., ale była ona kopią innej mapy jaką stworzono 200 lat wcześniej. Zaznaczona jest tam także część wschodniego wybrzeża dzisiejszego USA. Nazwano to miejsce Vinilanda Insula i obejmuje ona obszar od dzisiejszego stanu Maine aż po Południową Karolinę, sięgając wgłąb lądu po Pensylwanię z zaznaczoną rzeką Sasquahana. Mapa musiała powstawać latami, bo trudno sobie wyobrazić aby stworzono ją podczas jednej wyprawy. Obejmuje ona ogromny obszar, co w przypadku Vinlandii pokazuje, że Wikingowie nie natrafili na Amerykę przypadkiem a kontynent był przez setki lat przedmiotem ich ekspansji i eksploracji. Sama mapa Vinlandii wygląda także na kompilację innych map powstałych około pierwszego millenium naszej ery.

Taką podroż do Vinlandii opisuje słynna saga Leifa Eriksona i ocenia się, że dotarł on do Ameryki ok. roku 1001. 75 lat później niemiecki kartograf Adam z Bremy pisał o odkryciu Eriksona w swoim dziele “Descriptio Insularum Aquilonis (“Opis wysp północnych”). Wspomniał on o Vinlandii wyjaśniając, że przyczyną nadania takiej nazwy były winne grona z których robiono doskonałe wino. O Vinlandii piszą także dwie inne skandynawskie sagi: Saga Eryka Rudego i Saga Grenlandczyków, gdzie Vinlandię umiejscawia się na południe od Hellulandu – uznawanego dziś za Wyspę Baffina i Marklandu – czyli Labradoru. Na Labradorze prowadzi się obecnie badania archeologiczne w osadzie L’Anse aux Meadows, którą bez wątpienia założyli Wikingowie, co samo w sobie powinno być ostatecznym dowodem na ich amerykańskie wyprawy.

“Hystoria Tartarorum” zaginęła na 500 lat w jakiejś prywatnej kolekcji aby trafić w ręce amerykańskiego antykwariusza Laurance Wittena. Był on absolwentem sławetnego uniwersytetu Yale i zaoferował, że odsprzeda księgę swojej Alma Mater. Cena jaką zaproponował przekroczyła jednak możliwości finansowe uczelni, ale inny jej absolwent – miliarder Paul Mellon zgodził się pokryć koszty jej nabycia pod warunkiem, że potwierdzona zostanie autentyczność księgi. Wolumin poddano szczegółowym badaniom, które przez trzy lata prowadziło dwóch brytyjskich specjalistów z z londyńskiego British Museum. W 1965 r. uznali, że księga a wraz z nią mapa Vinlandii jest autentyczna. Mellon wypłacił należną kwotę i księga znajduje się po dziś dzień w bibliotece uczelni ubezpieczona na 25 mln. dolarów.

Wydawało się, że w tym momencie przyznanie palmy pierwszeństwa w odkryciu Ameryki Wikingom jest już tylko formalnością. Autentyczność księgi i mapy potwierdzili przecież najwybitniejsi światowi eksperci. Tymczasem reakcję amerykańskich historyków porównać można było do wściekłości z jaka Ragnar i jego ziomkowie traktowali swoich wrogów. Uznali oni niemalże jednogłośnie, że mapa jest oszustwem bez przedstawienia na to najmniejszego skrawka konkretnego dowodu. Kolumb był wg nich w Ameryce pierwszy – koniec, kropka. Taki sam atak przypuszczono na odkrycia archeologiczne Helge Ingstad na Labradorze, gdzie od kilku lat powoli wyłaniała się z ziemi wioska Wikingów L’Anse aux Meadow. Fizyczne artefakty potwierdzały skandynawskie pochodzenie osady, ale historycy upierali się, że nawet jeśli założyli ją Wikingowie to jest ona w zbyt mizernej postaci aby mieć jakiekolwiek znaczenie. Na koniec naukowcy zażądali aby “Hystoria Tartarorum” została ponownie zbadana.

