Alternatywna historia

Dziękuję Wszystkim, którzy wzięli udział w zorganizowanym na szybko plebiscycie na temat najbliższej Paralaksy! Fajnie jest wiedzieć, że ma dla Was znaczenie o czym będzie audycja. Okazało się, że są rozbieżności w zdaniach i ostatecznie wygrał temat “Żmije Wenecji” zapowiadany przeze mnie jako kontynuacja tematu o Templariuszach. Za to podpadłem grzybiarzom i już pewnie ostrzą sobie na mnie koziki… Wenecja może być tematem, który większość z Was zaskoczy. Mimo, że umiejscowiony w głębokim średniowieczu miał i ma nadal ogromny wpływ na życie każdego z nas. Wenecjanie są wynalazcami sprawnie działającego systemu finansowego – łącznie z podwójną księgowością. Wynaleźli ubezpieczenia i obrót bezgotówkowy, dzięki czemu rynek mógł się rozwijać dynamicznie bo był nasycony walutą. Wenecja była krajem, który stać było na to, aby być kompletnie niezależnym od papieży, cesarzy i patriarchów. Nie posiadała króla a nawet księcia, bo była jedyną w tamtych czasach republiką. Była to jednak republika rządzona przez kilkanaście rodzin miejscowych oligarchów. Wenecja na ogromną skalę prowadziła działalność wywiadowczą. Nawet Marco Polo był ich szpiegiem. Pieniądz i manipulacje walutowe stały się źródłem ogromnej potęgi miasta położonego na adriatyckich bagnach w lekko zalatującej smrodem lagunie. Pieniądz stał się też przyczyną jej upadku, ale jak się okazuje Wenecjanie dobrze się do tego przygotowali przewidując rozwój wypadków. Wenecja stała się symbolem dwulicowości, nieuczciwości i wbijania noża w plecy, dlatego nazywano mieszkających tam ludzi ich żmijami, bo ich ukąszenie było śmiercionośne. Historia pokazuje, że nie tak łatwo jest jednak odciąć łeb tego węża, bo rodziny weneckich oligarchów mają się doskonale i często zakulisowo (tak lubią to robić najbardziej) nadal pociągają za sznurki, decydując nie tylko jak ma wyglądać i działać Europa, ale i świat. I o tym wszystkim będzie mowa w niedzielę, 22 października, o godz 18:00 – jak zawsze w Radio Paranormalium. Zapraszam!

Alternatywna historia

Dla wszystkich, którzy mają niedosyt historii o Templariuszach a także ciekawi są roli Wenecji w czasie Wypraw Krzyżowych – fragment książki którą właśnie czytam. Książkę napisała Juliet Faith i nosi ona tytuł: „Glastonbury, The Templars and The Sovran Cloth. A new perspective on the Grail legends” – „Glastonbury, Templariusze i Całun Sovrana. Nowe spojrzenie na legendę św. Graala”

Położony na samym końcu Jedwabnego Szlaku, Konstantynopol został założony przez cesarza rzymskiego Konstantyna I w 330 r.n.e., w miejscu antycznego miasta nazywanego Bizancjum. Konstantynopol został stolicą Imperium Bizantyjskiego, centrum Kościoła Prawosławnego i stolicą chrześcijańskiej cywilizacji na 900 lat.

Konstantynopol był najbogatszym miastem średniowiecza, przechowując większość kultury Cesarstwa Rzymskiego. Dachy i kopuły budynków pokrywało złoto. Była to potężna, doskonale zorganizowana metropolia, z dobrze funkcjonującą administracją i własną marynarką wojenną. Działały tam cechy rzemieślnicze i kupieckie a także szpitale dla biednych i chorych. Bizantyjczycy prowadzili handel na wielką skalę – głównie z Wenecjanami. Handlowali nawet z Brytanią.

Miasto było przepięknie zaprojektowane ze swoimi obszernymi i otwartymi placami, często dekorowanymi grecką i rzymską sztuką. Posiadało także fontanny i wodociągi. Mieścił się tam olbrzymi hipodrom, który mógł pomieścić 80 tys. widzów, oglądających wyścigi rydwanów. Był sławny ze swoich mozaik, które ozdabiały wiele miejskich, wspaniałych kościołów i monasterów. Najsławniejszym z nich była zapierająca dech w piersiach Bazylika św. Zofii. Obok tych wspaniałych budynków i legendarnego przepychu, Konstantynopol posiadał dwa najważniejsze dla świata skarby. Były przechowywane w pałacach Blanchernae i Boukoleon i w skarbcu Pharos. Były to najważniejsze znane relikwie, które miały zawierać wszystkie atrybuty cierpienia i ukrzyżowania Jezusa.

Odwiedzający je królowie, kupcy i pielgrzymi byli oszołomieni bogactwem i pięknem miasta – nic dziwnego więc, że wzbudzało ono zazdrość, pretensje i chciwość. Najprawdopodobniej królewscy goście, rycerze i inne odpowiednio uprzywilejowane osoby widziały relikwie Pasji, a zwłaszcza ci wtajemniczeni, którzy mogli obejrzeć cudowny wizerunek Chrystusa – często myśleli o tym aby zdobyć te bogactwa dla siebie: uczciwie albo przez oszustwo…

W 1147 r., podczas II Krucjaty, królowa Eleonora Akwitańska i król Ludwik VII udali się na pielgrzymkę do Jerozolimy. W jej świcie znajdował się Wielki Mistrz Templariuszy, Everard de Barre i Henryk, syn i następca Theobolda, Hrabiego Szampanii. W swojej drodze do Świętego Miasta, zatrzymali się na dwanaście dni w Konstantynopolu. Cesarz miasta Manuel I Komnen i jego żona Irena dostarczali im wyrafinowanych rozrywek, honorując ich ekstrawagancką gościnnością. Komnen organizował wystawne bankiety z muzykami i żonglerami. Wykwintne potrawy jedzono ze srebrnych talerzy a wino pito ze szkła. Do jedzenia podano widelce, nieznane w tym czasie na Zachodzie. Podczas niektórych bankietów w Konstantynopolu pokazano królowi i mistrzowi Templariuszy relikwie Pasji, przechowywane w pałacach Blanchernae i Boukoleon. Pokazano im także Całun (dziś zwany Turyńskim), który w tamtym czasie przechowywano w pałacu Boukoleon.

Wiosną następnego roku Krucjata ruszyła w podróż do Antiochii. W tym czasie jednak niezbyt dobrze wiodło się Krzyżowcom. Byli atakowani przez Turków i wielka ich liczba została zabita a inni – ranni i umierający z głodu – zostali pozostawieni samym sobie. W obozie wybuchła zaraza i tysiące ludzi umarło. Wielu porzuciło misję i Krucjata zaczęła się załamywać.

Na poziomie prywatnym, krótko po przybyciu do Antiochii, królowa Eleonora, sławna ze swojej inteligencji, urody i bogactwa zaczęła romansować ze swoim stryjem, Rajmundem z Poitiers. Stało się to wielkim skandalem i co jest zrozumiałe wywołało u króla Ludwika wielki ból, złość i troskę. Mimo, że razem kontynuowali swoją podróż do Jerozolimy, ich małżeństwo było niemalże u swego kresu. W czasie powrotu do Francji, okręty króla zostały zaatakowane przez flotę Bizancjum i jeden z okrętów został przejęty a jego załoga aresztowana przez Bizantyjczyków. Zostało to uznane za akt perfidnej zdrady wobec chrześcijaństwa, co niewątpliwie pogłębiło niechęć pomiędzy dwoma narodami i kilka lat później skończyło się to tragedią Bizantyjczyków.

Niedługo po powrocie do Francji, Ludwik i Eleonora rozwiedli się – oficjalnie z powodu zbyt bliskiego pokrewieństwa. To Eleonora nalegała na przeprowadzenie rozwodu.

Straciła niewiele czasu na znalezienie kolejnego męża w osobie przystojnego i krewkiego, rudowłosego Henryka Plantageneta. Miał on w tym czasie zaledwie dziewiętnaście lat a w przyszłości miał zostać królem Anglii – Henrykiem II. To małżeństwo było niezwykle korzystne dla nowożeńców, ponieważ wspólnie posiadali ogromne terytorium od Anglii po Francję, od granicy ze Szkocją aż po Pireneje. Ich ziemie zwano Imperium Andegaweńskim.

W następnych latach relacje pomiędzy Bizancjum a Zachodem stawały się coraz bardziej napięte. Na tle religijnego fanatyzmu, obsesji relikwii i nowopowstałej dynastii Plantagenetów zaczęła się pojawiać legenda św. Graala. Rozpoczęły się poszukiwania.

W październiku 1202 r., ok 50 tys. Krzyżowców pożeglowało z Wenecji aby w IV Krucjacie odzyskać Jerozolimę i przejąć Grób Święty. W skład armii wchodzili głównie Francuzi – wielu z nich szlachetnie urodzonych – a także Wenecjanie. Druga część armii Krzyżowców, w której skład wchodzili Templariusze, czekała w Ziemi Świętej aż papież Innocenty III wezwie ich pod broń. Razem z Joannitami organizowali plan kampanii.

Krucjata od samego początku nie przebiegała dobrze. Poważne kłopoty finansowe, kiepski plan finansowania Krucjaty przez organizatorów sprawił, że zabrakło pieniędzy na zapłatę dla weneckich stoczni za ogromną ilość statków zbudowanych na cele kampanii.

W listopadzie tego roku, kilka tygodni po rozpoczęciu wyprawy, flota Krzyżowców zaatakowała miasto Zara, które było częścią Królestwa Wegier i było chrześcijańskie. Krzyżowcy niemiłosiernie złupili miasto zachęcani przez Wenecjan, którzy chcieli przejąć je dla siebie. Była to z pewnością oznaka braku dyscypliny w armii, ale i tak było to nic w porównaniu z nadchodzącym horrorem.

W 1203 r., w związku z nagłą zmianą planów połączoną z ofertą finansowej pomocy w kosztach Krucjaty przez Bizantyjczyków, Krzyżowcy przybyli do Konstantynopola i rozłożyli się obozem pod murami miasta. Sytuacja polityczna była ekstremalnie niestabilna i wkrótce narosło wiele problemów.

Niezgoda pomiędzy Kościołem Katolickim a Prawosławnym panowała od schizmy z 1054 r. i niewątpliwie armia łacińska napędzana chciwością i egoizmem dojrzała okazję zdobycia dla siebie zasobnego w bogactwa miasta. Niektóre z najważniejszych osób Krucjaty zaproszono do miasta na koronację Cesarza Aleksego. Włączone było w to zwiedzanie Pałacu Cesarskiego i oglądanie relikwii. Obiecana została pomoc finansowa dla Krucjaty, ale cała sytuacja ulegała szybkiej eskalacji. Na początku łacińska dzielnica miasta została zaatakowana przez Greków, którzy następnie uderzyli na dzielnicę muzułmańską, która została podpalona przez wandali z Francji i Wenecji. Ze względu na wiatr pożar trudno było ugasić i cala dzielnica muzułmańska spłonęła do fundamentów. Na szczęście zwyciężył zdrowy rozsądek i sytuacja chwilowo ucichła.

W tym czasie krzyżowiec Robert de Clari pisał o publicznym pokazie Całunu w kościele św. Marii z Blanchernae w Konstantynopolu:

“Tu był trzymany Całun, w który zawinięty był Nasz Pan. Wyciągany jest on w każdy Wielki Piątek i figura naszego Pana może być wówczas dobrze widoczna.”

De Clari napisał także, że Całun trzymano w “naczyniu”.

Współcześni badacze Całunu uważają, że był on wyciągany przez jakiś mechanizm z drewna. Można było odtworzyć to urządzenie dzięki rozmaitym zmarszczkom na tkaninie – dawały one pojęcie w jaki sposób rozwijany był Całun. Kołowrót – prawdopodobnie podobny do tych używanych w Konstantynopolu – pozwalał rozwinąć Całun w powietrzu, powoli obracając tkaninę by pokazać całe przednie odbicie, które opisał de Clari.

Bizantyjczycy uwielbiali odgrywać mistyczne i spektakularne religijne rytuały, które były specjalnie tworzone na rzadkie i ważne ceremonie. Obrzędy Wielkiego Piątku bez wątpienia łączyły w sobie przytłumione światło świec, zapach kadzidła i specjalne liturgiczne śpiewy, prawdopodobnie podobne do obrzędów Prawosławnych celebrowanych współcześnie. Wyjątkowe było to, że Konstantynopol posiadał prawdziwy Całun, który na tą i na inne specjalne okazje był wyjmowany ze złotego relikwiarza, gdzie go przetrzymywano. De Clari był pomiędzy kilkoma szlachcicami, którym dano przywilej bycia świadkiem ceremonii rozwinięcia.

Czas spokoju trwał bardzo krotko i w 1204 r. po obaleniu nowokoronowanego cesarza armia krzyżowców całą swoją siłą zaatakowała miasto.

