Alternatywna historia

Najnowsza “Paralaksa” już w najbliższą niedzielę – oczywiście w Radio Paranormalium. Zaczynamy o 18:00 na godzinę przed “Debatą”.

Tematem będzie nadal Antarktyda, bo trudno jest go ogarnąć w godzinkę. Składa się on z tak wielu rozmaitych elementów, że układanka jest naprawdę skomplikowana. Wg mnie ma jednak sens. Punktem wyjścia będzie wojna kosmiczna (ktora mogla sprawić że Antarktyda znajduje się w tym wlaśnie punkcie Ziemi, a następnie Hermetyka, egipskie podejście do mitu Atlantydy, transhumanizm (!) i jeszcze jeden rzut okiem na rolę i cele nazistów w antarktycznej przygodzie. Przy tej okazji znów na chwilę wrócimy do admirała Byrda i jego niepokojących kontaktow z nazistami, którzy w moim pojęciu wcale nie są jakąś brutalną siłą polityczną z mocarstwową ideologią a religijnym, fanatycznym kultem.

W ten weekend nad Ameryką na kilka minut zgasnie Słońce i będzie to niezwykłe wydarzenie astronomiczne, z pewnością godne kilku słow komentarza. Czarne Słońce to także mroczny symbol nazistowskiego SS, forpoczty nowej religii, która wcale nie skończyla się w 1945 r. i trwa nadal w najlepsze.

Ostatni tydzien to niestety długa dawka milczenia na NA. Zbyt wiele obowiązków (głównie towarzyskich) zamieniło mnie w początkowe stadium zombie i marzę o weekendzie, żeby sie wreszcie wyspać. A ciekawych (mam nadzieję) tematów jak zawsze bardzo wiele. Mam ich od Was całą listę i trzeba będzie się za nie zabrać.

Zapraszam więc raz jeszcze w niedzielę a ewentualne pytanie czy inne zagadnienia proszę zostawić pod tym wpisem. Pozdrowienia!

Alternatywna historia

13 sierpnia w niedzielę kolejna “Paralaksa”. Słowo “kolejna” brzmi tu conajmniej jakbym miał ich już za sobą ze sto sto albo i więcej – a to dopiero druga audycja w nowej edycji. Słuchaczom wielkie dzięki za ostatnie nasze spotkanie. Nie było okazji pogadać na żywo, ale czasu mało a tematy do rozgryzienia monstrualne. Zapisuję skrzętnie Wasze wszystkie propozycje i pytania i z pewnością je omówię, ale nie chronologicznie jak obiecałem. Redundancja zabija i jeśli będe powtarzał tę samą historię po raz kolejny to pośniemy z nudów. Chciałbym żeby “Paralaksa” tematycznie jeździła po bandzie, ale sama brawura nie wystarczy. Nowe spojrzenie, nowe fakty, dokumenty, informacje z pewnością nadadzą dynamiki i sensu całości i może zainteresują przynajmniej kilka osób. Najbliższa audycja będzie być może tego przykładem a jej głównym tematem są tajemnice Antarktydy.

Czy wiecie że o Antarktydzie tak naprawdę wiemy mniej niż o Marsie? Informacje z tego kontynentu są skąpe, zdjęć jak na lekarstwo ludzie, którzy tam pracują niechętnie opowiadają o tym co tam robią, chyba że badają pingwiny. Wokół Antarktydy narosło kilka silnych legend i może już czas spróbować podejść do tego całościowo i wyostrzyć patrzenie na ten lodowaty kontynent. A ja lubie patrzeć całościowo i kto wie… może w trakcie tej rozmowy pojawią się też Anunnaki 🙂 – będzie więc nawiązanie do poprzedniej audycji.

W komentarzach na NA Arek podrzucił pomysł, który mi się bardzo spodobał. Chce żebym zrobił na stronce wprowadzenie do tematu najnowszej Paralaksy przed audycją i tam, pod wpisem, można zbierać pytania i różne inne zagadnienia. Ta krótka zapowiedź jest więc do tego okazją. W audycji będzie o tym wszystkim, o czym do tej pory pisałem na NA. Będą mroczni naziści, admirał Byrd i ostatnie dziwaczne wizytacje w osobach koronowanych głów, duszpasterzy kościoła i dygnitarzy państwowych. Spróbujemy też znaleźć jakieś odpowiedzi na pytanie o co chodzi z tą Antarktydą i co tam się teraz dzieje. Będzie kilka teorii konspiracji i jak zawsze garść rozmaitych, wysokooktanowych skojarzeń.

Pozdrowienia dla wszystkich Słuchaczy Paralaksy i do usłyszenia w niedzielę! Oczywiście w Radio Paranormalium!

Audycja do odsłuchania:

Radio Paranormalium:
https://www.paranormalium.pl/2046,sluchaj

YT:

Alternatywna historia

Starożytne egipskie monumenty wciąż kryją swoje tajemnice. Wewnątrz budowli co jakiś czas odnajdywane są ukryte labirynty, pasaże i tajne komnaty. Od dawna podejrzewano, że gdzieś w ścianach Wielkiej Piramidy znajduje się ukryta sieć korytarzy, które być może są w stanie uchylić rąbka jej tajemnicy. Eksperci w temacie wierzą, że stoją na progu nowego odkrycia, którym być może jest taka tajna nisza wewnątrz Wielkiej Piramidy w Gizie. Wnioski takie wyciągnięto podczas realizacji projektu zwanego ScanPyramids, gdzie do odkrywania i oznaczania ukrytych w budowlach wnęk, schowków i nisz używa się nowoczesnych urządzeń termograficznych. Pozwalają one także zlokalizować wiele artefaktów. Wielka Piramida w Gizie zwana także często Piramidą Cheopsa ma 146 m wysokości i przez 4 tys. lat była najwyższą budowlą na Ziemi! Oficjalnie ocenia się czas jej budowy na 2550 r.p.n.e. i jest to jedyny z Siedmiu Cudów Świata, który przetrwał do naszych czasów.

Do odkrycia ostatnich tajemnic piramidy stosuje się termografię w promieniowaniu podczerwonym, gdzie rejestruje się energię emitowaną przez obiekty, którą zamienia się na temperaturę przez co na ekranie widać kształt i położenie obiektu. Piramida skanowana jest także trójwymiarowym laserem. Wąska wiązka lasera emitowana wewnątrz budowli tworzy dokładną mapę jej wnętrza, tworząc jego trójwymiarowy model. Badacze wykorzystują także wykrywacz promieniowania kosmicznego. Wykrywa on miony, które powstają kiedy promieniowanie kosmiczne styka się z ziemską atmosferą. Miony bez szwanku przechodzą przez strukturę budowli a także przez ludzi, nie wyrządzając nikomu krzywdy. Kiedy miony przechodzą przez skałę lub inny gęsty materiał – zwalniają by w końcu się zatrzymać Mierzone w piramidzie miony tworzą sieć trajektorii, co pomaga w stworzeniu modelu wnętrza piramidy i wykryciu ukrytych nisz. Prowadzi się także testy chemiczne. Na szczęście pobrane do analizy próbki są na tyle małe, że nie wyrządzają budowli szkody. Urządzenie do mierzenia mionów zostało wykonane przez japoński uniwersytet w Nagoi, sensory przez także japońskie laboratorium badawcze KEK a mionowy teleskop wykonała Francuska Komisja Energii Atomowej.

Pierwsze badania wykryły na razie trzy przylegające do siebie kamienie, które emitują wyższą temperaturę od reszty budowli. Być może kryją one dostęp do ukrytej komnaty o której istnieniu nikt do tej pory nie wiedział. Niektórzy archeolodzy mają nadzieję odkryć w ten sposób miejsce ostatniego spoczynku królowej Nefretete. Była ona żoną faraona Echnatona, który doprowadził do potężnej rewolucji w starożytnym Egipcie, kiedy zlikwidował wyznawany tam politeizm i wprowadził religię monoteistyczną. Twarz królowej Nefretete jest jedną z ikon światowej kultury. Znana jest ze słynnej rzeźby przechowywanej w berlińskim Neues Museum. Mimo to Zahi Hawass jest nastawiony sceptycznie do przedsięwzięcia i nie podobają mu się obecne badania. W ostatnim czasie głośna wymiana zdań na ten temat pomiędzy byłym egipskim Ministrem Starożytności a egiptologami stała się zarzewiem konfliktu i może doprowadzić do przedwczesnego zakończenia prac. Hawass uważa, że nikt z rodziny Echnatona nie miałby prawa być pochowanym ani w piramidzie ani w Dolinie Królów.

Badania za pomocą nowoczesnych skanerów robiono już wcześniej, ale nie przyniosły one konkretnych rezultatów. Obecne prowadzi je politechnika z Turynu, która stosuje najnowsze i najnowocześniejsze skanery. Badania te pozwolą być może na ostateczne ustalenie chronologii w czasach starożytnego Egiptu, która dziś jest w większości umowna. Ustawia się ją wg czasów panowania konkretnych dynastii, co nie daje możliwości precyzyjnego ustalenia daty. Ewentualne odkrycia naukowców są zazdrośnie obserwowane przez archeologów, którzy obawiają się, że zastosowanie nowoczesnego sprzętu odbierze im palmę pierwszeństwa w odkrywaniu tajemnic starożytności. Zahi Hawass jest reprezentantem tej drugiej grupy.

Największy problem jest jednak w tym, że nawet wstępne badania wielu wspaniałych egipskich monumentów sugerują, że nie zostały one stworzone przez starożytnych Egipcjan! Do VII w.p.n.e. użycie żelaza na terenie Egiptu było minimalne. Dopiero najazdy Asyryjczyków wprowadziły żelazo do powszechnego użytku. Egipcjanie pogardzali żelazem uważając je za lichy metal o niewielkiej wartości. Wierzyli, że żelazo kryje w sobie ducha zła. Wśród wielu starożytnych egipskich artefaktów znaleziono zaledwie kilka egzemplarzy żelaza, który pozyskano z meteorytów i zastosowano w tworzeniu biżuterii.

Problem jednak leży w tym, że mimo tej pogardy dla żelaza do dziś można w Egipcie oglądać budowle i posągi wykonane z tak twardego materiału jak bazalt, dioryt czy granit, których nie da się obrobić za pomocą narzędzia z brązu, metalu znacznie delikatniejszego niż żelazo. Akademicka chronologia ustawia powstanie starożytnego Egiptu na trzecie milenium przed naszą erą i nawet jeśli jest to prawda, niektóre z artefaktów, zazwyczaj te o olbrzymich rozmiarach musiały być stworzone przez kogoś innego niż Egipcjanie.

Przykładem może być niedokończony Obelisk w Asuanie niedaleko granicy z Sudanem. Został on wycięty z twardego granitu. Miała go zamówić królowa Hatszepsut w 1478 r.p.n.e i gdyby udało się go podnieść, byłby największym obeliskiem w całej historii Egiptu. Ma 42 m wysokości i waży prawie 1200 ton. Pytanie jednak brzmi: jakich narzędzi użyto do jego wykucia a także jaką technologię zamierzano zastosować aby ustawić go w pozycji pionowej? Historycy wskazują na diorytowe tłuczki jako główne narzędzie ludzi pracujących przy tym obelisku co nie jest zbyt przekonywujące. Różowy granit jest tak samo twardy a nawet twardszy od tych prymitywnych narzędzi. O zastosowaniu narzędzi z brązu nie mogło być w tym przypadku mowy. Nawet gdyby pracujący przy tym obelisku ludzie wykazali się anielską cierpliwością i mrówczą pracowitością wciąż nie da się wytłumaczyć w jaki sposób stosowali kamienne tłuczki do wyłupywania granitu z głębokiego i bardzo wąskiego wykopu dookoła obelisku. Dla inżyniera Chris Dunna niedokończony obelisk w Asuanie jest przykładem na zastosowanie o wiele bardziej zaawansowanej technologii niż proponuje to oficjalna, akademicka wersja. Tezę tę potwierdzają fizyczne ślady jakie do dziś widać na ścianach obelisku. Nie ma wątpliwości, że do jego wycięcia zastosowano maszynę a nie tępe uderzenia kamiennych tłuczków. Tymczasem nie ma śladów takiej technologii w całej historii dynastycznego Egiptu. Każe to postawić następne pytanie: kto odpowiada za tego typu monumentalne projekty, skoro nie wykonali ich Egipcjanie? Jest to pośredni dowód na istnienie jakiejś wcześniejsze, zaawansowanej cywilizacji, która wymyka się póki co naszej wiedzy, a które istniała conajmniej przed 3000 r.p.n.e. Na przełomie XIX i XX w znakomity archeolog Flinder Petrie opisał szereg nawierconych w twardym kamieniu otworów, które nosiły na sobie ślady drążenia a także wydobyte z takich otworów granitowe rdzenie (podobne w wyglądzie do tych, jakie dziś pobiera się z lodowców). Nawet dziś można je zobaczyć w londyńskim muzeum przy University College of London. Znajdują się tam rdzenie wapienne, alabastrowe, granitowe a także wydrążone z innych rodzajów skały. Chris Dunn mial okazję dokładnie przyjrzeć się tym rdzeniom i jako specjalista w budowie maszyn ocenił, że urządzenie które tego dokonało musiało wchodzić w kamień z prędkością 500 razy większą od współczesnych wierteł diamentowych przy zaledwie 900 obrotach na minutę. Oficjalna akademicka wersja mówi, że wykonano ją za pomocą miedzianej rury i piasku, co wydaje się być kompletnym nieporozumieniem.

Czy w odległej przeszłości na terenie Egiptu mogła się rozwijać jakaś inna cywilizacja? W 1901 r. w grobowcu niedaleko egipskiej wioski Beit Khallaf odnaleziono szkielet faraona Sa-Nakhta. Oceniono, że należał on do Trzeciej Dynastii a czas jego życia przypadał na 2700 r.p.n.e. Był on niezwykle wysokim mężczyzną – prawdziwym gigantem wśród swoich poddanych i liczył sobie 199 cm wzrostu. Wg egiptologa Michaela Habichta z zurychskiego Instytutu Medycyny Ewolucyjnej, średni wzrost mieszkańca starożytnego Egiptu z tamtych lat wynosił 170 cm, co i tak wydaje się być liczbą nieco naciąganą. Najwyższym wzrostem po Sa-Nakhtcie faraonem był Ramzes II, który żył całe tysiąc lat później i mierzył sobie 175 cm. Widząc takie dysproporcje, szwajcarscy egiptolodzy natychmiast uznali, że Sa-Nakht musiał cierpieć na gigantyzm bo inaczej trudno jest wytłumaczyć jego wzrost – zwłaszcza, że wg tych samych egiptologów w kraju faraonów preferowano znacznie mniejsze rozmiary…. Sa-Nakht był pochowany w elitarnym grobowcu, co świadczy o jego wysokiej (nomen omen) pozycji w krainie piramid. Można jedynie spekulować czy być może reprezentował on być może jakąś inną grupę ludzi , która zniknęła z historii zostawiając po sobie monumentalne zabytki przypisywane dziś poczciwym Egipcjanom… Tajemnica starożytnego Egiptu nadal tonie w egipskich ciemnościach.

Alternatywna historiaOcean

W dzisiejszych czasach można odnieść wrażenie, że nasza planeta ma już przed nami niewiele do odkrycia. Od dawna nie ma już geograficznych białych plam a jej najdalszy nawet zakątek można sobie obejrzeć przez Google Earth, popijając kawkę w wygodnym, ergonomicznym fotelu. Od czasu do czasu elektryzuje jeszcze widomość o jakichś nieznanych starożytnych ruinach ukrytych w resztkach dżungli czy mumii rozmrożonej w syberyjskiej tundrze. Trudno spodziewać się czegoś większego a już z pewnością nie zaginionego kontynentu. Masy lądów i ich geologia są tak dobrze znane, że ledwie starcza w nich miejsca na Atlantydę. Tymczasem zupełnie nieoczekiwanie, z oparów geologicznej historii wynurzył się zupełnie nowy i nieznany kontynent i nosi on nazwę Zelandia.

Zelandia nadal w wiekszości przykryta jest wodami Pacyfiku, ale nie ma wątpliwości, że w przeszłości był to sporych rozmiarów kontynent, którego pozostałością jest wyspiarski kraj o nazwie Nowa Zelandia. Nowa Zelandia jest pozostalością tego, co zostało po starej czyli jej najwyższe szczyty, obejmujące dodatkowo Nową Kaledonię. Ten zatopiony ląd byl kontynentem bo ma swoją odrębną geologię, która klasyfikuje go do takiej grupy. Dziś 94% jego powierzchni znajduje się pod wodą. Budowa geologiczna tego zatopionego lądu kompletnie odróżnia go od Australii wskazując na jego indywidualny charakter

Odkrycie to okazuje sie być niezwykle ważne, bo kryje w sobie zapewne odpowiedź na wiele trudnych pytań dotyczących historii naszej planety. Zelandia jako lądowa masa istniała jeszcze nad powierzchnią oceanu 53 miliony lat temu. Była ona częścią superkontynentu Gondwana. Gerald Dickens – geolog z Rice University prowadzi pierwsze badania zaginionego lądu i wstępne wyniki są zaskakujące. Okazało sie, że temperatura jaka wówczas panowała na Ziemi w tej części świata była 10-12 stopni Celsiusza wyższa niż dziś. Nie pasuje to żadnego modelu klimatycznego jaki funkcjonuje we współczesnej nauce.

Powierzchnię Zelandii oszacowano na ok. 5 milionów kilometrów kwadratowych i trwa obecnie dyskusja, czy należy do podręczników geograficznych wprowadzić termin: Ósmy Kontynent. Badania trwają i w chwili obecnej naukowcy ze statku badawczego “Joides” pobierają próbki osadów pochodzących z eocenu, próbując zrozumieć ewolucję ziemskiego klimatu. Wstępne wyniki opublikowano na stronie “Geological Society of America”.

Interesujące jest to, że Zelandia jako duży stały ląd jest często wymieniana przy okazji opisywania tzw. Efektu Mandeli. W ostatnich latach spora grupa ludzi widziała kiedyś to miejsce na mapach świata. Podejrzenia na temat istnienia ósmego kontynentu mają swoją dość krótką historię, bo zaczęto taką możliwość brać pod uwagę dopiero w 2014 r. Mimo to w opinii wielu ludzi wiedza na jego temat istniała już wcześniej.

Alternatywna historia

Trójpalczaste peruwiańskie mumie z oporami przedzierają się przez lawinę światowych newsów (pokazują je czasem w brukowcach). W sumie trudno się dziwić. Chyba każdy z nas był świadkiem wielu internetowych fałszerstw, oszustw i żartów. A peruwiańskie mumie rzeczywiście wyglądają jak fałszerstwo. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że są prawdziwe w obawie że się ośmieszy. I ja też tego nie powiem :). Temat tych mumii zaintrygował mnie jednak na tyle, że doszedłem do wniosku iż warto go kontynuować. Do samego końca. Cokolwiek on w tym przypadku znaczy. Wychodzę z założenia, że gdyby fenomen trójpalczastych mumii był zwykłym oszustwem zostałby szybko wykryty. Tymczasem jak sie okazuje, cała historia trwa już półtora roku i dotyczy znacznie większej ilości mumii… Jest jeszcze trójpalczasta dłoń od której wszystko sie zaczęło i jest to dłoń monstrualnych rozmiarów.

Brien Foerster, który na codzień mieszka w Peru i z mumiami jest za pan brat jest także ostrożny w opiniach. Ma dość swoich własnych kłopotow, prowadząc batalię z peruwiańskimi urzędami aby przeprowadzić badania genetyczne wydłużonych czaszek. Trójpalczaste mumie swoimi giętkimi paluszkami wbiłyby mu ostatni gwóźdź do trumny gdyby się w tą sprawe zaangażował. Mimo to Brien (którego zdanie sobie bardzo cenię) uznał, że mumie sprawiają wrażenie prawdziwych… Nawet jesli cała logika i rozsądek odrzuca takie podejście. Potwierdził to lekarz ze szpitala z Cusco, ktory przeprowadził wstępne badania i prześwietlenia nie dopatrując się niczego podejrzanego. No może oprocz tego, że być może nie mamy do czynienia z istotą ludzką….

Poniżej tłumaczenie filmiku zamieszczonego w grudniu 2016 r. przez jednego z odkrywców trójpalczastych, peruwiańskich mumii. Może warto posłuchać od czego wszystko się zaczęło i z czym tak naprawdę mamy do czynienia…

Dzień dobry, mój nick to krawix. Zdecydowałem, że powoli przestanę być anonimowy aby pokazać te znaleziska.

Zanim to zrobię chcę wyjasnić, że te istoty zostały znalezione przez dwóch moich przyjaciół w południowej części peruwiańskiej pustyni. Miejsce to nie jest jaskinią. Znaleźli niewielkie kamienne drzwi na pustyni. Bardzo dziwne…. Kiedy usunęli drzwi i weszli do środka znaleźli sarkofag a po chwili drugi sarkofag.

Miało to miejsce w styczniu 2016 r. Wszystkie istoty w sarkofagu były pokryte bardzo drobnym glinianym pyłem.

To co się osypuje to glina. Możecie zobaczyć jak opada glina.

Chciałbym powiedzieć coś ważnego. Te istoty nie są ssakami bo nie mają gruczołów piersiowych. Nie porównuję ich do ludzi bo nie są ludźmi. Wiele istot zostało znalezionych w drugim sarkofagu. Znaleźli je moi przyjaciele – nie ja.

Moja teoria: W sarkofagachh znajdowały się różne istoty. Nie sądzę aby zmarły tego samego dnia. Myślę, że ktoś tam je zebrał, po to aby później zostały odnalezione. Znam święte pisma, przepowiednie i legendy z całego świata. W tych pismach jest wiele prawdziwych informacji potwierdzonych później przez naukę. W Biblii powiedziano, że kiedyś żyli giganci. I oto jest dowód.

Pewien biolog zaproponował aby nadać im naukowe imię. Rozważam taką możliwość. Doktor powiedział, że usunie żebro aby zbadać DNA. Istota ma trzy żebra. Albo otworzy tylną część czaszki i weźmie próbkę z jej wnętrza.

Dłoń, którą widzimy jest wielka. Ma sześć paliczków, sześć paliczków i pięć paliczków. Człowiek ma tylko trzy paliczki. Wyobrażam sobie, że taka dłoń chwytała jak ośmiornica. Dłoń nie ma kciuka. Szerokość dłoni jest niewielka. Brakuje też dolnej części dłoni. Dłoń powinna być dłuższa.

Można zobaczyć, że istota miała paznokcie a nie szpony. Z tego powodu uważam, że to istota w trakcie ewolucji a nie dzikie zwierzę. Widzimy tutaj odkryte fragmenty kości. Kość jest bardzo porowata. Tutaj mamy kostki palców, tutaj paliczki, a tutaj znajduje się pierwszy metalowy pierścień. Metal nie ma śladów rdzy ani korozji. Nie wiem czy jest to ziemski metal czy też alloy. Potrzebna jest dalsza analiza.

Poniżej mamy drugi pierścień. Pierścień obejmuje kość i wiązkę nerwów. Tutaj mamy kawałek odciętego nerwu. Wystaje na centymetr, w sam raz na test DNA. Mam nadzieję, że zrobią taki test.

Tutaj możecie zobaczyć sześć paliczków, sześć paliczków i pięć paliczków. Aż dotąd, bo te trzy kości są częścią dłoni. Brakuje podstawy dloni. Nie rozumiem jednak dlaczego kości są połamane, tak jakby dłoń była zmiażdżona przez skałę.

Dziękuję za uwagę. Mam nadzieję pokazać wkrótce następne wideo. Najlepszą rzeczą będzie stworzyć dokumentację tego wszystkiego. Chciałem także podziękować moim przyjaciołom.

Chciałem jeszcze raz podkreślić, że sam tego nie znalazłem. Zostałem także zaproszony na konferencję. Dziękuję, ale jeszcze nie wiem czy tam pojadę. Ja nie jestem ważny. Ważne są te istoty. Dziękuję też wszystkim za śledzenie tego przypadku. Może następnym razem podam swoje imię, ale to nie jest ważne. Najważniejsza jest weryfikacja, która pokaże autentyczność tych istot.

Dziękuję wszystkim

Alternatywna historia

Na pustyni Nazca w Peru znaleziono mumie i nie ma w tym nic dziwnego, bo w tym kraju nie pierwszy raz dokonano takiego odkrycia. Mumie na pierwszy rzut oka różniły sie od innych, które do tej pory znaleziono. Miały one ludzką figurę i wygląd, jednak ich dłonie i stopy były zupełnie inne, bo zakończone były trzema długimi i chwytnymi palcami.

Temat trójpalczastych mumii wywołał ogromną ilość kontrowersji. Jedni widzą w nich brakujące ogniwo ludzkości, inni postaci z odległej planety a jeszcze inni sprytne fałszerstwo. Nie jest do końca jasne kto i gdzie je odnalazł. Najprawdopodobniej zostały znalezione przez lokalnego łowcę skarbów, który sprzedał je później bogatym kolekcjonerom. Zakupione zostały przez amerykańską kompanię „Gaia”, której szefem jest znany badacz tajemnic przeszłości Jay Widner. Widner nie jest nowicjuszem w badaniach starożytnych, nieznanych artefaktów. Wielokrotnie w swoim życiu widział nastepujące po sobie kompromitacje rozmaitych poszukiwaczy tajemnic, którzy rozpaleni ogniem trawiącej ich pasji ogłaszali światu, że są w posiadaniu szczątków, bądź artefaktów wskazujących na kosmiczną ingerencję jakiejś pozaziemskiej cywilizacji. Zazwyczaj w takich przypadkach okazywało się szybko, że jest to wyrafinowane oszustwo a artefakt lub szkielet jest szczytowym wytworem sztuki taksodermicznej. Przekonal się o tym niedawno L.A. Marzuli. Dlatego stary lis Widner postanowił być ostrożny. Stłumił rozsadzające go podniecenie i zebrał zespół fachowców, naukowców z rozmaitych specjalizacji medycznych aby zbadali co kryje się za tajemniczymi mumiami. Odkrycie tego kalibru ma moc zmienić cały paradygmat naukowy w wielu dziedzinach wiedzy a przede wszystkim wskazać na źrodło pochodzenia człowieka. Świat wówczas sam zdecyduje jak podejść do takiego odkrycia i czy należy od nowa napisac ksiażki z antropologii, paleontologii, antropometrii i historii naturalnej. Chyba, że po raz kolejny przekonamy się, że mamy do czynienia ze sprytnym fałszerstwem. Tak jak sam bardzo chciałbym aby peruwiańskie trójpalczaste mumie okazały się prawdziwe, to jednak walący pięściami w drzwi rozsądek podpowiada, że jest to zwykła (choć ze względu na swoją złożoność raczej niezwykła) ściema. Przyjrzyjmy sie zatem wspólnie całej tej sytuacji.