Pięć lat później badania księgi przeprowadził Walter McCrone – forensyk kryminalny – i w pobranych mikropróbkach tuszu, którym rysowano mapę znalazł on ślady dwutlenku tytanu. Forma w której ten składnik chemiczny był użyty wskazywała na technologię stosowaną do jego wytworzenia znaną od lat 20-tych zeszłego wieku. Historycy na taką ekspertyzę zawyli z zachwytu. Postawili na swoim i na 15 lat zamknęli usta wszystkim, którzy widzieli w Wikingach prawdziwych odkrywców Ameryki. W 1987 r. mapę zbadała jeszcze jedna grupa forensyków, tym razem z University of California. Do badania zastosowano promieniowanie roentgenowskie i okazało się, że dwutlenek tytanu rzeczywiście jest w tuszu, ale w śladowych ilościach. Badania prowadził dr Thomas Cahill, który o swoich wynikach poinformował poprzednią badającą księgę ekipę. Technologia jaką zastosowano 15 lat później do badania woluminu pozwalała na bardzo precyzyjne i detaliczne badania. McCrone natychmiast spotkał się kalifornijskimi naukowcami i wspólnie zbadali kolejne próbki. Doszli oni do wniosku, że minimalna ilość dwutlenku tytanu pochodziła z żelatyny, którą stosowano do zagęszczania tuszu w średniowieczu i jeśli była ona przechowywana lub mieszana w kamiennym naczyniu, śladowe ilości dwutlenku tytanu mogły dostać się do inkaustu. Ta wiadomość znów wysłała księgę na koniec średniowiecza, ale nie był to koniec jej przygód.

W 2004 r. duńska Akademia Sztuk Pięknych z dr Rene Larsenem na czele przeprowadziła nad mapą Vinlandii najdokładniejsze i zakrojone na ogromną skalę badania. Mapę badali chemicy, kartografowie, historycy i naukowcy z wielu specjalności. Zajęło to aż 5 lat. W toku tych badań okazało się, że wszystkie poprzednie testy nie były wystarczająco dokładne. Stwierdzono wówczas, że źródłem nieszczęsnego dwutlenku tytanu wcale nie była żelatyna a piasek, którym osuszano świeżo namalowany rysunki lub litery. Składnik ten w podobnej formie znaleziono w wielu innych średniowiecznych księgach. Duńczycy znaleźli także korytarze wygryzione w księdze prze korniki – podobne jak w innych księgach z tamtego czasu. Żaden historyk biorąc pod uwagę wyniki tych badań nie był już w stanie podważyć palmy pierwszeństwa Wikingów w odkryciu nowego lądu mimo to, zapewne jeszcze długo trzeba będzie poczekać aż taka informacja trafi do szkolnych podręczników. Wielu pełnych pasji krytyków mapy Vinlandii wciąż zajmuje wysokie stanowiska w amerykańskim systemie edukacyjnym i ich fideistyczna zatrata jest ostatnią barierą jaką po tysiącu lat musza pokonać Wikingowie aby znaleźć dla siebie właściwe miejsce w pełnej znużenia historii naszego globu.

Tymczasem zaledwie w zeszłym roku na trawersie nowojorskiego Battery Park pojawił się prawdziwy wikiński draken! We wrześniu 2016 r. przypłynęła do Ameryki największa (115 ft) replika łodzi Wikingów, jaką do tej pory udało się zbudować. Okręt o nazwie “Draken Harald Hårfagre”, wyruszył w kwietniu 2016 r. z norweskiego Haugesund i odwiedził po drodze nie tylko Nowy Jork, ale także amerykańskie i kanadyjskie porty na Wielkich Jeziorach. Łódź wraz z norweską załogą entuzjastów przeżyła potężne sztormy i spotkania z górami lodowymi by drogą Leifa Eriksona dotrzeć do Ameryki i symbolicznie postawić kropkę nad “i”, udowadniając że ich przodkowie byli w stanie dokonać takich podróży ponad tysiąc lat temu.