Atak był totalny i miasto kompletnie splądrowano: pieniądze, własność prywatna i skarby zostały skradzione lub zniszczone, kobiety gwałcono, kościoły bezczeszczono a święte księgi rozrywano i palono. Palace okradziono a ich starożytną sztukę zniszczono a święte relikwie zostały zabrane. Mężczyźni, kobiety i dzieci umierali na ulicy. Konstantynopol nigdy do końca nie pozbierał się z tej przerażającej dewastacji.

Wśród tego chaosu i zamieszania zniknęły relikwie Pasji i Całun. Krzyżowiec Robert de Clari tak to komentuje:

“Nikt – ani Grecy, ani Katolicy nie wiedzą co się stało z Całunem po oblężeniu miasta.”

Wielka ilość relikwii została potajemnie wywieziona z Konstantynopola. Rozmaici Krzyżowcy czy to z chęci zysku czy dla zwiększenia znaczenia swojej rodziny wstawiali relikwie do leżących w ich włościach kościołów aby przyciągnąć pielgrzymów a co ważniejsze pieniądze, które ci zostawiali jako donację. Watykańska archiwistka, Barbara Frale tak to obserwuje:

“W nie więcej niż cztery lata ogromna ilość świętych relikwii z Konstantynopola trafiła do Europy.”

Na szczęście relikwie Pasji były tak cenne, że wiele z nich umieszczono w specjalnych, opatrzonych pieczęcią skrzyniach, co było paszportem i certyfikatem autentyczności, a także gwarantowało ich pochodzenie. Certyfikat miał na sobie złotą pieczęć bizantyjskich cesarzy.

Król Francji Ludwik IX za ogromną cenę kupił w 1241 r. pozostałe relikwie Pasji, w których skład wchodziła korona cierniowa i kawałek prawdziwego krzyża. Przekazał je później do przepięknego kościoła St. Chapelle w Paryżu.

Co się stało z Całunem w złotej skrzyni po ataku i destrukcji miasta? W liście do papieża Innocentego III, Teodor Angelos Komnen, bratanek byłego cesarza Bizancjum, napisał w 1205 r.:

“Wenecjanie przywłaszczyli sobie skarby złote srebrne i z kości słoniowej, a Francuzi zrobili to samo z relikwiami świętych łącznie z najświętszą z nich, tkaniną w którą zawinięto po śmierci, tuż przed zmartwychwstaniem Naszego Pana Jezusa Chrystusa. Wiemy, że święte przedmioty są przechowywane przez drapieżców w Wenecji, we Francji i innych miejscach a święta tkanina w Atenach.”

Czy wspomniana tkanina była Całunem lub innym rodzajem płótna związanego z pogrzebem Jezusa – tego nie da się stwierdzić na pewno. Większość specjalistów z historii Templariuszy zgadza się, że po ataku na Konstantynopol rycerze Świątyni przejęli Całun i używali go w czasie ceremonii inicjacyjnych. Także – jak sugeruje Barbara Frale – byli oni niezwykle istotni w rozprzestrzenianiu kultu “Świętej Twarzy” w całej Europie.

W 1287 r. młody francuski Templariusz, zwany Arnaut Sabbatier oświadczył, że podczas jego ceremonii inicjacyjnej, został zaprowadzony w sekretne miejsce, które znali tylko bracia, gdzie pokazano mu odbicie ludzkiego ciała na kawałku tkaniny. Powiedziano mu żeby oddał mu cześć i pocałował stopy wizerunku trzy razy.

Wielu historyków sugeruje, że Templariusze otrzymali Całun (płacąc gigantyczną cenę) od Otho de La Roche, burgundzkiego szlachcica, który wziął udział w IV Krucjacie. Po upadku Konstantynopola otrzymał on tytuł księcia Aten. Przez jakiś czas Całun był przetrzymywany w zamku Ray Sur Saone, w którym żyła rodzina de La Roche. Do dziś w zamku można zobaczyć skrzynię (zamek należy wciąż do tej samej rodziny), w której podobno przechowywano Całun. Skrzynia jest przykryta tkaniną, na której wymalowano wizerunek z Całunu.

Wszystko wskazuje na to, że w czasie kiedy Całun znajdował się w posiadaniu Otho de La Roche – został wyjęty ze złotej skrzyni, która była przez wiele lat częścią skarbów Konstantynopola.

Alternatywna historia

Sfinks to – obok piramid w Gizie – jeden z najbardziej rozpoznawalnych zabytków bardzo zamierzchłej historii tego regionu. Okazuje się, że monumentalny w swoich rozmiarach Sfinks nie był kiedyś samotny i miał swojego bliźniaka! Wspominają o tym staroegipskie hieroglify, starożytni Grecy, Rzymianie a nawet muzułmanie. Bliźniak Sfinksa miał zostać kompletnie zniszczony pomiędzy 1000 a 1200 r.n.e.

Zagubiony Sfinks prawdopodobnie był rodzaju żeńskiego. Sugeruje to sposób w jaki wyobrażano sobie inne bóstwa tamtych czasów takie jak Aker – bóstwo ziemi i śmierci, przedstawiane jako dwa sfinksy lub lwy, patrzące w przeciwnych kierunkach i połączone ze sobą torsem. W egipskim micie stworzenia boginii Atum rodzi syna Shu i córkę Tefnut. Obydwoje przedstawiani są w formie pary lwów. Czy istniejący obecnie Sfinks mógł mieć partnerkę patrzącą w kierunku zachodnim? Taką teorię przedstawili już dawno temu w swojej książce pt. “ The Message of the Sphinx” (“Wiadomość od Sfinksa”) Graham Hancock i Robert Bauval. Starożytni Egipcjanie wierzyli, że Słońce kiedy zachodzi, wędruje tunelem wewnątrz Ziemi na wschód by wzejść ponownie. Wejścia i wyjścia z tunelu miały strzec dwie pary Sfinksów. Przy wejściach do wielu świątyń dwa Sfinksy stały równolegle do siebie po obu stronach, ale na drodze do świątyni stały już patrząc na siebie. Archeolog Michael Poe uważa, że drugi Sfinks został zniszczony przez cykliczne powodzie wywołane przez Nil. Resztki zaginionego Sfinksa mieli wg niego zniszczyć osiedlający się tu później muzułmanie, którzy wykorzystali materiał ze Sfinksa jako budulec.

Nad nową teorią drugiego Sfinksa pracuje obecnie dwóch autorów: Gerry Cannon i Malcolm Hutton. Wygląda jednak na to, że ich książka (pt. “The Giza Plateau Secrets and a Second Sphinx Location Revealed” (Sekrety Płaskowyżu w Gizie i odkrycie położenia drugiego Sfinksa”)) mocno opiera się o wcześniejszą pracę egiptologa Bassamy El Shammaa. El Shammaa zauważył, że Stela Snów – pionowy kamień pomiędzy łapami istniejącego Sfinksa, wyrzeźbiony w czasach faraona Totmesa IV ok. 1400 r.p.n.e. ma na sobie płaskorzeźbę przedstawiającą dwa Sfinksy. Podobny obraz nosi na sobie inna stela, zwana Stelą Córki Króla, która powstała w 670 r.p.n.e. i obecnie jest częścią ekspozycji w Muzeum Egipskim w Kairze. Stela sugeruje, że faraon Chefren prowadził prace renowacyjne po tym jak piorun uderzył w kark Sfinksa. Nie zgadza się z tym Michael Poe. Wg niego w starożytnych egipskich tekstach istnieją tylko dwie wzmianki na temat Sfinksa i Chefrena. Pierwsza to, że Chefren odnalazł Sfinksa (co potwierdza, że monument wykonano znacznie wcześniej) i kazał przekuć na nowo jego twarz na swoje własne podobieństwo. Zaciekawiło to innego badacza tajemnic starożytnego Egiptu – Johna Anthony Westa, który zwrócił się do nowojorskiego policyjnego forenzyka, specjalisty od rekonstrukcji twarzy – Franka Domingo – z prośbą o pomoc w ustaleniu podobieństwa twarzy Sfinksa do faraona Chefrena. Domingo podszedł do zadania bardzo poważnie i wykonał a następnie przeanalizował tysiące zrobionych przez siebie fotografii. Jego wnioski były zaskakujące. Domingo nie tylko nie potwierdził, że twarz Sfinksa reprezentuje twarz faraona Chefrena, ale uznał, że ma ona profil i kształt afrykański, zbliżony do ludzi zamieszkujących na południe od Egiptu zwanych Nubijczykami! Egiptolodzy natychmiast odrzucili tą ekspertyzę. Druga wzmianka , na jaką powoływał się Poe to ta, że istniał jeszcze jeden Sfinks po drugiej stronie Nilu, stojący na przeciwko istniejącego i patrzący w kierunku zachodnim. Obie monumentalne rzeźby miały powstać w tym samym czasie i symbolizowały podział pomiędzy północnym i południowym Egiptem.

Wśrod ewidencji zebranych przez El Shammaa’e znajduje się zdjęcie zrobione przez satelitę Endeavor pokazujące rozmaite anomalie wokół istniejącego Sfinksa. Dzięki fotograficznym badaniom SIR-C/X-SAR przeprowadzonych przez American Aerospace Agency można było zbadać gęstość poziomów geologicznych pod monumentami w Gizie. Na zdjęciu NASA wyraźnie widać inną gęstość podłoża w miejscu, gdzie Shammaa uważa, że stał drugi Sfinks! Jest pewien, że są to pozostałości po bliźniaku, który miał być zniszczony przez uderzenie pioruna i nie dal się już zrekonstruować. Shammaa uważa, że oba Sfinksy w czasach swojej świetności nosiły na swoich głowach podwójne korony z metalu (podobne do tych jakie mieli na swych głowach faraonowie), co jest oczywistym magnesem na pioruny. Cannon i Hutton z kolei szacują, że uderzenie pioruna mogło nastąpić pomiędzy 1000 a 1200 r.n.e. i w pełni zgadzają się z Shammaaą, że istniejący obecnie w tym miejscu kamienny kopiec z pewnością kryje szczątki zniszczonego Sfinksa. Obaj badacze kontestują także obecny sposób datowania Sfinksa, uważając że jest on znacznie starszy niż 4500 lat.

Cannon i Hutton zakładają, że oba Sfinksy zostały wyrzeźbione w czasach, kiedy w Gizie nie było pustynnego piachu. Miało to mieć miejsce 12 tys. lat temu. Problem jednak w tym, że w tym czasie nie było nad Nilem Egipcjan… Znacznie starszy wiek Sfinksa potwierdzają także badania geologa z Bostonu, Roberta Schocha, który oszacował wiek monumentu na conajmniej 11.5 tys lat, a więc ponad drugie tyle niż zakładają to akademicy.

Tymczasem Bassama El Shammaa złożył już podanie o pozwolenie na rozpoczęcie prac wykopaliskowych w miejscu, gdzie znajduje się kamienny kopiec kryjący być może w sobie szczątki bliźniaka Sfinksa… Wcześniej podanie o możliwość zeskanowania podejrzanego kopca radarem penetrującym ziemię złożył Gerry Cannon. Podanie zostało kompletnie zignorowane i Cannon nie doczekał się odpowiedzi. Shammaa zauważył, że za każdym razem kiedy mamy do czynienia z kultem Słońca pojawia się para lwów albo patrzących na siebie, albo siedzących do siebie tyłem albo ustawionych równolegle do siebie. W większości przypadków patrzących w przeciwnym kierunku. Logiczne jest wiec to, że obecnie istniejący Sfinks mial swojego bliźniaka. Czyżby zaginiony Sfinks był lwicą? I czy istnieje szansa na potwierdzenie istnienia drugiego, bliźniaczego Sfinksa? Czas pokaże.

Alternatywna historia

Tak, wiem – słowo tajemnica jest używane przeze mnie przy każdej niemalże okazji. Ale jak można inaczej, skoro nawet podtytuł brzmi: „Na tropie tajemnic”. No i tropię te tajemnice od ładnych kilku lat. Ivellios zawsze nazywa mnie „Poszukiwaczem Prawdy” co nieodmiennie wprowadza mnie w chwilowe zakłopotanie. Prawdy nie da się odszukać. Prawda jest względna i niedostępna naszym subiektywnym poszukiwaniom. Prawda co najwyżej może być mojsza lub twojsza. Być Tropicielem Tajemnic jest znacznie lepiej 🙂 – tak jak lepiej jest być Sokolim Okiem niż Chingachgookiem czy Hanem Solo niż Chewbaccą. A tak w ogóle – czy ktoś z młodszego pokolenia wie, kto to był Chingachgook? Tak szczerze, bez googlowania… Wiecie? Obawiam się, że bohaterowie mojego dzieciństwa umrą razem z całym moim pokoleniem. Większość książek przygodowych tamtych czasów jest dziś ogromnie politycznie niepoprawna i zapewne ląduje na makulaturze, albo…. przepisuje się je na nowo, nasycając obowiązującą ideologią. Podobno nawet wierszyka o Murzynku Bambo nie wypada recytować, bo jest rasistowski i nawiązujący do czasów kolonialnych. No ale tego nie wiem na pewno, bo to już kilkadziesiąt dobrych lat minęło, kiedy uczyłem się z pierwszej czytanki, całe wieczory i ranki.