Pierwszym i podstawowym założeniem ekipy badawczej testującej mumie było trzymanie się metod naukowych. Bez tego każde, największe nawet odkrycie może zostać z łatwością podważone. Na czele badań stanął Rosjanin, dr Konstantin Korotkow z uniwersytetu w St Petersburgu. Jest on ekspertem w bioenergii i forensyce. Jest także prezydentem organizacji International Union of Medical and Applied Bioelectrography. Badaniom asystował słynny (niektórzy mówią, że ściemniacz) meksykański dziennkiarz śledczy specjalizujący się w UFO i innych tajemnicach naszej planety – Jaime Maussan. W badaniach wziął udział dr Edson Salazar Vivanco, peruwianski chirurg, dr Jose de Jesus Zalce Benitez i wykładowca z Narodowej Szkoły Medycyny Forensycznej w Meksyku. Ekipie towarzyszył także hiszpański archeolog Daniel Merino, kurator Muzeum Narodowego w Sican w Peru i M.K. Jesse specjalistka od radiologii szkieletów z University of Colorado Hospital. Plątal się tam także Francuz Thierry Jamin, archeolog, historyk a także prezydent (dość podejrzanego) Inkari institute w Peru.

Kiedy wyciągano mumie z kartonowych pudełek (!) wśrod zebranych panowała martwa cisza. Mumie nie wyglądały na dzieło przypadku. Wzrost pierwszej z nich oszacowano na 168 cm. Była to osoba humanoidalna, która była w stanie chodzić i poruszać rękami jak człowiek. Proporcje jej ciała były również podobne do ludzkich. Mumia pokryta była białym pyłem, co nadawało jej wygląd odlewu gipsowego. Ktoś zrobił to celowo, dzięki czemu skóra utrzymywała swoją suchość i mogła przetrwać do naszych czasów. Pod białym pyłem znajdowała się bardzo ciemna materia. Była to skóra i pozostałości tkanek osoby, którą w ten sposób zmumifikowano. Nie ulegało więc wątpliwości, że naukowcy mają do czynienia z istotą biologiczną. Posiadała ona głowę, szyję, klatkę piersiową, miednicę i kończyny. Na plecach mumii można było dostrzec wszystkie kręgi. Naliczono ich 25. Widoczne były także żebra. Mumia miała więc kompletną strukturę anatomiczną. Pobranie DNA z mumii pozwoliłoby na ustawienie jej we właściwym miejscu biologicznej ewolucji a także ustalenie do jakiego gatunku należała i jak blisko była w swoim rozwoju spokrewniona z człowiekiem.

Pierwsze badania DNA przeprowadzono w laboratorium w Rosji. Prowadził je dr Michaił Asjejew – szef departamentu genetycznego Rosyjskiej Akadamii Nauk. W wyniku tych badan naukowcy doszli do wniosku, że mumia była kobietą, bo odnaleziono tylko chromosomy X. Struktura jej ciała była identyczna z budową ciała ludzkiego. Mumia powoli przestawała być anonimowa i zaczęła wyjawiać swoje tajemnice. Nadano jej nawet imię: Maria. Nastepne badania przeprowadzono za pomoca tomografu a interpretacji wyników przeprowadzono przy udziale rosyjskiego Medycznego Instytutu MIBS. M. in. w czaszcze Marii odkryto resztki wysuszonego mózgu. Zdjecia pokazały także kontury serca w klatce piersiowej i resztki płuc a także zarys wątroby i jelit. Aby dokonać analizy pobranych próbek naukowcy musieli rozpuścić je w płynie. Okazało się, że substancja ta wydzielała silny, ziołowy zapach. Prawdopodobnie martwe ciało było moczone w ziołowej substancji podczas procesu mumifikacji. Był to proces podobny do tego, jaki stosowano w starożytnym Egipcie – tak twierdzi Daniel Merino – gdzie stosowano żywicę akryliczną i rozmaite rodzaje pigmentu aby utrzymać w jednej całości organy wewnętrzne. Dr Korotkow oświadczył, że nie ulega watpliwości, że proces mumifikacji nie jest czymś przypadkowym a zostal przeprowadzony celowo. Potwierdza to także poza w jakiej mumie przetrwały do naszych czasów. Pytanie jednak brzmi: czy była to mumifikacja przeprowadzona przez ludzi? Czy może przez kogoś innego?

Amerykańska doktor medycyny i uniwersytecki radiolog M.K. Jesse podczas badań nad zdjeciami rentgenowskimi czaszki odkryła coś niezwykle dziwnego. Sklepienie czaszki nie miało żadnych płyt i śladów złączeń. Jest jednolitą całością zbudowaną z litej kości. Czaszka ma wydłużony kształt. Same kości są bardzo gęste i Amerykanka ma poważne podejrzenia, że w jakiś sposób zostały one stworzone sztucznie (jak???).

Badania genetyczne prowadzone są obecnie w pięciu różnych krajach. Badania z udziałem węgla C-14 (przeprowadzone w dwóch rożnych laboratoriach) zgodnie ustaliły czas życia zmumifikowanej osoby na lata pomiędzy 245 a 410 r.n.e. najbardziej zdumiewająca jest budowa dłoni Marii. Pięć kości śródręcza połączyło się ze sobą tworząc trzy palce. Trzy palce mają 5 do 6-ciu paliczków i są o wiele dłuższe niż ludzkie dlonie. Nie wiadomo w jaki sposób Maria używała takich dloni, jasne jest jednak, że takie palce są o wiele bardziej elastyczne niż nasze. Niezwykle zbita tkanka kostna z jakich sa zbudowane świadczy o tym, że takie dłonie miały niezwykłą siłę. Nie ma na świecie żadnych badań naukowych, które wspominałyby o istocie ludzkiej mającej trzy palce. Nie ma na świecie drugiej istoty takiej jak Maria odnaleziona na pustyni Nazca.

Jednocześnie z przeprowadzanymi na mumii badaniami ruszyły poszukiwania w terenie, gdzie została ona znaleziona. Nie trzeba bylo dlugo szukać aby znaleźć petroglify przedstawiające trójpalczaste istoty wyryte w skale. W wielu miejscach Ameryki Południowej w sztuce ludowej przedstawiane sa takie właśnie trojpalczaste postaci. Czy jest to tylko legeneda? Czy być może taki wizerunek tajemniczych postaci jest częścią prehistorycznej realności? Czy jest możliwe, że te trójpalczastye humanoidy miały kontakt z jakąś starożytną cywilizacją w Nazca? Dr Korotkin jest pewien, że budowa ciała mumii z pewnością nie jest wynikiem jakiejś genetycznej deformacji.

W międzyczasie odnaleziono jeszcze trzy inne, mniejsze mumie (prawdopodobnie znalezione przez tego samego poszukiwacza skarbów). Po usunięciu białego pyłu skóra na mumiach przypomina skóre jaszczurki. Jedna z mniejszych mumii pozbawiona była głowy. Zanim poznano jej płeć nadano jej imię Victoria. Pierwszych badań dokonano w Inkari Institute. Badania radioweglowe wykazały, że Viktoria żyła w czasach pomiędzy 987 a 1145 r.n.e. (była 700 lat młodsza od Marii). Jej ciało wyglądało o wiele mniej naturalnie niż mumia Marii i badacze poważnie zaczęli się zastanawiać czy może jednak nie są ofiarą jakiegoś mocno wyrafinowanego oszustwa. Być może ktoś złożył takie ciało używając do tego celu zwykłych ludzkich mumii. Naukowcy sa zgodni co do tego, że jeśsli by tak było, to osoba taka nie tylko byłaby ekspertem w kwesti budowy i funkcjonowania ludzkiej anatomii, ale także niezwykle zręcznym artystą. Mimo, że Victoria również miała trzy palce wg naukowców nie należy do tego samego gatunku co Maria. Z pozostałych dwóch mumii zabroniono naukowcom pobierać próbek do badań w obawie przed ich zniszczeniem. Pozwolono jedynie na przeprowadzenie prześwietlenia rentgenowskiego, które wykazało poważne anomalia w budowie ramion i nóg. Liczba kości była mniejsza niż u człowieka. Klatka piersiowa jednej z mniejszych mumii (nazwana Alberto) sięga aż do pasa co wskazuje na reptyliańską budowę, podobną do budowy węża. Także szyja jest dłuższa niż u normalnego człowieka. Czwartą badaną mumią byla Josephine. Byla zbudowana podobnie jak Albert, ale na wysokości miednicy tej mumii znaleziono coś jeszcze… Były to trzy elementy przypominające … jajka (!!!). Z odczytu prześwietlenia wywnioskowano, że ich struktura składa się niemalże wyłącznie z wapnia… Mumię zbadano także tomografem.

Do tej pory wszystkie tego typu odkrycia były natychmiast przejmowane przez agencje rządowe i wojsko. Obecne odkrycie jest niezwykłą szansą aby przedstawić światu niezwykły gatunek ludzkiego humanoida. Mumie nie mają nosów a tylko otwory tam gdzie zazwyczaj są nozdrza. Nie mają też uszu. Inaczej jest zbudowana dolna szczęka. Jest tak niewielka, że przeżuwanie jedzenia z jej udziałem było właściwie niemożliwe. Badania genetyczne nadal trwają i na ich wyniki trzeba bedzie jszcze poczekać. Tymczasem do badań dołączono jeszcze jedną trójpalczastą mumię. Tym razem małego dziecka. Nadano jej imię Wawirta, co w języku keczua oznacza… dziecko. Czy jest to ściema na dużą skalę? Czy może rzeczywiscie jest to przełomowe odkrycie? Glosy w tej sprawie są mniej wiecej rozłożone po równo. badania DNA powinny jednak dac ostateczną odpowiedż w tej sprawie.

Alternatywna historia

To był bardzo miły wieczór w Radio Paranormalium i fajnie było wspólnie spędzić czas w gronie radiowych przyjaciół! I daleki tutaj jestem od czarowania czy kokietowania publiczności. Przy takich okazjach, kiedy pytania strzelają po wszelkich możliwych obszarach wiedzy, często i gęsto odbijają się rykoszetem, łatwo zostać ustrzelonym przez jakiegoś snajpera, który tylko czeka na nierozważny ruch… Tematy religijne i patriotyczne, w których każdy z nas ma swoją opinię to wyjątkowo mętny i niebezpieczny akwen. Tyle, że Radio Paranormalium innych niż kontrowersyjne tematów nie porusza, więc jak zawsze było o czym pogadać – ale – to już historia.

A historia jest jak niezwykle piękna, kapryśna i nieobliczalna kobieta, której każdy stara się przypodobać, zbałamucić albo wykorzystać do swoich, często podejrzanych celów. We wciąż zatrważająco aktualnej książce pt: “1984”, klasyk tematu – George Orwell zauważa przytomnie, że:

“ci którzy kontrolują przeszłość – kontrolują przyszłość a ci, którzy kontrolują teraźniejszość, kontrolują także przeszłość”.

Historia jest nieustannie okradana nie tylko z faktów, ale kto wie – być może także i czasu, bez ktorego żyć nie jest w stanie. Teoria Czasu Widmowego (ten interesujący wątek poruszył słuchacz marq) zakłada, że papież Sylwester z cesarzem Ottonem dołożyli światu prawie 300 lat (tyle, że bez pokrycia) aby wprowadzić historię w pierwsze millenium, w którym zapowiadano powrót Chrystusa na Ziemię. To ich pomysłem miała być postać Karola Wielkiego który, gdyby dokonał tego wszystkiego co przypisuje mu obecna historia, byłby prawdziwym supermenem. Taki zdumiewający wniosek postawił Helibert Illig, niemiecki analityk danych, który wyliczył, że w historii coś się nie zgadza i to na dużą skalę. Nie jest to wniosek pozbawiony sensu, bo z badań historyków niemieckich (m. in. Horst Fuhrmann badający historyczne teksty źródłowe zebrane w “Monumenta Germaniae Historica”) wynika, że Kościół Katolicki – w czasach średniowiecza monopolista w tworzeniu dokumentów – notorycznie je fałszował, czerpiąc z tego gigantyczne zyski i przywileje. Rosyjski matematyk – Anatolij Fomienko w wielotomowym dziele (napisanym razem z Glebem Nosowskim) pt. “Historia: Fikcja czy nauka” wyłożył swoje własne spojrzenie na chronologię historycznych wydarzeń, znacznie kondensując dzieje ludzkości i wskazując na wiele fałszerstw i zakłamań, do jakich dochodziło na przestrzeni wieków.

I rzeczywiście. Zdumiewające jest to, że dziś nikt nie pamięta w jaki sposób zbudowano piramidy, co się działo w tzw. “Ciemnym Średniowieczu”, kiedy i czy w ogóle żył Jezus i wiele innych niepokojących nieścisłości. W Polsce z kolei pojawił się problem tzw. “Imperium Lechii”, który wyskoczył z historii jak przysłowiowy diabeł z pudełka. Ciężko tą Lechię uchwycić nie tylko w dokumentach, ale przede wszystkim w fizycznych artefaktach. Widmowa Lechia tymczasem mocno zagnieździła się w rozpalonych głowach wszystkich tych, którzy marzą o imperialnej i pełnej chwały przeszłości. Historia jako dziedzina nauki, po bandzie wchodzi w gwałtowny zakręt, na tyle ryzykowny, że może się to nawet skończyć dla niej śmiertelnym zejściem.

“Zajeździmy kobyłę historii”

– nawoływal rosyjski /radziecki poeta – rewolucjonista – Wlodzimierz Majakowski. Czyżby to Rosja miała monopol na podpalanie świata i wszczynanie gigantycznych przewrotów w historii ludzkości?? Można się z tym zgadzić albo i nie, ale wygląda na to, że nawet Wielka Lecha – jeśli kiedykolwiek istniała – to tam właśnie, na terenie dzisiejszej Rosji wzięła swój początek (i tam znalazła swój smutny koniec).

Studiując renesansowe, kartograficzne dzieła sztuki co jakiś czas zdumiewamy się: raz nad geniuszem ich tworców, gdy pokazują lądy o których w ich czasach nikt za bardzo nie mógł mieć pojęcia a to znów nad ich naiwnością, gdy kurczą i rozszerzają oceany ozdabiając je kolejnymi Terra Incognita. Można studiować je godzinami, czasem odkrywając takie perełki jak tajne informacje Templariuszy u wybrzeży owianej legendą Oak Island, czy kontury Antarktydy, której obecności nijak wytłumaczyć nie można na mapie Piri Reisa. Doszukując się ukrytych detali omijamy często to, co powinno kłuć w oczy swoimi rozmiarami i położeniem. Takim miejscem jest Tartaria – gigantyczny obszar obejmujący niemalże całą Syberię od Rosji – ówczesnego Księstwa Moskiewskiego aż po Chiny. Obszar Tartarii z czasem kurczy się wraz z nieustannym rozrostem rosyjskiego samodzierżawia i jakoś nikogo dziś specjalnie nie interesuje kim byli mieszkancy Tartarii.

W naszym polskim rozumieniu Tartaria wymawiana jest bez jednego “r” a z Tatarami trzeba się było użerać przez dobrych kilkaset lat. Lud to dla nas obcy tak rasowo jak i religijnie. Obyczaj ich dziki, nijak nie pasujący do

“pól malowanych zbożem rozmaitem, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała”

Tartaria dla nas, gdzie nie spojrzeć wyglądała tak samo a jak już przestała tak wyglądać to na horyzoncie pojawiali się nagle Moskale, z którymi też dogadać się nigdy nie dało. Tymczasm na starodawnych mapach teren znanych nam Tatarów rzeczywiście jest Tartarią tyle że Małą – w przeciwieństwie do Tartarii Wielkiej, co jak (nie przymierzając) Wielka Lechia rozłożyła się na połowie azjatyckiego kontynentu. Z rzadka pojawiają się ilustracje, jak wyglądali owi Tartarzy, którzy szczególnie z Moskalami mieli na pieńku, tocząc przez setki lat krwawa wojnę. Na rysunkach z tamtych czasów, przedstawiających wojny Rosjan z Tartarami, trzeba się wnikliwie przyjrzeć, którzy są którzy – bo wyglądają po prostu tak samo! Nie ma tam skośnych oczu, cienkich wąsików a nawet strój ich jest podejrzanie podobny do mody kresowej. W kilku atlasach jest nawet wizerunek flagi pod którą jednoczyli się Tartarzy do walki z Moskalami. Był to czarny smok na złotym polu. Dziwnie to koresponduje z herbem miasta Moskwy, od którego zaczęła się obecna państwowość rosyjska, gdzie św. Jerzy zabija smoka…

Rosjanie nie reklamują swojej wojny z Tartarami. Powoli przez setki lat systematyczniue przejmują kolejne tereny by dobić resztki Tartarów przypartych plecami do Chińskiego Muru. Tartaria znika z mapy. Znika też unikalny, dzielny i nadal nieznany nam naród. Syberia wyludnia się i oprócz strategicznie rozłożonych twierdz, polskich zesłańców i prymitywnych ludów koczowniczych nie ma tam nikogo…. Jest jeszcze tajemnicza rewolta Pugaczowa, utopiona we krwi, ale historia na swoje karty przyjmuje wersję podaną przez carycę Katarzynę. Nikogo nie interesuje ogromny szmat ziemi niedostępny, obcy i odleglejszy niż zamorskie kolonie. Tartaria i jej przeszłość zostaje bezpowrotnie stracona zajmując miejsce na tej samej półce co Atlantyda, Kolchida czy Eldorado.

Wydarzyło się jednak coś zupełnie nieoczekiwanego. W 2002 r, na Półwyspie Jamał w północnej Syberii, niedaleko miasta Salechard, w topniejącej tundrze odkryto jakieś starożytnie wyglądające grobowce… Pojawili się naukowcy, politycy, wojsko i zaczęto kopać. Okoliczni mieszkańcy: głównie Nieńcy – wpadli w panikę. Zaczęli protestować i stanowczo rządali zaprzestania prac. Nie wiedzieli kim są ludzie pogrzebani w Zielonym Jarze nad rzeką Górny Połuj, ale bali się ich. Bali się, że ktoś obudzi śpiące w tych grobach demony. Wykopaliska na jakiś czas przerwano, ale kiedy pojawił się możny inwestor w postaci koreańskiego Uniwersytetu Narodowego z Seulu nikt na Nieńców już nie zwracał uwagi. Z wiecznej zmarzliny zaczęły się powoli wyłaniać ludzkie kości.

Na początku były to chaotycznie rozrzucone szkielety (co ciekawe, każdy z nich miał rozbitą czaszkę), ale w 2014 r. nastąpił ogromny przełom. Rosyjsko-koreańska ekspedycja badawcza odkopała doskonale zachowane mumie! Mumie te zawinięte były w kokon zrobiony z kory brzozowej. Należały do dzieci, którym w ostatnią drogę założono na twarze miedziane maski. Kokony również wyłożono miedzianymi płytkami, zawinięto w skóry reniferów, niedźwiedzi, rosomaków i bobrów i zakopano. Takiego rodzaju pochówku w tej części Syberii archeolodzy jeszcze nie widzieli. Połączenie niskiej temperatury i działanie chemiczne miedzi spowodowało, że ciała tych ludzi zostały w sposób naturalny zmumifikowane. W odróżnieniu od mumii egipskich, z których usuwano narządy wewnętrzne i chemicznie przygotowywano ciało do całego skomplikowanego procesu mumifikacji, mumie z Salechardu mały komplet wszystkich swoich narządów i kości. Wokół nich znaleziono wiele miedzianej i brązowej biżuterii a także broń. Mumie dzieci były jednak bardzo delikatne, bo ich kości nie wytworzyły się jeszcze w pełni a wysuszone ciało nie chciało się ich trzymać. Sezon letni na Jamale jest krótki, spakowano więc kokony z mumiami i przewieziono je do Tomska, gdzie rozpoczęto żmudne badania. Samo otwarcie kokona było skomplikowanym przedsięwzięciem, gdzie łatwo można było zniszczyc unikalne znalezisko.

Kokony udało się wreszcie otworzyć na początku 2016 r. a do badań dołączono kolejną mumię, tym razem dorosłego mężczyzny, który na swoich piersiach miał położoną sporych rozmiarów miedzianą blachę. Jego czaszka podobnie jak czaszki innych mumii była strzaskana. Badania medyczne prowadzono pod kierunkiem koreańskiego prof. Dong Hoon Shina i dr Siergieja Slepczenki. Naukowcy spodziewali się znaleźć w mumiach praprzodków Nieńców i nadali całej sprawie lokalny rogłos. Rozpoczęto nawet akcję pobierania krwi koczowników, aby zebrać porównawczy materiał genetyczny. Tymczasem kiedy zaczęto otwierać brzozowe kokony nastąpiło pełne zaskoczenie… Mumie były tak dobrze zachowane, że wciąż posiadały włosy i były to włosy koloru… blond (!). Niektóre z nich miały jasno-rudy kolor i na pierwszy rzut oka nie mogły mieć nic wspólnego z czarnowłosymi, pucułowatymi Nieńcami. Zapanowała konsternacja, bo trzeba było to jakoś wyjaśnić. Naukowcy zaczęli się plątać w zeznaniach i wyraźnie grają na zwłokę. Precyzyjnie wykonana biżuteria i broń świadczy o wysokim poziomie technologicznym tych ludzi. Obecnie utrzymuje się, że motywy na ozdobach mają pochodzenie perskie i na razie takie wyjaśnienie wystarcza. Wiek mumii określono na ok. 800 lat i nie są to dane pewne. Mogą być one nawet o 500 lat starsze. Tymczasem w tym roku nad rzeką Górny Połuj odkopano kolejne dwie mumie. Jedna z nich należy do osoby dorosłej a druga do noworodka. Badaczy zaskoczył przede wszystkim wzrost dorosłej osoby, o której nadal nie wiadomo czy jest mężczyzną czy kobietą. Mumia liczy sobie 170 cm, co oznacza, że bez kokona będzie to najwyżej 2-3 cm mniej. W porównaniu do nie grzeszących wzrostem Nieńców jest to prawdziwy wielkolud! Obie mumie także były obłożone miedzią, ale w zupełnie inny i nieznany dotąd sposób. Miedź tworzy tu rodzaj długiej spirali, którą okręcono ciało martwego człowieka. Na dodatek pod brzozowym kokonem wykryto bardzo grubą tkaninę, co świadczy prawdopodobnie o randze pochowanej osoby a także dziecka.

Na razie badania trwają. Koreańczycy koniecznie chcą przeprowadzić część z nich u siebie w Seulu. Rosjanie z kolei pochłonięci są pobieraniem próbek w celu zbadania DNA. Pobranie tych próbek sprawia im, wg obecnego szefa projektu – Aleksandra Gusiewa z Centrum Badań Arktycznych – wiele problemów. Z pewnością problemy da się pokonać, bo mumie mają doskonale zachowane zęby, gdzie znajduje się nienaruszone mitochondrialne DNA. Na razie nikt nie wspomina o Tartarii i narodzie, który zniknął z powierzchni Ziemi. Czy taka informacja jest w stanie poruszyć lawinę, która odsłoni część – zapewne celowo – zafałszowanej historii? Czy Wielką Lechię należy szukać w Tartaria Magna a nasze polskie, sentymentalne, chwytające za serce umiłowanie do

“stepów szerokich, których okiem nawet sokolim nie zmierzysz”

jest zakodowanym atawizmem, jaki wytworzyli w sobie agresywni wojownicy zasiedlając tereny nad Wisłą i Bugiem? Jeśli Wielka Lechia nie jest historycznym fantomem to jedyne miejsce w jakim należy jej szukać jest – w moim pojęciu – dzisiejsza rosyjska Syberia, a tamtejsze brzozy w odróżnieniu od smoleńskiej są w stanie pokazać miejsce z którego wyłoniły się nasze praszczury. Wszystko zależy od tego, czy sami Rosjanie zechcą opowiedzieć światu historię, która od samego początku została skazana na zapomnienie, gdy rosyjscy Słowianie wybrali sobie na przywódców podejrzanych niemieckich arystokratów, od których roiło się w rodzinie Romanowów. Chyba, że pełnym głosem przemówią mumie z Salechardu.