Znacznie skromniejsza łódź Wikingów z wyspy Mayreau nie powinna w tym świetle budzić zdziwienia. W końcu aby dotrzeć na Karaiby musiała pokonać z Danii szmat drogi, co rodzi podejrzenia, że być może Karaiby również nie były Wikingom obce. Należąca obecnie do USA wyspa St. Croix, była kiedyś własnością duńskich królów, przekazaną temu krajowi przez zakon…. Kawalerów Maltańskich – spadkobierców słynnych i tajemniczych Templariuszy! Do dziś na St. Croix wciąż znajduje się w pełni funkcjonująca stanica niegdyś rycerzy zakonników, legendarnych Krzyżowców, z których wielu miało skandynawskie pochodzenie. “Naszemu” Wikingowi mimo siedmiomiesięcznego pobytu na wyspie jakoś nie udało się wtopić w tłum krajowców i wyraźnie od nich odstawał swoją bujną blond czupryną. Spotkaliśmy go jeszcze wieczorem w nadbrzeżnym barze, gdzie małymi łyczkami popijał drinka i słuchał muzyki zaciągając sie od czasu do czasu miejscowym ziołem. Dzień później opuściliśmy gościnne Mayreau. Wiking, który zapewne żył w rytm lokalnego czasu nie pojawił się na pokładzie kiedy wyciągaliśmy kotwicę. Jakiś czas odprowadzaliśmy wzrokiem spokojnie kołyszącą się na wodzie drewnianą łódź. Wikingowie, byli ludźmi dla których najcenniejsze było nie złoto, które i tak rabowali gdzie się da, ale ich osobista wolność. Cenili ją ponad wszystko, gardząc tymi, którzy akceptowali życie pod butem innych. Nasz Wiking bez wątpienia wyznawał te same wartości, decydując się na życie na marginesie świata. Dlatego od czasu do czasu jego obraz pojawia się gdzieś w zakamarkach pamięci, nawołując do dezercji z naszej coraz bardziej skomplikowanej cywilizacji

Alternatywna historia

Czasami sceny, które zazwyczaj ogląda się w filmach z Hollywood zdarzają się w realnym życiu. Kiedy Clark razem z Inez przygotowywali się do niebezpiecznego spływu wśród wodospadów Pongo, nagle ich zdumionym oczom ukazał się lądujący na rzece hydroplan. Baron von Wolfenegg pojawił się niemalże w ostatniej chwili dotrzymując słowa Inez, że powróci by jej pomóc. Podroż do stóp Andów trwała dzięki temu znacznie krócej i była łlatwiejsza niż planowano. Inez pożegnała rycerskiego barona i dwójka śmiałków zaczęła wspinać się w coraz bardziej strome góry. Co jakiś czas napotykano Indian Aguaruna, którzy jak Jivaro byli łowcami głów, ale Inez znała ich dialekt i szybko znajdowano porozumienie. Indianie zaskoczeni tym że biała kobieta zna ich język obdarowywali ich jedzeniem i nawet chcieli podarować jej spreparowane czaszki, ale Inez z wdziękiem odmówiła przyjęcia prezentu.

27 Listopada dotarli do miejsca zwanego Jaén de Bracamoros, gdzie znaleźli dawno opuszczone fortyfikacje. Clark doszedł do wniosku, że musiały to być umocnienia zbudowane jeszcze przez konkwiatadorów kilkaset lat wcześniej, którzy chronili się tu przed zatrutymia strzałami Indian Jivaro. Znaleziono kanał dostarczający wodę a także pasy wysypanego żwiru wskazujące, że ktoś przesiewał go w poszukiwaniu złota. Plaża na brzegi rzeki skrzyła się od złotego piasku. Indiańskie kobiety przechadzały się po plaży zbierając bryłki złota jak gdyby to byly grzyby w lesie. Clark nie zwlekając sam zaczął je zbierać i wkrótce miał w kieszeniach ponad kilogram kruszcu! Był już pewien, że odnalazł swoje El Dorado! Następnego dnia sprzedał Indianom wszystko co miał: od brzytwy do golenia po ekstra amunicję i zamienił na wypełnione złotem bambusowe tuby.

2 grudnia Clark razem z Inez wyruszyli wreszcie w powrotną drogę. Na andyjskim płaskowyżu kupili konie bo czas zaczął odgrywać istotną rolę. Musieli przejść przez Andy bo inaczej wiosną następnego roku znaleziono by tylko ich kości. Żywili się wężami i tylko raz udało się Clarkowi ustrzelić jelenia. Zjedli też niedźwiedzia, którego Clark zabił maczetą. Konie i muły zaczęły okazywać coraz większe oznaki skrajnego wyczerpania i zaczęły odmawiać posluszeństwa. Clark musiał je pozostawić na płaskowyżu, zakopał kilka tub ze złotem i z resztą tub na plecach ruszył w dalszą drogę. Inez znalazła po drodze dwa mlłode oceloty. Ze sznura zrobila im smycze i prowadzila je przed sobą a zwierzętom wyraźnie to nie przeszkadzało. Kiedy dotarli śmiertelnie znużeni do niewielkiego, górskiego miasteczka Bellavista usnęli kamiennym snem na progu stajni dla mułów: Inez, Clark i dwa oceloty.