Rozgadałem się o książkach mojej młodości (co nie oznacza wcale, że jestem stary – to tylko moja młodość przedłużyła się o pół wieku) a przecież chciałem zapowiedzieć jutrzejszą Paralaksę! Jak zawsze, w Radio Paranormalium o godz.18:00. Temat będzie klasyczny – Templariusze – a u nich wszystko wiąże się z tajemnicami. Myślę jednak, że udało mi się coś odkryć: powód dla którego powstał zakon i jaki był jego prawdziwy cel. Tajemnica ta jednych rozczaruje a innych może zaskoczy. Układałem te puzzle na różne sposoby próbując zrozumieć intencje facetów w zbrojach i zakutych w stal łbach. Ich działalność przez kilka wieków istnienia zakonu jest pełna sprzeczności. Zawsze wiedziałem, że te sprzeczności musi coś ze sobą łączyć, co daje spójny obraz całości i wyjaśnia całą zagadkę. Zapraszam!

P.S.: Jeśli macie jakieś pytania, to proszę dopisać je poniżej, w komentarzach.

Alternatywna historia

O starożytnych grobowcach niedaleko miejscowości Góry we wschodniej Wielkopolsce okoliczni mieszkańcy wiedzą od conajmniej 200 lat. Wiele z tych grobowców stopniowo zniszczono, wydobywając z nich kamienie używane później w celach budowlanych. Te które przetrwały – nie rzucają się w oczy, ukryte w lesie w postaci niewielkich kopców. Od tysięcy lat trwają nienaruszone, kryjąc w sobie swoje prehistoryczne tajemnice.

Dla archeologów jest to jednak nowe odkrycie. Grobowce dostrzeżono rok temu na zdjęciach zrobionych technologią LiDAR, wykorzystującą laser, który penetrując powierzchnię ziemi odróżnia struktury naturalne od tych zrobionych ręką ludzką i trudnych do zauważenia gołym okiem. Znaczenie tego odkrycia jest ogromne. Wiek grobowców szacuje się na 5500 lat i należą one do nielicznych pamiątek po europejskiej, megalitycznej przeszłości.

Megality z Gór mają 90 m długości i wciąż wystają półtora metra nad powierzchnię ziemi. Są też w znakomitym stanie. Zabrano z nich jedynie zewnętrzne kamienie zostawiając całą resztę w spokoju. Naliczono 15 grobowców z czego 14 to tzw. długie kurhany neolitycznej kultury pucharów lejkowatych a jeden zidentyfikowano, jako należący do kultury łużyckiej, datowany na wczesną epokę brązu. Jest on znacznie młodszy bo ma ok. 3 tys. lat.

Kurhany wciąż pozostają niezbadane, ale podejrzewa się, że Góry są być może jest to jednym z najważniejszych, megalitycznych miejsc w całej Europie, dorównujące znaczeniem Grønsalen na wyspie Man in Danii, Brú na Bóinne w Newgrange w Irlandii, West Kennet Long Barrow w Anglii, La Roche aux Fées i zespół budowli kamiennych w Carnac we Francji a także megalitycznym świątyniom na Malcie.

Grobowcom grozi jednak poważne niebezpieczeństwo, bo znajdują się w miejscu, gdzie odkryto złoża węgla brunatnego. Firma PAK KWB Konin chce rozpocząć wydobycie jak najszybciej poprzez kopalnię odkrywkową w Ościsłowie. Wciąż nie umieszczono kurhanów z Gór w rejestrze zabytków historycznych. Zanim decyzja zostanie podjęta przez Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, grobowce są bezpieczne, jeśli jednak nie zostaną wpisane do rejestru zabytków – zostaną bezpowrotnie zniszczone w procesie wydobycia węgla.

Planowana kopalnia węgla brunatnego wzbudza emocje nie tylko z powodu megalitycznych grobowców. Paliwo kopalne jakim jest węgiel brunatny z pewnością doraźnie przyniesie duże zyski i zabezpieczy Polskę energetycznie. Jednocześnie zniszczeniu ulegnie środowisko naturalne a cały teren zdestabilizuje się geologicznie. Wielka dziura w ziemi po węglu brunatnym jaka została w Bełchatowie jest przyczyną wstrząsów sejsmicznych odczuwanych nawet w Łodzi. Już teraz wiadomo, że odkrywka w Ościsłowie będzie miała negatywne skutki na wody powierzchniowe co wpłynie na stabilność ekologiczną Pojezierza Gnieźnieńskiego i Powidzkiego Parku Krajobrazowego. Pozostaje jeszcze do rozstrzygnięcia inna kwestia: czy warto jest inwestować w energię pochodzącą z paliw kopalnych? Czy raczej w energię odnawialną – przyjazną dla środowiska naturalnego? Powstała Fundacja “Rozwój TAK – Odkrywki NIE” aktywnie popiera to drugie stanowisko. Spółka węglowa aktywnie nie zasypia gruszek w popiele i szuka rozwiązania na swoją korzyść.

Kwestia kurhanów z Gór powoli trafia do świadomości reszty świata i ostatnio artykuł na ten temat opublikowano w magazynie “Popular Archeology”.

Alternatywna historia

Kiedy pisarz Ray Bradbury odwiedził w 1947 r. małe, senne, meksykańskie miasteczko Guanajuato nawet nie przypuszczał, że stanie się świadkiem sceny jak z horroru. Napisał w swoim pamiętniku:

“To co zobaczyłem głęboko mną poruszyło i przeraziło. Chciałem natychmiast uciekać z Meksyku. Dręczą mnie koszmary na temat umierania i eksponowania mojego martwego ciała w sali śmierci. Aby oczyścić się z tego uczucia przerażenia niemalże natychmiast napisałem “Następnego w kolejce”. Jest to jeden z tych przypadków, gdzie moje osobiste przeżycia przyniosły natychmiastowy rezultat.”

To, co tak przeraziło Bradburyego w meksykańskim Guanajuato, to makabryczna wystawa złożona ze zmumifikowanych zwłok, których ponad sto ustawiono w jednej sali miasteczka.

W 1833 r. na świecie szalała epidemia cholery i w Guanajuato zebrała ona potężne żniwo. Na lokalnym cmentarzu zabrakło miejsc do grzebania zmarłych i grobowce zaczęto budować ponad poziomem ziemi szybko wypełniając je kolejnymi zwłokami. Klimat w Gunanajuato jest gorący i suchy, co sprawia, że zwłoki zamiast rozkładać się – wysychają, naturalnie się mumifikując.

W 1865 r. lokalne władze, próbując sprostać olbrzymiemu popytowi na miejsca na cmentarzu wprowadziły dodatkowy podatek od już pogrzebanych tam ciał. Leasing grobowca na 20 lat kosztował 125 dzisiejszych dolarów Jeśli ktoś nie był w stanie zapłacić, zmarłego dosłownie wykopywano z grobowca a jego doczesne szczątki przechowywano w magazynie. Ci, którzy przyszli zobaczyć wykopane z ziemi ciała swoich bliskich, którzy zmarli kilka lat wcześniej byli w szoku. W wielu przypadkach twarze martwych ludzi zastygły w straszliwym grymasie, tak jakby krzyczały po swojej śmierci (powodem tego było spuchnięcie języka, który powodował otwarcie ust, tworząc czasami nieludzko wręcz wyglądający grymas).

Plotka o krzyczących mumiach z Guanajuato szybko rozeszła się po okolicy i do miasteczka zaczęli zjeżdżać ciekawscy, których grabarze za kilka groszy wpuszczali do magazynu z mumiami. Żaden gabinet horrorów nie byłby w stanie oddać tego, jak wyglądały wysuszone ludzkie ciała. Niektóre z nich sugerowały, że osobę pochowano jeszcze za życia! Np ciało Ignacji Aguilar zastygło w pozie gdy jej zaciśnięte mocno zęby gryzły własne ramię i do dziś widać na nich ślady krwi… Podejrzewa się że Ignacja została pogrzebana żywcem, gdy miejscowemu lekarzowi wydawało się, że jej serce przestało pracować. Pośpiech przy grzebaniu zmarłych na cholerę był wskazany, bo nawet martwi ludzie wciąż mieli w sobie zarazki śmiertelnej choroby. Wśród ciał znalazła się także kobieta w 4 miesiącu ciąży. W momencie jej śmierci doszło do poronienia i jej martwe zmumifikowane dziecko, wciąż znajduje się obok niej. Znaleziono także ciało innej kobiety w ciąży. Nie zmarła ona na cholerę, ale została pogrzebana żywcem przez swoich najbliższych po tym, gdy okazało się, że zaszła w ciążę nie będąc mężatką… Ludzkie życiorysy dopisują kolejne horrory. Wśród mumii jest także ciało człowieka, który zginął od uderzenia nożem i wciąż widać wielką otwartą ranę w jego brzuchu. Inny człowiek ma twarz przesuniętą o ponad centymetr. Zmarł po tym jak ktoś uderzył go z całej siły w twarz łopatą…

Na początku XX w. mumie z Guanajuato stały się prawdziwą turystyczną atrakcją przyciągając wielu żądnych zobaczenia niecodziennego i makabrycznego widoku. Z cmentarza wykopano resztę ciał i dołączono do kolekcji. W swoim szczytowym momencie pokazywano tam 111 mumii. Dziś zbudowano dla nich niewielkie muzeum – El Museo de las Momias i na wystawie nadal znajduje się 59 z nich. Co jakiś czas ktoś nieśmiało proponuje, żeby przenieść mumie tam gdzie jest ich właściwe miejsce ostatniego spoczynku – czyli na cmentarz. Zwłaszcza, że podatek od grobowca na cmentarzu zniesiono w 1959 r. Na razie jednak się na to nie zanosi, bo muzeum cieszy się ogromną popularnością i przynosi miastu spore dochody. Przyjeżdzają tam nawet wycieczki szkolne. Stosunek Meksykanów do śmierci jest specyficzny i wydaje się, że przebywanie w jej otoczeniu sprawia im dziwny rodzaj przyjemności, który celebrują z pasją jaką można zobaczyć choćby podczas Święta Śmierci, gdy w miastach organizuje się pochody i festiwale celebrujące odejście z tego świata. Kiedy lekarze uniwersytetu medycznego z Teksasu dokonali badań antropologicznych na mumiach wypożyczając je z wystawy muzeum, okazało się, że z ciał zmarłych dzieci usuwano mózg i organy wewnętrzne. Zastanowiło ta lekarzy, ale bardzo szybko znaleziono powód takiej procedury. Organy dzieci rozkładają się szybciej niż dorosłych a w Meksyku panuje tradycja robienia sobie rodzinnych zdjęć ze zmarłymi, którzy w zależności od zręczności pracownikow zakładów pogrzebowych mieli przez kilka dni po śmierci wyglądać jak żywe istoty. Dziewczynki przebierano wtedy w białe sukienki i doczepiano skrzydełka żeby wyglądały jak aniołki a chłopców przebierano za rozmaitych świętych…

Dziś przed Muzeum Mumii w Guanajuato można kupić cukrowe kopie przechowywanych w muzeum “eksponatów”… Co kraj to obyczaj.

Alternatywna historia

Paralaksa wraca na antenę Radia Paranormalium. Ivellios utrzymywał program przez kilka tygodni przy życiu, czytając rożne artykuły z Nowej Atlantydy za co chciałbym serdecznie podziękować! Zanurzony przez te tygodnie w mazi prozaicznego bezwładu nie byłem w stanie zrobić żadnej audycji, choć jak zawsze tematów jest tysiące! Dziś temat z listy zamówień – bodajże jeden z najstarszych, czekających na realizację – zatopione miasta Jeziora Titicaca. Jezioro Titicaca jest jedyne w swoim rodzaju: wielkie, zimne i leży prawie półtora kilometra wyżej niż najwyższy szczyt Polski – Rysy. Od lat krążą legendy o tym, że na dnie jeziora znajduje się zatopione miasto, którego mury obwieszone są złotem. Legendy te przyciągnęły wielu badaczy, poszukiwaczy przygód i skarbów, ale Titicaca niełatwo dopuszcza do swoich tajemnic. Czy coś znaleziono? O tym w niedzielnej audycji, na którą serdecznie zapraszam! Radio Paranormalium, 10.08.17, godz.18:00 czyli jak zawsze przed Debatą Ufologiczną.