Audycję w Radio Paranormalium, gdzie poruszone ten i wiele innych tematów można wysłuchać:
https://www.paranormalium.pl/2030,sluchaj

albo na kanale YT:

Zdjęcia mumii pochodzą z „The Siberian Times”

Alternatywna historiaNauka i technologie

17 czerwca, 2017 r., o godz. 1:30 nad ranem, doskonale wyposażony amerykański niszczyciel USS “Fitzgerald” zderzył się z płynącym pod banderą filipińską japońskim kontenerowcem “ACX Crystal”. Większość 300-osobowej załogi amerykańskiego okrętu (łącznie z kapitanem) spała. Do kolizji doszło 56 mil morskich (104 km) od japońskiego portu Jokosuka. W jej wyniku zginęło siedmiu amerykańskich marynarzy a wielu innych, wliczając w to kapitana okrętu Bryce Bensona (był on dowódcą okrętu zaledwie od miesiąca) – odniosło poważne obrażenia. Zderzenie obu jednostek nie ma precedensu w historii morskiej żeglugi. USS “Fitzgerald” jest jednym z najnowocześniejszych amerykańskich okrętów wojennych z doskonałym systemem radarowym i monitoringiem satelitarnym na czele. Stanowi on część 7-mej Floty USA, której zadaniem jest m.in. powstrzymanie ataku rakiet balistycznych przeciwnika. Jednostka ta rozwija także dużą prędkość i z tego powodu, aż trudno uwierzyć, że została staranowana przez kontenerowiec, którego po prostu nikt nie zauważył. Statek handlowy także wyposażony jest w nowoczesny radar i mimo ciemności powinien widzieć niemały – 154 m długości – niszczyciel. Do takich kolizji nigdy nie dochodzi chyba…., że są one przez kogoś zaplanowane….. W wyniku zderzenia poważnych uszkodzeń doznała prawa burta niszczyciela, uderzona także przez znajdującą się pod wodą gruszkę dziobową kontenerowca. Gruszka przebiła burtę poniżej linii wodnej co doprowadziło do zalania części maszynowni i kilku kabin załogi. Dziób filipińskiego statku zmiażdżył także kabinę kapitana okrętu wojennego, który odniósł poważne obrażenia i musiał być ewakuowany z okrętu przez wysłany na pomoc japoński helikopter. W sumie śmierć poniosło siedmiu amerykańskich marynarzy (ich ciała znaleziono dopiero na drugi dzień, gdy wypompowano wodę z zalanej części okrętu) a uszkodzonego “Fitzgeralda” odholowano do japońskiego portu Jokosuka. Całe wydarzenie uznano za nieszczęśliwy wypadek a media szybko przeszły nad nim do porządku dziennego. Dziś historia ta powoli odchodzi w niepamięć, choć wiele wskazuje na to, że tamtej nocy wydarzyło się znacznie więcej niż tylko nieszczęśliwy wypadek.

Analiza kursu USS “Fitzgerald” wskazuje, że na okręcie wydarzyło się coś niezwykłego. Jego cały system elektronicznego ostrzegania został w tajemniczy sposób wyłączony (!) a filipiński kontenerowiec staranował go z premedytacją doskonale zdając sobie sprawę z tego co robi. Ktoś za kołem sterowym “ACX Crystal” precyzyjnie uderzył a najsłabsze miejsce okrętu a także w kabinę kapitana. Tylko silna konstrukcja amerykańskiego niszczyciela a także (prawdopodobnie) niewielka prędkość kontenerowca sprawiła, że nie został on przecięty na pół i nie zatonął. Oficjalnie do kolizji doszło o godz. 1:30, ale to “Crystal jako pierwszy wysłał meldunek radiowy o zderzeniu określając godzinę wypadku na 2:20. US Navy początkowo rownież utrzymywała, że do kolizji doszło o 2:20, ale później zmieniła zdanie. Różnica ta jak się okazuje ma znaczenie, bo na podstawie zapisanego kursu filipińskiego statku można spróbować odtworzyć co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy. Kiedy popatrzeć na kurs “ACX Crystal” widać moment, w którym doszło do pierwszego spotkania obu jednostek tej nocy. Już wtedy “Crystal” zachowywał się dziwnie: zamiast minąć amerykański niszczyciel w dużej odległości kontenerowiec nieoczekiwanie dokonuje raptownego zwrotu i płynie wprost na okręt wojenny! Odległości są jeszcze duże i Filipińczyk koryguje kurs bezpiecznie mijając “Fitzgeralda”. W tym czasie amerykański okręt stoi w miejscu bez ruchu i nie wykonuje żadnych manewrów. Tymczasem kontenerowiec zamiast płynąć dalej swoim kursem, zawraca, opływa dookoła “Fitzgeralda” by na końcu go staranować. To właśnie wtedy ze statku handlowego wysłany zostaje meldunek o kolizji i jest to 2:20 nad ranem. Na pytanie japońskich władz kiedy doszło do kolizji, kapitan statku handlowego odpowiada, że doszło do niej przed chwilą – mimo to w oficjalnym opisie wydarzeń godzinę wypadku oznaczono na 1:30.

To 50 minut różnicy ma duże znaczenie, bo pozwala na zupełnie nowe podejście do tego co wydarzyło się tamtej nocy. Wg Ryota Kowaty, rzecznika prasowego japońskiej firmy Nippon Yusen, która czarterowała filipiński statek, “ACX Crystal”, płynął z Jokohamy. Rzecznik prasowy nie chciał jednak ujawnić jaki był port docelowy statku, co samo w sobie jest zaskakujące (!), chyba, że…zadania kontenerowca były zupełnie inne niż tylko przewożenie towarów. Z Analizy kursu statku wynika, że o 1:30 nad ranem wcale nie doszło do zderzenia! Obie jednostki zbliżyły się do siebie, ale wciąż utrzymywały pomiędzy sobą bezpieczny dystans. W pewnym momencie z filipińskiego statku przeprowadzono atak elektroniczny (być może za pomocą drona) na amerykański niszczyciel. Wielokrotnie dublujące się systemy elektronicznego ostrzegania zostały wyłączone, podobnie jak wszelkie urządzenia kontrolowane przez komputer, wliczając w to silnik okrętu. Potężny i niebezpieczny okręt stanął w ciemnościach nocy bez ruchu, głuchy i ślepy. Ktokolwiek dokonał ataku z filipińskiego kontenerowca (jego załogę stanowili w 100% Japończycy) musiał przesłać meldunek, że broń została uruchomiona i cel osiągnięty. “ACX Crystal” pełną parą podążał w kierunku Jokosuki by nagle raptownie zmienić kurs i zawrócić. To zapewne wtedy musiał przyjść rozkaz aby staranować i zatopić bezbronny już niszczyciel. 40 tys. ton wyporności kontenerowca gwarantowało, że amerykański okręt zostanie przecięty na pół i pójdzie na dno. Jak się spodziewano, “Fitzgerald’ rzeczywiście stał bez ruchu. Był łatwym celem bo morze było spokojne. “Crystal” zatoczył wokół niego łuk i uderzył całą mocą swych maszyn w centralny punkt okrętu. “Fitzgerald” jednak wytrzymał ten cios a ktokolwiek taranował go kontenerowcem spaprał swoją mokrą robotę. Deformacja dziobu jaka powstała na “Crystalu” w momencie zderzenia wskazuje, że amerykański niszczyciel stał bez ruchu i został uderzony pod kątem 45 stopni. Na obu jednostkach nie ma śladów zadrapań a jedynie pogięty od uderzenia metal. Gdyby “Fitzgerald” był w ruchu wówczas trący o siebie metal zostawiłby wiele zdrapanej farby i porysowanego metalu. Tymczasem ślady na obu statkach pokazują, że cios był dobrze mierzony. “Fitzgerald” jednak nie poszedł na dno! Sternik kontenerowca popełnił błąd. Chciał uderzyć precyzyjnie i to zrobił, ale jego prędkość nie była zbyt duża i znacznie lżejszy od niego bezwładny okręt przyjął cios i odbił się jak kula bilardowa. “Crystalowi” nie pozostało nic innego jak zgłosić kolizję i czym prędzej oddalić się z miejsca wydarzenia. “Fitzgerald” zdołał utrzymać się na wodzie a następnie został przeholowany do poru w Jokosuce, gdzie stanął chwilowo w suchym doku. Obecnie dziury w burcie prowizorycznie załatano i ostateczny remont okrętu zostanie (prawdopodobnie) zrobiony w San Diego. Elektroniczne wyposażenie okrętu, które zostało wyłączone z taką łatwością jest supertajne a japoński port i pracownicy stoczniowi nie gwarantują, że tajemnice te uda się zachować.


Amerykańska flota ma przy okazji inny, znacznie poważniejszy problem, bo okazuje się, że jest ona bezbronna w starciu z nowym systemem ataku tajemniczego i nadal nieznanego z nazwy wroga, który jeśli jest w stanie kompletnie obezwładnić niszczyciel, to to samo może zrobić z atomowym lotniskowcem a także satelitą. Czy jest to atak spod “fałszywej flagi”? Jeśli tak było, to cała sytuacja mocno się komplikuje, bo ewidentnie mamy tu do czynienia z konspiracją w konspiracji. Jedna tajemnicza grupa chce kompletnie zniszczyć okręt inna jednak robi wszystko aby utrzymać go na wodzie i doprowadzić do portu. Przykład USS “ Donald Cook” pokazuje, że Rosjanie nie tylko dysponują taką bronią, ale z powodzeniem stosują ją w praktyce. Nad “Cookiem” wielokrotnie przelatywał rosyjski myśliwiec (podczas kampanii syryjskiej), ośmieszając system obronny niszczyciela. Ten sam trick powtórzyli Rosjanie, gdy “Cook” znalazł się niedawno na Bałtyku. Czy to jednak oni stoją za atakiem na USS “Fitzgerald”? Trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Koncentracja amerykańskich okrętów na Pacyfiku (trzy lotniskowce) sugeruje, że trwają ostatnie przygotowania do jakiejś poważnej akcji. Obezwładnienie “Fitzgeralda” jest niezwykle czytelną depeszą od kogoś, że US Navy można wyeliminować z gry bez jednego wystrzału. Nie tylko zresztą flotę. Platforma kosmiczna wyposażona w takie urządzenie może zdziesiątkować dowolną ilość satelitów komunikacyjnych, szpiegowskich… a kto wie , może nawet zawrócić wystrzelone pociski balistyczne. Tak więc depesza została wysłana a cala wrzawa wokół “Fitzgeralda” nagle i podejrzanie ucichła. Z pewnością temat wróci i dlatego wart jest zanotowania, co niniejszym czynię.

Alternatywna historiaNauka i technologie

Egipskie piramidy od tysięcy lat toczą nieustanny bój z czasem i mimo szram i pęknięć wciąż dotrzymują mu pola, potwierdzając legendę własnej niezwykłości i wyjątkowości. Nikt dzisiaj nie wie skąd pochodzi ten niezwykły i jedyny w swoim rodzaju architektoniczny kształt budowli. Mimo nieodpartego uroku z pewnością nie jest to najpraktyczniejszy sposób zagospodarowania przestrzeni mimo to, ludzkość od tysiącleci ma obsesję piramid i można je znaleźć niemalże w każdym zakątku świata (jeśli wliczyć w to kopce i kurhany). W naturalny sposób powstaje pytanie: do czego służy taka budowla? Czy rzeczywiście jej jedyną funkcją jest bycie ekstrawaganckim grobowcem władców? Trudno w to uwierzyć i nad rozwiązaniem tej zagadki głowi się tysiące ludzi.

Piramidy zazdrośnie strzegą swojej tajemnicy, ale co jakiś czas jej strzępy objawiają się nam w nieoczekiwany sposób. Podobno Francuz Antoine Bovis odwiedził Wielką Piramidę w Gizie i kiedy inni w niemym zdumieniu kontemplowali cud starożytnej architektury on bez żenady zaczął grzebać w śmietnikach. W jednym z nich znalazł martwe zwierzaki, które mimo, że spędziły w śmieciach długi czas nie wykazywały objawów rozkładu ciała i w naturalny sposób się zmumifikowały. Bovis stanął przed życiową szansą, bo mógł popracować nad teorią empirycznie sprawdzoną szkieletami w śmietniku, że piramida wcale nie była grobowcem a faraonów chowano – przynajmniej na jakiś czas – we wnętrzu budowli, bo jej niezwykłe właściwości spowalniały – a kto wie – może nawet zatrzymywały proces rozkładu ludzkiego ciała. Dzięki temu tak zabezpieczone mumie dostały jedyną w życiu (oczywiście tym pozagrobowym) szansę aby zachować swe doczesne szczątki przez wieki a może nawet milenia. Zamiast tego Bovis wpadł na pomysł przechowywania jedzenia bez lodówki – której zresztą w tamtych czasach jeszcze nie wynaleziono. Budował niewielkie piramidki i zawieszał w nich kawałki ryby i wołowiny – podobno uzyskując efekt zabezpieczenia mięsa przed rozkładem. Nie wiadomo jaki dokładnie był efekt jego doświadczeń bo kuriozalny pomysł po prostu nie chwycił.

Inny biznesmen – Czech Karel Drbal – również budował niewielkie modele piramid, w których… ostrzył żyletki. Był tak przekonywujący w swoim odkryciu, że swój pomysł nawet opatentował, dzięki czemu żyletki “Dukat Zlato” były ostre jak brzytwa dwa razy dłużej, gdy przetrzymywano je w pudelku o kształcie piramidy. Odkrywca energii piramid uzasadniał w swoim wniosku patentowym, że dzięki jego odkryciu socjalistyczna Czechosłowacja zaoszczędzi rocznie wiele ton wysokiej jakości stali, którą można wykorzystać do produkcji czeskiego Porsche – Skody 110R. Niekonwencjonalna metoda Drbala niespecjalnie przekonywała urzędników czeskiego biura patentowego i wzbraniali sie przed jego wydaniem przez 10 długich lat. Umęczeni uporem wynalazcy “żyletki faraona” – skapitulowali i prosty jak piramida instrument trafił nawet do sklepów. Dziś urządzenie Karela Drbala traktuje się z pobłażliwym uśmieszkiem, ale ukraiński fizyk dr Wołodymyr Krasnohołowiec postanowił sprawdzić odkrycie Czecha w warunkach eksperymentu naukowego. Zbadano żyletki produkowane przez 4 różne firmy, które ułożono na szklanych płytkach pełniących rolę rezonatora. Żyletki ustawiono w piramidzie i zorientowano je geograficznie ze wschodu na zachód. Cały eksperyment trwał przez 30 dni. Ostrza żyletek zbadano za pomocą mikroskopu elektronowego i stwierdzone głębokie zmiany w strukturze morfologicznej stali, co w efekcie rzeczywiście dało efekt naostrzenia żyletki. Z każdej z badanych żyletek odcinano przed eksperymentem niewielki fragment ostrza po to, aby mieć materiał porównawczy. W innym eksperymencie ustawiono żyletki w orientacji północ – południe, ale ich ostrza nie wykazały żadnej zmiany.

Najdalej w nieoficjalnych eksperymentach z piramidami poszedł Rosjanin (z ukraińskim rodowodem) – Aleksander Gołod. Obsesyjnie budował on po całej Rosji sporych rozmiarów piramidy z włókna szklanego i rurek PCV. Stworzył ich ponad 20-cia, ale znalazł wielu naśladowców i dziś nikt dokładnie nie wie ile ich jest – nie tylko zresztą w Rosji, ale i po całym świecie. Największa z nich – zbudowana w 1999 r. – miała 44 m wysokości i ważyła 55 ton. Gołod nazwał ją “Złotym Podzialem”. Okazało się, że piramidy wchodzą w jakąś tajemniczą interakcję nie tylko ze swoim otoczeniem ale i z ludzkim organizmem. Wspomagają przede wszystkim jego system odpornościowy, ale mają też i inne tajemnicze właściwości. Swoją pierwszą piramidę – zbudował Gołod w 1989 r. pod Moskwą w rejonie Ramieńskim. Miała 11 m wysokości i dziś już nie istnieje. Efekty jego doświadczeń były tak zaskakujące, że natychmiast jego budowlami zainteresowała się Radziecka Akademia Nauk i… Armia Czerwona. We wnętrzu piramidy energetyzowano kryształy, których kilogram zabrano w 1998 r. – w kosmos na stację Mir, gdzie miały one wspomóc nie tylko jej załogę, ale i w ogóle uszczęśliwić cały świat. Kryształy przebywały na orbicie okołoziemskiej przez rok a Rosjanie tak mocno wierzyli w ich moc, że rosyjski kosmonauta Afanasjew zabrał kilka ze sobą na stację kosmiczną ISS. Budowla zaczęła przynosić spore dochody, gdy zaczęto sprzedawać energetyzowaną w jej wnętrzu wodę: po 100 rubli za 5-litrowy baniak. Miała ona pomagać na wszystkie możliwe schorzenia – od raka po niepłodność. Piramidami fascynowali się tacy ludzie jak inżynier Łozino-Łoziński – twórca najpotężniejszej rakiety na świecie, która jednorazowo wyniosła w przestrzeń kosmiczną Burana. Przy piramidach pracował Gieorgij Greczko – 4-ty rosyjski kosmonauta. Obaj planowali wzniesienie 88 metrowej piramidy – dwa razy większej od “Złotego Podziału”. Zauważono bowiem, że im większa jest piramida, zwiększa się także jej energia działania. Do jej budowy jednak nie doszło. Armia i naukowcy nagle i zupełnie nieoczekiwanie stracili zainteresowanie badaniami tajemniczej energii piramid.

Gołod nie był pierwszym Rosjaninem, który miał obsesje piramid. Do dziś istnieje solidna, zbudowana z kamienia piwnica na wino hrabiego Orłowa, zbudowana w XiX w. Goście hrabiego przysięgali, że nawet najcieńsze wino w niej przechowywane nabierało niezwykłego smaku i szlachetnego aromatu. Największa piramida Gołoda powstała 38 km od Moskwy i kosztowała podobno milion dolarów. Piramida w Gizie ma kąt 52 stopni a piramida Gołoda 73 stopnie. Kąt ten był wynikiem matematycznych obliczeń, których efekt końcowy dał nazwę piramidy: “Złoty Podział”. Przy budowie tych piramid nie stosowano metalu, który zakłócał jej pracę. Piramidy szybko stały się lokalną sensacją i miejscem pielgrzymek tysięcy ludzi. Materialistycznie nastawienie jeszcze nie tak dawni obywatele Związku Radzieckiego nagle poczuli mistyczną moc piramid. Nowy Rok miał mieć szczególne znaczenie i tego dnia piramidę odwiedzało nawet 20 tys. ludzi.

Najstarszą, istniejącą do dziś piramidę zbudował Gołod w czerwcu 1997 r. nad jeziorem Seliger w Ostaszkowie, niedaleko Tweru. Miała 22 m wysokości i była dokładnie o połowę mniejsza od będącego dopiero w planach “Złotego Podziału”. Podczas budowy tej piramidy radar wojskowy zanotował niezwykłe zjawisko jakim była ogromna kolumna jonowa, którą emitowała piramida na wysokość półtora kilometra. Kolumna ta utrzymała się aż do zakończenia budowy piramidy a jej szczegółowe badania prowadzono za pomocą balonu meteorologicznego. Niektórzy uważają, że dzięki tej gwałtownej wymianie jonów nastąpiło załatanie dziury ozonowej nad Rosją. W jej okolicy nieoczekiwanie zaczęły rosnąc i kwitnąć rośliny z gatunku uznanego za wyginięty. To był – jak się okazało – dopiero poczatek interesującego eksperymentu. Dwa komplety po cztery piramidy rożnej wielkości ustawiono w Baszkirii, w Astrachaniu, niedaleko pól roponośnych i badano w nich zachowanie się ropy naftowej. Podobno ropa z dnia na dzień straciła lepkość i tym samym podwyższyła znacząco swoją jakość. Głównym celem budowy piramid było w tym przypadku zmniejszenie zanieczyszczeń ekologicznych jakie niosło ze sobą wydobycie ropy a zwłaszcza unoszących się w powietrzu trujących gazów. Naukowcy uważają jednak, że zbudowanie tych piramid nie zmieniło niczego w rozsypującej sie ekologii regionu, ale sam Gołod zapewnia, że zatrucie powietrza zostało zmniejszone conajmniej o połowę. Jak było naprawdę nadal jest przedmiotem zajadłej debaty.

Rosyjskie piramidy wzbudzają zainteresowanie tysięcy ludzi, gotowych poddać się działaniu energii jaką emitują. Piramidy te w przeciwieństwie do egipskich okazały się jednak bardzo kruche. 29 maja, 2017 r. największa piramida Gołoda nie wytrzymując starcia z bardzo porwistym wiatrem, rozsypała się na kawalki – spadając na sąsiadującą z nią fermą strusi. Piramida zbudowana bez jednego gwożdzia miała już nadgnitą konstrukcję i nie była w stanie wytrzymać uderzenia wiatru ocenianego na 50m/sek. Sam Gołod, który pojawil się na miejscu katastrofy zapewnił, że dołoży wszelkich starań aby ją odbudować.

Alternatywna historia

Nie ma to jak ożywić bloga starożytnymi trupami 🙂 Melita mi nagadała do słuchu, że się nie odzywam do Czytelników, no to sie odezwałem i się zaczęło…. O nie!Bynajmniej nie narzekam z tego powodu, bo zatrzaśnięcie stronki w szczelnym sarkofagu milczenia nic dobrego jej nie wróży i Melita ma absolutnie rację… Wystarczy popatrzeć na mumie faraonów czy inne grube ryby starożytnego Egiptu. Nawet kiedy już je ktoś odkopie to ciężko je rozpoznać. W Warszawie też badali taką mumię w 2015 r. Miał to być kapłan Horusa – Hor-Dżehuti, gdy okazało się że jest on kobietą! Mojego pokolenia to specjalnie nie dziwi, bo po “Seksmisji” Machulskiego każdy wiedział, że Kopernik też była kobietą a nawet Maria Curie-Skłodowska!

W ostatnich jednak latach nawet mumiom coraz trudniej jest ukryć swoją tożsamość. Genetyka stała się królową wszelkich nauk i potykamy się o nią na każdym kroku. Fakt, że głównie za sprawą złowrogiego GMO, ale ma też ona swoje dobre strony. Można odkopać kości prehistorycznego osobnika i nie tylko dowiedzieć się kim był, ale nawet jak wyglądał. Bez genetyki nikt nie miałby pojęcia o wymianie całej populacji jaka miała miejsce w dzisiejszej Anglii 2500 lat p.n.e. (co opisałem dwa wpisy poniżej). Historia lubi się powtarzać, więc być może lepiej będzie, gdy Anglicy w porę wyciągną z tego wnioski, bo jeszcze trochę i wymienią ich inni uchodźcy – tyle że o wiele bardziej jurni, więc przynajmniej informacja o obecnych synach i córach Albionu, gdzieś się przechowa w DNA, gdy zostanie odkopana w którejś z oaz pod Liverpoolem.

Tym przydługim wstępem znów zmierzam do wpisu “Wiek Sfinksa”, gdzie Adrianna zadała mi podchwytliwe pytanie na temat mumii Hekator. Podchwytliwe, bo zdałem sobie sprawe, że o takiej mumii nigdy nie słyszałem i przyznaję się do tego publicznie. Merkator – tak, Sekator – tak, ale Hekator nie dzwoni mi jakoś w żadnym kościele czy innym meczecie. Pocieszam się tym, że w końcu nie muszę znać wszystkich mumii po imieniu, bo jest ich w końcu całkiem pokaźne stadko. Do 2010 r. jeszcze nie było szansy aby zbadać z kim ma się do czynienia , obecnie jednak cieżko się już schowac nawet mocno pokiereszowanym genom, które współczesne maszyny genetyczne sprawnie zaganiają we właściwe haplogrupy. Egipskie mumie na gwałlt zaczęły tracić swoją anonimowość zwłaszcza te, które zachowały jeszcze swoje zdrowe zęby, skąd najłatwiej pobrać DNA bez zanieczyszczeń. W naukowym magazynie “Nature Communications” opisano zmasowane badania genetyczne 151 mumii znalezionych 100 km na południe od Kairu, niedaleko El-Faiyum. Wydobyto je na początku XX w. i pochodzą z różnych okresów: od 1388 r.p.n.e. aż po 426 r. n.e. Tylko trzy z nich posiadały pełny garnitur genetyczny i one jako pierwsze poszły do badania.

Pierwsze wnioski były bardzo zaskakujące. Podczas porównania genetycznego starożytnych Egipcjan ze współczesnymi okazało się, że ci obecni mają coraz mniej wspólnego z państwem faraonów. Poważna domieszka sub-saharyjskiej krwi przywieziona tutaj przez muzułmańskich Mameluków zrobiła swoje. Nie znaczy to jednak, że genetyczny kręgosłup starożytnych Egipcjan przepadł bezpowrotnie. Wciąż istnieje i ma sie całkiem dobrze, tyle że już nie wzdłóż Nilu a…. na Bliskim Wschodzie! Tak więc potomkowie Egipcjan żyją dziś w Libanie, Syrii, Jordanii a kto wie – może nawet i w Izraelu.

W sumie nie powinno to w zasadzie dziwić. W trwającej tysiąclecia historii Egiptu władali nim Kuszyci, Asyryjczycy, Grecy (Kleopatra i Ptolemeusze byli Grekami!), Rzymianie, Arabowie, Turcy, Brytyjczycy… Masy ludzi zmieniały swoje miejsce zamieszkania. Interesujące jest jednak, że w swoim starożytnym DNA wytrwali tylko ci, którzy wyszli z Egiptu i przez Morze Czerwone dotarli do swojej Ziemi Obiecanej. I to otwiera kolejną Puszkę Pandory, czyli Paprykarza Szczecińskiego starożytności, bo daje potencjał kompetnej rewizji starożytnej historii.

Alternatywna historia

Göbekli Tepe to jedno z najbardziej fascynujących miejsc na świecie. Brzmi to troche jak truizm, ale nie da tego powiedzieć inaczej. Tak po prostu jest! Przetrwało do naszych czasów w stanie nienaruszonym: nietknięte kataklizmem, ludzką działalnością i tylko lekko nadgryzione zębem czasu. Nie pasuje do historii w myśl której powinno nie istnieć, bo w czasach kiedy budowano Göbekli Tepe człowiek powinien być jeszcze prymitywnym koczownikiem – tymczasem stworzono architektoniczne cudo, którego przeznaczenia, ale też i ludzi, którzy go budowali – nadal nie znamy. Odkopano je w latach 90-tych i była to prawdziwa archeologiczna bomba cierpliwie rozbrajana przez niemieckich archeologów pod wodzą Klausa Schmidta, który badaniom tego miejsca poświęcił resztę swojego życia. Zmarł przedwcześnie w 2014 r. w szpitalu w tureckim Sanilurfa, powalony śmiertelnym atakiem serca i od tamtego czasu o Göbekli Tepe ucichło. Ludzie przywykli, że mamy do czynienia z zespołem architektonicznym, który powstał drugie tyle wcześniej niż domniemany początek naszej cywilizacji 4500 lat p.n.e. Nikomu też nie przeszkadza, że mimo wielu lat jakie upłynęło od odkrycia kamiennych kręgów, nadal w podręcznikach do historii nie wspomina się o tym odkryciu mimo, że nie ma najmniejszych wątpliwości co do wieku miejsca a także jego wielkości i znaczenia.