Znów uśmiechnęło się do nich szczęście. Nadjechał autobus który zabrał ich do Quito. Tam rozstali się. Inez poleciała do Londynu utrzymując, że znalezione złoto należy do kartelu dla którego pracowała. Clark ze złotem poleciałl do San Francisco. Nie mógl sprzedać złota oficjalnie bo pochodziło z terenów spornych i żaden kantor by go nie kupił. Znalazł się jednak broker, który zaplacił Clarkowi 16 tys. dolarów i obiecał drugie tyle gdy sprzeda złoto swoim kolegom. Następnego dnia Clark odkrył, że broker porannym samolotem poleciał do Kolumbii i słuch po nim zaginął. Clarkowi nie zostalo nic więcej jak wysłać połowę zarobku Inez do Londynu co zrobił i już w domu zaczął pisać swoje wspomnienia pt. “Rivers Ran East” (“Rzeki płyną na wschód”). Książka została wydana i spotkała się z dużym zainteresowaniem. Zarobił na niej więcej niż na przywiezionym z takim trudem złocie. Nigdy już nie wrócil do El Dorado.

Książka “Włóczęga az do śmierci” okazała się dla niego prorocza. W 1957 ruszył znow na poszukiwanie złota – tym razem nad rzekę Rio Caroni w Wenezueli. Poszedł w dżunglę i nikt go już wiecej nie zobaczył. Niektórzy uważają, że zmarł na malarię. Inni, że jego szczęście skończyło się i został w dżungli zabity przez Indian.

Inez Pokorny również zniknęła. Podobno przeprowadziła się do Nowego Jorku i tam zmarła w 1978 r., ale nikt tego nie wie na pewno. Złoty kartel dla którego pracowała nigdy nie ogłosił, że wydobywa złoto z El Dorado i kto wie – może nadal wydobywa je w tajemnicy przed światem.

koniec

Alternatywna historia

Po wyjeździe Mendozy Clark musiał radzić sobie sam, ale szczęście mu sprzyjało. Poznany przypadkowo lokalny dowódca armii peruwiańskiej zaprosił go na pokład swojego hydroplanu, który leciał do “Perły dżungli” – Iquitos. Clark miał tam sobie załatwić oficjalne pozwolenie na zbadanie dżungli wzdłóż rzeki Marañón do miejsca, gdzie na mapie ojca Salinasa zaznaczono El Dorado. W Iquitos wreszcie mógł odpocząć po trudach przedzierania się przez tropikalny las. Było to pierwsze, w pełni cywilizowane miejsce od czasu gdy opuścił Limę. Jego podanie o pozwolenie na zbadanie dżungli zostało jednak – ku zaskoczeniu Clarka – odrzucone. Miejsce znajdowało się na pograniczu Peru i Ekwadoru a w ostatnim czasie kraje te nie miały ze sobą najlepszych stosunków i coraz częściej mówiło się o wojnie. Clark zwrócił się z prośbą o mediację do amerykańskiego konsula w Iquitos – Lewisa Gallardy. Gallardy wedział dokładnie jakich użyć znajomości, żeby takie pozwolenie zostało wydane. Clark zaimponował mu swoją wojenną przeszłością i służbą dla OSS. Na pożegnanie Gallardy przekazał mu nawet list polecający do kilku znajomych biznesmenów z miejscowości Borja, nad brzegiem rzeki Marañón. W Iquitos Clark zamieszkał w luksusowym hotelu Malecon Palace.