Alternatywna historia

Muzeum Historii Naturalnej w Corpus Christi w Teksasie od 60 lat przechowuje peruwiańską mumię. Dokładnie nie wiadomo w jaki sposób mumia trafiła do USA. Prawdopodobnie przywieziono ją w czasach, kiedy rządy południowoamerykańskich państw bardziej dbały o to, aby przetrwać jak najdłużej dzierżąc władzę niż dbać o mroczną i często skomplikowaną historię swojego kraju. W wielu przypadkach tego typu…. hmmmmm – słowo artefakty nie wydaje się być najlepszym terminem, kiedy mamy do czynienia z doczesnymi szczątkami żywego kiedyś człowieka – po znalezieniu ich w stanowisku archeologicznym nie mogły zostać w kraju, w którym je znaleziono, bo kraj ten nie posiadał odpowiedniej infrastruktury i bazy naukowej aby taką mumię przechować. Mumie trafiały więc do wielu lepiej zorganizowanych pod tym względem krajów – głownie do USA i Europy.

Mumia z Corpus Christi do 1957 r. przechowywana była w Muzeum Naturalnym w Nowym Jorku i kiedy przekazano ją do Teksasu – okazała się być najstarszym eksponatem historycznym tamtejszej placówki. Można ją było oglądać publicznie do 1980 r., by później przenieść ją do magazynów. Dziś rząd peruwiański chce ją z powrotem a muzeum w Teksasie nie widzi przeszkód aby ją zwrócić. Zanim jednak do tego dojdzie lekarze ze szpitala dziecięcego Driscoll przeprowadzają jeszcze jedną serię badań – gównie za pomocą promieni Roentgena.

Uważa się obecnie, że mumia pochodzi z czasów Imperium Inków i jest szczątkami 6-8 letniej dziewczynki. Antropolodzy uważają, że zmarła 2 tys. lat temu i w szpitalu dziecięcym jest z pewnością niecodziennym pacjentem. Początkowo sądzono, że w misternie uplecionym kokonie z lin umieszczono mumię małego dziecka. Pierwsze zdjęcia rentgenowskie wykazały, że mumia ma podkurczone nogi, co znacznie zmniejsza jej wielkość i mimo, że wciąż mamy do czynienia z dzieckiem, było ono znacznie starsze niż sądzono. Być może jest to zaskoczenie dla lekarzy, ale z pewnością nie powinno być dla antropologów, bo mumie peruwiańskie niemalże zawsze układano w pozycji kucznej.

Wyniki badań mają być przekazane peruwiańskim antropologom, którzy mają przeprowadzić dalsze testy, zwłaszcza genetyczne aby ustalić więcej szczegółów na temat jej pochodzenia i kultury do jakiej należała. Ma to ogromne znaczenie, bo skoro ustalono, że mumia ma conajmniej 2 tys. lat istnieje podejrzenie, że pochodzi ze znacznie starszej kultury niż kultura Inków. Przeprowadzenie badań genetycznych w teksańskim szpitalu z pewnością byłoby znacznie łatwiejsze – biorąc pod uwagę środki techniczne jakimi dysponuje ta placówka. Można jedynie spekulować, że być może takie badania przeprowadzono i ich wyniki niekoniecznie pasują do oficjalnej, akademickiej linii czasu jaki ustalono dla tego regionu Ameryki Południowej. Oddanie kłopotliwej mumii Peruwiańczykom zdejmuje odpowiedzialność z amerykańskich antropologów, ale na ewentualne badania w Limie trzeba będzie długo poczekać. Peru jest w posiadaniu tysięcy rozmaitych mumii a jednocześnie wciąż słabe zaplecze technologiczne nie pozwala na przeprowadzenie badań na światowym poziomie.

Wciąż nie mamy pełnej wiedzy na temat rozmaitych kultur jakie powstawały i ginęły w czeluściach historii na terenie Ameryki Południowej. Tajemnicza kultura Wydłużonych Czaszek z Paracas czy Wojownicy z Chmur, którzy pionowo ustawiali sarkofagi – zwane purunmachu – swoich zmarłych na stromych i niedostępnych klifach. W 1928 r. jeden z takich dwumetrowych sarkofagów oderwał się od skały i roztrzaskał u jej podnóża. Wewnątrz znajdowała się misternie zawinięta mumia jednej z najbardziej tajemniczych cywilizacji zamieszkujących tereny dzisiejszego Peru zwana Chachapoya. Wiele z tych sarkofagów zostało okradzionych przez złodziei grobów w poszukiwaniu cennych artefaktów i biżuterii, jednak spora ich liczna przetrwała nietknięta, ze względu na niedostępność miejsca w którym je ustawiono. Można sobie jedynie wyobrazić ile trudu i zachodu kosztowało wciągnięcie sarkofagu na taką wysokość i w miejsce niedostępne nie tylko dla ludzi ale i zwierząt.

Chachapoya zamieszkiwali peruwiańską Amazonię i najstarsze ślady ich kultury sięgają 200 r.n.e. Różnili się od innych peruwiańskich kultur nie tylko obyczajami, ale i wyglądem. Byli rośli, smukli i mieli włosy o rdzawym odcieniu. Kiedy Inkowie rozpoczęli ekspansję swojego imperium Chachapoya stawili im potężny opór. Inkowie jednak byli bezwzględni w eksterminacji swoich wrogów. Resztki walecznych wojowników ukryło się w niedostępnej, wysokogórskiej, pokrytej chmurami dżungli. Nazwano ich wówczas Wojownikami Chmur. Kiedy pojawili się Hiszpanie, Chachapoyas natychmiast zawarli z nimi sojusz. Byli bezcennymi przewodnikami, znającymi wszelkie przejścia, kryjówki i miejsca, gdzie Inkowie mogli przechowywać swoje złoto. Satysfakcja musiała być wielka , gdy potężne imperium Inkow padło na kolana pod ciosami konkwistadorów, ale nie skończyło się to dla Wojowników Chmur dobrze. Zarażona przez Hiszpanów egzotycznymi chorobami resztka ich populacji wymarla kompletnie w ciągi dekady. Dziś zostały po nich jedynie purunmachu.

Purunmachu budowano w specyficzny sposób: zawinięte w tkaninę cialo mumii oblepiano najpierw gliną. Kiedy wyschła aplikowano kolejną warstwę – tym razem mieszankę mułu i słomy. malowano je później na kremowy kolor ozdabiając wizerunkami biżuterii. Sarkofagi miały kształt przypominający człowieka i ich twarze malowano na czerwono i żółto. Zazwyczaj na stromym klifie ustawiano wiele takich sarkofagów obok siebie i można było odnieść wrażenie, że to nieruchomy oddział Chachapoyas wypatruje niebezpieczeństwa. W jednym przypadku natrafiono na zespól takich sarkofagów, z których żaden nie przekroczył 70 cm wysokości. Bylo to dziwne, bo zazwyczaj tworzyły one 2-metrowe posągi. Wszystko wyjaśniło się, gdy otworzono jeden z nich, w którym znajdowała się mumia dziecka. Purunmachu dzieci znaleziono w niedostępnym miejscu peruwiańskiej Amazonii i na razie zostawiono je w spokoju, ze względu na trudny dostęp, dlatego szczegółowe badania nie zostały jeszcze przeprowadzone i genetycznie nie ustalono kim były pochowane na klifie dzieci.

Nawet bez badań genetycznych, mumia jest w stanie dostarczyć wielu interesujących danych – czasem w niecodzienny sposób. W procesie zabezpieczania ciała przed rozkładem, konserwowały się także pasożyty, które dzieliły życie i …. śmierć z człowiekiem, który został zmumifikowany. Najczęstszym pasożytem była… zwykła wsza łonowa, znana wśród parazytologów jako Pthirus pubis

Początkowo istnienie Pthirus pubis w starożytnej populacji stwierdzano jedynie w Starym Świecie. Znaleziono jednak wesz łonową w południowoamerykańskich zmumifikowanych ciałach w rejonie pustyni Atacama gdzie jajka tej wszy wciąż były zaczepione do włosów łonowych mającej 2 tys. lat chilijskiej mumii.. Dobrze zachowane okazy tego pasożyta znaleziono także w ubraniu peruwiańskiej mumii sprzed tysiąca lat. Paleoparazytologiczna ewidencja poszerza wiedzę na temat zasięgu ektoparazytów w starożytnej populacji. Tak jak wiele innych pasożytów wszy znalezione w andyjskiej populacji wykazały, że ich źródło znajduje się w Nowym Świecie. Wygląda na to, że P. pubis dotarł do tego kontynentu wraz z pierwszą falą imigrantów, którzy wiele tysięcy lat temu przybyli do Nowego Świata.

Pediculus humans wapitis jest starożytnym ludzkim pasożytem, prawdopodobnie odziedziczonym z czasów jeszcze przed hominidami. Zarażanie się pasożytami pojawia sie przez cały czas ludzkiej historii włączając w to czasy przedkolumbijskie. Na mumii Maitas Chiribaya (datowanej na 670-990 r.n.e.) z Arica w północnym Chile znaleziono pediculosis i przeprowadzono na nim szereg badań. Zastosowano klasyczny mikroskop i mikroskop elektronowy. Włosy mumii niemalże w całości pokryte były gnidami i dorosłymi wszami. Skanowanie mikroskopem elektronowym (w niskim i wysokim zakresie) wykazało doskonale zachowaną morfologię jajek. Dodatkowo doskonale zachowane dorosłe okazy wszy na niemalże tysiącletniej mumii pozwoliły na szczegółową obserwację głowy, czułków, korpusu, podbrzusza i nóg pasożyta. Doskonale zachowane pasożyty pozwoliły na przeprowadzenie obserwacji mikromorfologicznych pod mikroskopem elektronowym operculum, aparatu oddechowego i przetchlinki. Badania wykazały, że wszy były częstym problemem dla andyjskich rolników i pasterzy. Wsza przenoszona jest przez kontakt pomiędzy głowami, dlatego zawszeni pasterze zarażali wszami innych ludzi. Z problemem radzono sobie myjąc włosy szamponem z jukki.

Alternatywna historia

Badania trójpalczastych mumii powoli przynoszą pierwsze wyniki. Przeanalizowano wyniki badań dokonane przez dr Konstantina Korotkowa. Korotkow pobrał próbki do analizy z mumii Marii. Pierwsze badania jakie przeprowadzono dotyczyły potwierdzenia, że badacze mają do czynienia z tkanką biologiczną, że w mumię nie wmontowano jakichś elementów z plastku lub innego tworzywa. Przeprowadzone testy miały także na celu potwierdzenie, że badane tkanki mają starożytne pochodzenie. Po tym nastąpiła analiza badań zdjęć z tomografu. Wg Korotkowa ma już wątpliwości, że mumia jest prawdziwa. Następnie dokonano szczegółowej analizy palców, skupiając się przede wszystkim na tym, by znaleźć ślady jakiejś ingerencji z zewnątrz bądź manipulacji. Wielu krytyków całego przedsięwzięcia snuje podejrzenia, że trójpalczaste dłonie i stopy mumii są czyjąś sprytną manipulacją. Korotkow pobrał próbki tak z dłoni jak i stóp Marii. Przeprowadzone badanie bez cienia wątpliwości potwierdziły, że kompozycja, materiał a także DNA jest wszędzie to samo. Trójpalczaste dłonie i stopy należą do tego samego ciała.

Pierwsze testy DNA Marii wykluczyły, że jest to ciało jakiegoś zwierzęcia jak np małpy. Bez wątpienia Maria była człowiekiem. Obecnie uważa się, że na Ziemi żyły trzy typy albo gatunki człowieka. Pierwszy z nich to Neandertalczyk (człowiek w 99.5%), Cro-Magnon (100% człowiek) i Denisowian (99.7% człowiek). Homo floriensensis jest obecnie analizowany przez naukowców i na wyniki tych analiz trzeba jeszcze poczekać.

Obecnie prowadzi się na mumniach znacznie dokładniejsze badania. Tworzona jest biblioteka genów, która następnie będzie analizowana w porównaniu współczesnej bazy danych genetycznych. Wykaże to, czy Maria jest w 100% człowiekiem, czy też wystepują jakieś genetyczne anomalie. Trwa także analiza zdjęć zrobionych w tomografie. Wiadomo jest, że mumia posiada wszystkie wewnętrzne organy. Na zdjeciach widoczne jest serce, żołądek a także wyschnięte resztki mózgu. Maria ma ten sam rodzaj organów wewnętrznych jak współczesny człowiek.

Peruwiański radiolog, dr Raymundo Salas Alfaro przeprowadził szczegółową analizę lekarską przeswietleń jakich dokonano na mumii. On również nie ma wątpliwości, że mumia jest prawdziwym, niezmanipulowanym ciałem, należącym do jednej osoby. Mumia wciąż posiada zęby w górnej i dolnej szczęce, na zdjeciach widać serce, jego cztery komory i pozostalości arterii. Widać także zarys systemu oddechowego. W dolnej części ciała widać na zdjęciach pozostałości po jelitach. Wszystkie organy wg dr Salasa wyglądają naturalnie i nie widzi on śladów manipulacji za pomocą której ktoś chciałby wstawić w przeszłości czy współcześnie taki organ do ciała mumii.