Göbekli Tepe zajmuje sobą spory obszar i większość kamiennych kręgów nadal znajduje się pod ziemią. Do dziś odkopano zaldwie kilka procent całości, ale odczyt z radaru penetrującego ziemię nie pozostawia wątpliwości co znanduje się pod jej cienką warstwą. Prace będą trwały tam całe dekady a może nawet i dłużej zważywszy, że w okolicy znajdują się ślady innych, podobnych struktur. Jedną z nich jest Karahan Tepe, którym na razie nikt sie nie zajmuje z braku funduszy (i zainteresowania), ale wiadomo o jego istnieniu, bo w miejscu gdzie stoi z ziemi wystają zbielałe od słońca i erozji kamienne kikuty, wycięte podobnie w literę “T” jak te w Göbekli Tepe. Czekały tyle tysięcy lat na swoich odkrywców więc zapewne starczy im cierpliwości aby poczekac choćby całe milennium.

Tymczasem w Göbekli Tepe nieustannie pracują naukowcy z Niemieckiego Instytutu Archeologicznego, który ma pełny monopol na prowadzone tam prace. Najwyraźniej przyjaźń pomiędzy tureckim sułtanem a niemieckim keiserem zawarta przed I Wojną Światową nadal procentuje mimo, że obu mocarstw już od wieku nie ma na mapie świata. Co jakiś czas jednak ogłaszane są kolejne odkrycia jakich dokonuje się w Göbekli Tepe i mimo, że powinny zbliżać do wyjaśnienia tajemnicy tego miejsca to w kłopotliwy sposób czynią je jeszcze bardziej zagadkowym a ostatnio coraz bardziej mrocznym. Niemieccy naukowcy ze swoimi odkryciami nie biegną do poczytnych magazynów i nie robią sobie selfików ze znalezionymi artefaktami. Opisują je za to w branżowych periodykach naukowych więc tam trzeba szukać informacji. W ostatnim “Science Advances”, w sążnistym artykule opisano najnowsze odkrycia, jakich dokonano w Göbekli Tepe i mieszczą się one doskonale w konwencji mrocznego archeologicznego thrillera jaki funduje nam to miejsce.

Cała najbliższa okolica kamiennych kręgów jest wręcz naszpikowana rozmaitymi artefaktami, odłamkami rzeźb i… ludzkimi pozostałościami. Odnaleziono do tej pory tysiące odlamków kości ludzi i zwierząt. Wśrod nich także kilka odłamków ludzkich czaszek i po bliższych oględzinach znaleziono na resztkach czerepów nacięcia wykonane ostrym kamiennym narzędziem przez kogoś, kto doskonale wiedział co robi i robił to prawdopodobnie często. Używał krzemiennego ostrza, którym z wprawą zdejmował skalp a następnie odcinał od kości wszystkie przyczepione do nich mięśnie. Robił to szybko i brutalnie bo na czaszkach wciąż są ślady po zeskrobywaniu resztek ciała od kości. Badania osteologiczne potwierdziły, że badane czaszki należały do trzech osób w wieku pomiędzy 20 a 50 lat i jedna z nich najpewniej była kobietą. Fragmenty czaszek mają na sobie głębokie nacięcia wyryte w kości a jedna z nich miała nawet nawiercony na jej szczycie otwór. Czaszki miały na sobie ślady ochry co sugeruje, że użyto je w celach rytualnych. Z badań wynika, że wyryte w kości czaszki ślady pojawiły się tam krótko po tym, jak oddzielono je – mówiąc delikatnie – od reszty tułowia. Kości były wówczas nadal miękkie i elastyczne i łatwo poddawały się krzemiennemu ostrzu. Nadal nie wiemy w jakim celu to zrobiono. Nacięcia i bruzdy sugerują, że za pomocą sznura zaczepiano je do czegoś. Idąc tym samym tokiem myślenia nawiercony otwór w czaszce umożliwiał jej zawieszenie i być może krwawiąca jeszcze czaszka wymalowana na różne kolory szybowała nad uczestnikami makabrycznego misterium. Otwór nawiercono w ten sposób aby patrzyła ona w dół. Być może do czaszek doczepiano pióra aby zwiekszyć efekt całego pokazu. Czaszka z nawierconym otworem miala także głębokie nacięcia, które prawdopodobnie umożliwiały dowiązanie do niej dolnej szczęki tak, aby nie odpadła w czasie gdy wisiała ona w powietrzu.

Na wielu kamiennych kręgach można znaleźć płaskorzeźby bezgłowych postaci a także rzeźby przedstawiające same korpusy. Rzeźby te przedstawiały postaci antropomorficzne i początkowo miały głowy, które później rytualnie ścinano i umieszczano w okolicy słupów tworzących kamienne kregi. Ludzie, którzy odwiedzali 11 tys. lat temu Göbekli Tepe mieli obsesję czaszek. Być może wierzyli, że moc martwych przejdzie w ten sposób do żywych. Może oddawali w taki sposób cześć swoim przodkom a może były to czaszki wrogów. Nadal nie wiadomo, gdzie zamieszkiwali ludzie, którzy uczestniczyli w mrocznych rytuałach w Göbekli Tepe. Akademicy uważają, że miejsce to symbolizuje okres przejściowy pomiędzy koczowniczym a osiadłym trybem życia. Sama struktura, maiałaby być z kolei czymś, co pomagało poprzez swoje rytualy określić własną przynależność do grupy, kultu czy plemienia. Wiele wskazuje na to, że w Göbekli Tepe robiono to poprzez krwawe i okrutne rytuały w których traciły życie nie tylko zwierzęta, ale i ludzie. Jest to pierwsze tego typu znalezisko w całym regionie.

Alternatywna historia

Zaczynam od pozdrowień! 🙂 Arek, Adrianna, Marcin, Melita, Sir Artorias, Inkataka – dzięki za Wasze komentarze, zainteresowanie tematem i nieugiętą wolę poszukiwania odpowiedzi, która wymyka się za każdym razem, gdy wydaje się być już w zasięgu ręki. Pozdrawiam serdecznie i wybudzony z letniego letargu z przyjemnością dorzucę kilka swoich centów w dyskusji jaka nieoczekiwanie znów zatliła się pod “Wiekiem Sfinksa”. Wpis ma już ponad rok, ale mówi o historii, która ma być może dziesiątki tysięcy lat i nieustannie intryguje swoją dobrze strzeżoną tajemnicą. Kim byli ci, ktorzy wystartowali naszą cywilizację? Czy ktoś im w tym pomógł? Czy może jest to jej kolejna odsłona, konsekwentnie realizowana przez tych, którzy przetrwali globalny kataklizm, który zniszczył poprzednią cywilizację jaka istniała przed nami? Z góry ostrzegam, że nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Nie mam także żadnej spójnej teorii, która spróbowałaby wyjaśnić fenomen ludzkości – jej osiągnięć i kolejnych upadków. Nie znaczy to jednak, że sytuacja jest beznadziejna.

Diabeł zawsze tkwi w szczegółach. Czesto ignoruje się ich obecność szybko i bez zastanowienia przemierzając ogromny dystans wierząc, że na koncu znajduje sie jedna uniwersalna odpowiedź, wyjaśniająca wszystko to, co zignorowaliśmy po drodze. Obsesyjnie ścigana odpowiedź jednak za każdym razem okazuje się być mirażem zbudowanym ze zniechęcenia i rozczarowania, bo wracamy do punktu wyjścia. Czy jednak na pewno? Nawet jesli cała teoria się sypie, to jej fragmenty mogą mieć puzzle zaskakująco dobrze pasujące do zupełnie innego podejścia do całej historii a nawet jeśli nie, to wskazówki jakie się narzucają są niezwykle intrygujące. Trzeba je tylko chcieć podnieść, otrzepać z pyłu historii a wnioski zaczynają nasuwać się same…, rozwija się kolejna nić.

Natrafiłem niedawno na interesującą pracę naukową pt. “Fenomen Kultury Pucharów Dzwonowatych i genetyczna transformacja północnozachodniej Europy”. Wśród jej autorów znajdują sie setki naukowców i dziesiątki najszacowniejszych europejskich uniwersytetów wliczając w to nasz Instytut Archeologii i Etnologi PAN w Krakowie i Instytut Zoologii i Badań Biomedycznych przy UJ w Krakowie. Kultura Pucharów Dzwonowatych była zjawiskiem niezwykłym w europejskiej prehistorii. Ludzie ci – zwani po angielsku Beakers – nie byli zwykłymi koczownikami. Wiemy, że doskonale znali się na metalurgii przetapiając złoto i srebro a nawet tworząc stopy obu metali zwane elektronem. Przemieszczali się niewielkimi grupkami i nawet na jakiś czas zostali w Górach Świetokrzyskich i to właśnie po nich prawdopodobnie zostały osławione dymarki. Nie wiadomo skąd przyszli, kiedy pojawili się nagle w Europie 4500 lat p.n.e. Jedna grupa naukowców uważa, że przyszli ze stepów nad Morzem Kaspijskim i doszli aż na Półwysep Iberyjski a druga wręcz przeciwnie – że z nad Morza Śródziemnego wyruszyli na wschód w stepy. Ich odrębność przejawia się nie tylko w genetyce, ale przede wszystkim w kulturze. Puchary dzwonowate, które z taką perfekcją wyrabiali były największym krzykiem mody w całej ówczesnej Europie – bo znajduje się je w wielu miejscach. Jednocześnie ludzie ci zachowywali swoją odrębność i nie widać nigdzie śladów inwazji czy wojen jakie prowadziliby z miejscową ludnością. Nie pozwalała na to ich stosunkowa niewielka liczba.

2500 lat. p.n.e. dzieje się jednak coś dziwnego. Nieoczekiwanie Beakersi rosną w siłę i powstaje ich ogromne skupisko na terenie dzisiejszej Holandii, gdzieś u ujścia Renu. Przeprawiają się całą grupą przez Kanał La Manche do Brytanii, gdzie akurat neolityczni Brytoni są w samym środku budowy słynnego Stonehenge. Następuje zderzenie kultur, ale ma zupełnie inny przebieg niż przez tysiące lat w kontynentalnej Europie. Zderzenie jest o tyle dziwne, że nie zostawia po sobie żadnych śladow gwałtowności. Do tej pory Beakersi znakomicie asymilowali się wśród różnych europejskich plemion respektując prawa innych do wspólnego dzielenia miejsca w którym żyli. W Brytanii dzieje się coś co niezwykle trudno wytłumaczyć: dochodzi tam do kompletnej wymiany ludności. Z badań genetycznych, jakie przeprowadzono na ogromną skalę wokół Stonehenge wynika, że w ciągu najwyżej 200 lat od pojawienia się Beakersów wokół Stonehenge, rdzenna ludność po prostu wymiera i to bez śladu. Nie wiadomo czy jasnoskórym Beakersom nie podobały się oliwkowe Brytonki czy też może ich własne obyczaje zabraniały im mieszać się z innymi ludami, ale wśród kilku setek szkieletów nie znaleziono żadnej (!) domieszki genetycznej Brytonów (tak ich nazywam z braku lepszej nazwy) w garniturze genetyczym Beakersów ani żadnych genów tych drugich w kościach rdzennych Brytyjczyków. Oni sami nagle przestali się z nieznanego powodu rozmnażać i wyparowali nawet nie z historii a z prehistorii – zostawiając po sobie imponujący i wciąż tajemniczy Stonehenge.

Inwazja Beakersów z pewnością robi wrażenie swoją niezwykłą skalą i determinacją aby osiedlić się w Brytanii, ale nie sposób znaleźć tam żadnych śladów walki, masakry, masowych mordów. Nie ma żadnego świadectwa planowej eksterminacji. Budowę Stonhenge kontynuowano i kiedy zabrakło Brytonów to kamienne kręgi dalej wznosili Beakersi, co zdumiewa, bo za skomplikowaną robotę architektoniczno – astronomiczną zabierali się byli koczownicy, realizując projekt do samego końca – jak gdyby nigdy nic mimo, że kultura, która to wszystko zaczęła po prostu znika. Rodzi to masę pytań i akademicy patrzą na ten fenomen w osłupieniu nie wiedząc co z tym fantem zrobić, bo nie tego się przecież spodziewali.

Opowiadam tę historię bo jej przykład można nałożyć na wszystkie inne miejsca na świecie, gdzie rozwijała się jakas bliżej nieznana nam cywilizacja, której do końca nie rozumiemy, by nagle w krótkim czasie zniknąć z historii naszej planety, zostawiając po sobie skomplikowaną w swojej naturze tajemnicę. W podobny sposób mogła wyglądać historia Sfinksa i początki państwa faraonów, którzy zastali w tym miejscu coś co ich zaintrygowało i zaczęli budować na ruinach tego, co ktoś inny stworzył przed nimi. Być może udało im sieę przejąć strzępy wiedzy po swoich poprzednikach i szamotali się technologicznie poszukując odpowiedniego rozwiązania. Ten sam schemat można nałożyć na Inków, którzy w Cusco i okolicach natknęli się na nieznane im megality, zostali w tym miejscu i zaczęli budowac swoją wlasną cywilizację, nieudolnie naśladując mistrzów z zamieezchłej przeszłości.

Patrząc wstecz na historię nieustannie szukamy ciągłości i konsekwencji, tworzącej wyraźny szlak, który jak nić Ariadny zaprowadzi nas do miejsca z ktorego wszystko się zaczęło. Tymczasem takie podejście może być najpoważniejszą przeszkodą w zrozumieniu przeszłości. Nić rwie się w wielu miejscach. Czasami, ktoś dowiązuje do niej swoją – komplikując jeszcze bardziej tę łamigłówkę. Akademicy wieloktrotnie udowodnili swój brak nie tylko woli, ale i wyobraźni aby zrozumieć przeszłość. Nie można im jednak zaprzeczyć warsztatu i środków jakie mają do swojej dyspozycji. Badania genetyczne przeprowadzone w Anglii były największym tego typu przedsięwzięciem w historii badań archeologicznych i wnioski jakie na ich podstawie wyciągnięto są zdumiewające. Problem w tym, że jakoś mało kogo to tak naprawdę obchodzi – pomijając tu jako powód ciężkostrawność literackiej formy w jakiej prezentowane są tego typu odkrycia. Środowisko alternatywnie patrzące na naszą przeszłość wybrało kompletnie odwrotną drogę opierając swoją wizję historii na nie skrępowanej niczym fantazji, pełnej wykluczających się nawzajem sprzeczności ignorującej często oczywiste fakty. Lechici i ich “imperium” są tego chyba najlepszym przykładem, gdy tymczasem w obu sposobach myślenia można znależć wspólną drogę.

Dlatego wg mnie szukanie odpowiedzi na zagadki przeszłości to nie jest podążanie za nitką do kłębka. Tych nici jest znacznie więcej i podążają w rozmaitych kierunkach czesto krzyżując się ze sobą i tworząc rozmaicie splątane węzły. Kiedy przyglądać im się z bliska widzi się jedynie chaos i to zniechęca. Można jednak popatrzeć na to inaczej. Można spojrzeć z lotu ptaka, z orbity okołoziemskiej czy wreszcie z samego środka wszechświata i wówczas może się okazać, że ten chaotyczny splot, te krzyżujące się nici tworzą misterną tkaninę z której utkana jest jakaś wyższa inteligencja, porządek którego, gdy patrzeć na niego z bliska kompletnie nie dostrzegamy. I dopiero wtedy można dostrzec sens wszystkiego i znaleźć odpowiedź na pytania, które bezradnie schną dziś na ugorze argumentów. I każdy z nas ma w tym swoją wlasną rolę do odegrania.

Na zdjęciach: Oryginalni mieszkańcy Brytanii mieli ciemną skórę, ciemne włosy i błękitne oczy. Beakersi byli biali jak wynika z rekonstrukcji szczątków jedej z kobiet Beakersów pochowanej w Wlk Brytanii.

Alternatywna historia

Żeglując w mozaice mikroskopijnych karaibskich wysepek zwanych Grenadynami dopłynęliśmy w końcu do jednej z nich o nazwie Mayreau. Jest ona najmniejsza w całym archipelagu wśród tych, na których mieszkają ludzie. Wąski spłachetek piasku (ma zaledwie półtorej mili kwadratowej powierzchni) z wypiętrzonym w jej centrum stromym wulkanicznym z pochodzenia wzgórzem daje schronienie maleńkiej wiosce lokalnych rybaków, której do tej pory nikt nie nadał nazwy. Powód tego wydaje się być oczywisty, gdy zobaczy się ją na własne oczy (każdy ciekawy musi to sprawdzić osobiście). Mayreau w całości porośnięta jest zdziczałym buszem, w którym stołowały się sfory strasznie wychudzonych kóz. Na szczycie góry zbudowano niewielki katolicki kościół pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. Podobno jest to najstarszy kościół na Karaibach i zastanawia dlaczego został zbudowany właśnie tu – gdzie żyje zaledwie garstka ludzi (dziś jest to 270 osób) z trudnością wiążąca koniec z końcem. Z miejsca, gdzie przycupnął kościółek rozciąga się przepiękny widok na kilka innych wysp archipelagu, wsród których najbliższe były Tobago Cays i Union – ostatnia Grenadyna należąca do St. Vincent. Resztę z nich terytorialnie przyznano Grenadzie. Wyspa Mayreau jest z pewnością w nienachalny sposób malownicza – można nawet powiedzieć, że swoją urodą utrzymuje zatrważającą karaibską równowagę. Stanowi też naturalny magnes dla żeglarzy. To dzięki nim na Mayreau ludziom żyje się znacznie dostatniej niż kiedyś a apetyt turystów na miejscowa langustę napędza lokalną ekonomię.

Nasz katamaran śmiało lawirował pomiędzy zakotwiczonymi w malowniczej zatoczce jachtami. Udało nam się zająć pierwszorzędne miejsce z widokiem na plażę, palmy i… morze po drugiej stronie wyspy. Mayreau w tym miejscu nie miała więcej niż 100 m szerokości. O ile w zatoce w której staliśmy woda była olśniewająco i błękitnie spokojna to po drugiej stronie fale pieniły się groźnie, wskazując miejsce spoczynku sporej rafy koralowej. Wśród łodzi stojących w zatoce szczególnie jedna przyciągała wzrok. Przede wszystkim stała tuż za nami i nie sposób było ją zignorować a poza tym była najprawdziwszą łodzią Wikingów! Całkowicie drewniana, wskazywała na ogromny kunszt szkutników, którzy ja zbudowali. Każdy element i detal idealnie do siebie pasował, pieczołowicie wydobyty wprawną ręką z bezkształtnego kawałka drewna. Znakomita część wyposażenia była również drewniana. Drewniane bloczki i knagi przyciągały wzrok swoją prostotą a zarazem praktycznością. Nawet liny skręcono starym sposobem z konopi, bo nie przypominały niczego, co można dostać we współczesnym sklepie żeglarskim. Prawdziwe żeglarskie cacko.

Nad łodzią dumnie powiewała spłowiała od słońca duńska banderka wskazując miejsce z którego przypłynęła łódka. Gdy tak patrzyliśmy na nią w zachwycie, z jej wnętrza – jakby wywołany naszym natarczywym spojrzeniem – wyłonił się żeglarz. Pasował do swojej łodzi idealnie. Szczupły, wysoki, brodaty blondyn, okazał się być młodym Duńczykiem. Jego niebezpiecznie czerwona opalenizna spod której porcelanowo łypały białka oczu i pozostawiona siłom natury bujna czupryna wskazywały, że dawno już nie odwiedzał ojczyzny Hamleta. Wyglądał jak Ragnar Lothbrok, postać historyczna i bohater niezmiernie popularnego serialu fabularnego “Wikingowie”. Potomek prawdziwych odkrywców Ameryki. Wymieniliśmy uprzejmości a uśmiechnięty Wiking wyznał, że przypłynął tu 7 miesięcy temu i tak naprawdę nigdzie mu się nie spieszy. Zapytany kiedy rusza w dalszy rejs zamyślił się chwilę i nieprzekonywująco odparł, że może za trzy miesiące.

Wikingowie – oględnie rzecz ujmując – mają niezbyt dobrą reputacje w historii, na którą mocno sobie zasłużyli oddając się piractwu, rabunkom i plądrowaniu wszystkiego na co natrafili wędrując wśród morskich wybrzeży. Wspomniany już serial “Wikingowie” obraz ten tylko umocnił zwłaszcza, że nie powstał on w fikcyjnej i pozbawionej realności historycznej próżni. Jego autorzy drobiazgowo zadbali o to, aby nie tylko nie rozjeżdżać się za mocno z historyczną prawdą, ale także aby każdy element wikińskiej kultury, ubioru czy wyposażenia również odpowiadał temu, co wiemy o nich z historii. Jest to więc rzadki przypadek, gdzie atrakcyjnie opowiedziana historia ma spore walory edukacyjne. Wikingowie to przede wszystkim żeglarze a okręty jakie budowali były w samym centrum tej niezwyklej kultury. Bez okrętów po prostu nie ma Wikingów. To one pozwalały im przemieszczać się w odległe zakątki Ziemi – nie tylko na Morzu Bałtyckim, ale także Śródziemnym, po północnym Atlantyku, do Grenlandii by wreszcie w konsekwencji dotrzeć do Ameryki. Całe 500 lat przed Kolumbem.

Wydawałoby się, że odkrycie takie powinno zostać przyjęte z należytą pompą i entuzjazmem. Naukowcy jednak upewniają nas, że kontynent amerykański był skutecznie odcięty od reszty świata, zanim nie dotarł do niego Krzysztof Kolumb. Od jakiegoś czasu teoria ta jednak chwieje się mocno w posadach, bo mapa na której zaznaczono wybrzeże Ameryki na długo przed przybyciem tam Kolumba została kilka lat temu uznana za prawdziwą. Chodzi tu o mapę Vinlandii, krainy opisanej w sagach, do której dotarli Wikingowie a która bez wątpienia była wybrzeżem Ameryki Północnej. Przez wiele lat trwała batalia o autentyczność mapy i ostatecznie eksperci historyczni i kartograficzni z duńskiej Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych uznali, że mapa jest prawdziwa! Mapę Vinlandii umieszczono w XV-wiecznej księdze “Hystoria Tartarorum” (“Historia Tatarów”) skopiowanej w 1445 r. na zamówienie jednego z kościołów w Bazylei a spisanej w XIII w. przez franciszkanina Benedictusa Polonusa spod Wrocławia. Księga jest jego relacją z podróży poselstwa papieskiego na dwór Wielkiego Chana Gujuka, najstarszego syna Czyngiz-chana.

Mapa zawarta w księdze obejmuje cały znany wówczas świat. Narysowano ją co prawda w XV w., ale była ona kopią innej mapy jaką stworzono 200 lat wcześniej. Zaznaczona jest tam także część wschodniego wybrzeża dzisiejszego USA. Nazwano to miejsce Vinilanda Insula i obejmuje ona obszar od dzisiejszego stanu Maine aż po Południową Karolinę, sięgając wgłąb lądu po Pensylwanię z zaznaczoną rzeką Sasquahana. Mapa musiała powstawać latami, bo trudno sobie wyobrazić aby stworzono ją podczas jednej wyprawy. Obejmuje ona ogromny obszar, co w przypadku Vinlandii pokazuje, że Wikingowie nie natrafili na Amerykę przypadkiem a kontynent był przez setki lat przedmiotem ich ekspansji i eksploracji. Sama mapa Vinlandii wygląda także na kompilację innych map powstałych około pierwszego millenium naszej ery.

Taką podroż do Vinlandii opisuje słynna saga Leifa Eriksona i ocenia się, że dotarł on do Ameryki ok. roku 1001. 75 lat później niemiecki kartograf Adam z Bremy pisał o odkryciu Eriksona w swoim dziele “Descriptio Insularum Aquilonis (“Opis wysp północnych”). Wspomniał on o Vinlandii wyjaśniając, że przyczyną nadania takiej nazwy były winne grona z których robiono doskonałe wino. O Vinlandii piszą także dwie inne skandynawskie sagi: Saga Eryka Rudego i Saga Grenlandczyków, gdzie Vinlandię umiejscawia się na południe od Hellulandu – uznawanego dziś za Wyspę Baffina i Marklandu – czyli Labradoru. Na Labradorze prowadzi się obecnie badania archeologiczne w osadzie L’Anse aux Meadows, którą bez wątpienia założyli Wikingowie, co samo w sobie powinno być ostatecznym dowodem na ich amerykańskie wyprawy.

“Hystoria Tartarorum” zaginęła na 500 lat w jakiejś prywatnej kolekcji aby trafić w ręce amerykańskiego antykwariusza Laurance Wittena. Był on absolwentem sławetnego uniwersytetu Yale i zaoferował, że odsprzeda księgę swojej Alma Mater. Cena jaką zaproponował przekroczyła jednak możliwości finansowe uczelni, ale inny jej absolwent – miliarder Paul Mellon zgodził się pokryć koszty jej nabycia pod warunkiem, że potwierdzona zostanie autentyczność księgi. Wolumin poddano szczegółowym badaniom, które przez trzy lata prowadziło dwóch brytyjskich specjalistów z z londyńskiego British Museum. W 1965 r. uznali, że księga a wraz z nią mapa Vinlandii jest autentyczna. Mellon wypłacił należną kwotę i księga znajduje się po dziś dzień w bibliotece uczelni ubezpieczona na 25 mln. dolarów.