Po wyjeżdzie Mendozy Clark potrzebował tłumacza i korzystając ze znajomości amerykańskiego konsula zaczął poszukiwania odpowiedniej osoby. Jednym z jego rozmowców byl Anglik – Ian Rokes. Rokes przedstawił Clarkowi kobietę – Inez Pokorny – która w jego mniemaniu byłaby doskonałym partnerem podróży Clarka. Inez była młodą i piękną Amerykanką. Od ośmiu miesięcy wędrowała przez dorzecze Amazonki i nikt dokladnie nie znał celu jej podróży. W opinii wielu byla ekscentryczną poszukiwaczką przygód. Clark nie byl zachwycony taką propozycją obawiając się. że piękna kobieta nie sprosta trudom i niebezpieczeństwom przedzierania się przez dżunglę. Za to Inez zapaliła się do tej propozycji. Clark jednak kategorycznie jej odmówił. Parowiec należący do Flamingo Oil Company, na ktory kupił bilet miał odpłynąć następnego dnia o świcie. Jakież było jego zdumienie, gdy o umówionej godzinie pojawił się na nadbrzeżu i okazało się tam, że statek odpłynął bez niego! Wściekły zastanawiał się co robić, gdy pojawiła sie przed nim uśmiechnięta Inez. Miała w Iquitos przyjaciela, ktorym był austriacki arystokrata baron Walter Frass von Wolfenegg. Posiadał on solidną łódź motorową “La Patria” i gotów był popłynąć z Inez choćby na koniec świata. Inez zaoferowała Clarkowi wspólną podróż razem z baronem w górę rzeki do Borja. Clark nie miał wyjścia i musiał zgodzić się na współpracę i wspólny rejs. Nie żałował tej decyzji. Inez Pokorny okazała się nie tylko znakomitym kompanem podróży, ale także kompetentnym żeglarzem, świetnym wędkarzem i doskonałym strzelcem. Niewielka ekspedycja powoli zbliżała się krętą rzeką w stronę Marañón. Nieoczekiwanie dla wszystkich silnik na łodzi zaczął się krztusić i wreszcie przestał pracować. Uszkodzenie okazało się poważne i załoga “La Patrii nie zdołała go naprawić o wlasnych siłach. Trzeba było przybić do brzegu i czekać na najbliższy przepływający statek.

Jeszcze tego samego dnia w prowizorycznym obozie pojawił się konno lokalny właściciel ziemski. Był to starszy, elegancki człowiek przedstawiający się jako Don Garcia. Zaprosił wszystkich do swojego domu. Kilka dni póżniej załoga “La Patrii” zameldowala baronowi von Wolfenegg, że na brzegiu dostrzeżono Indian Jivaro. Jivaro byli łowcami głów i załoga była bliska paniki. Baron zdecydował, że spłynie z prądem rzeki z powrotem do Iquitos i tam naprawi łódź. Clark nalegał, żeby zabrał ze sobą Inez, ale Amerykanka stanowczo odmówiła – czym Clark wcale nie byl zaskoczony. Byl akurat piątek, trzynastego, kiedy łodź barona odbiła od brzegu a Inez i Clark machali mu na pożegnanie z werandy domu Don Garcii. Gdy “La Patria” zniknęła za pierwszym meandrem rzeki Clark wynająl od plantatora niewielką łodź z dwoma wioślarzami i wraz z Inez wyruszyli w górę rzeki. Don Garcia był pewien, że nie zobaczy już więcej ani barona ani swojej łodzi, ani pary szalonych Amerykanów. Jego przeczucia niemalże się sprawdziły. Kilka dni później w środku nocy coś obudziło Clarka. Instynkt doświadczonego żołnierza działał bez zarzutu. Gdy otworzył oczy w blasku dogasającego ogniska dostrzegł zbliżającego się do jego twarzy węża. Był to jadowity nacanaca. Clark wyszeptał imię Inez i ta natychmiast się obudziła . Od razu zobaczyła węża przy twarzy Clarka i powoli sięgnęła po Colta. Wąż musiał wyczuć jakieś zagrożenie i nagle trysnął fontanną jadu prosto w twarz Clarki poczym wbił swoje jadowite zęby w jego kark. Inez wystrzelila i zabiła węża. Śmiercionośna rana została jednak już zadana. Tymczasem Clark powoli zapadał się w wywołane jadem delirium. Zerwani ze snu wystrzałem rewolweru wioślarze Don Garcii byli Indianami Cocama. Kiedy zobaczyli zabitego weża i ranę na karku Clarka w milczeniu zaczęli przygotowywać ziołowy okład. Okład prawdopodobnie uratował Clarkowi życie, ale kiedy nastał dzień półprzytomny od jadu Clark zdał sobie sprawę że oślepł.