Prowadzone są także badania nad trzema kolejnymi mumiami, które odnaleziono w tym samym miejscu co Marię. Te trzy nowe ciała nazwano “Rodziną”, bo są bardzo podobne do siebie. Różnice widoczne są jedynie w kształcie głowy natomiast reszta ciała trzech mumii wygląda bardzo podobnie do siebie. Ich skóra przypomina skórę węża. Palce mają bardzo długie paznokcie. Mumie mają też dziwną wypukłość na klatce piersiowej, którą prześwietlono w tomografie. Na razie nie ma jednoznacznej opinii czym jest ta wypukłość. Obecnie badania obejmują sześć mumii o dziwnych, trójpalczastych dłoniach.

Zdjecia z tomografu wykazały, że trzy nowe mumie nie zostały przez nikogo zmodyfikowane i ich ciała są nienaruszone. Ich kości są doskonale zachowane. Podstawa czaszki jest nieco inna niż ludzka, podobnie jak jej wewnętrzna budowa. Mumie te także mają w swoich czaszkach resztki wyschniętego mózgu i pozostałości po systemie nerwowym. Zaskoczeniem dla lekarzy był bardzo dobry stan tkanki miękkiej. Grupa peruwiańskich lekarzy, która analizowała zdjęcia z tomografu, nie ma wątpliwości, że istoty te są prawdziwe.

Istoty miały po trzy palce u rąk i nóg, podobną jak człowiek pojemność mózgu, ale ich wygląd z pewnością był nieludzki. Tylko Maria przypomina istotę ludzką. pozostałe mumie nazywane są reptylianami ze względu na skóre przypominającą skórę węża.

Obecnie trwają badania genetyczne i badania tkanki miękkiej oraz kości mumii w rosyjskim, Federalnym Instytucie Położnictwa, Ginekologii i Reprodukcji Człowieka w Saint Petersburgu. W tkankach znaleziono izotpy kadmu i strontu. Tajemnicą nadal jest to, skąd sie te izotopy wzięły w mumiach. Badania trójpalczastych mumii z Nazca nadal trwają.

Alternatywna historiaKosmos

W 1960 r., amerykański wywiad doszedł do wniosku, że w następnym roku Związek Radziecki będzie posiadał 500 rakiet międzykontynentalnych (ICBM), gotowych do odpalenia w kierunku USA. Aby potwierdzić, że to przewidywanie jest słuszne, 1 maja 1960 r. z Pakistanu wystartował amerykański pilot i po raz pierwszy w historii samolot U-2 przeleciał przez całe ZSRR w misji nazwanej Operacja Grand Slam (Wielkie Trafienie). Francis Gary Powers leciał wzdłóż linii kolejowych w nadziei sfotografowania radzieckich ICBM-ów bazujących w Plesiecku, bazie militarnej niedaleko Swierdłowska i Kosmodromu Bajkonur w Tiuratam. W tym czasie CIA rozpoczynała proces zmiany z U-2 na satelity i pierwszomajowy lot był z pewnością historyczną, bo ostatnią misją “skunksa” nad radzieckim niebem.

Rosjanie śledzili lot radarem ustawionym niedaleko Swierdłowska i wyslali w pościg swoje trzy nowe rakiety ziemia-powietrze SA-2 Dźwina (można zobaczyć taką rakietę w Muzeum Orła Białego w Skarżysku Kamiennej). Rakiety te zaprojektował największy rywal Korolowa – W N Czełomej (który stał się faworytem Chruszczowa po tym jak zatrudnił u siebie jego syna – Siergieja – inżyniera rakietowego) i była to pierwsza okazja aby sprawdzić ich celność na wysokości 22 km. Pierwsza Dźwina nie trafila, druga zestrzeliła pościgowego MiG-a. Trzecia zaliczyła bezpośrednie trafienie.

Ratowanie się Powersa okazało się tak trudne, że nie był on w stanie dosięgnąć guzika samodestrukcji samolotu. Nie wykorzystał także kapsułki z trucizną, ukrytą wewnątrz amerykańskiej, srebrnej dolarówki. Zamiast tego spadał swoim zestrzelonym samolotem z wysokości 22 km na wysokość 9 km, gdzie się katapultował się, spadał nadal aż do wysokości 4500 m zanim otworzył spadochron, by bezpiecznie wylądować, zostać schwytanym i wziętym do niewoli.

Cztery dni później Amerykanie przemalowali jeden z U-2 tak, aby wyglądał na samolot meteorologiczny NASA i publicznie ogłosili, że taki samolot zaginął, gdzieś na granicach Turcji. Chruszczow odpowiedział, że wie o tym bo był to szpiegowski samolot i został zestrzelony. Administracja Eisenhowera przekonywała, że musiała zajść jakaś pomyłka, bo z pewnością nie było i nigdy nie będzie celowego naruszenia radzieckiej strefy powietrznej.

7 maja Chruszczow ogłosił światu: “Muszę wyjawić wam tajemnicę. Kiedy po raz pierwszy poinformowałem o zestrzelonym amerykańskim samolocie zapomniałem wspomnieć, że pilot jest cały i zdrowy. A teraz sami zobaczcie jakie głupoty wygadują Amerykanie”. Rosjanie mieli nie tylko Powersa, ale z rozbitego wraku złożyli w całości U-2, włączając w to aparat fotograficzny, zdjecia szpiegowskie, 7500 rubli i sakiewkę z diamentami. Planowany amerykańsko-radziecki szczyt w Paryżu został odwołany. Prywatnie Ike (Eisenhower) przyznał, że gdyby amerykańska przestrzeń powietrzna została naruszona w podobny sposób, zwrócił by się do Kongresu o wypowiedzenie wojny.

W przestrzeni kosmicznej latał Sputnik i inne sukcesy Korolowa a Eisenhower i USA po raz kolejny zostali publicznie upokorzeni przez Rosjan. Wzięcie do niewoli Francisa Gary Powersa, ujawnienie, że Stany Zjednoczone nielegalnie naruszyły przestrzeń powietrzną suwerennego kraju i niedorzeczny sposób w jaki Pokój Owalny rozgrywał całą aferę, było jeszcze jedną publiczną kompromitacją Ameryki, które ciągnęły się przez ostatnie lata rządów Eisenhowera aż po wyboiste początki administracji Kennedy’ego.

Jeszcze przed fiaskiem Powersa było już jasne, że program U-2 musi być zmodernizowany. Amerykanie obawiali się radzieckich rakiet (nawet gdy okazało sie, że przewidywanie, że do 1961 r. Rosjanie będą posiadali 500 rakiet było bardzo niedokladne, bo mieli ich wówczas tylko 4 sztuki), wymagając bardziej niezawodnej i potężniejszej broni szpiegowskiej, takiej która mogłaby bez obaw przemieszczać się po niebie wroga. Do kwietnia 1962 r. U-2 wymieniono na tytanową maszynę Lockheeda A-12/SR-71 Blackbird, która mogła latać z trzykrotną prędkością dźwięku. (Ponieważ ZSRR było w tym czasie nalepszym źródlem tytanu, stworzono fikcyjną korporację aby kupować ten metal po to, by zbudowac samolot szpiegujący jego źródło). Z czasem jednak tak U-2 jak i Blackbird miały zostać wymienione przez znacznie lepsze narzędzie. “Radziecka przewaga w kosmosie była tak niepokojąca, że Eisenhower rozważał wyjawienie możliwosci i osiągnięć programu U-2 po to, by uspokoić nastroje narodu” – powiedział szef tajnych operacji CIA, Dick Bissel. “Zamiast tego zdecydował się na intensyfikację amerykańskiego programu satelit kosmicznych. W styczniu 1958 r. wydał National Security Action Memorandum w którym ogłosił program budowy i rozwoju satelit zwiadowczych. Pod wpływem sukcesów programu U-2 powierzył całą odpowiedzialność za projekt CIA.”

Był to pomysł Bissela, nad którym pracował od lata 1957 r. z Dinem Landem z firmy Polaroid, z Jamesem Killianem z Białego Domu i z szefem amerykańskich sił rakietowych generalem Bernardem Schrieverem. Publicznie projekt nazwano Discoverer i miał dotyczyć naukowych badań kosmicznych. Ci, którzy mieli klauzulę tajności nazwywali program “Dziurka od klucza” i pierwszy udany start na dwustopniowej rakiecie Thor z bazy lotniczej Vandenberg w Kalifornii miał miejsce 18 sierpnia 1960 r. Satelita Corona – nazwana tak przez Bissela na cześć maszyny do pisania – została wyslana na orbitę okołobiegunową, niosąc w swoim wnętrzu 3/4 km filmu i była w stanie ustawić aparat fotograficzny tak, aby móc zrobić zdjęcie nawet ciężarowki. Po zużyciu całej kliszy fotograficznej, miała wykorzystać niewielkie silniki odrzutowe aby skierować się ku Ziemi. Jej potężna dolna część spowolniała opadanie a osłona termiczna chroniła cenny ładunek, który już po przekroczeniu ziemskiej atmosfery miał zostać wyrzucony na spadochronie, gdzie miał go później przejąć samolot (w powietrzu! – czarno-białe zdjęcie powyżej) lub helikopter wysłany z Hawajów. Stamtąd zdjęcia miano wysłać do kwatery głównej CIA do analizy. Początki programu Corona nie były jednak łatwe.

Styczeń 1959: odwolanie startu ze względu na problemy techniczne
Luty 1959: udany start ale wadliwy system stabilizacyjny wyrzucił satelitę z orbity i rozbiła się o Ziemię
Trzecie podejście: Satelita osiągnęła orbitę, zrobila zdjęcia, ale kapsuły ze zdjęciami nigdy nie znaleziono.
Czwarte i piąte podejście: nie osiągnięto orbity
Szóste: nie znaleziono kapsuły
Siódme: znów się popsuł stabilizator i satelita wypadła z orbity
Ósme i dziewiąte: rozbicie na wyrzutni
Luty 1960: dziesiąte podejscie nie osiągnęło orbity
Jedenaste: zagubienie w kosmosie
Dwunaste: eksplozja na starcie
10 sierpień, 1960: Corona 13 osiągnęła orbitę ale kapsuły ze zdjęciami nigdy nie znaleziono.

Wreszcie Corona 14 osiągnęła wielki sukces. “Ten sam dzień, w którym Francis Gary Powers oczekiwał w moskiewskim sądzie na wyrok (18 sierpień, 1960) przyniósl pierwszy sukces, gdy satelita przeleciala nad Moskwa robiąc zdjęcia z góry” zanotowal Art Lundhal z CIA z Narodowego Centrum Interpretacji Fotograficznych. 24 sierpnia o 8:15 rano, Killian, Land i szef NSA Gordon Gray otworzyli Eisenhowerowi w Pokoju Owalnym szpulkę ze zdjeciami z Corona 14. Mała satelita sfotografowała obszar 4 mln km2 Związku Radzieckiego, robiąc ostre fotografie 64 lotniskom, 26 mobilnym wyrzutniom rakietowym a nawet wyrzutniom rakiet w Plesiecku i Bajkonurze. Zdobycz z tej jednej misji była większa niż ze wszystkich misji U-2 razem wziętych, a sukces był tak niebywały, że niemalże natychmiast wszystkie agencje rządowe chciały mieć swoją własną Coronę. Ike byl jednak tak poirytowany nieustannym, kiepskim zarządzaniem swoich sił powietrznych, po dekadach trwonienia miliardów dolarów, że dla niego jedynym sukcesem było zbudowanie pracującego w podczerwieni wykrywacza rakiet balistycznych Midas i nalegał aby wysyłanie kolejnych satelit odbywało się pod opieką National Reconnaissanec Office.

Do maja 1972 r. CIA i NRO miały wystrzelić (wśrod innych satelit szpiegowskich) 121 Coron a sam program stał się tak dobrze znany, że pracownicy radzieckiego Kosmodromu pisali obsceniczne słowa na śniegu, żeby sfotografowały je oczy Bissela z kosmosu. Na początku 1961 r. Rosjanie dorowadzili do wyrównania wystrzeliwując ponad 500 własnych satelit szpiegowskich Zenit (oficjalnie znanych jako Kosmos), tworząc trzeci nurt w wyścigu superpotęg w kosmosie i tworzeniu rakiet. Wykorzystując tą samą kapsułę Korolowa co kosmonauci z Wostoka, wysyłano analitykom wojskowym na spadochronie aparaty fotograficzne i klisze. Zenit/Kosmos nie różnił się bardzo od Corony i innych programów rakietowych w swoim historycznym rozwoju, trapiony błędami za błędami aż wreszcie 28 lipca 1962 r., wystrzelono na orbitę Kosmos 7 , który wrócił z pełnym zestawem fotografii szpiegowskich, pokrywających całe terytorium USA. ZSRR kontynuował wystrzeliwanie kolejnych wersji Zenita aż do 1994 r., dotrzymując Amerykanom pola pod każdym względem.