Wydawało się, że w tym momencie przyznanie palmy pierwszeństwa w odkryciu Ameryki Wikingom jest już tylko formalnością. Autentyczność księgi i mapy potwierdzili przecież najwybitniejsi światowi eksperci. Tymczasem reakcję amerykańskich historyków porównać można było do wściekłości z jaka Ragnar i jego ziomkowie traktowali swoich wrogów. Uznali oni niemalże jednogłośnie, że mapa jest oszustwem bez przedstawienia na to najmniejszego skrawka konkretnego dowodu. Kolumb był wg nich w Ameryce pierwszy – koniec, kropka. Taki sam atak przypuszczono na odkrycia archeologiczne Helge Ingstad na Labradorze, gdzie od kilku lat powoli wyłaniała się z ziemi wioska Wikingów L’Anse aux Meadow. Fizyczne artefakty potwierdzały skandynawskie pochodzenie osady, ale historycy upierali się, że nawet jeśli założyli ją Wikingowie to jest ona w zbyt mizernej postaci aby mieć jakiekolwiek znaczenie. Na koniec naukowcy zażądali aby “Hystoria Tartarorum” została ponownie zbadana.

Pięć lat później badania księgi przeprowadził Walter McCrone – forensyk kryminalny – i w pobranych mikropróbkach tuszu, którym rysowano mapę znalazł on ślady dwutlenku tytanu. Forma w której ten składnik chemiczny był użyty wskazywała na technologię stosowaną do jego wytworzenia znaną od lat 20-tych zeszłego wieku. Historycy na taką ekspertyzę zawyli z zachwytu. Postawili na swoim i na 15 lat zamknęli usta wszystkim, którzy widzieli w Wikingach prawdziwych odkrywców Ameryki. W 1987 r. mapę zbadała jeszcze jedna grupa forensyków, tym razem z University of California. Do badania zastosowano promieniowanie roentgenowskie i okazało się, że dwutlenek tytanu rzeczywiście jest w tuszu, ale w śladowych ilościach. Badania prowadził dr Thomas Cahill, który o swoich wynikach poinformował poprzednią badającą księgę ekipę. Technologia jaką zastosowano 15 lat później do badania woluminu pozwalała na bardzo precyzyjne i detaliczne badania. McCrone natychmiast spotkał się kalifornijskimi naukowcami i wspólnie zbadali kolejne próbki. Doszli oni do wniosku, że minimalna ilość dwutlenku tytanu pochodziła z żelatyny, którą stosowano do zagęszczania tuszu w średniowieczu i jeśli była ona przechowywana lub mieszana w kamiennym naczyniu, śladowe ilości dwutlenku tytanu mogły dostać się do inkaustu. Ta wiadomość znów wysłała księgę na koniec średniowiecza, ale nie był to koniec jej przygód.

W 2004 r. duńska Akademia Sztuk Pięknych z dr Rene Larsenem na czele przeprowadziła nad mapą Vinlandii najdokładniejsze i zakrojone na ogromną skalę badania. Mapę badali chemicy, kartografowie, historycy i naukowcy z wielu specjalności. Zajęło to aż 5 lat. W toku tych badań okazało się, że wszystkie poprzednie testy nie były wystarczająco dokładne. Stwierdzono wówczas, że źródłem nieszczęsnego dwutlenku tytanu wcale nie była żelatyna a piasek, którym osuszano świeżo namalowany rysunki lub litery. Składnik ten w podobnej formie znaleziono w wielu innych średniowiecznych księgach. Duńczycy znaleźli także korytarze wygryzione w księdze prze korniki – podobne jak w innych księgach z tamtego czasu. Żaden historyk biorąc pod uwagę wyniki tych badań nie był już w stanie podważyć palmy pierwszeństwa Wikingów w odkryciu nowego lądu mimo to, zapewne jeszcze długo trzeba będzie poczekać aż taka informacja trafi do szkolnych podręczników. Wielu pełnych pasji krytyków mapy Vinlandii wciąż zajmuje wysokie stanowiska w amerykańskim systemie edukacyjnym i ich fideistyczna zatrata jest ostatnią barierą jaką po tysiącu lat musza pokonać Wikingowie aby znaleźć dla siebie właściwe miejsce w pełnej znużenia historii naszego globu.

Tymczasem zaledwie w zeszłym roku na trawersie nowojorskiego Battery Park pojawił się prawdziwy wikiński draken! We wrześniu 2016 r. przypłynęła do Ameryki największa (115 ft) replika łodzi Wikingów, jaką do tej pory udało się zbudować. Okręt o nazwie “Draken Harald Hårfagre”, wyruszył w kwietniu 2016 r. z norweskiego Haugesund i odwiedził po drodze nie tylko Nowy Jork, ale także amerykańskie i kanadyjskie porty na Wielkich Jeziorach. Łódź wraz z norweską załogą entuzjastów przeżyła potężne sztormy i spotkania z górami lodowymi by drogą Leifa Eriksona dotrzeć do Ameryki i symbolicznie postawić kropkę nad “i”, udowadniając że ich przodkowie byli w stanie dokonać takich podróży ponad tysiąc lat temu.

Znacznie skromniejsza łódź Wikingów z wyspy Mayreau nie powinna w tym świetle budzić zdziwienia. W końcu aby dotrzeć na Karaiby musiała pokonać z Danii szmat drogi, co rodzi podejrzenia, że być może Karaiby również nie były Wikingom obce. Należąca obecnie do USA wyspa St. Croix, była kiedyś własnością duńskich królów, przekazaną temu krajowi przez zakon…. Kawalerów Maltańskich – spadkobierców słynnych i tajemniczych Templariuszy! Do dziś na St. Croix wciąż znajduje się w pełni funkcjonująca stanica niegdyś rycerzy zakonników, legendarnych Krzyżowców, z których wielu miało skandynawskie pochodzenie. “Naszemu” Wikingowi mimo siedmiomiesięcznego pobytu na wyspie jakoś nie udało się wtopić w tłum krajowców i wyraźnie od nich odstawał swoją bujną blond czupryną. Spotkaliśmy go jeszcze wieczorem w nadbrzeżnym barze, gdzie małymi łyczkami popijał drinka i słuchał muzyki zaciągając sie od czasu do czasu miejscowym ziołem. Dzień później opuściliśmy gościnne Mayreau. Wiking, który zapewne żył w rytm lokalnego czasu nie pojawił się na pokładzie kiedy wyciągaliśmy kotwicę. Jakiś czas odprowadzaliśmy wzrokiem spokojnie kołyszącą się na wodzie drewnianą łódź. Wikingowie, byli ludźmi dla których najcenniejsze było nie złoto, które i tak rabowali gdzie się da, ale ich osobista wolność. Cenili ją ponad wszystko, gardząc tymi, którzy akceptowali życie pod butem innych. Nasz Wiking bez wątpienia wyznawał te same wartości, decydując się na życie na marginesie świata. Dlatego od czasu do czasu jego obraz pojawia się gdzieś w zakamarkach pamięci, nawołując do dezercji z naszej coraz bardziej skomplikowanej cywilizacji

Alternatywna historia

Czasami sceny, które zazwyczaj ogląda się w filmach z Hollywood zdarzają się w realnym życiu. Kiedy Clark razem z Inez przygotowywali się do niebezpiecznego spływu wśród wodospadów Pongo, nagle ich zdumionym oczom ukazał się lądujący na rzece hydroplan. Baron von Wolfenegg pojawił się niemalże w ostatniej chwili dotrzymując słowa Inez, że powróci by jej pomóc. Podroż do stóp Andów trwała dzięki temu znacznie krócej i była łlatwiejsza niż planowano. Inez pożegnała rycerskiego barona i dwójka śmiałków zaczęła wspinać się w coraz bardziej strome góry. Co jakiś czas napotykano Indian Aguaruna, którzy jak Jivaro byli łowcami głów, ale Inez znała ich dialekt i szybko znajdowano porozumienie. Indianie zaskoczeni tym że biała kobieta zna ich język obdarowywali ich jedzeniem i nawet chcieli podarować jej spreparowane czaszki, ale Inez z wdziękiem odmówiła przyjęcia prezentu.

27 Listopada dotarli do miejsca zwanego Jaén de Bracamoros, gdzie znaleźli dawno opuszczone fortyfikacje. Clark doszedł do wniosku, że musiały to być umocnienia zbudowane jeszcze przez konkwiatadorów kilkaset lat wcześniej, którzy chronili się tu przed zatrutymia strzałami Indian Jivaro. Znaleziono kanał dostarczający wodę a także pasy wysypanego żwiru wskazujące, że ktoś przesiewał go w poszukiwaniu złota. Plaża na brzegi rzeki skrzyła się od złotego piasku. Indiańskie kobiety przechadzały się po plaży zbierając bryłki złota jak gdyby to byly grzyby w lesie. Clark nie zwlekając sam zaczął je zbierać i wkrótce miał w kieszeniach ponad kilogram kruszcu! Był już pewien, że odnalazł swoje El Dorado! Następnego dnia sprzedał Indianom wszystko co miał: od brzytwy do golenia po ekstra amunicję i zamienił na wypełnione złotem bambusowe tuby.

2 grudnia Clark razem z Inez wyruszyli wreszcie w powrotną drogę. Na andyjskim płaskowyżu kupili konie bo czas zaczął odgrywać istotną rolę. Musieli przejść przez Andy bo inaczej wiosną następnego roku znaleziono by tylko ich kości. Żywili się wężami i tylko raz udało się Clarkowi ustrzelić jelenia. Zjedli też niedźwiedzia, którego Clark zabił maczetą. Konie i muły zaczęły okazywać coraz większe oznaki skrajnego wyczerpania i zaczęły odmawiać posluszeństwa. Clark musiał je pozostawić na płaskowyżu, zakopał kilka tub ze złotem i z resztą tub na plecach ruszył w dalszą drogę. Inez znalazła po drodze dwa mlłode oceloty. Ze sznura zrobila im smycze i prowadzila je przed sobą a zwierzętom wyraźnie to nie przeszkadzało. Kiedy dotarli śmiertelnie znużeni do niewielkiego, górskiego miasteczka Bellavista usnęli kamiennym snem na progu stajni dla mułów: Inez, Clark i dwa oceloty.

Znów uśmiechnęło się do nich szczęście. Nadjechał autobus który zabrał ich do Quito. Tam rozstali się. Inez poleciała do Londynu utrzymując, że znalezione złoto należy do kartelu dla którego pracowała. Clark ze złotem poleciałl do San Francisco. Nie mógl sprzedać złota oficjalnie bo pochodziło z terenów spornych i żaden kantor by go nie kupił. Znalazł się jednak broker, który zaplacił Clarkowi 16 tys. dolarów i obiecał drugie tyle gdy sprzeda złoto swoim kolegom. Następnego dnia Clark odkrył, że broker porannym samolotem poleciał do Kolumbii i słuch po nim zaginął. Clarkowi nie zostalo nic więcej jak wysłać połowę zarobku Inez do Londynu co zrobił i już w domu zaczął pisać swoje wspomnienia pt. “Rivers Ran East” (“Rzeki płyną na wschód”). Książka została wydana i spotkała się z dużym zainteresowaniem. Zarobił na niej więcej niż na przywiezionym z takim trudem złocie. Nigdy już nie wrócil do El Dorado.

Książka “Włóczęga az do śmierci” okazała się dla niego prorocza. W 1957 ruszył znow na poszukiwanie złota – tym razem nad rzekę Rio Caroni w Wenezueli. Poszedł w dżunglę i nikt go już wiecej nie zobaczył. Niektórzy uważają, że zmarł na malarię. Inni, że jego szczęście skończyło się i został w dżungli zabity przez Indian.

Inez Pokorny również zniknęła. Podobno przeprowadziła się do Nowego Jorku i tam zmarła w 1978 r., ale nikt tego nie wie na pewno. Złoty kartel dla którego pracowała nigdy nie ogłosił, że wydobywa złoto z El Dorado i kto wie – może nadal wydobywa je w tajemnicy przed światem.

koniec

Alternatywna historia

Po wyjeździe Mendozy Clark musiał radzić sobie sam, ale szczęście mu sprzyjało. Poznany przypadkowo lokalny dowódca armii peruwiańskiej zaprosił go na pokład swojego hydroplanu, który leciał do “Perły dżungli” – Iquitos. Clark miał tam sobie załatwić oficjalne pozwolenie na zbadanie dżungli wzdłóż rzeki Marañón do miejsca, gdzie na mapie ojca Salinasa zaznaczono El Dorado. W Iquitos wreszcie mógł odpocząć po trudach przedzierania się przez tropikalny las. Było to pierwsze, w pełni cywilizowane miejsce od czasu gdy opuścił Limę. Jego podanie o pozwolenie na zbadanie dżungli zostało jednak – ku zaskoczeniu Clarka – odrzucone. Miejsce znajdowało się na pograniczu Peru i Ekwadoru a w ostatnim czasie kraje te nie miały ze sobą najlepszych stosunków i coraz częściej mówiło się o wojnie. Clark zwrócił się z prośbą o mediację do amerykańskiego konsula w Iquitos – Lewisa Gallardy. Gallardy wedział dokładnie jakich użyć znajomości, żeby takie pozwolenie zostało wydane. Clark zaimponował mu swoją wojenną przeszłością i służbą dla OSS. Na pożegnanie Gallardy przekazał mu nawet list polecający do kilku znajomych biznesmenów z miejscowości Borja, nad brzegiem rzeki Marañón. W Iquitos Clark zamieszkał w luksusowym hotelu Malecon Palace.

Po wyjeżdzie Mendozy Clark potrzebował tłumacza i korzystając ze znajomości amerykańskiego konsula zaczął poszukiwania odpowiedniej osoby. Jednym z jego rozmowców byl Anglik – Ian Rokes. Rokes przedstawił Clarkowi kobietę – Inez Pokorny – która w jego mniemaniu byłaby doskonałym partnerem podróży Clarka. Inez była młodą i piękną Amerykanką. Od ośmiu miesięcy wędrowała przez dorzecze Amazonki i nikt dokladnie nie znał celu jej podróży. W opinii wielu byla ekscentryczną poszukiwaczką przygód. Clark nie byl zachwycony taką propozycją obawiając się. że piękna kobieta nie sprosta trudom i niebezpieczeństwom przedzierania się przez dżunglę. Za to Inez zapaliła się do tej propozycji. Clark jednak kategorycznie jej odmówił. Parowiec należący do Flamingo Oil Company, na ktory kupił bilet miał odpłynąć następnego dnia o świcie. Jakież było jego zdumienie, gdy o umówionej godzinie pojawił się na nadbrzeżu i okazało się tam, że statek odpłynął bez niego! Wściekły zastanawiał się co robić, gdy pojawiła sie przed nim uśmiechnięta Inez. Miała w Iquitos przyjaciela, ktorym był austriacki arystokrata baron Walter Frass von Wolfenegg. Posiadał on solidną łódź motorową “La Patria” i gotów był popłynąć z Inez choćby na koniec świata. Inez zaoferowała Clarkowi wspólną podróż razem z baronem w górę rzeki do Borja. Clark nie miał wyjścia i musiał zgodzić się na współpracę i wspólny rejs. Nie żałował tej decyzji. Inez Pokorny okazała się nie tylko znakomitym kompanem podróży, ale także kompetentnym żeglarzem, świetnym wędkarzem i doskonałym strzelcem. Niewielka ekspedycja powoli zbliżała się krętą rzeką w stronę Marañón. Nieoczekiwanie dla wszystkich silnik na łodzi zaczął się krztusić i wreszcie przestał pracować. Uszkodzenie okazało się poważne i załoga “La Patrii nie zdołała go naprawić o wlasnych siłach. Trzeba było przybić do brzegu i czekać na najbliższy przepływający statek.

Jeszcze tego samego dnia w prowizorycznym obozie pojawił się konno lokalny właściciel ziemski. Był to starszy, elegancki człowiek przedstawiający się jako Don Garcia. Zaprosił wszystkich do swojego domu. Kilka dni póżniej załoga “La Patrii” zameldowala baronowi von Wolfenegg, że na brzegiu dostrzeżono Indian Jivaro. Jivaro byli łowcami głów i załoga była bliska paniki. Baron zdecydował, że spłynie z prądem rzeki z powrotem do Iquitos i tam naprawi łódź. Clark nalegał, żeby zabrał ze sobą Inez, ale Amerykanka stanowczo odmówiła – czym Clark wcale nie byl zaskoczony. Byl akurat piątek, trzynastego, kiedy łodź barona odbiła od brzegu a Inez i Clark machali mu na pożegnanie z werandy domu Don Garcii. Gdy “La Patria” zniknęła za pierwszym meandrem rzeki Clark wynająl od plantatora niewielką łodź z dwoma wioślarzami i wraz z Inez wyruszyli w górę rzeki. Don Garcia był pewien, że nie zobaczy już więcej ani barona ani swojej łodzi, ani pary szalonych Amerykanów. Jego przeczucia niemalże się sprawdziły. Kilka dni później w środku nocy coś obudziło Clarka. Instynkt doświadczonego żołnierza działał bez zarzutu. Gdy otworzył oczy w blasku dogasającego ogniska dostrzegł zbliżającego się do jego twarzy węża. Był to jadowity nacanaca. Clark wyszeptał imię Inez i ta natychmiast się obudziła . Od razu zobaczyła węża przy twarzy Clarka i powoli sięgnęła po Colta. Wąż musiał wyczuć jakieś zagrożenie i nagle trysnął fontanną jadu prosto w twarz Clarki poczym wbił swoje jadowite zęby w jego kark. Inez wystrzelila i zabiła węża. Śmiercionośna rana została jednak już zadana. Tymczasem Clark powoli zapadał się w wywołane jadem delirium. Zerwani ze snu wystrzałem rewolweru wioślarze Don Garcii byli Indianami Cocama. Kiedy zobaczyli zabitego weża i ranę na karku Clarka w milczeniu zaczęli przygotowywać ziołowy okład. Okład prawdopodobnie uratował Clarkowi życie, ale kiedy nastał dzień półprzytomny od jadu Clark zdał sobie sprawę że oślepł.

Kiedy po kilku dniach ocknął się z gorączki poczuł, że leży na dnie płynącej łodzi. Zawołał Inez i zapytał dokąd płyną. Inez uspokoila go, że nadal trzymają się planu i płyną w górę rzeki do Borja. Nie była to łatwa podróż. Rwąca rzeka wywróciła łodź dnem do gory. Pasażerowie, łącznie ze ślepym Clarkiem zdołali jednak doholować ją do brzegu, wylać wodę i płynąć dalej. Innym razem jeden z Indian Jivaro zaczął zbyt natarczywie zalecać się do Inez, ale ta delikatnie wyglądająca kobieta szybko dała sobie z nim radę. Tymczasem Clark powoli zacząl odzyskiwać wzrok. Po prawie dwóch tygodniach żmudnego wiosłowania w górę rzeki dotarli do niewielkiej chaty stojącej na brzegu rzeki. Mieszkał w niej plantator Miguel Rojas, którego żoną była Indianka Jivaro. Dwóch wioślarzy Cocoma nie pytając nikogo o zdanie uznało, że dotarło do celu podróży i zniknęli bez pożegnania w dżungli. Tymczasem okazało się, że Rojas był właścicielem motorówki i za niewielką opłatą zgodził się dociągnąć łodź podróżników do Borja. W rzece zauważyli płynącą obok ich łodzi zygzakiem wielką anakondę. Anakonda nie jest jadowitym wężem, ale krajowcy unikali jej jak ognia. Wąż czesto w idelnej ciszy podpływał do niewielkiej dłubanki indiańskich rybaków i chwytał w potężny pysk jednego z nich. Następnie wciągał go głęboko pod wodę i czekal aż nieszczęśnik przestanie walczyć i wyzionie ducha – wtedy wąż spokojnie mógł się nim posilić. Anakonda na lądzie była równie niebezpieczna. Jej glowa jest niezwykle twarda i wąż potrafi zadać nią niczego niespodziewającemu się człowiekowi ogłuszający cios. Podczas, gdy ten leżał nieprzytomny na ziemi, anakonda owijała go swoim potężnym ciałem i łamala kości, żeby łatwiej jej było połknąć swoją zdobycz.

Dzięki opiece Inez Pokorny Clark powoli odzyskiwał siły i wzrok. Był wdzięczny losowi za tak dobrą i troskliwą towarzyszkę podróży. W Borja postanowił wyznać jej prawdziwy cel swojej podróży i pokazał mapę jaką w Limie kupił od Maldonaldo. Opowiedział jej historię konkwistadorów, którzy wg niego prawdopodobnie wielokrotnie odwiedzali El Dorado, w tajemnicy przywożąc stamtąd złoto. Inez słuchała go w milczeniu i Clark był pewien, czy za chwilę nie powie mu że ma gorączkę i że jeszcze nie doszedł do siebie po ukąszeniu przez nacanaca. Tymczasem stalo się zupełnie coś innego. Inez cicho powiedziala mu, że wcale nie jest szaloną turystką i jest w amazońskiej dżungli, bo szuka złota…

Inez Pokorny okazala się być wysłanniczką kartelu zwanego National Gold Bearing Society, które miało swoją siedzibę w Londynie. Szukała tego złota od 1945 r, ucząc się hiszpańskiego i miejscowych narzeczy indianskich. Kiedy Clark pokazał jej list polecający od amerykańskiego konsula, wśród nazwisk Inez rozpoznała kilka, reprezentujących jej złoty kartel w Londynie. Rezydowali oni w Borja bo miejscowi Indianie co jakiś czas przynosili z dżungli wydrążone łodygi bambusa wypełnione złotymi bryłkami. Gold Bearing Society skupowało to złoto i próbowało dowiedzieć się skąd Indianie go przynoszą. W Borja stacjonował niewielki garnizon wojskowy. Kilka dni po przybyciu Clarka do miasta jeden z peruwiańskich żołnierzy przyniósł mu oficjalny dokument unieważniający jego pozwolenie na eksplorację regionu Marañón. Clark miał do wyboru, powrot do Iquitos i ponowną próbę załatwienia dokumentu, albo dalszą drogę bez permitu, przez co stawał się w oczach peruwiańskich władz przestępcą i musiałby wracać przez Ekwador, żeby uniknąć konsekwencji. Jad węża wciąż jeszcze mocno dawał znać o sobie i zapewne wspomógł desperacką decyzję Clarka, aby jednak ruszyć w poszukiwanie El Dorado, które wydawało się być już tak blisko. Inez też nie zamierzala wracac do Iquitos i para podróżników, będąca od jakiegoś czasu pod obserwacją peruwiańskich żołnierzy wymknęla się niezauważona przez nikogo o świcie 28 października, ruszając przez kipiące od wody wodospady Pongo de Manseriche. Zaczynała się pora deszczowa a oszalała od nadmiaru wody rzeka wydawała się nie do przebycia.

Alternatywna historia

Pierwszy artykuł w tym roku poświęcony był historii przygód poszukiwaczy zaginionego miasta. Cieszę się, że ta historia się spodobała i doszedłem do wniosku, że może to dobry początek cyklu “przygodowego”, w którym mniej bedzie poważnych pytań o naturę zjawisk niewyjaśnionych a więcej opowieści o ludziach dręczonych jakąś obsesją czy zwykłym instynktem przetrwania. Zatem dziś kolejna opowieść…

Ze strzępów rozmaitych dokumentów historycznych wynika, że kapitan Robert Rogers był założycielem oddziału najemników, zwanych Rogers’ Rangers. Początkowo oddział składał się z chłopów, pastuchów i handlarzy z małych miasteczek Nowej Anglii. Na początku 1750 r. Rogers zaczął ich szkolić, ucząc walki i taktyki, której sam nauczył się u Indian. Pokazywal im jak tropić, jak ustawiać zasadzki, jak dokonywać nagłych ataków i jak przetrwać w rozmaitych, ciężkich warunkach. Rogers wynajmował swoich Rangersów armi brytyjskiej walcząc w wojnach z Francuzami a później z Indianami. Ich zadaniem był zwiad i ataki dywersyjne na siły wroga.

Mimo, że technicznie uznawano ich za żołnierzy, Rangersi odrzucali reguły, stopnie wojskowe i mundury. Byli uznawani za żołnierzy fortuny a niektórzy widzieli w nich po prostu płatnych morderców, głównie dlatego, że Rogers pozwalał im zdzierać skalpy, rabować wioski i obozy. Są jednak także i tacy, którzy widzą w oddziale Rogersa bohaterów tamtych czasów.

Rogers urodzil się 7 listopada, 1731 r. w Methuen, w stanie Massachusetts. Już jako nastolatek zgłosił się na ochotnika jako zwiadowca podczas konfliktów pomiędzy osadnikami i Indianami. To od tych Indian Rogers nauczył się jak być niewidzialny w lesie, jak stosować kamuflaż, nauczył się odwagi a przede wszystkim jak przetrwać – umiejętność, która wielokrotnie mu się przydała, kiedy został dowódcą Rangersów. Jednostka ta mimo wielu kontrowersji jakie ją otaczały uznawana jest za pierwszych komandosów tworzącego się USA.

Wojnę jak trwała wówczas w Ameryce prowadziła Francja, jej kanadyjskie kolonie i wiele indiańskich plemion, które walczyło z Brytyjczykami. Wywołała ją budowa Fortu Duquesne, który Francuzi wznieśli nieopodal dzisiejszego Pittsburgha w Pennsylwanii. Kolonia z Wirginii wysłała przeciwko nim armię, która miala wyrzucić Francuzów z tych terenów, uważanych wówczas za jej integralną część. Armię prowadził mający zaledwie 22 lata młody porucznik George Washington.