Kiedy po kilku dniach ocknął się z gorączki poczuł, że leży na dnie płynącej łodzi. Zawołał Inez i zapytał dokąd płyną. Inez uspokoila go, że nadal trzymają się planu i płyną w górę rzeki do Borja. Nie była to łatwa podróż. Rwąca rzeka wywróciła łodź dnem do gory. Pasażerowie, łącznie ze ślepym Clarkiem zdołali jednak doholować ją do brzegu, wylać wodę i płynąć dalej. Innym razem jeden z Indian Jivaro zaczął zbyt natarczywie zalecać się do Inez, ale ta delikatnie wyglądająca kobieta szybko dała sobie z nim radę. Tymczasem Clark powoli zacząl odzyskiwać wzrok. Po prawie dwóch tygodniach żmudnego wiosłowania w górę rzeki dotarli do niewielkiej chaty stojącej na brzegu rzeki. Mieszkał w niej plantator Miguel Rojas, którego żoną była Indianka Jivaro. Dwóch wioślarzy Cocoma nie pytając nikogo o zdanie uznało, że dotarło do celu podróży i zniknęli bez pożegnania w dżungli. Tymczasem okazało się, że Rojas był właścicielem motorówki i za niewielką opłatą zgodził się dociągnąć łodź podróżników do Borja. W rzece zauważyli płynącą obok ich łodzi zygzakiem wielką anakondę. Anakonda nie jest jadowitym wężem, ale krajowcy unikali jej jak ognia. Wąż czesto w idelnej ciszy podpływał do niewielkiej dłubanki indiańskich rybaków i chwytał w potężny pysk jednego z nich. Następnie wciągał go głęboko pod wodę i czekal aż nieszczęśnik przestanie walczyć i wyzionie ducha – wtedy wąż spokojnie mógł się nim posilić. Anakonda na lądzie była równie niebezpieczna. Jej glowa jest niezwykle twarda i wąż potrafi zadać nią niczego niespodziewającemu się człowiekowi ogłuszający cios. Podczas, gdy ten leżał nieprzytomny na ziemi, anakonda owijała go swoim potężnym ciałem i łamala kości, żeby łatwiej jej było połknąć swoją zdobycz.

Dzięki opiece Inez Pokorny Clark powoli odzyskiwał siły i wzrok. Był wdzięczny losowi za tak dobrą i troskliwą towarzyszkę podróży. W Borja postanowił wyznać jej prawdziwy cel swojej podróży i pokazał mapę jaką w Limie kupił od Maldonaldo. Opowiedział jej historię konkwistadorów, którzy wg niego prawdopodobnie wielokrotnie odwiedzali El Dorado, w tajemnicy przywożąc stamtąd złoto. Inez słuchała go w milczeniu i Clark był pewien, czy za chwilę nie powie mu że ma gorączkę i że jeszcze nie doszedł do siebie po ukąszeniu przez nacanaca. Tymczasem stalo się zupełnie coś innego. Inez cicho powiedziala mu, że wcale nie jest szaloną turystką i jest w amazońskiej dżungli, bo szuka złota…

Inez Pokorny okazala się być wysłanniczką kartelu zwanego National Gold Bearing Society, które miało swoją siedzibę w Londynie. Szukała tego złota od 1945 r, ucząc się hiszpańskiego i miejscowych narzeczy indianskich. Kiedy Clark pokazał jej list polecający od amerykańskiego konsula, wśród nazwisk Inez rozpoznała kilka, reprezentujących jej złoty kartel w Londynie. Rezydowali oni w Borja bo miejscowi Indianie co jakiś czas przynosili z dżungli wydrążone łodygi bambusa wypełnione złotymi bryłkami. Gold Bearing Society skupowało to złoto i próbowało dowiedzieć się skąd Indianie go przynoszą. W Borja stacjonował niewielki garnizon wojskowy. Kilka dni po przybyciu Clarka do miasta jeden z peruwiańskich żołnierzy przyniósł mu oficjalny dokument unieważniający jego pozwolenie na eksplorację regionu Marañón. Clark miał do wyboru, powrot do Iquitos i ponowną próbę załatwienia dokumentu, albo dalszą drogę bez permitu, przez co stawał się w oczach peruwiańskich władz przestępcą i musiałby wracać przez Ekwador, żeby uniknąć konsekwencji. Jad węża wciąż jeszcze mocno dawał znać o sobie i zapewne wspomógł desperacką decyzję Clarka, aby jednak ruszyć w poszukiwanie El Dorado, które wydawało się być już tak blisko. Inez też nie zamierzala wracac do Iquitos i para podróżników, będąca od jakiegoś czasu pod obserwacją peruwiańskich żołnierzy wymknęla się niezauważona przez nikogo o świcie 28 października, ruszając przez kipiące od wody wodospady Pongo de Manseriche. Zaczynała się pora deszczowa a oszalała od nadmiaru wody rzeka wydawała się nie do przebycia.