W trzecim tygodniu maja 1960 r. amerykański satelita Midas 1 rozpoczął patrolowanie radzieckiej strefy powietrznej, wykorzystując czujniki podczerwieni, które mogły wykryć odpalenie rakiety balistycznej. W ciągu czterech lat Siły Powietrzne stworzyły sieć czterech satelit zwanych “Vela Hotel”, które wykorzystywały promienie roentgenowskie, podczerwień i wykrywacze neutronów do identyfikacji płomieni silników rakietowych. W odróżnieniu od innych pojazdów szpiegowskich Amerykanie bardzo dokładnie wyjaśnili Rosjanom misję Vela Hotel a Rosjanie oddali przysługę, kiedy wysłali w kosmos własny system monitorujący. Eisenhowerowska idea “Open Sky” zostala zaakceptowana siłą bezwladu. “Podczas zimnowojennego wyścigu zbrojeń w kosmosie niektóre apekty militarnej rywalizacji powstrzymano – ze słusznych powodow”. Historycy Michael Krepon i Michael Katz-Hyman odkryli, że: “Satelity były i funkcjonują nadal w połączeniu z odstraszaczem nuklearnych głównych potęg. Zakłócanie ich działania to zaproszenia dla nuklearnego zagrożenia. Waszyngton i Moskwa zdecydowaly niezależnie od siebie, że wyścig zbrojeń Zimnej Wojny jest wystarczająco gorący bez dodawania broni antysatelitarnej, co mogłoby doprowadzić do gwaltownego zamieszania. Symbolem tego zrozumienia jest zgoda mocarstw na to aby nie wpływac na działanie satelit kontrolujących realizację ukladów rozbrojeniowych.”

Jedynym problemem oczu na niebie bylo to, że większość zdjęć tam zrobionych były zdjęciami chmur. Pentagon chcial to skorygować przez zamknięcie programu Dyna-Soar i zamiast tego odpaleniem Załogowego Kosmicznego Laboratorium MOL, wykprzystując do tego kapsułę Gemini aby utrzymywac na orbicie dwóch agentów przez 30 dni, którzy szpiegowaliby Rosjan korzystając z aparatu fotograficznego wielkości Chevroleta. Zapoczątkowany 25 sierpnia 1965 r. przez rząd Johnsona i kosztujący 1.3 mld dolarow MOL zatrudnił wojskowych astronautów z ARPS – Aerospace Research Pilots School, prowadzonej przez Yeagera z bazy lotniczej Edwards. Podobnie jak Apollo, MOL został zamknięty przez prezydenta Nixona. Podobny los spotkał radziecki program Ałmaz, który swój ostatni lot odbył w lutym 1977 r. a jego zdumiony dowódca zameldował: “Widzimy nawet ludzi na ulicach!”

“Nie chcialbym abym to, co teraz powiem było w przyszłości cytowane” – powiedzial Lyndon Johnson w cytowanej wypowiedzi do pracownikow swojej administracji – “ale wydaliśmy 35-40 mld dolarów na program kosmiczny. I nawet jeśli nic nam to nie dało oprócz wiedzy jaką zdobyliśmy z kosmicznych fotografii, jest to warte dziesięć razy wiecej niż kosztował cały program. Dlatego dziś wiemy ile rakiet ma nasz przeciwnik i okazało się, że nasze prognozy bardzo się myliły. Budowaliśmy rzeczy, których nie musieliśmy budować. Nasiąkaliśmy strachem, którym nie musieliśmy nasiąkać”

W tym samym roku – 1960 – złapanie Powersa i tryumf Corony – doradca z Bialego Domu powiedziałl Eisenhowerowi, że wysłanie ludzi na Księżyc będzie tak samo historyczne jak sponsorowanie Kolumba przez Izabelę, po to aby odkrył Nowy Świat. Po otrzymaniu propozycji budżetowej na program kosmiczny w wysokości 26-38 mld dolarów, prezydent odparł, że “może jeszcze chcecie zdjąć mi sygnet z palca” a inny z pracowników Bialego Domu zanotował: “Jeśli pozwolimy naukowcom zbadać Księżyc, wówczas zanim się zorientujemy będą chcieli szukać i badać inne planety”. Na biurku w Gabinecie Owalnym leżało przemówienie oglaszające zakończenie wysyłania ludzi w przestrzeń kosmiczną w ramach Projektu Mercury, ale Ike nigdy go nie wygłosił. W tej ostatecznej informacji budżetowej zapisał, że decyzja musi zostać podjęta w celu sprawdzenia czy istnieją sensowne, naukowe powody aby przedłużyć program lotów kosmicznych poza Project Mercury.

Do czasu zakończenia prezydentury Eisenhowera w styczniu 1961 r., Stany Zjednoczone w odpowiedzi na radziecki program rakietowy ustawiły w Europie 160 ICBM typu Atlas uzupełnione przez prawie 100 IRBM-ów. W tym czasie Sowieci posiadali cztery R-7. Tego samego roku po analizie zdjęć z czterech satelit szpiegowskich CIA zmniejszyła podejrzewaną liczbę radzieckich rakiet ze 120 do 50 a następnie do 14. W tym czasie Stany Zjednoczone posiadały już 233 rakiety. ZSRR nie mógł dorownać tej liczbie aż do 1969 r., ale w tym samym czasie Apollo 11 wygral wyścig w kosmosie. Wyścig w rakietach balistycznych osiągnął remis.

Alternatywna historia

Czas zapowiedzieć następną “Paralaksę”… Zapewne domyślacie się czego będzie dotyczyć. Zbliża się kolejna rocznica ataku na nowojorski World Trade Center z 11 wrzesnia, 2001 r. a ja od lat próbuję po raz kolejny zrozumieć to, co tam się stało. Jest to temat niebezpieczny z wielu względów. Każdy, kto go w jakiś sposób dotyka, porusza niewidzialne, magiczne struny ludzkich emocji, momentalnie tworząc sobie zastępy zaciekłych krytyków a nawet wrogów. Niemalże każdy ma też jakąś wlasną teorię na temat: kto tego dokonał i dlaczego. Ściera się ze sobą wiele opinii w jaki sposób zwalono do fundamentów dwa najpotężniejsze drapacze chmur Nowego Jorku a dyskusje na ten temat przesączone są często jadowitą trucizną. W jednym zgadzają się niemalże wszyscy: oficjalny powód, że budynki zawaliły się, bo ich konstrukcję nadwyrężyła płonąca benzyna z rozbitych o ich fasady samolotów jest nonsensem, który nie wytrzymuje żadnej krytyki.

Pamiętam dokładnie dzień, w którym nie tylko Ameryka, ale cały świat złapał głęboki oddech, tracąc poczucie pewności tego, co przyniesie przyszłość. Mieszkam 60 km od miejsca, w którym kiedyś stały wieże. Uderzenie w pierwszą wieżę było wystarczającym powodem aby przerwać pracę i stać nerwowo przed telewizorem, obserwując tą niecodzienną sytuację. Niemalże wszyscy podejrzewali, że musi to być jakiś tragiczny, nieszczęśliwy wypadek. Być może piloci airlinera zatruli się czymś, zasłabli, zapili a nawet się pobili i samolot przyrżnął w monumentalną konstrukcję jednej z wież Twin Towers. Byłem kiedyś na wieżach. Widok z ich szczytu zapierał dech w piersiach. Można było z nich zobaczyć moje małe New Jersey na wskroś – aż po granicę z Pennsylwanią. One same też były widoczne z daleka. Ich znajomy widok zwiastował rychły koniec podróży, gdy wychylały się zza horyzontu, jakieś 150 km od Nowego Jorku. Za każdym razem widok ten budził miłe emocje i zdumienie nad tym cudem ludzkiej architektury. Mimo, że wydawały się być solidnie niewzruszone, to na ich dachu miało się wrażenie kołysania – jakby siedziało się na szczycie wysokiego źdźbła zboża. Niektórzy dostawali zawrotów głowy i szybko zjeżdżali windą na dół.

Tymczasem nad Manhattanem pojawił się kolejny, nisko lecący pasażerski liniowiec. Przeraźliwie czerwony wykwit eksplozji na chwilę pokrył cały ekran, gdy samolot uderzył w drugą wieżę…. Zapadła cisza. Każdy z nas już wiedział, że nie jest to wypadek. Był początek wojny! Z kim? Kto zaplanował taki okrutny i zuchwały atak? Jaki jest jego cel? Wówczas wydawało się, że odpowiedź na te pytania nadejdzie szybko… Tymczasem po szesnastu latach nadal nie wiadomo kto za tym stoi. Nadal też nie wiadomo co chciał przez to osiągnąć. Tysiące teorii konspiracji szczelnie jak dym z płonących wież pokrywa medialny horyzont. Dym jest tak gęsty, że nawet nabystrzejsze oko nie jest w stanie się przez niego przebić by dojrzeć sprawcę i oprawcę w jednej osobie.

Na temat 9/11 wypowiadałem sie już wiele razy. Kilka razy w dawnych “Paralaksach” a także w Nowej Atlantydzie. Nigdy nie udało mi się zbliżyć do prawdy na ten temat i dziś również nie mam takich ambicji. Powolne i mozolne układanie puzzli ma jednak szansę przynieść długo oczekiwany efekt, dlatego nie rezygnuję. Mam sporą kolekcję książek poświęconą wydarzeniom sprzed 16 lat. Jedne kiepskie inne wręcz doskonałe. Każda wnosi coś nowego do tej historii, pokazuje ją w innym świetle. Kiedy natrafiłem na “Najbardziej niebezpieczną książkę na świecie” S K Baina – zdumiała mnie, ustawiając okoliczności tragedii 9/11 w scenografii potężnego, globalnego i krwawego rytuału. Rytuał jest czymś tak starym jak człowiek i tak jak on przyszedł z nim ramię w ramię z prehistorii do czasów nam współczesnych. Pozornie wygląda jak zabobon wystraszonego, prymitywnego człowieka, który nie potrafił sobie wytłumaczyć otaczającego go swiata. Tyle, że ten zabobonny człowiek dla tych rytuałów wybudował Gobekli Tepe, Stonehenge i Piramidy. Takich rzeczy nie robi się ze strachu. O ile dziś wśród akademików nadal panuje przekonanie, że budowle te były stricte religijne, to coraz bardziej widać, że miały zupełnie inny cel. To maszyny, które napędza nadal nam nieznana kosmiczna energia, silniejsza od wszystkiego co znamy – nawet od rozszczepionego atomu. Przez tysiące lat tajemnicze i mroczne grupy przechowują wiedzę, do której broni się dostępu profanom. Tylko coś, co ma niezwykłą wartość i siłę może być tak pieczołowice przechowywane i pilnowane jak ta wiedza. Co jakiś czas ludzie ci wynurzają się na chwilę na powierzchnię historii. W tym co wowczas robią wprawne oko szybko odkryje tajny rytuał, który później jak sie okazuje, po raz kolejny wykoleił naszą cywilizację posuwającą się w konwulsjach przed siebie. Templariusze, Masoneria, Illuminaci, naziści spod znaku czarnego slońca – wszyscy oni mieli dojmujący wpływ na to kim jesteśmy dzisiaj.

Czy atak na WTC był takim krwawym rytuałem?? Dwie wieże Nowego Jorku są jak święte, masońskie słupy: Jachim i Boaz, jak dwie kolumny w których egipski bóg Tahuta, znany z Hermetyki jako Hermes ukrył całą swoją wiedzę. Czyż nie jest to symbol? Zwłaszcza gdy stoi na przeciwko olbrzymiego posągu boginii Izydy…., którą dla wygody nazywa się dziś Statuą Wolności… Atak 9/11 jest też alchemicznym misterium, w którym świat dokonał trasmutacji, zmieniając się kompletnie i raz na zawsze…

I na ten temat bedzie niedzielna audycja: 10.09.17, godz. 18:00 w Radio Paranormalium! Serdecznie zapraszam!

Alternatywna historia

Trwają badania nad trójpalczastymi mumiami z Peru, które nieco ponad miesiąc temu narobiły tyle szumu w internecie. Od czasu odkrycia mumii i rozpoczęcia pierwszych badań informacje na temat postępów były podawane na bieżące. Strumień tych informacji nieoczekiwanie zamarł kilka tygodni temu, co każe się zastanawiać co się stało w Peru i na jakim etapie znajdują się badania genetyczne i cała sytuacja związana z kontrowersyjnymi mumiami.