W 1756 r. brytyjski generał William Shirley zdał sobie sprawę, że do walki z Indianami potrzebuje sprawnych i doświadczonych żołnierzy, dlatego zatrudnił 60 osobowy oddział Rogersa, znany już ze swojej odwagi i skuteczności w walce w lesie. Już dwa lata później Rogersa awansowano do stopnia majora a pod jego komendą znajdowalo się 600 ludzi. Wojna powoli nabierała tempa a na granicy pomiędzy dwoma kolonialnymi potęgami było coraz bardziej niespokojnie. Brytyjski generał Jeffrey Amherst dowodził wówczas stojącym na granicy Forcie Ticonderoga i musial odpierać nieustanne ataki sprzymierzonych z Francuzami Indian. Amherst znał Rogersa i jego oddział. Uważał ich za najgorszych łachudrów i łapserdaków na kontynencie a samym Rogersem się brzydził. Nie miał jednak wyjscia. Aby powstrzymać Francuzów i Indian musiał dokonać wypadu na ich pozycje. Jego żołnierze nie byli jednak w stanie wygrać dla niego bitwy poza bezpiecznymi murami fortu. Musiał zwrócić się o pomoc do Rogersa. Kiedy się spotkali, wydał mu rozkaz przekroczenia granicy kanadyjskiej i zaatakowanie dużej wioski Indian Abenaki zwanej św. Franciszek. Rogers mial tam nie ziostawić kamienia na kamieniu. Abenaki byłi niezwykle walecznym i wojowniczym plemieniem. Dokonywali wielu napadów na ameykańskie osady zabijając ludzi albo porywając ich dla okupu. Jezuici próbowali ich nawrócić na chrześcijaństwo od stu lat. Przyniosło to częściowy sukces, bo jeden z nich – Isaac Joques – został przez Abenaków spalony na stosie zaledwie 10 lat wcześniej. Osadnicy uważali, że to własnie Jezuici podżegują Indian do ataku na mieszkająceych po drugiej stronie granicy protestantów. Obowiązkiem gen. Amhersta było chronić poddanych brytyjskiej korony.

W październiku 1759 r. Rangersi Rogersa podeszli na skraj indiańskiej wioski. Było ich 700: 30-tu na koniach, reszta pieszo. W absolutnej ciszy otoczyli wioskę. Kiedy pierwsze promienie słońca zaczęly wynurzać się z dna doliny Rangersi ruszyli do ataku. Zaskoczenie było całkowite. Najemnicy strzałami muszkietu i uderzeniami kolb karabinów łamali wątły opór Indian. Wielu z nich zginęło we śnie. Innych wywleczono z chat i rozstrzelano na miejscu. Wymordowano także kobiety i dzieci. Zabito rownież katolickiego księdza, ktorego znaleziono w niewielkiej kaplicy. Atak trwał zaledwie 20 minut, bo tylko tyle czasu potrzeba było aby zabić wszystkich Indian Abenaki. Ich domostwa podpalono a najemnicy Rogersa zaczęli zdzierać skalpy, ktore sprzedawano później innym plemionom indianskim. Ponad dwudziestu najemników wtargnęło do kaplicy szukając jakiegokolwiek łupu. Okazalo się, że kaplica wcale nie jest miejscem kultu a schowkiem na łupy jakie Abenaki zdobywali w nieustannych wyprawach wojennych przeciwko Amerykanom, a przebywający w środku jezuita prawdopodobnie sam byl zakladnikiem. Rangersi pozbierali złote świeczniki, kielichy i krzyże gdy nagle za ołtarzem dostrzegli sporych rozmiarów metalową figurę. Na chwilę zamarli. Figura przedstawiała Matkę Boską i był zrobiona z czystego srebra. Plotki o Srebrnej Madonnie krążyły po obu stronach granicy od dawna, ale nikt nigdy nie widział figury. Miała ok. metra wysokości a srebro do jej wykonania wydobyto w lokalnych kopalniach Zaskoczenie Rangersów nie trwało jednak długo. Szybko podnieśli figurę z piedestalu i umieścili na jednym z koni.

Tymczasem Rogers osobiście sprawdzał, czy żaden z Indian nie przetrwał masakry. Następnie zebrał swoich żołnierzy i pospiesznie opuszczono wioskę. Kilku Indian wyrwało się z okrążenia i z pewnością zaalarmowało sąsiednie wioski i francuskie wojsko. Szybkim marszem ruszono w kierunku Ticonderogi. Już po dwóch godzinach szybkiego marszu straż tylna zameldowała, że Rangersow ściga armia francuska. Towarzyszyło im setki żądnych zemsty Indian. Wojsko Rogersa bylo zmęczone. Marsz z Ticonderogi zajął im ponad 22 dni i nie mieli szans wymknąć się Francuzom. Rogers, żeby zmylić Francuzow postanowił podzielić swoje siły na dwie części. Pierwsza maszerowała wprost do granicy brytyjskich kolonii. Druga miała podążać w gęsty las, na wschód i dopiero po jakimś czasie skręcić na południe. Łup i srebrna Madonna podążyły z drugą grupą. Francuzi nie dali się zmylić. Mieli wystarczająco dużo sił aby również podzielić się na dwie grupy i osobno dalej ścigać nieprzyjaciół. Już wkrótce dogonili obie grupy i rozgorzała walka. Zmęczeni Rangersi zaczęli padać gęstym trupem. Najbardziej ucierpiała grupa podążająca na wschód. Francuzi wraz z Indianami atakowali ich nieustannie przez dwa dni, nie dając im ani chwili na jedzenie czy sen. Dodatkowo rozpętała się burza śnieżna. Oddział Amerykanów zaczął topnieć w oczach, gdy co chwila odrywały sie od niego grupki dezerterów i znikały w lesie szukając ucieczki na własną rękę. Resztki oddziału dotarły w końcu na skraj jeziora Memphremagog na granicy Quebecku i Vermont. Konie wiozące łup były już bardzo zmęczone i nie chciały iśc dalej. Nie było czasu na chowanie łupu, gdy trzeba było ratować życie. Rangersi porzucili złote lichtarze razem z końmi i zabrali jedynie Srebrną Madonnę. Koń pod jej ciężarem dochodził już do kresu swoich możliwości.

Rangersom udało się przekroczyć granicę i skrajnie wyczerpani ruszyli na południe w stronę rzeki Connecticut. Francuzi nie odpuszczali ani na moment i każdego dnia zabijali kolejnych najemnikow. Oddział topniał w oczach. Do rzeki Connecticut dotarło tylko czterech z nich. Byli nieludzko zmęczeni, bez jedzenia ale za to wciąż mając ze sobą Srebrną Madonnę. Jednym z nich był sierżant Amos Parsons, który nieco znał te tereny. Postanowił zmylić ścigających ich Francuzów. Czworka uciekinierów przekroczyła rzekę i weszła na teren New Hempshire w okolicy dzisiejszego miasteczka Lancaster. Następnie ruszyli w górę rzeki Israel w stronę White Mountains. Plan się powiódł i przez dwa dni uciekinierzy nie mieli żadnego kontaktu z pościgiem. Po następnych dwóch dniach koń niosący Srebrną Madoinnę okulał i miał kłopoty z chodzeniem.

Góry były dzikie, mroźne i nieprzyjazne. Pod śniegiem nie można było znaleźć żadnych jagód a o upolowaniu jakiegoś dzikiego ptaka nie było nawet mowy. Wyczerpani i głodni Rangersi zaczęli ciąć na pasy swoje skórzane koszule z których gotowano zupę. Wreszcie znaleźli miejsce, gdzie wysoko położona nisza w skale dawała poczucie bezpieczeństwa i dachu nad głową. Postanowili odpocząć i powoli odzyskać siły. Zdjęli z konia Srebrną Madonnę i położyli ją pod skalnym nawisem, następnie zarżnęli konia i zjedli go.. na surowo. Najedzeni mogli wreszcie zasnąć – po raz pierwszy od wielu dni.

Tuż przed świtem dwóch Rangersów obudziło się z silnym bólem brzucha. Parsons dostał gorączki i ataku delirium. W ataku szału zaczął czołgać się w stronę Srebrnej Madonny krzycząc, że to ona sprowadziła na nich wszystkie nieszczęścia. Podciągnął figurę do skraju skały i zrzucił w dół. Figura obijała się z łoskotem o skały i wreszcie wpadła z pluskiem do rzeki Israel. Parsons w spokoju patrzył jak woda zamyka się za srebrną rzeżbą a następnie zaczął wyrywać sobie włosy z głowy i z krzykiem rzucił się do lasu. Nigdy więcej nikt już go nie zobaczył.

Trzech pozostałych przy życiu Rangersów walczyło z chorobą przez następne dwa dni. Na trzeci dzień dwóch z nich zmarło. Pozostały przy życiu ruszył w dalszą drogę wzdłóż rzeki Israel. Po dwóch dniach dotarł do niewielkiej osady drwali, gdzie mieszkałlo pięć rodzin. Osadnicy widząc w jak nędznym jest stanie wzięli go pod opiekę. Był półprzytomny przez następne dwa tygodnie i często zrywał się w nocy z krzykiem. Kiedy wreszcie siły zaczęły mu wracać opowiedział osadnikom o masakrze wsi Abenaków, o Srebrnej Madonnie i pościgu Francuzów. Opowiedział tez o chorobie i o tym, że Parsons zrzucil Madonnę ze skały. Krótko potem żołnierz znów zaczął podupadać na zdrowiu. Tym razem psychicznym i nie dało się już z nim nawiązac żadnego kontaktu.

Jeden z drwali znał miejsce o którym opowiadał żołnierz. W kilku wybrali się tam wiosną następnego roku i znaleźli szczątki dwóch ludzi i konia. Zaczęli szukać Madonny, ale nic nie znaleźli. Tego samego roku w lesie niedaleko Jefferson znaleziono oszalałego czlowieka. Był zarośnięty, wynędznialy i brudny. Ze strzępków słów udało sie zrozumieć, że mówi coś o Srebrnej Madonnie. Na plecach niósł worek, w którym okazało się, że była ludzka głowa. Człowiek ten w desperacji żywił się mięsem swojego zmarłego towarzysza i wkróotce sam zmarł. Był to ostatni ślad po grupie Rangersów, która przedzierała się do Vermont przez jezioro Memphramagog. 60 lat póżniej podczas zbierania rzepy nad brzegiem tego jeziora natrafiono na złote lichtarze i talerze, które musieli porzucić uciekający Rangersi. Były to ostatnie ślady po wyprawie na wioskę St Francois.

Co jakiś czas kolejny poszukiwacz skarbów usiłuje ją odnależć. Wiadomo, że nie mógł jej unieść prąd rzeki bo była za ciężka. Oblicza się, że mogła ważyć ok. 100 kg. Prawdopodobnie ciężka figura ugrzęzła w bagnie i leży w tym samym miejscu do dziś, pokrywana każdego dnia kolejną warstwą mułu. Miejsce, gdzie powinna wciąż leżeć znajduje się w pobliżu miasteczka Jefferson w New Hempshire. Jej dzisiejsza wartość w srebrze to nieco ponad 200 tys. dolarów, ale jej wartość historyczna idzie już w miliony. Sama rzeżba nie była odlana z metalu, ale wyryta w wielkiej bryle srebra. I to z tego powodu, poszukiwania Srebrnej Madonny wciąż trwają.

Alternatywna historia

Następnego dnia wyruszono na drugi brzeg rzeki. Po raz pierwszy od kilkuset lat człowiek znów wszedł do miasta Małpiego Króla. Każdy centymetr drogi jaką przebyto musiał być wyrwany dżungli za pomocą maczety. Wreszcie wkroczono do miasta tyle….. że niczego nie zobaczono! Dżungla była tak gęsta, że można bylo zobaczyć jedynie liście i pnie drzew. Na ekranie GPS-a zaznaczono punkty sfotografowane przez LIDAR. Członkowie ekspedycji zachłannie wpatrywali się w miejsce, w którym powinna stać największa piramida w mieście i nikt nie był w stanie niczego dostrzec. Trzeba było przedrzeć się do ściany piramidy, by fizycznie stwierdzić że istnieje, pokryta ziemią i bujną roślinnością. Gdyby taką dżunglę zasadzić w Central Parku na Manhattanie, ktoś w jej wnętrzu nie miałby nawet pojęcia, że jest otoczony drapaczami chmur. Pod stopami znajdowano wiele kamiennych szczątków które były częścią jakichś budowli. Bez wątpienia w tym miejscu stało kiedyś potężne miasto. Wdrapano się na piramidę i nawet na jej szczycie wszystko pokrywał zielony parasol liści wciąż rosnący 30 m ponad głowami ludzi. Pierwszego dnia spędzono w mieście zaledwie godzinę. Żołnierze SAS uważali, że ustawienie obozu jest najważniejsze. Żywność i woda musiały być zabezpieczone, namioty rozstawione a cały teren obozu musiał zostać dokladnie sprawdzony. Jednak przez kolejne dni ekspedycja miała już wystarczającą ilość czasu aby móc dokładniej rozejrzeć się po mieście. Okazało się, że ziemia usłana jest artefaktami, głównie kamiennymi rzeżbami wystającymi z ziemi. Znaleziono przepiękną kamienną głowę jaguara. U podnóża piramidy również wystawały kamienne rzeźby. Na wielkich kamiennych słojach odkryto wyryte tam wizerunki węży, sępów i małp. W innym miejscu z ziemi wyłaniał się wielki kamienny tron ozdobiony figurami zwierząt i hieroglifami. Dokładniejsza penetracja doliny przyniosła następne rewelacje. Odkrywano kolejne elementy architektoniczne, które sprawiały wrażenie, że były zupełnie osobną osadą, żyjącą niezależnie od reszty częścią miasta. Znaleziono aż 19 takich miejsc.

Przez lata wierzono, że jeśli La Ciudad Blanca istnieje naprawdę, to było ono miastem Majów. Jeśli rzeczywiście by się to potwierdziło, to zmieniłoby to pojęcie o wielkości imperium Majów, o którym sądzono, że sięgało maksymalnie aż po Copan. W latach 30-tych La Mosquitię badali naukowcy wysłani przez Smithsonian. Odkryli wiele śladów po dobrze rozwiniętej cywilizacji jaka zajmowała te tereny, ale nie byli w stanie z całą pewnością stwierdzić, że byli to Majowie. Kiedy do miasta Małpiego Króla wkroczyła ekspedycja Elkinsa uczestniczący w wyprawie archeolodzy niemalże natychmiast stwierdzili, że kultura, która zbudowała miasto nie była związana z Majami! Cywilizacja ta z pewnością adaptowała wiele majańskich obyczajów budując piramidy i planując przestrzennie miasto w podobny sposób w jaki robili to Majowie. Odkryto nawet boisko do piłki nożnej, gdzie gra była raczej świętym rytuałem, w którym w nagrodę za wygrany mecz ścinano głowy zwycięzców. Odkryta w mieście kultura z pewnością miała kontakty handlowe z Majami a także prowadziła z nimi wojny, ale nikt nie wiedział kim byli ci ludzie. Archeolodzy ocenili, że miasto zaczęło powstawać ok. 400 r.n.e. Szczyt swojego rozwoju osiągnęło w XII w. by zniknąć z powierzchni ziemi w XVI w. Konkwistadorzy nigdy nie dotarli w to miejsce i tajemnica tego co się stało w mieście i co spowodowało jego opuszczenie trwa do dziś. Kiedy zaczęto odkopywać wystające z ziemi rzeżby okazało się, że był to kiedyś wielki dół w który wrzucono ponad 500 figurek! Mieszkańcy miasta opuszczali to miejsce w pośpiechu i porzucali wszystko, co miało kiedyś dla nich wielkie znaczenie. Rzeźby były w większości połamane. Ich wlaściciele niszczyli je aby uwolnić żyjące w nich duchy a następnie wyszli z miasta. Nikt nigdy nie pojawił się w nim przez 500 lat aż do przybycia ekipy Elkinsa. Douglas Preston stał się człowiekiem, który miał jako pierwszy ogłosić światu to odkrycie.

Sukcesem ekspedycji było także to, że w trakcie dziewięciodniowego pobytu w zaginionym mieście nikt nie ucierpiał. Nikt nie został ukąszony przez węża, nikt też nie zachorował na obrzydliwą tropikalną chorobę. Tak przynajmniej początkowo sądzono. Każdy z uczestników wyprawy był dotkliwie pogryziony przez owady, ale wyglądało na to, że nie jest to nic groźnego. Ciało Douglasa Prestona goiło się szybko oprócz jednego ugryzienia, które jątrzyło i zdawało się powiększać. Lekarz przepisał mu antybiotykli, ale w niczym nie pomagały. Preston pokazał ranę jednemu z fotografów National Geographic, który zrobił jej zdjęcie i rozesłał do kolegów. Wielu z nich wielokrotnie widziało objawy tropikalnych chorób i szybko rozpoznano, że ropiejąca rana jest objawem postępującej leiszmaniozy. Okazało się szybko, że Preston nie był jedynym członkiem grupy, który został zarażony tą chorobą. Dwie trzecie całej ekipy także miało podobne objawy. Zachorowali nawet nawykli do warunków tropikalnej dżungli hondurascy żołnierze. Legenda zaginionego miasta Małpiego Króla mówiła o tym, że każdy kto wejdzie do miasta umrze. Jak się okazało w przestrodze nie było żadnej przesady. Dolina w której leży miasto jest wylęgarnią leiszmaniozy, która jest przenoszona przez małe, kąśliwe muszki. Choroba jest wyleczalna, ale terapia trwa przez wiele lat. Leczeniem chorych członków ekspedycji zajął się amerykanski National Institute of Health, podchodząc do choroby jak do wyzwania naukowego. Z pewnością terapia jaką zastosowano wobec chorych na leiszmaniozę zaowocuje w przyszłości wieloma naukowymi doktoratami. Z tego powodu leczenie (które nadal trwa) jest przeprowadzane za darmo, bo jest częścią poważnych medycznych badań naukowych. Pasożyty, które wywołały chorobę okazały się nieznane współczesnej medycynie, stąd waga i skala badań.

Ciekawa jest także reakcja świata – zwłaszcza naukowego – na odkrycie jakiego dokonano. Archeolodzy byli srodze zawiedzeni, że odkrycia dokonali inżynierowie i poszukiwacze przygód a nie archeolodzy i historycy. Niechętnie mówili o LIDARZE, bo urządzenie jest bardzo drogie i znakomita większość akademickich archeologów nie ma do niego dostępu. Z tego powodu odkrycie zaginionego miasta Małpiego Króla uważane jest przez nich za dokonane w sposób nie fair. Wielu archeologów jest przeciwko używaniu LIDAR do odkryć archeologicznych nawet jeśli nie są w stanie podać jasnego powodu dlaczego tak sądzą. Do tego archeolodzy są grupą ludzi, gdzie króluje polityczna poprawność. Nie można wg nich używać słowa “odkrycie”, bo obraża to uczucia mieszkających w Hondurasie krajowców, którzy zbudowali kiedyś to miasto. Nie można mówić otwarcie o “cywilizacji” bo implikuje to porównania i szukanie przewagi jednych nad innymi. Zamiast cywilizacji używa się słowa “kultura”. Nie można także mówić o zagubionym mieście bo to kojarzy się z archeologią z czasów Indiany Jonesa, gdzie odkryć dokonywali ludzie reprezentujący kolonialne potęgi.

Rząd Hondurasu zakazał uczestnikom ekspedycji zabrania czegokolwiek ze sobą co należało do zaginionego miasta Małpiego Króla. Obecnie prowadzone są tam wykopaliska archeologiczne, głównie w miejscu, gdzie znaleziono setki figurek wotywnych. Połamane rzeżby łączy się ponownie ze sobą w pracowniach archeologicznych, gdzie są zabezpieczane. Trafiają one póżniej do muzeum a niektóre z nich do pałacu prezydenckiego. Wiele z nich wystawiono w galerii budynku ambasady amerykańskiej. Prezydent Hondurasu jest zafascynowany odkryciem. Osobiście odwiedził pracujących tam archeologów a następnie wysłał brygadę swojego najlepszego wojska, żeby oczyściła okoliczny teren z gangów dokonujących nielegalnej wycinki drzew i zabezpieczyła teren. Do tej pory rozkopano zaledwie 200 m2 miasta i jest to zaledwie początek ogromnej pracy, która prawdopodobnie zajmie czas wielu pokoleniom. To, co znaleziono jest zaledwie czubkiem góry lodowej a wiele nowych artefaktów cierpliwie czeka na swoją kolej. To, co my możemy na razie zobaczyć, to film dokumentalny, który jest na etapie produkcji i zostanie pokazany najszybciej za 6 miesięcy. Obecnie do doliny wyruszyła dobrze wyposażona ekspedycja archeologiczna z międzynarodowej organizacji Conservationist International, która będzie badać nieznaną kulturę. Do doliny pojechali także biolodzy, którzy studiują endemiczną faunę i florę, która żyje tu w niezwykłych formach ze względu na odcięcie od świata i jest niespotykana gdzie indziej. W ruinach znaleziono gatunek nietoperza, który żyje wyłącznie w najgłębszych jaskiniach. Oznacza to, że gdześ znajduje się wejście do tych jaskiń a z tego co obecnie wiadomo, mieszkańcy miasta grzebali swoich zmarłych w jaskiniach i wyposażali ich w ostatnią drogę w drogocenne przedmioty. Miasto Małpiego Króla ledwie uchylilo rąbka swoich tajemnic i z pewnością jeszcze nie raz zadziwi swoją niezwykłością.

Alternatywna historia

Samot startował i wracał na wyspę Roatan, gdzie wojsko mógło mieć swój sprzęt pod kontrolą. Każdego dnia przywoził serię nowych zdjęć, które szczegółowo analizowano. 5 maja 2012 r. samolot dokonał serii przelotów na strefą T1. Zdjęcia wysłano do laboratorium w University of Houston, gdzie dokonywano analizy komputerowej uzyskanego materiału. Tego dnia grupa inżynierów, która pracowała przy zdjęciach nieoczekiwanie wpadła w niezwykły entuzjazm. I mieli ku temu powody. Ze zdjęć wynikalo, że w dolinie T1 rzeczywiscie znajduje się nie jeden nienaturalny obiekt, ale całe potężne miasto. Nawet amator mógl dostrzec na zdjęciach budynki, piramidy i drogi. Zaginione miasto, jakkolwiek by się nie nazywało, zostalo wreszcie – bez cienia wątpliwości odkryte. Nikt nie miał pojęcia o jego istnieniu przed 5 maja, 2012 r. – teraz jego istnienie stało się faktem. Ekipa, która miała niezwlocznie wyruszyć we wskazane miejsce byla gotowa do drogi w kilka dni. Życie jednak toczy sie swoimi torami a biurokracja Hondurasu nie ułatwiała zadania. Pierwsza wyprawa do zaginionego miasta mogła wyruszyć w drogę dopiero trzy lata później! Rząd Hondurasu zdawał sobie sprawę z wagi odkrycia, ale nie chciał – z wielu powodow – ułatwiać Amerykanom zadania. Przedstawiciele honduraskiej armii mieli towarzyszyć ekspedycji w drodze przez dżunglę. W 2015 r. ekspedycja wyruszyła do lasu z niewieklkiego miasteczka Catacamas, które kontrolowane było przez szczególnie niebezpieczny kartel narkotykowy. Ekspedycja była ochraniana przez dużą grupę armii Hondurasu, która nie spuszczała Amarykanow z oka. Życie w Catacamas było niewiele warte. Zlecenie komuś morderstwa kosztowało tam zaledwie 25 dolarów. Oprócz armii Hondurasu wyprawa wynajęła swoją własną ochronę: trzech komadosów z brytyjskich sił specjalnych SAS. Nie byli to zwykli żołnierze a oficerowie – eksperci i specjaliści od walki i przetrwania w dżunglii. Ich dowódcą był Andrew Wood. Na odprawie w Catacamas Wood wymienił wszystkie niebezpieczeństwa jakie mogły stać się udziałem ekspedycji. Kiedy skończył, powietrze w miejscu odprawy przez dłuższy czas wypełniała głucha cisza.

Największym niebezpieczeństwem jakie wymienił Wood były jadowite węże, które żyją w dżungli dosłownie wszędzie. Uczestnicy wyprawy mieli przez cały czas jej trwania nosić na sobie osłonę przeciwko wężom. Wśród insektów należało zwrócić uwagę na jadowite skorpiony, jadowite pająki, mrówki pociskowe (tzw. bullet ants), których ugryzienie zadawało ból porównywalny z bólem po ranie postrzałowej (stąd nazwa). Wiele insektów zarażało tropikalnymi chorobami takimi jak malaria, całujące pluskwiaki chorobą Chagasa i świdrowcem. Choroby te są nieuleczalne i po ukąszeniu (w twarz – dlatego nazywa się te owady całującymi pluskwiakami) człowiek żyje 5, góra 10 lat i umiera na chorobę sercową. Ogromnie niebezpieczne okazały się być muchówki, które przenoszą wiciowca wywołującego groźną leiszmaniozę inaczej zwaną czarną febrą lub w innych odmianach białym trądem. Dżungla przez którą miała przedzierać się wyprawa była tak gęsta, że wystarczyło oddalić się od grupy o zaledwie półtora metra, żeby sie zgubić. Każdy niósl w swoim plecaku zestaw, który pozwalał samotnie przetrwać noc na wypadek takiego zgubienia się. W takim przypadku należało natychmiast dać sygnał gwizdkiem, żeby dać znać reszcie o swojej nieobecności. Niebezpieczeństwo stanowiły także lotne bagna, które wyglądały niegroźnie, ale z łatwością pochłanialy w swoich czeluściach nieostrożnego człowieka czy nawet duże zwierzę. Wiele drzew pokrytych było ostrymi, rozrywającymi ubranie i skórę kolcami. Nieostrożne potrząśnięcie drzewem wywoływało deszcz mrówek, które spadały za kołnierz i w każde możliwe miejsce na ciele człowieka. Poprzez ukąszenie mrówki wprowadzały do ciala człowieka toksynę wymagającą natychmiastowej interwencji lekarskiej w dobrze wyposażonym szpitalu.

Jednym z członków wyprawy był Bruce Heinicke, przyjaciel Elkinsa od dwudziestu lat. Jego żona była Honduranką i obydwoje mieszkali w Hondurasie. Był to potężnie zbudowany mężczyzna – pewny siebie, głośny, palący cygara i nie stroniący od mocnego alkoholu. Na życie zarabiał szmuglowaniem narkotyków, okradaniem stanowisk archeologicznych, wypłukiwaniem złota ze strumieni i okazjonalnie przyjmował zlecenia na dokonanie zabójstwa. W przeszłości został schwytany przez agentów DEA (Drug Enforcement Administration). Postawiono mu wówczas warunek: albo będzie pracował dla agencji jako wtyczka albo wyląduje w amerykańskim więzieniu. Heinicke bez namysłu zgodził się na współpracę. W tamtych czasach pracował dla szefa kolumbijskiego kartelu narkotykowego i był narzeczonym jego córki. O zdarzeniu z DEA natychmiast opowiedział swojemu szefowi. Zaproponował, że aby uwiarygodnić swoją współpracę z amerykańską agencją musi wydać w ich ręce kilku pracownikow kartelu. Kolumbijski drug lord bez namysłu wydał kilku ludzi ze średniego szczebla swojej organizacji a DEA było zachwycone współpracą z Heinickem. Taka sytuacja trwała przez następne dziesięć lat i co najważniejsze Heinickemu udało się przez ten czas pozostać przy życiu. Heinicke w wydawało sie trudnej sytuacji czuł się jak ryba w wodzie. Wiedział kogo trzeba zastraszyć, kogo przekupić a kogo po prostu zastrzelić. Nosił przy sobie gruby plik studolarówek, które rozdawał na prawo i lewo. Było to jednocześnie przekupstwo i przedstawienie, które uwielbiał pokazywać publicznie. Douglas Preston poznał Heinicke osobiście i historia życia poszukiwacza przygód zafascynowała go kompletnie. Był to doskonały materiał na bohatera książki, w której realne życie było ciekawsze od literackiej fikcji. Heinicke widząc, że Preston robi notatki spoważniał nagle i dobitnym, nie znoszącym sprzeciwu głosem zabronił publikować pisarzowi swojej historii zanim mu na to osobiście nie pozwoli. Nie musiał go nawet straszyć. Preston doskonale wiedział do czego zdolny jest Heinicke i nie chicał znaleźć się po stronie jego wrogów, których większość od dawna leżała w plytkich grobach rozsianych po honduraskiej dżungli. “Kiedy mogę opublikować twoją historię?” – niepewnym głosem zapytał któregoś dnia Preston. Po chwili milczenia uslyszał cichą i stanowczą odpowiedź: “Kiedy będę martwy…”. Bruce Heinicke zakończył swe pełne przygód życie rok po tej rozmowie i Preston mógł o nim opowiedzieć światu.

Ekspedycja była wreszcie gotowa do drogi, posiadała wszystkie potrzebne pozwolenia a fotografie zrobione przez LIDAR dokładnie wskazywały cel wyprawy. Rząd Hondurasu dołączył do grupy oddział wojska – 16 żołnierzy sił specjalnych – którzy nie tylko mieli osłaniać uczestników wyprawy, ale aresztować po drodze tych, którzy dokonywali nielegalnego wyrębu lasu, kradnąc wiele cennych drzew. Gangi wycinające drzewa zwalczały się nawzajem i co jakiś czas dochodziło w dżungli do bitew z użyciem broni maszynowej i granatów. Do wyprawy dołączono także kilku honduraskich archeologów, którzy mieli rejestrować wszystko co zostanie odnalezione w zaginionym mieście Małpiego Króla. Wreszcie wyruszono w drogę. Był to luty 2015 r. Gdyby ekspedycja wyruszyla pieszo dotarcie do celu zabrałoby jej kilka miesięcy, dlatego zdecydowano się wykorzystać śmigłowce i polecieć nimi wprost do doliny T1. Dolina miała powierzchnię ok. 30 km2 i była kompletnie otoczona przez niedostępne, porośnięte dżunglą góry. Z gór spływały w dół doliny malownicze strumienie i całość przypominała krajobrazy z filmu “Jurassic Park”. Pierwsi wylądowali na linach żołnierze, którzy maczetami wykarczowali niewielkie lądowisko. Helikoptery lądowały jeden po drugim i wyładowywały ludzi i ekwipunek. Każdy z uczestników wyprawy musiał sam wyrąbać sobie miejsce w dżungli na rozwieszenie swojego hamaka i przy tym koniecznie uważać na węże. Dżungla była wspaniała i nietknięta dzialalnością człowieka. Niektóre drzewa miały po sześć i więcej metrów średnicy i wznosiły się na wysokość 50 m. Były naprawdę imponujące. Miało się wrażenie przebywania w ogromnej, leśnej katedrze. Zwierzęta tam żyjące nigdy nie widziały człowieka i nie kryły się na jego widok. Jaguary spacerowały nocą po obozie, ciekawe nowego zjawiska. Nad hamakiem Prestona zawisł ogromnych rozmarów monkey spider i wpatrywał się w niego godzinami. Preston poczuł się jakby był w ZOO, tyle że z odwrotnej niż zwykle strony.

Obozowisko rozłożono na brzegu strumienia a miasto Małpiego Króla znajdowało się po jego przeciwnej stronie, osłonięte przed ludzkim wzrokiem ścianą drzew. Gdzieś bardzo blisko znajdowała się wykryta przez LIDAR piramida zakryta szczelnie zielenią. Dzień powoli kończył się i obozowisko pokryła nieprzepuszczalna, atramentowa ciemność. Kiedy Preston sprawdzał swoje najbliższe otoczenie za pomocą latarki pod swoim hamakiem dostrzegł olbrzymich rozmiarów węża gotującego się do ataku. Preston przywołał jednego z komandosów SAS. Ten natychmiast rozpoznał węża. Był to osławiony Fer-de-lance – najbardziej jadowity wąż Nowego Świata. Wąż znany jest ze swojej agresywności. Czasem już po ukąszeniu swojej ofiary wciąż ją ściga po to, by ukąsić ją po raz drugi. Jego jad jest ok. tysiąc razy bardziej toksyczny od jadu grzechotnika. Ten kogo taki wąż ukąsi w rękę czy nogę i tak ma szczęście, bo kończynę należy natychmiast amputować aby człowiek zachował życie. W przeciwnym wypadku ofiarę ukąszenia czeka pewna śmierć. Brytyjski komandos zdecydował, że przeniesie węża w inne miejsce. Maczetą wyciął kawalek gałęzi z rozwidlonym widelcem na końcu. Błyskawicznym ruchem przycisnął węża do ziemi a ten eksplodował energią. Z jego paszczy zaczęły wylewać się strumienie jadu a jego potężne zęby gotowe były do zadania śmiertelnej rany. Wąż był dłuższy niż wysokość żołnierza (a ten miał prawie 2 m wzrostu), który usiłował spacyfikować bestię. Komandos gołą ręką chwycił węża za głowę. Kropelki rozpryskiwanego na wszystkie strony jadu zaczęły gotować się na jego skórze. Żołnierz nie widząc innego sposobu na rozwiązanie tej sytuacji odciął maczetą głowę węża. Nawet wtedy paszcza węża kłapała groźnie, wciąż rozpryskując jad na wszystkie strony i usiłując zadać śmiercionośny cios a bezgłowe ciało próbowało spazmatycznym ruchem schować się w gęstwinę poszycia. Widok przywodził na myśl sceny rodem z horrorów. Komandos spokojnie poszedł zmyć jad ze swoich rąk i filozoficznie stwierdził, że nic tak dobrze nie robi koncentracji umysłu jak taka sytuacja. Nie miał zamiaru zabijać węża, ale gdy przypomniał sobie, że ma zadrapanie na dłoni natychmiast zmienił zdanie. Kropla jadu trafiając na takie pęknięcie skóry mogła sposodować nieobliczalne konsekwencje. Żołnierz zabił węża, bo musiał natychmiast zmyć jad ze swoich dłoni.

(będzie jeszcze czwarta część. Mam nadzieje że dacie radę dociągnąć do końca tej historii 🙂 )

cdjnn

Alternatywna historia

Pod wpływem opowieści Stephensa, Mosquitią zainteresował się nowojorski inwestor George Gustav Heye. On również był opętany obsesją odnalezienia zaginionego miasta Małpiego Króla. Wysłał na własny koszt cztery ekspedycje do Hondurasu. Trzy z nich okazały się porażką. Co prawda przywiozły one ze sobą wiele artefaktów i niezwykłych historii, ale wielu uczestników tych wypraw poniosło śmierć w dżungli, albo cierpiało na przewlekłe, tropikalne choroby. Ekspedycje te prowadził Frederick Mitchell-Hedges, brytyjski poszukiwacz przygód o kórym dziś wiadomo, że był zwykłym oszustem. Mitchel-Hedges ogłosił, ze odnalazł w Belize miasto Majów: Lubaantun. Podczas prowadzonych tam prac wykopaliskowych jego córka miała znaleźć najsłynniejszą kryształową czaszkę na świecie. Czaszka ta zrobiona została z niezwykłą precyzją, ale jej prawdziwe pochodzenie nie jest wiadome. W żadnym ze znanych nam dzisiaj starożytnych miast Majów nie znaleziono niczego, co przypominałoby taką czaszkę.

George Gustav Heye

Czwartą ekspedycję poprowadził Theodore Morde, ktory w 1941 r. wyruszył w samo serce dżungli Mosquitia. Morde wraz z ekspedycją zniknął bez śladu na pięć miesiecy i gdy w końcu wynurzył się z dżungli nadał do New York Timesa triumfującą depeszę: “Zaginione miasto Małpiego Króla zostało odnalezione!” Wyprawa powróciła do Nowego Jorku witana owacyjnie i z wielkim zainteresowaniem. Jej uczestnicy stali się bohaterami bo odnaleźli zaginone miasto Małpiego Króla! Wkrótce jednak pojawiły się poważne wątpliwości.

Nieoczekiwanie Morde odmówił wskazania miejsca w którym odkrył miasto! Obawiał się, że jeśli to zrobi, to miasto zostanie splądrowane przez rabusiów. Zapanowała konsternacja, którą przerwał – szczęśliwie dla Morde’a – japoński atak na Pearl Harbor. USA przystąpiło do II WŚ i ludzie nagle mieli ważniejsze sprawy na głowie niż poszukiwania zaginionego miasta. Mimo to, kilku członków wyprawy w międzyczasie popełniło samobójstwo, odmawiając podania położenia miasta. Morde zniknął z pola widzenia. Podobno pracował dla amerykańskiego wywiadu OSS by po wojnie wpaść w alkoholizm i powiesić się w 1954 r. pod prysznicem w mieszkaniu swoich rodziców. Tajemnica ekspedycji Morde’a ta została utrzymana aż do czasów współczesnych. Douglas Preston dotarł w końcu do oryginalnych dzienników podróży wyprawy Morde’a, gdzie zapisywano detalicznie wszystko, co wydarzyło się podczas przemierzania dżungli. Dzienniki trzymane były pod kluczem przez członków rodziny Morde’a i nikt przez te wszystkie lata nie miał do nich dostępu. Co jakiś czas kopiowano kilka stron z dziennika, które publikowały rozmaite czasopisma. Tymczasem kuzyn Morde’a ogłosił nieoczekiwanie, że większa część dziennika gdzieś zaginęła. Była to oczywiście część, w której Morde opisywał odkrycie zaginionego miasta. Nie było możliwości tego sprawdzić, bo dziennik nadal był trzymany pod kluczem. W międzyczasie kuzyn Morde’a trafił do więzienia. Preston wykorzystal tą okazję i poprosił jego żonę o wypożyczenie dziennika. Nieświadoma wagi dokumentu kobieta bez oporów wydała dziennik w ręce pisarza. Okazało się, że w dzienniku niczego nie brakuje. Każdy dzień opisywany był przez Morde’a z detaliczną dokładnością. To, co zaskoczyło Prestona najbardziej gdy studiował dziennik było to, że Morde wcale nie był zainteresowany odkryciem zaginionego miasta Małpiego Króla. Z lektury jasno wynikało, że czwarta ekspedycja do Hondurasu nigdy nie dotarła do tego mitycznego miejsca. Wszystko co Morde powiedział na temat rzekomego odkrycia było zwykłym kłamstwem! Nie było to jednak kłamstwo wynikające z próżności odkrywcy. Taka historia była mu potrzebna, bo realizował zupełnie inne zadania. W rzeczywistości Morde i jego ekipa szukali… złota. Byli przekonani, że natrafią na pokłady złota przekraczające wszystko to, co znaleziono do tej pory w Kalifornii czy nad rzeką Yukon. Jak wynikało z dziennika rzeczywiscie natrafiono na bogate żyły złota! Morde i jego ludzie spędzili wiele miesiecy wydobywając złoto i swój skarb przywieźli ze sobą do USA. Kiedy wreszcie wyszli z dżungli, kupili wiele artefaktów aby uwiarygodnić swoje poszukiwania zaginionego miasta.

Theodore Morde

Białego Miasta szukał także eksplorer o nazwisku Sam Glassmire. Był on naukowcem, który w latach wojny pracował w Los Alamos National Laboratory nad słynnym Manhattan Project, którego efektem było zbudowanie przez USA bomby atomowej. Po zakończeniu swojego udziału w projekcie przeprowadził się do Santa Fe w Nowym Meksyku, gdzie założył firmę geologiczną. Został on wynajęty przez tajemniczego, nieznanego, aczkolwiek zamożnego klienta do poszukiwań złota w Mosquitii w Hondurasie. Glassmire był odwrotnością Morde’a. Został wynajęty do poszukiwań złota a w rzeczywistości wykorzystał kontrakt do poszukiwań zaginionego miasta Małpiego Króla. Już na miejscu zebrał wokół siebie dziesięciu najbardziej zaufanych indiańskich przewodników, którym wyjawił prawdziwy cel wyprawy. Wyruszono w dżunglę i…. Glassmire odnalazł zaginione miasto!. Jego ręcznie wykonana mapa jaką tworzył podczas tej podróży wskazuje rzeki i elementy geograficzne nieujęte jeszcze w kartografii tego regionu. Tym samym jest to dowód, że rzeczywiście taka podróż miała naprawdę miejsce. Glassmire zabrał ze sobą kilka niezwykle interesujących artefaktów aby udowodnić swoje odkrycie. Tym razem jednak natrafił na kompletny brak zainteresowania tematem. Nikogo nie interesowało jego odkrycie! Był rok 1960 i świat był zajęty zupełnie innymi sprawami. Glassmire nie tylko nie ogłosił miejsca, w którym odnalazł zaginione miasto, ale także nigdy nie wrócił do Hondurasu. Do zaginionego miasta Małpiego Krola nie wybrał się w tym czasie także nikt inny. Jedyną osobą, która chciwie słuchała opowieści Glassmmire’a był Steve Elkins. Rewelacje Glassmire były dla Elkinsa potwierdzeniem, że opowieści o Białym Mieście nie są wyłącznie legendami. Glassmire ze swojej strony ostrzegał, że może nie jest to wcale poszukiwane Białe Miasto, ale z pewnością to co odnalazł zostało stworzone przez nieznaną, ludzką cywilizację. W 1997 r. Elkins nakrecił dokument, w którym rozmawia z Glassmirem o jego odkryciu. W filmie pokazywana jest również mapa tego miejsca. Krótko po tym wywiadzie Glassmire zmarł. Elkins był za to zdeterminowany by po raz kolejny podjąć próbę znalezienia miasta.

To właśnie w tym czasie Elkins otrzymał e-mail od Rona Bloma z NASA, że coś kryje się pod gęstą pokrywą lasu w Hondurasie w dolinie, którą roboczo nazwano T1. To coś z pewnością nie było tworem natury. Niektóre ze struktur oceniano na 600 m długości! Były to potężne budowle, które kryła w sobie dżungla. Dla Elkinsa był to wielki moment w jego życiu. Istnienie zaginionego miasta zostało wreszcie potwierdzono, ale dopiero 20 lat później miał je ujrzeć na własne oczy. Małpi Król, Małpi Bóg wreszcie okazał się dla niego łaskawy i dopuścił go do swoich tajemnic. Elkins nie jest bynajmniej poszukiwaczem sławy i skarbów a fotografem i fimowcem. Jego marzeniem było uwiecznienie na taśmie zaginionego miasta. Przez lata poszukiwań nabył sporo wiedzy z dziedziny archeologii i geologii, ale jego podstawowym celem było zrobienie filmu. Aby tego dokonać potrzebował możnego sponsora i pieniędzy. Napisał do człowieka o nazwisku Bill Benenson, który jest znanym reżyserem filmów dokumentalnych w Hollywood. Jego rodzina posiada odnoszącą wielkie sukcesy firmę handlu nieruchomościami na Manhattanie i z pewnością nie narzeka na brak gotówki. Benenson zapalił się do pomysłu Elkinsa i wyłożył milion dolarów na stół a następnie przekonał National Center for Laser Airborne Mapping do wysłania samolotu wraz z wyposażeniem i technikami do Hondurasu. Rząd Hondurasu miał poważne opory aby przyjąć tak wyposażony samolot na swoje terytorium. LIDAR nie tylko był w stanie odkryć starożytne ruiny w górach pokrytych dżunglą, ale także z łatwością wykrywał wszelkie ukryte instalacje militarne. Honduras jest oczywiście zbyt biednym krajem aby mieć coś do ukrycia przed światem, ale duma narodowa nie pozwalała zbyt latwo zgodzić się na taką obcą ingerencję w swoje terytorium. LIDAR był (i jest nadal) niezwykle zaawansowaną technologią i miał w swojej budowie elementy jakie stosowano w rakietach typu Cruise. To z kolei zaniepokoiło armię amerykańską, która nie chciała się zgodzić na to, aby samolot opuścił terytorium USA. Kiedy wreszcie udało się uzyskać takie pozwolenie, razem z technikami poleciał do Hondurasu wyposażony w ciężką broń pluton wojska, który miał pilnować samolotu dzień i noc. Wszyscy uczestnicy ekspedycji spotkali się na malowniczej wyspie Roatan u wybrzeży Hondurasu, gdzie przez kilka dni dopinano szczegóły wyprawy. Oprócz strefy T1 wyselekcjonowano strefy dodatkowe: T2 i T3.

cdewn

Alternatywna historia

Czas najwyższy wznowić jakąś aktywność na NA, bo stronkę zaczyna mocno przysypywać wirtualny kurz i lada chwila w ogólnie zniknie z powierzchni netu. Dziękuję wszystkim, którzy o NA pamiętają, pamiętają o mojej skromnej działalności i dopominają się nowych tematów. Czasy mamy niespokojne i niełatwo skoncentrować się na sprawach innych niż te, których rozwiązania wymaga od nas zwykłe, codzienne życie. Dziś powrót do wszystkich tych tematów, które fascynują mnie od lat. Zaginione cywilizacje zawsze znajdowały swoje miejsce na szczycie tych zainteresowań a ich tajemnica wciąż nie daje spokoju.

W starej, pogrzebanej już doszczętnie NA, w 2013 r. pisałem o odkryciu tajemniczego miasta ukrytego w dżungli Hondurasu. Podejrzewano wówczas, że są to być może pozostałości po La Ciudad Blanca. Legendy o zagubionym Białym Mieście krążą po świecie od czasu, kiedy konkwistador Hernan Cortez wyruszył na podbój Meksyku, dając początek nieobliczalnym konsekwencjom, które niemalże wymazały z powierzchni ziemi wszystkie prekolumbijskie cywilizacje. Przez stulecia wydawało się, że legenda o Białym Mieście jest tylko wytworem ludzkiej wyobraźni i żyje jako mit. Tymczasem okazało się, że w czasach, kiedy świat skurczył się niepomiernie do rozmiarów globalnej wioski wciąż jest miejsce na nowe, niebywałe odkrycia. Jedno z nich opisuje Douglas Preston w swojej najnowszej książce pt.: “The Lost City of The Monkey God” (“Zaginione miasto Małpiego Boga”). Douglas Preston nie jest literackiem nowicjuszem. Napisał do tej pory 35 książek, z czego 16 trafiło na listę bestsellerów New York Timesa. Preston pracował jako korespondent dla takich magazynów jak: Smithsonian Magazine, National Geographic czy New Yorker. Dalekie podróże na koniec świata nie są więc mu obce. Jednak przygoda z zaginionym miastem w Ameryce Łacińskiej przerosła wszystkie inne jakie przeżył. Dziś Preston wspominia, że gdyby wiedział co go czeka, to dwa razy zastanowiłby się zanim wyruszylby w tak niebezpieczną podróż.

Żyjąc w XXI wieku wydaje nam się że każdy zakątek na Ziemi został już dokładnie zbadany i odkrycie zaginionego miasta jest najwyżej łabędzim śpiewem romantycznej przeszłości badaczy z XIX w. Tak jednak nie jest. Honduras to niewielkie państwo w Ameryce Środkowej i wciąż pokrywają go połacie nieprzebytej i niezbadanej dźungli. O legendzie Białego Miasta Douglas Preston usłyszał po raz pierwszy w 1996 r. w należącym do NASA Jet Propulsion Lab od Rona Bloma, który jest jednym z najwybitniejszych ekspertów w dziedzinie badania powierzchni ziemi z przestrzeni kosmicznej. Wyznał on wówczas w prywatnej rozmowie z Prestonem, że pracuje nad tajnym projektem, którego celem jest odnalezienie zaginionego miasta przy pomocy satelit i radarów. Dzięki niemu Douglas Preston poznal człowieka o nazwisku Steve Elkins. Elkins dręczony był obsesją odnalezienia zaginionego miasta Małpiego Króla, o którym opowiadano wiele legend i roztrwonił sporych rozmiarów fortunę poszukując tego miejsca. Preston wiedziony pisarskim instynktem zaczął regularnie rozmawiać z Elkinsem. Początkowo nie wierzył, że miasto może istnieć naprawdę, ale Elkins był źródłem niesamowitych opowieści z honduraskiej dźungli, które pisarzowi trudno było zignorować. Wszystko to miało miejsce 20 lat temu i wraz z upływem czasu Preston zaczął zdawać sobie sprawę, że być może Elkins ma szansę naprawdę odnaleźć miasto. Połączenie znajmości dżungli, jej mieszkanców ze znajomościami w NASA plus najnowsze technologie radarowe mogły przynieść wymarzony efekt. Prestona dołączono do grupy poszukiwawczej. Ponieważ cały ten projekt był tajny, musiał podpisać stosowną klauzulę tajności. Chodziło nie tylko o utrzymanie odkrytego miejsca w sekrecie w obawie przed złodziejami skarbów, którzy dokonali wielu zniszczeń w stanowiskach archeologicznych rozsypanych po całej Ameryce Łacińskiej i Południowej, ale także dlatego, że cały projekt był utrzymany w tajemnicy przed władzami Hondurasu (!).

NASA przeprowadziła szereg ekperymentów i analiz zdjęć satelitarnych terenu i wyselekcjonowała dolinę, która nie miała nawet geograficznej nazwy. Określono ją roboczo T1 co znaczyło Target One i tam właśnie skoncentrowano wysiłki badawcze. Na zdjęciach szybko dostrzeżono nietypowe dla natury kształty ukryte pod gęstą pokrywą dźungli. W 1998 r. Steve Elkins zorganizował ekspedycję, w celu zbadania tej doliny, zanim jednak do tego doszło przez Honduras przeszedł katastrofalny huragan „Mitch” i obrócił ten niewielki i biedny kraj w perzynę. Zniszczonych zostało 70% dróg, gospodarka kraju cofnęła się o 50 lat a żywioł pochłonął 7 tys. istnień ludzkich. Ekspedycja została odwołana. Elkins przez następnej 10 lat probował dostać się do tej doliny, ale za każdym razem bez sukcesu. W tym czasie Preston utrzymywał z nim regularny kontakt obserwując rozwój wypadków. Wreszcie w 2010 r. do Elkinsa uśmiechnęło się szczęście. Był to rok w którym po raz pierwszy wprowadzono do użytku technologię radarową zwaną LIDAR. Urządzenie jest niezwykle kosztowne i trzeba było za nie zapłacić milion dolarów. Montuje się je na samolocie i za jego pomocą fotografuje z wysokości powierzchnię badanego terenu. Radar wysyła 250 000 promieni laserowych na sekundę i jest w stanie z ogromną dokładnością stworzyć mapę topograficzną terenu pokrytego dżunglą. Dzięki temu urządzeniu wymarzona ekspedycja Elkinsa mogła wreszcie dojść do skutku a szanse odnalezienia Białego Miasta ogromnie wzrosły.

Miejsce w którym znajduje się wciąż pokryte dżunglą Zaginione Miasto to strefa około 40 tys. km2. Jest ono pokryte tropikalnym lasem uważanym za jeden z najgęstszych na świecie. Jest ono położone w wyższych partiach niezwykle stromego i niedostępnego łańcucha górskiego. Góry te rozciągają się od wschodniego Hondurasu aż po Nikaraguę i znane są jako La Mosquitia. Wśród gór znajdują się doliny pokryte dżunglą tak gęstą, że do dziś od setek a może nawet i tysięcy lat nie stanęła tam stopa ludzka. Nie tylko niedostępność sprawia, że nie zapędzają się tam ludzie. Honduras jest jednym z najbardziej niebezpiecznych krajów na świecie z najwyższą statystyką morderstw a miasteczka położone na skraju dźungli La Mosquitia kontrolowane są przez nieobliczalne kartele narkotykowe. Jest to główny punkt przerzutowy kokainy z Ameryki Południowej do USA. W dżungli znajdują się wycięte w lesie tajne lotniska, laboratoria przetwarzające kokainę a całość kontrolowana jest przez gangi. Armia honduraska nawet nie myśli zapędzać się w te strony i administracja rządowa nie ma nad tymi terenami żadnej kontroli. W środku dżungli trudno jest co prawda spotkac istotę ludzką, ale czai się tam wiele niebezpiecznych, dzikich zwierząt, ogromna liczba jadowitych węży (zwanych Fer-de-lance) i owadów przenoszących rozmaite śmiertelne choroby. Na śmiałka, który wdarłby się do dżungli czekają niebezpieczne pulapki jak ukryte dla ludzkiego oka przepaście czy niewinnie wyglądające błotne kałuże, które błyskawiczie pochłaniają w swoją bezdenną otchłań wszystko to, co w nie nieopatrznie wejdzie. Doświadczona, złożona ze zdrowych, silnych mężczyzn ekipa była w stanie pokonać dziennie zaledwie dystans do 5 km, przez 10 godzin wyrąbując sobie drogę w gęstym lesie.