Jay Weidner, ktory w zeszlą sobotę wystąpił w programie radiowym “Coast to Coast” uspokaja, że prace trwają a badania genetyczne są dopiero na samym swoim początku. Zapewne minie wiele czasu zanim zostaną ostatecznie ukończone. O ile łatwo jest zbadać DNA człowieka, który stracił życie kilka lat wcześniej to im starszy jest obiekt badań tym trudniejsze staje się wyselekcjonowanie takiego DNA zniszczonego już przez czas. Badacze mają ogromną ilość puzzli, które cierpliwie muszą złożyć w jedną całość. Nieoficjalnie wiadomo, że pierwsza mumia zwana Marią nie jest w 100% człowiekiem, ale nie jest także istotą pozaziemską. W jej ciele znaleziono duże ilości strontu, co jest bardzo interesujące, bo nie wiadomo skąd pochodzi ten pierwiastek. Nie podano też w jakiej formie chemicznej jest ten stront. Badania DNA prowadzone są obecnie w kilku krajach i zajmą jeszcze conajmniej dwa miesiące.

Tymczasem w Peru ujawniono trzy kolejne trójpalczaste mumie tyle, że amerykańscy badacze obawiają się obecnie przyjechać do tego kraju. W sprawę badania mumii włączyło się nieoczekiwanie peruwiańskie Ministerstwo Kultury. Weidner podejrzewa, że to nagłe zainteresowanie peruwiańskich władz jest pułapką (czy wspominałem o tym że Weidner to stary lis? 🙂 ) i odradził innym badaczom wyjazd do Peru. Władze peruwiańskie prawdopodobnie chcą znaleźć miejsce, gdzie znaleziono mumie na pustyni w Nazca, a każdy kto narusza prekolumbijskie obiekty na terenie tego kraju – łamie prawo i idzie do więzienia. Więzienia w Peru z pewnością nie są miejscem, w którym ktoś z kultury zachodniej chciałby spędzić nawet jeden dzień. Amerykanie, których zamknięto w peruwiańskim wiezieniu opowiadają horrory na temat tego co się w takich miejscach dzieje. Dlatego trzeba być w tej sprawie niezwykle ostrożnym. Jednocześnie te same władze utrzymują, że nie są zainteresowane mumiami a jedynie sugerują, że chętnie poznałyby miejsce, gdzie je znaleziono, co samo w sobie wzbudza podejrzenia. Nad sytuacją pracują teraz peruwiańscy prawnicy sprawdzając wszelkie opcje. Nieoficjalnie wiadomo, że w Peru wszczęto śledztwo w sprawie kradzieży i bezczeszczenia prekolumbijskich, ludzkich szczątków. Bardzo szybko ostrze tego śledztwa może zostać skierowane przeciwko międzynarodowej grupie badającej trójpalczaste mumie. W lipcu tego roku w Limie odbył się naukowy kongres poświęcony mumiom, na którym nie tylko nie uznano znaleziska z pustyni Nazca za prawdziwe, ale zwrócono się do władz, by podjęły kroki aby powstrzymać badania kontrowersyjnych mumii a najlepiej od razu całą sprawę skierować do prokuratora.

Do tej pory pokazano już siedem mumii. Trzy ostatnie również mają trzy palce. Dwie z siedmiu mumii mają dziwaczną klatkę piersiową sięgającą od brody aż do pasa sugerując stworzenie, które z braku lepszego słowa nazwano reptyliańskim. Mumie te są niewielkich rozmiarów, a bliższa obserwacja skóry wykazała obecność niewielkich łusek (!) – przypominających skórę węża.

Wielu ludzi obserwujących całą tą sytuację związaną z mumiami, podchodzi do znaleziska sceptycznie, uznając, że mumie zostały spreparowane w taki sposób, że z dłoni odcięto im kciuk i mały palec zostawiając trzy, które następnie sztucznie wydłużono wstawiając dodatkowe paliczki. Nie ma jednak żadnych śladów blizn, które musiałyby być doskonale widoczne niezależnie od tego czy osobie tej odcięto by palce jeszcze za życia czy też po śmierci. Takiego zabiegu nie udałoby się po prostu ukryć. Jest to opinia chirurgów. Mimo to Roberto Salas-Gismondi, antropolog z uniwersytetu z San Marcos w Limie uważa, że palce zostały usunięte a ubytek sprytnie zamaskowany. Salas-Gismondi jest strażnikiem Akademii i wspólpracownikiem Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku. Pierwsze testy DNA potwierdziły że do mumii nie dodano niczego, co pochodziłoby z jakiegoś innego organizmu. Mumie i wszystkie artefakty jakie wraz z nimi znaleziono nadal są w Peru. Wywiezienie ich z Peru oznaczałoby złamanie prawa i byłoby ścigane przez peruwiańską policję. Pobieranie próbek do badan DNA obserwował peruwiański policjant, który pilnował aby wszystko odbywało się zgodnie z prawem. Jeśli badania wykażą, że badacze padli ofiarą oszustwa, zostanie to natychmiast ogłoszone. Tak zapewnia Weidner.

Tymczasem grupa badawcza, która uczestniczyła w początkowej fazie odkrywania mumii zmniejszyła się ostatnio. Weidner poinformował, że najbardziej zależy mu na tym aby wszelkie badania dokonane były zgodnie z naukową procedurą. Nie chce na siłę podkręcać atmosfery sensacji, na której wywróciło się w przeszłości wiele innych badań trudnych do wytłumaczenia artefaktów czy zjawisk. Tymczasem Elsa Tomasto-Cagigao – najsłynniejszy obecnie peruwiański antropolog ( z Papieskiego Uniwersytetu Katolickiego w Limie), wezwała do telewizyjnej debaty w tej sprawie Jaime Maussana. Maussan zgodził się i miał mu towarzyszyć chirurg meksykańskiej marynarki wojennej. Program był emitowany na żywo, ale pojawił się w nim tylko Maussan. Wojskowy chirurg uznał, że ma zbyt wiele do stracenia i nie pojawił się w studiu a nastepnie opuścił grupę badawczą. Pani Tomasto-Cagigao, zarzuciła Maussanowi manipulowanie faktami i przedstawienie fałszywych zdjęć rentgenowskich. Powiedziała, że nikt ze świata naukowego nie miał ich w ręku aby ocenić ich prawdziwość. Maussan zapewnił panią profesor, że jest w stanie dostarczyć jej te zdjęcia na drugi dzień, na co pani Elsa odpowiedziała, że jeśli tak sie stanie zje w studio telewizyjnym karalucha w majonezie. Wciąż nie wiadomo czy Maussan dostarczył zdjęcia, karalucha i majonez. Zwłaszcza, ze sprawa wcale nie jest zabawna. Na Maussana posypały się groźby, że jest złodziejem grobowców a za to siedzi się w peruwiańskim więzieniu przez długie lata. Powiedziano wprost i dobitnie, że cala ta historia to kryminał.

Dziwaczne mumie z Peru mimo, że póki co, są ciekawostką sezonu ogórkowego mają potencjał wywrócić naszą wiedzę o zamierzchłej przeszłości Ziemi i ludzkości do góry nogami. Pod warunkiem oczywiście, że okażą się być prawdziwe i nie są efektem sprytnego zabiegu. Jest to powód wystarczający aby bacznie obserwować rozwój wypadków wokół trójpalczastych mumii z pustyni Nazca – o czym w następnych doniesieniach.

Alternatywna historiaNauka i technologie

Ponownie zapraszam na niedzielną “Paralaksę”! To samo miejsce: Radio Paranormalium i ten sam czas: 18:00.

Mam spore obawy jak się uda ta audycja, bo początkowo chciałem zrobić małą przerwę i do „Paralaksy wrócić tydzień później. Lato się powoli kończy i wypada jeszcze pożeglować, oderwać się od ziemi i jej problemów choćby na weekend. Dlatego będę wracał z wybrzeża przed południem starając się być na czas. To akurat da sie zrobić, ale wypada jeszcze opowiedzieć Wam jakąś interesującą historię.

Pewnie by tej audycji nie było, gdyby nie wypadek niszczyciela “McCain”, którego pod Singapurem rozjechał liberyjski tankowiec. To kolejny taki przypadek w tym roku i wyraźnie widac, że słowo “przypadek” nie jest tu najwłaściwszym. Zdecydowanie jest coś na rzeczy i ktoś rozgrywa niewidoczną, globalną partię szachów, stosując taktykę od której skóra cierpnie…

Z góry uprzedzam, że nie wskażę konkretnie kto za tym stoi i co chce osiągnąć, ale spróbuję ustawić całą tą sytuację we własciwej perspektywie. Mam przynajmniej taką nadzieję. W ostatnim stuleciu nauka wyraźnie podzieliła się na dwie części. Pierwsza utrzymuje nas w starym, omszałym “ptolemejskim” wręcz porządku rzeczy, dotkliwie karząc za wszelkie odstepstwa od naukowego dogmatu, ale druga idzie zupełnie inną drogą, dokonując odkryć na miarę kosmiczną i znajdując dla nich praktyczne zastosowanie. W wielu przypadkach okazuje się, że o tym wszystkim ktoś wiedział już dużo wcześniej – być może w naszej prehistorii – i być może sam sobie zafundował zagładę, nie zachowując wystarczającej ostrożności. Być może jednak tym razem człowiek poszedł po rozum do głowy i uczy się na własnych błędach. Rozwój wypadków póki co sugeruje, że zapędy do rozpętania kolejnej wojny kosmicznej mogą być skutecznie powstrzymane. Przytomnie zauważyła to Magdalena w komentarzu pod “McCainem”, która już nie pierwszy raz imponuje swoją błyskotliwą przenikliwością. Oczywiśce – jak będzie – jak zawsze pokaże przyszłość.

Początek audycji poświęcony będzie sprostowaniom (taka nowa, świecka tradycja w “Paralaksie”) i może dodam jeszcze pare słów na temat Grahama Hancocka i najnowszych wieści na temat jego zdrowia. Rok Wielkiego Amerykańskiego Zaćmienia już przyniósł poważne straty w środowisku alternatywnym. Przynajmniej w USA. Zmarł John Major Jenkins, wybitny znawca kalendarza i ezoteryki Majów. Zmarł Jim Marrs, o którym wspominałem w pierwszej, wznowionej po długim czasie Paralaksie. Hancock kręci sie wokół wrót śmierci i nie lepiej jest z Johnem Anthony Westem, który nie może dojść do siebie po terapii antynowotworowej… Trzeba być jednak dobrej myśli. Pozdrawiam wszystkich, którzy przychodzą posłuchać “Paralaksy” i jeszcze raz zapraszam w niedzielę!

Audycja do odsłuchania i pobrania na stronie Radia Paranormalium:

https://www.paranormalium.pl/2059,sluchaj

i na YT:

Alternatywna historia

Spędzając większość zeszłego tygodnia przed bramą śmierci pomyślałem, że skorzystam z okazji i poinformuję przyjaciół, czytelników, zwolenników i krytyków o tym co mi sie przytrafiło.

W maju, podczas mojej podróży badawczej po Stanach Zjednoczonych (nowa książka nad którą pracuję, dotyczy starożytnej Północnej Ameryki), doznałem poważnego ataku epilepsji wraz z utratą przytomności.

Udzielono mi pomocy w pogotowiu ratunkowym szpitala w Farmington w Nowym Meksyku. Uznano, że jest to migotanie przedsionków w moim sercu i zwolniono ze szpitala na drugi dzień zapisując leki przeciwzakrzepowe, zabezpieczające przed nawrotem choroby którą zdiagnozowano jako przemijający atak niedokrwienny – innymi słowy mini wylew. Cierpiałem na niewielką utratę pamięci zwłaszcza tego, co sie wydarzyło tydzień przed atakiem, ale ogólnie, łaskawie dla mnie, nie zauważono na zdjęciach z prześwietlena większego neurologicznego uszczerbku. Zespół medyczny w Farmington był absolutnie doskonały. Nie mam watpliwości, że ich pomoc uratowała mi życie.

Mimo, że rzeczywiście miałem migotanie przedsionków, które mogło wywołać wylew (zakrzepy w sercu), okazało sieę, że ta diagnoza była kompletnie nietrafna. Odkryto to wczesnym rankiem, w poniedziałek 14 sierpnia, kiedy w moim domu w Bath, w Anglii miałem kolejny, o wiele poważniejszy napad epilepsji grand mal. I znów zawieziono mnie na pogotowie i potem na oddział intensywnej terapii. Znów zespół medyczny – tym razem z Royal United Hospital (RUH) w Bath był absolutnie doskonały, pomagając mi ponad granice swoich możliwości. I znów ta interwencja uratowała mi życie. Tym razem napadów padaczkowych było więcej i częściej się powtarzały a moja kochana żona Santha została poproszona przez neurologa na stronę, który poradził jej aby była gotowa na najgorsze: moją śmierć lub jeśli przetrwam na poważne uszkodzenia mózgu, które zamienią mnie w “warzywo”. Było późne popołudnie w środę 16 sierpnia, kiedy zacząłem powracać do jakichś form świadomości, zaskoczony że widzę Seana i Shanti, dwójkę moich dorosłych dzieci, które przyleciały z Los Angeles i Nowego Jorku aby razem z Santhą a także Leilą i Gabrielle – moimi dwiema córkami z Londynu być przy moim boku. Przez dłuższą chwilę nie mogłem zrozumieć co się stało, dlaczego mam cewnik w moim pęcherzu i dlaczego mój mózg działa jak przez mgłę.