Poszukiwania legendarnego La Ciudad Blanca trwały nieustannie przez ostatnie 500 lat. Słyszał o nim Cortez i opowieści o niezwykle bogatym mieście rozpalały jego chorą wyobraźnię. Uważał, że odkrycie Bialego Miasta ma ogromne znaczenie i napisał o nim w liście do hiszpańskiego króla Karola V. Wyprawa Corteza nigdy nie doszła do skutku, bo uniemożliwił ją bunt jego podwładnych, ale dwadzieścia lat później mnich – Cristóbal de Pedraza – przemierzający dżunglę wraz z lokalnymi przewodnikami dotarł do nieznanej doliny, w której ujrzał olbrzymie miasto. Jego przewodnicy mówili, że jest to niezwykle bogate miasto w którym jada się na talerzach ze złota i pije ze złotych, wykładanych drogimi kamieniami pucharów. Mnich nie odważył się zejść w dól doliny, ale napisał obszerny list opisujący to co zobaczył i co usłyszał. Tak powstała legenda Bialego Miasta. Poszukiwania przybrały na sile w XX w. Wielu śmiałków wyruszyło w nieprzebytą dżunglę Hondurasu i wielu z nich pozostało w niej na zawsze. Nowojorczyk John Lloyd Stephens był jednym z wielu, których zafascynowała możliwość istnienia zaginionego miasta w Ameryce Centralnej. Dzięki dyplomatycznym koneksjom udał się do Hondurasu w 1840 r. wraz z pewnym angielskim artystą mając nadzieję odnaleźć legendarne miejsce. Prowadzony przez indiańskich przewodników dotarł do miasta Majów – Copan – w zachodnim Hondurasie. Będąc przedsiębiorczym nowojorczykiem wpadł na pomysł kupienia ruin, za które zapłacił lokalnemu właścicielowi 50 dolarów. Stephens postanowił rozłożyć miasto na części, zapakować na statki, wysłać do Nowego Jorku i tam złożyć z powrotem. Na szczęście nie udało mu się zrealizować tego planu. To, co pozostało po jego pobycie w Copan, to seria pięknych rysunków miasta a także książka o Zaginionym Mieście Majów, która stała się jednym z największych bestselerów w XIX w. Był to niezwykle ważny moment w historii, bo ludzkość zdała sobie sprawę, że Ameryka była w stanie stworzyć cywilizację dorownującą swoim wyrafinowaniem wszystkiemu co stworzyła Europa. Nowy Świat także posiadał swoje wielkie cywilizacje zarezerwowane do tej pory wyłącznie dla Sumeru, Egiptu, Grecji i Rzymu. Ludzi zafascynowała wizja miast pokrytych dżunglą, porzuconych być może tysiąc lat wcześniej. Tam, gdzie znajduje się Copan zaczyna się nieprzebyta dżungla Hondurasu i ani Stephens ani inni poszukiwacze przygód nie byli w stanie pokonać dzikiej natury i wedrzeć się do jej wnętrza. Stworzyło to jednak legendę, przykuwającą uwagę i rozpalającą wyobraźnię wielu ludzi. Mosquitią zainteresowali się nawet ameykańscy Mormoni. Wg ich Księgi Mormona jedno z zaginionych plemion Izraela – Lamanici – wywędrowało aż do Nowego Świata i stworzylo tam własną cywilizację. Dla Mormonow Lamanitami byli Majowie i aby to udowodnić wysłali oni do Centralnej Ameryki kilka grup archeologów, którym nie udalo się co prawda udowodnić, że Majowie to Lamanici, ale dokonali przy okazji wielu interesujących odkryć na temat cywilizacji, która rozwijała się na długo przed przybyciem Europejczyków.

Tymczasem Steve Elkins mimo swojego opętania legendą zaczął dostarczać coraz bardziej solidne informacje.

cdewn

cz.2

Alternatywna historia

Próbowano osłabić uderzenia tarana przez zrzucenie worków ze słomą, ale Rzymianie szybko odsunęli je hakami na długich trzonkach. Niedawno zbudowany mur zaczął się rozsypywać. Jednak żydzi znów ruszyli poza mury – tym razem z innego miejsca, co zaskoczyło Rzymian – i oblali konstrukcję mieszaniną smoły, ropy i siarki niszcząc ją doszczętnie.

“Pojawił się żyd, którego imię warte jest zapamiętania”

– napisał w “Wojnie żydowskiej” Był to Eleazar ben Sameas, urodzony w Saab w Galilei. Podniósł on ogromny głaz, który zrzucił z murów na taran odrywając łeb barana. Następnie zszedł z murów pomiędzy Rzymian, znalazł łeb barani i zawlókł go na mury, gdzie stanął i podniósł go z tryumfem nad głowę by chwilę później paść martwy wciąż trzymając w rękach swoją zdobycz po tym jak pięć oszczepów przebiło go na wylot.

Rzymianie odbudowali taran i jeszcze tego samego wieczora rozpoczęli rozbijanie tej samej części murów. Nagle wybuchła wśród nich panika, gdy okazało się, że Wespazjan został trafiony w stopę odłamkiem oszczepu (co pokazuje, że stał on niebezpiecznie blisko murów). Kiedy jednak zorientowali się, że rana nie jest groźna zaatakowali z wielką furią. Józef ze swoimi ludźmi walczył całą noc, czasem urządzając wycieczki by zaatakować obsługę tarana, ale pożary jakie wzniecali sprawiały, że stawali się łatwym celem nieprzyjacielskiej artylerii ukrytej w mroku nocy. Chmury ogromnych strzał ze skorpionów spowijały ich szeregi a kamienie wyrzucane przez balisty rozbijały blanki i odrywały rogi wież. Śmiertelna skuteczność tej broni jest opisana przez Józefa w makabrycznych detalach. Pisał np. że głowa żołnierza stojącego obok niego została trafiona kamieniem i urwana poleciała 600 m dalej. Kobieta w ciąży została uderzona kamieniem w brzuch i wyrwane z niego dziecko poleciało 300 m dalej.

Maszyny oblężnicze wydawały z siebie okropny jazgot a niekończący się świst wystrzeliwanych przez Rzymian strzał i kamieni był nie mniej straszny. Złowrogi odgłos upadających martwych ciał działał równie deprymująco. Kobiety wewnątrz murów wrzeszczały nieustannie, podobnie jak wielu rannych krzyczało z bólu. Zewnętrzne ściany murów ociekały krwią a stosy martwych ciał sięgały aż po blanki. Każdy dźwięk dodatkowo podkręcało echo odbijające się od gór otaczających miasto.

O świcie pod nieustannymi uderzeniami tarana mury wreszcie padły. Po tym jak Wespazjan pozwolił swoim ludziom odpocząć, był gotów do ataku o świcie. Spieszył swoją ciężką kawalerię i ustawil w potrójnym szeregu w pobliżu wyłomu gotowych do akcji, gdy tylko przejście zostanie oczyszczone. Za ich plecami umieścił swoich najlepszych piechurów. Reszta kawalerii pozostała na koniach w tyle, aby zabić każdego, kto będzie próbował wydostać się z padłego miasta. Jeszcze dalej ustawił łuczników gotowych do strzału, razem z procarzami i artylerią. Inni żołnierze dostali rozkaz by z drabinami zaatakować niezniszczoną część murow aby odciągnąć część obrońcow od wyłomu.

Widząc na co sie zanosi ustawił Józef starszych i mogących chodzić rannych na niezniszczonej części murów, gdzie byli lepiej chronieni i mogli odeprzeć atak. Zdrowych i silnych mężczyzn ustawił bezpośrednio za wyłomem a przed nimi w drodze losowania wybrał kilka grup po sześciu ludzi, którzy mieli wziąć na siebie pierwszy impet ataku. Nakazał im zatkać sobie uszy aby nie przestraszyć się okrzyku wojennego legionistów i schować się za tarczami zanim atakujący nie wykorzystają całego zapasu strzał i pocisków. Następnie nakazał im biec do przodu w miejsce, gdzie Rzymianie rozpoczną przejście przez rozbite mury.

Kiedy nadszedł dzień i kobiety z dziećmi zobaczyły trzy linie rzymskich żołnierzy zagrażających miastu, wielkie wyłomy w murach i wszystkie wzgórza dookoła pokryte nieprzyjacielskim wojskiem z piersi wyrwał im się nieprzerwany, straszny, zdesperowany krzyk. Józef wydał rozkaz aby zamknąć kobiety w domach, żeby przestały denerwować gotujących się do walki mężczyzn. Wtedy on sam zajął swoją pozycję w wyłomie. Ciekawe jest to, że przepowiadał ludziom dookoła, że miasto upadnie a on sam zostanie wzięty do niewoli – przewidywanie bardzo prawdopodobne, ale niezbyt dobre na podtrzymywanie morale.

Nagle rzymskie trąby zagrały niskim tonem wzywając do walki, legioniości wznieśli swój okrzyk wojenny a słońce przysłoniły pociski – oszczepy, strzały, sworznie i grad kamieni z onagerów. Ludzie Józefa pamiętali instrukcje, zatkali sobie uszy i schowali się za tarczami. Kiedy Rzymianie zaczęli schodzić w dół z wyłomu, rzucili się naprzód aby przywitać napastników. Nie mieli żadnych odwodów, gdy ich przeciwnicy mieli zdawałoby się nieskończone zapasy świeżych żołnierzy, którzy tworzyli formacje żółwia ze swoich wielkich, wygiętych tarcz i ropoczęli marsz przez wyłom w murach.

Józef spodziewał się tego i był przygotowany. Rozkazał lać wrzący olej z murów dookoła wyłomu wprost na ”żółwie”. Skacząc i wijąc się w agonii legioniści pospadali z przejścia. Ich ciasno przylegające pancerze sprawiły, że nie sposób było ich uratować od bolesnej śmierci. Kiedy żydom skończył się olej zaczęli rzucać śliską, ugotowaną kozieradką na przejście, przez co nowa fala atakujących traciła równowagę, przewracała się i była zadeptana na śmierć. Wczesnym wieczorem Wespazjan zatrzymał atak.

Rozkazal aby trzy wieże oblężnicze zostały podwyższone do 17 m i wyposażył każdą w ognioodporne, pancerne płyty. Jego łucznicy, procarze i oszczepnicy byli w stanie razić wroga z bezpiecznej odległości. Na szczytach wież zamontowano wielkie kusze.

W 47 dniu oblężenia Jotopaty platformy przewyższyły mury. Dezerter poinformował Wespazjana, że obrońcy są na skraju wyczerpania i ich kontrataki ustają tuż przed świtem, kiedy muszą na krótko zasnąć. Tuż przed wschodem słońca Rzymianie zakradli się na platformę. Tytus był jednym z piewszych, który wszedł na mury w towarzystwie trybuna Domitiusa Sabinusa wraz z niektórymi żołnierzami z XV Legionu. Poderżnęli gardła strażnikom i w ciszy weszli do miasta prowadząc za sobą żołnierzy Sekstusa Calvariusa i Placidusa. ( Józef musiał zdobyć te informacje z notatnika wojennego Wespazjana.)

Rzymianie błyskawicznie zdobyli cytadelę na skraju urwiska i weszli do serca Jotopaty, gdzie nawet o świcie obrońcy wciąż nie zdawali sobie sprawy, że miasto upadło. W porannej gęstej mgle większość śmiertelnie znużonych obrońców nadal mocno spała. Kilku z tych, którzy się obudzili było zbyt zmęczonych aby podnieść alarm. Dopiero, gdy Jotopatanie zobaczyli armię rzymską maszerującą przez ulicę i zabijającą wszystkich na swojej drodze zrozumieli, że jest to już koniec.

W krótkiej chwili miasto zamieniło się w rzeźnię. Legioniści nie zapomnieli tego, co im zrobiono podczas ataku – zwłaszcza wrzącego oleju. Broń, którą używali była ich bronią osobistą, nazywaną gladiusem albo krótkim, obosiecznym mieczem (był to raczej wielki nóż niż miecz), który był idealnym narzędziem masakry. Zepchnęli przerażony tłum w dół od cytadeli w wąskie ulice tak zatłoczone że ci, którzy chcieli nadal walczyć nie mogli wznieść ramienia. Niektórzy z najlepszych żołnierzy Józefa, gdy udało im się oswobodzić ramię, w desperacji sami sobie podżynali gardła.

Kilku jeszcze broniło się w północnej wieży i pod rzymską nawałą z ochotą przyjęli śmierć. Legioniści ponieśli niewielkie straty. Jotopatańczyk ukryty w jaskini krzyknął do centuriona Antoniusza, że chce się poddać i prosił żeby podać mu rękę aby mógł wyjść z jaskini. Kiedy Antoniusz to zrobił, został ugodzony włócznią w krocze. Kiedy Rzymianie zabili wszystkich, jakich znaleźli na ulicy zaczęli ścigać obrońców ukrytych pod ziemią. Podczas tego oblężenia zabito ponad 40 000 żydow i wzięto w niewolę 1200 kobiet i dzieci.

Nawet tak małe miasto jak Jotopata stawiło niezwykły opór. Było to heroiczne osiągnięcie, które trwało przez prawie osiem tygodni, przeciwko najskuteczniejszej i najlepiej wyposażonej armii świata. Jeszcze raz żydzi pokazali, że są w stanie być groźnym przeciwnikiem, że potrafią walczyć mimo braku jakiegokolwiek wyszkolenia militarnego i lichej broni.

Mimo, że Józef był kiepskim gubernatorem Galilei w czasach pokoju, podczas oblężenia Jotopaty pokazał się jako odważny i zaradny dowódca – nawet jeśli w pewnym momencie walki myślał o tym by uciec i pozostawić swych ludzi na pastwę Rzymian. Jego przywództwo w obronie miasta było jednym z największych sukcesów w jego życiu.

Ale.. gdzie on sie schował?

—————————————————————

Tak kończy się rozdział poświęcony oblężeniu Jotopaty. Józef przetrwał walkę, ale jego życie nadal było zagrożone – tym razem ze strony swoich współziomków z którymi się ukrywał. Wszyscy postanowili zbiorowo popełnić samobójstwo, ale Józef zachował życie dzięki przytomności umysłu, swojemu wybitnemu intelektowi i znajomości prawideł matematyki, którą poznał u swoich wujków w Aleksandrii. Zaproponował wszystkim wyliczankę, która polegała na tym, że pierwsza wyliczona osoba zabijana była przez kolejną wyliczoną i tak do ostatniego człowieka w jaskini, gdzie się ukrywali otoczeni już przez Rzymian. Matematyczna formuła wyliczania jaką zastosował Józef sprawiła, że z 40 osób w jaskini to on był tą ostatnią jaka została przy życiu i spokojnie oddał się w ręce Wespazjana, rozpoczynając kolejny etap swojego niezwykłego życia.

Alternatywna historia

Kiedy przychodzą zimowe dni i depresja zaczyna mocno doskwierać, wypróbowanym dla mnie sposobem żeby się jakoś ratować jest… Nie, nie macie racji. To nie jest piwo czy inne takie 🙂 Ja po prostu uciekam w książki. Najlepiej historyczne, gdzie wszystko jest z innego świata, z innej przestrzeni, gdzie można się bezpiecznie okopać i z perspektywy obiektywnego obserwatora zanurzyć się po szyję w odległej przeszłości, z której czasem można wyciągnąć ciekawe i bardzo życiowe wnioski. To dlatego ostatnio częściej wciągam was w tego typu żeglugę w czasie, żywcem i na gorąco tłumacząc to, co akurat wpadło mi w rękę. Mam nadzieję, że autor takiej książki nie wziąłby mi tego za złe, bo w ten sposób poszerzam jego zasięg o czytelników z innego kręgu językowego – zakładając oczywiście, że taka książka nie została jeszcze przełożona na polski. Poza tym przedstawiam jedynie krótki fragment, który albo zaostrzy apetyt na ciąg dalszy, albo… znudzi. Zawsze liczę, że będzie to ta pierwsza możliwość. Historia to zapis zazwyczaj niezwykle pogmatwanych wydarzeń i to samo w oczach jednej osoby wygląda inaczej w oczach drugiej. Dlatego zawsze warto poznać opinię na ten sam temat z wielu źrodeł. Dziś w ramach walki z zimową depresją znów coś ze starożytności. Jest to książka Desmonda Sewarta pt: “Jerusalem’s Traitor: Josephus, Masada and the Fall of Judea” (“Jerozolimski zdrajca: Józef, Masada i upadek Judei”). Józef znany w historii jako Józef Flawiusz, był jedną z głownych postacji buntu żydów przeciwko panowaniu Rzymian za czasów cesarza Nerona. Neron wysłał swojego wypróbowanego generała Wespazjana aby zdusił bunt. Zajęło mu to 10 lat i była to najdroższa i najkrwawsza wojna jaką stoczył starożytny Rzym w swojej historii. Po zdobyciu twierdzy Jotapata Józef dostał się do niewoli. Dużo rozmawiał z Wespazjanem i wkrótce potężny generał a później cesarz Rzymu usynowił go, dając mu swoje nazwisko Flawiusz. Józef Flawiusz doskonale znając stosunki panujące w Palestynie w ogromnej mierze przysłużył się swoimi informacjami do zduszenia powstania i utopienia go we krwi. Dla żydów jest on po dziś dzień zdrajcą, za to świat w jego osobie zyskał doskonałego historyka, który pozostawił po sobie zapis tamtych wydarzeń. To właśnie Józef wyjaśnił Wespazjanowi koncept jednego boga, który w przyszłości miał zaowocować powstaniem chrześcijaństwa, które zjednoczyło wieloetniczne cesarstwo. Poniższy fragment dotyczy oblężenia Jotopaty i ze względu na długość będzie opublikowany w dwóch, może trzech odcinkach (skracam rozdział, usuwając z niego historyczne analizy, publikuję także nawyżej dwie strony tekstu na raz). Przynajmniej dla mnie jest unikalne wejrzenie w straszliwą i okrutną wojnę totalną jaka miała wówczas miejsce. Niektóre opisy mogą zepsuć apetyt o czym z góry przestrzegam.

Oblężenie Jotopaty

Jotopata rzeczywiście była najbezpieczniejszym miejscem w całej Galilei, ukryta w górach i praktycznie niewidoczna zanim się do niej nie dotarło. Usadowiona nad przepaściami, strzeżona z trzech stron przez wąwozy tak głębokie, że nie można było dojrzeć ich dna, mogła być zaatakowana tylko od północy, gdzie dolna część miasta leżała na nachyleniu a następnie wznosiła się ku niewielkiemu grzbietowi góry. Aby obronić wzgórze w tym strategicznym punkcie wzniesiono dodatkowe wały wg. wskazówek Józefa. Droga dojazdowa wśród gór była lepsza jedynie od ścieżki dla kozłów, odpowiednia dla pieszych, ale nie dla koni czy nawet mułów i małe górskie miasto wyglądało na nie do zdobycia dla tych, którzy nigdy nie mieli do czynienia z rzymskimi saperami. Jego poważną słabością był brak strumienia wewnątrz murów i miasto było uzależnione od wody deszczowej składowanej w cysternach.

Siła Jotopaty sprawiła, że miasto stało się priorytetowym celem dla Wespazjana. Jeśli udałoby mu się zdobyć to miejsce, żadna inna galilejska twierdza nie mogłaby myśleć o sobie że jest nie do zdobycia. Ponadto wiedział on, że w mieście żyła duża liczba fanatycznych żydów. Kiedy dezerter powiedział mu, że w mieście jest także gubernator Galilei (Józef F) był zachwycony i uznał to za dzielo boskiej opatrzności.

“Człowiek, którego uważał za najniebezpieczniejszego przeciwnika zamknął sam siebie we własnym więzieniu”

– skromnie zanotował Józef. Pierwszym posunięciem rzymskiego generała było wysłanie Placidusa i dekuriona Ebutiusa

“wyjątkowo odważnego i pomysłowego oficera”

, wraz z tysiącem żołnierzy aby otoczyli miasto i uniemożliwili gubernatorowi ucieczkę.

“Uważał, że uda mu się zdobyć całą Judeę jeśli tylko pojmie Józefa”

– pisał w “Wojnie żydowskiej”. Brzmi to jak samochwalstwo, ale może być prawdą skoro wiedział, że Wespazjan będzie czytał jego zapiski.

21 maja kilka godzin po tym jak Józef dotarł do Jotopaty, Wespazjan stanął tam z całą swoją armią. Wybrał na swoj obóz niewielkie wzgórze, zaledwie kilometr od miasta aby być w całości widzianym przez obrońców, którzy – miał nadzieję – będą przerażeni ogromną liczbą napastników. Jego pierwszym działaniem było otoczenie miasta podwójną linią piechoty i linią kawalerii aby uniemożliwić wejście i wyjście z miasta.

Następnego dnia Rzymianie przeprowadzili zmasowany atak. Niektórzy z żydów starali się powstrzymać atakujących jeszcze przed wałami, ale Wespazjan rozbił ich na odległość dzięki łucznikom i procarzom i sam prowadził swoją piechotę pod górę w miejsce, gdzie najłatwiej było się wedrzeć na mury. Widząc zagrożenie Józef poderwał do walki cały swój garnizon i odparł atak legionistów. Walki trwały cały dzień. Obrońcy stracili 17 zabitych i 600 rannych, Rzymianie 13 zabitych i znacznie więcej rannych. Żydzi byli tak bardzo podnieceni tym zwycięstwem, że następnego poranka sami dokonali wypadu i zaatakowali wroga. Kiedy ucichł zgiełk bitewny okazało się, że Rzymianie zadali im tak poważne straty, że żydzi zaczęli tracić serce.

Żydzi jednak byli na tyle skuteczni w walce, że Wespazjan zdał sobie sprawę, że mury miasta są znacznie poważniejszą przeszkodą niż to sobie wyobrażał. Po konsultacji z wyższymi oficerami, nakazał budowę platformy oblężniczej na przeciwko tej części murów, która wydawała się najsłabsza. Jego żołnierze wycięli wszystkie drzewa w okolicy, przywlekli ogromne kamienie i napełnili worki ziemią. Poziomy drewnianych płotów strzegły ich przed oszczepami i kamieniami rzucanymi na nich podczas budowania platformy.

W tym samym czasie rzymska artyleria oblężnicza, 160 skorpionów, strzelała non stop w stronę murów, razem z katapultami i wyrzutniami kamieni. Używano dwóch typów skorpionów – wielkiej kuszy i mniejszej, mobilnej katapulty. Zamontowana na wozie katapulta miała cięciwę zrobioną ze skręconych lin konopnych i wystrzeliwała z ogromną prędkością przebijające pancerz sworznie i kamienne kule. Onagery były potężnymi mechanicznymi procami, które wyrzucały głazy, beczki kamieni i powiązane w pęczki płonące głownie. Artyleria ta była tak skuteczna, że niektórzy obrońcy obawiali się wyjść na mury. Mimo to, pewna waleczna grupa żydów prowadziłla nieustanne kontrataki, zrywając zasłony ze skór, zabijając schowanych za nimi saperów i rozbijając platformę.

W odpowiedzi, na przeciwko platformy Józef zbudował ścianę 10 m wyższą, używając jako zasłony świeżych skór zdjętych z wołów, które mialy chronić pracujących przy budowie przed pociskami. Takie skóry nie rozpadały się tak szybko po uderzeniach pocisków i przez to. że nie były wyschnięte, trudno było je podpalić. Dodał on także nowe drewniane wieże połączone parapetem. Rzymianie nieoczekiwanie stracili impet a podbudowani tym żydzi zwielokrotnili nocne ataki paląc konstrukcje oblężnicze.

Poirytowany powolnym oblężenie i będący pod wrażeniem wojowniczości przeciwnika Wespazjan postanowił wziąć Jotopatę głodem i wycofal swoje wojska kontynuując blokadę. Miasto miało wystarczającą ilość żywności, ale spadło zbyt mało deszczy aby napełnić cysterny i woda musiała być wydzielana. Kiedy jednak Józef zauważył, że Rzymianie uważają, że mieszkańcy miasta cierpią na brak wody, kazał mieszkańcom wywiesić na murach swoje ubrania ociekające wodą. Zniechęcony tym widokiem Wespazjan powrócił do codziennych ataków na mury.

Mimo ścisłej blokady przez jakiś czas Józef był w stanie komunikować się ze światem zewnętrznym i uzupełniać najbardziej potrzebne zapasy. Wysyłał kurierów w skórach owiec tak wąskim żlebem, że Rzymianie uznali iż nie warto go pilnować. Po jakimś czasie odkryto jednak tą strategię i miasto zostało kompletnie odcięte.

Legioniści wycofali się z linii frontu, czekając na odpowiedni moment do frontalnego ataku. Skorpiony i wyrzutnie kamieni cały czas prowadziły ostrzał podobnie jak arabscy łucznicy i syryjscy procarze powodowali wiele ofiar. Jedynym sposobem w jaki żydzi mogli na te ataki odpowiedzieć były wyczerpujące energię wypady za mury. W tym czasie wysokość platformy osiągnęła wysokość murów i Wespazjan uznał, że naddszedł czas na zastosowanie tarana. Był to potężny pień drzewa – jak na maszt okrętu – okuty masywną, żelazną końcówką w kształcie głowy barana, który zawieszono na linach zaczepionych do rusztowania na kołach. Rozhuśtany przez swoją obsługę żelazny barani łeb mógł rozbić każdy rodzaj murów. Kiedy rzymska artyleria zintensyfikowała swoje ataki podciągnięto taran na właściwą pozycję osłaniając go skórami i płotami. Już pierwsze uderzenie wprowadziło ścianę w drżenie.

“Straszny płacz ogarnął obrońców jak gdyby mury już runęły.”

– wspomina Józef.

cdn…