Przytomność powoli wracała. Zostałem przeniesiony na oddział neurologiczny w czwartek, 17 sierpnia i ku mojej wielkiej uldze odłączono mi cewnik. Cały piątek 18 sierpnia pozostałem na oddziale neurologicznym. Byłem bardzo słaby, ale chwiejnym krokiem i o lasce zdołałem sam pójść do toalety. W piątek w nocy poczułem się znacznie lepiej. Wreszcie w sobotę wypuszczono mnie do domu.

Przeprowadzone testy w sposób jasny wykazały (mimo to wciąż pozostaje tajemnicą o co w tym wszystkim chodzi), że napady epilepsji nie były wywołane zakrzepami krwi pochodzącymi z migotania przedsionków, ale raczej z długotrwałego używania leków na migrenę zwanych sumatriptan, podawanych zastrzykiem. Brałem około 12 takich zastrzyków miesięcznie i robiłem to przez ponad 20 lat. Okazało się, że migrena sama w sobie może być przyczyną epilepsji i badacze ustalili połączenie pomiędzy tryptanami (zwłaszcza kiedy są nadużywane) i napadami epilepsji. Nie ma właściwie wątpliwosci, że to sumatriptan zawiódł mnie na próg śmierci i jest teraz oczywiste, że muszę cierpieć nieznośny i zniewalający ból moich migren albo umrzeć lub stać się “warzywem”. W międzyczasie przepisano mi potężną dawkę lekastw przeciw epilepsyjnych Keppra (Levetiracetam Milpharm) i powiedziano, że muszę je brać przynajmniej przez rok. Zabroniono mi prowadzić auto, ale oprócz tego jestem w stanie funkcjonować.

48-godzinna, sztucznie wywołana koma, aczkolwiek przerażająca dla Santhy i naszych dzieci a nawet mnie samego – była conajmniej interesująca. Powstało wiele pytań. Gdzie byłem w czasie tych 48 godzin? Pamiętam tubę oddechową wepchniętą w moje gardło i potężne uczucie czyjejś inwazji i duszenia. Czy inne pogmatwane, prześladujące wspomnienia, które przychodzą do mnie od czasu do czasu są wspomnieniami doświadczenia śmierci? Tego, że byłem martwy? Tak jak podałem w kilku prezentacjach do wiadomości publicznej, miałem kiedyś doświadczenie śmierci 60 lat temu w wieku 17 lat, wywołane potężnym porażeniem elektrycznym. Pamiętam jak patrzyłem w dół na samego siebie spod sufitu by nagle powrócić do swojego ciała. Moje migreny zaczęły się miesiąc po tym porażeniu i trwają do dziś. Jedną rzecz wiem na pewno. Jeśli nie rozumiałem tego wcześniej to teraz wiem, że granica pomiędzy życiem a śmiercią jest niezwykle cienka, krucha i przenikalna. Czujemy się mocno zakorzenieni w naszym życiu, ale każdy z nas może przekroczyć tą linię w dowolnym momencie. Czasemi wracamy. Czasami zostajemy.

Chciałbym złożyć wyrazy wdzięczności sanitariuszom ambulansu a także lekarzom i pielęgniarkom z pogotowia ratunkowego, intensywnej terapii i neurologii w RUH, w Bath za niezwykły poziom opieki którą mnie otoczono i determinacji aby mi pomóc nawet wtedy, kiedy rzeczy nie miały się zbyt dobrze i mimo to zrobiono wszystko, aby utrzymać mnie przy życiu. Chciałbym jeszcze powtórzyć moje podziękowania dla ich medycznych kolegów z Farmington w Nowym Meksyku, którzy pomagali mi w maju także na absolutnie najwyższym poziomie.

I oto jestem! Z pewnością trochę rozchwiany, ale z pewnością w świecie żywych, wypełniony nową kreatywną energią i pomysłami, które mam nadzieję wszechświat pozwoli mi zrealizować w mojej nadchodzącej książce o Ameryce.

Co jest dziwne, czuję się jakby ktoś zdjął ciężar z moich ramion. Ciemność jaka wisiała nade mną przez większą część tego roku osiągnęła swój najwyższy punkt w maju, podczas gorącej debaty, w której Randall Carlson razem ze mną starł się ze sceptykami Michaelem Shermerem i prominentnym geologiem Marciem Defantem w programie “Joe Rogan Experience”. Skoncentrowana na mnie nienawiść zawarta w komentarzach jakie posypały się przez pierwsze trzy tygodnie po debacie ledwie można dziś zobaczyć wśród tych, które dopisano później, ale w tamtym czasie wpłynęły bardzo źle na moją energię i intuicja podpowiada mi, że dołożyło się to do moich problemów zdrowotnych. Później zbadano te wczesne komentarze i ustalono, że ich duża liczba została stworzona przez niewielką grupę używającą różnych pseudonimów i czesto używając tych samych zdań a nawet popełniając te same błędy ortograficzne. Nie wiem czy był to celowy zamiar manipulowania opinią publiczną czy coś innego i kto za tym stał. Z pewnością jednak mocno to we mnie uderzyło. Nienawiść jest podłą i okropną energią nie tylko niszczącą tych w kogo jest wymierzona, ale także uwodząca tych, którzy ją wyrażają.

Moja podróż do wrót śmierci w zeszłym tygodniu oczyściła energetyczny miazmat, który spętał mnie w ostatnim czasie i odnowiła moją siłę by podjąć czekające w przyszłości wyzwania.

Jesteśmy poważnie oszukiwani w temacie naszej przeszłości jako gatunek zanurzony w stan amnezji. Jest niezmiernie istotne, aby się obudzić – jeśli ludzka rodzina ma przetrwać w tym pięknym ogrodzie na naszej planecie i jesli chcemy docenić – tak jak powinniśmy – dar życia, świadomość, radość i możliwość uczenia się a także kochania po to, aby móc rozwijać świat, którym wszechświat nas tak hojnie obdarzył.

Graham Hancock, 22 sierpnia, 2017 r.

Audycja, o której wspominał Graham Hancock w liście.

Alternatywna historia

Najnowsza “Paralaksa” już w najbliższą niedzielę – oczywiście w Radio Paranormalium. Zaczynamy o 18:00 na godzinę przed “Debatą”.

Tematem będzie nadal Antarktyda, bo trudno jest go ogarnąć w godzinkę. Składa się on z tak wielu rozmaitych elementów, że układanka jest naprawdę skomplikowana. Wg mnie ma jednak sens. Punktem wyjścia będzie wojna kosmiczna (ktora mogla sprawić że Antarktyda znajduje się w tym wlaśnie punkcie Ziemi, a następnie Hermetyka, egipskie podejście do mitu Atlantydy, transhumanizm (!) i jeszcze jeden rzut okiem na rolę i cele nazistów w antarktycznej przygodzie. Przy tej okazji znów na chwilę wrócimy do admirała Byrda i jego niepokojących kontaktow z nazistami, którzy w moim pojęciu wcale nie są jakąś brutalną siłą polityczną z mocarstwową ideologią a religijnym, fanatycznym kultem.

W ten weekend nad Ameryką na kilka minut zgasnie Słońce i będzie to niezwykłe wydarzenie astronomiczne, z pewnością godne kilku słow komentarza. Czarne Słońce to także mroczny symbol nazistowskiego SS, forpoczty nowej religii, która wcale nie skończyla się w 1945 r. i trwa nadal w najlepsze.

Ostatni tydzien to niestety długa dawka milczenia na NA. Zbyt wiele obowiązków (głównie towarzyskich) zamieniło mnie w początkowe stadium zombie i marzę o weekendzie, żeby sie wreszcie wyspać. A ciekawych (mam nadzieję) tematów jak zawsze bardzo wiele. Mam ich od Was całą listę i trzeba będzie się za nie zabrać.

Zapraszam więc raz jeszcze w niedzielę a ewentualne pytanie czy inne zagadnienia proszę zostawić pod tym wpisem. Pozdrowienia!

Audycja do odsłuchania:
w Radio Paranormalium:
https://www.paranormalium.pl/2051,sluchaj

i na YT:

Alternatywna historia

13 sierpnia w niedzielę kolejna “Paralaksa”. Słowo “kolejna” brzmi tu conajmniej jakbym miał ich już za sobą ze sto sto albo i więcej – a to dopiero druga audycja w nowej edycji. Słuchaczom wielkie dzięki za ostatnie nasze spotkanie. Nie było okazji pogadać na żywo, ale czasu mało a tematy do rozgryzienia monstrualne. Zapisuję skrzętnie Wasze wszystkie propozycje i pytania i z pewnością je omówię, ale nie chronologicznie jak obiecałem. Redundancja zabija i jeśli będe powtarzał tę samą historię po raz kolejny to pośniemy z nudów. Chciałbym żeby “Paralaksa” tematycznie jeździła po bandzie, ale sama brawura nie wystarczy. Nowe spojrzenie, nowe fakty, dokumenty, informacje z pewnością nadadzą dynamiki i sensu całości i może zainteresują przynajmniej kilka osób. Najbliższa audycja będzie być może tego przykładem a jej głównym tematem są tajemnice Antarktydy.

Czy wiecie że o Antarktydzie tak naprawdę wiemy mniej niż o Marsie? Informacje z tego kontynentu są skąpe, zdjęć jak na lekarstwo ludzie, którzy tam pracują niechętnie opowiadają o tym co tam robią, chyba że badają pingwiny. Wokół Antarktydy narosło kilka silnych legend i może już czas spróbować podejść do tego całościowo i wyostrzyć patrzenie na ten lodowaty kontynent. A ja lubie patrzeć całościowo i kto wie… może w trakcie tej rozmowy pojawią się też Anunnaki 🙂 – będzie więc nawiązanie do poprzedniej audycji.

W komentarzach na NA Arek podrzucił pomysł, który mi się bardzo spodobał. Chce żebym zrobił na stronce wprowadzenie do tematu najnowszej Paralaksy przed audycją i tam, pod wpisem, można zbierać pytania i różne inne zagadnienia. Ta krótka zapowiedź jest więc do tego okazją. W audycji będzie o tym wszystkim, o czym do tej pory pisałem na NA. Będą mroczni naziści, admirał Byrd i ostatnie dziwaczne wizytacje w osobach koronowanych głów, duszpasterzy kościoła i dygnitarzy państwowych. Spróbujemy też znaleźć jakieś odpowiedzi na pytanie o co chodzi z tą Antarktydą i co tam się teraz dzieje. Będzie kilka teorii konspiracji i jak zawsze garść rozmaitych, wysokooktanowych skojarzeń.

Pozdrowienia dla wszystkich Słuchaczy Paralaksy i do usłyszenia w niedzielę! Oczywiście w Radio Paranormalium!

Audycja do odsłuchania:

Radio Paranormalium:
https://www.paranormalium.pl/2046,sluchaj

YT:

Alternatywna historia

Starożytne egipskie monumenty wciąż kryją swoje tajemnice. Wewnątrz budowli co jakiś czas odnajdywane są ukryte labirynty, pasaże i tajne komnaty. Od dawna podejrzewano, że gdzieś w ścianach Wielkiej Piramidy znajduje się ukryta sieć korytarzy, które być może są w stanie uchylić rąbka jej tajemnicy. Eksperci w temacie wierzą, że stoją na progu nowego odkrycia, którym być może jest taka tajna nisza wewnątrz Wielkiej Piramidy w Gizie. Wnioski takie wyciągnięto podczas realizacji projektu zwanego ScanPyramids, gdzie do odkrywania i oznaczania ukrytych w budowlach wnęk, schowków i nisz używa się nowoczesnych urządzeń termograficznych. Pozwalają one także zlokalizować wiele artefaktów. Wielka Piramida w Gizie zwana także często Piramidą Cheopsa ma 146 m wysokości i przez 4 tys. lat była najwyższą budowlą na Ziemi! Oficjalnie ocenia się czas jej budowy na 2550 r.p.n.e. i jest to jedyny z Siedmiu Cudów Świata, który przetrwał do naszych czasów.

Do odkrycia ostatnich tajemnic piramidy stosuje się termografię w promieniowaniu podczerwonym, gdzie rejestruje się energię emitowaną przez obiekty, którą zamienia się na temperaturę przez co na ekranie widać kształt i położenie obiektu. Piramida skanowana jest także trójwymiarowym laserem. Wąska wiązka lasera emitowana wewnątrz budowli tworzy dokładną mapę jej wnętrza, tworząc jego trójwymiarowy model. Badacze wykorzystują także wykrywacz promieniowania kosmicznego. Wykrywa on miony, które powstają kiedy promieniowanie kosmiczne styka się z ziemską atmosferą. Miony bez szwanku przechodzą przez strukturę budowli a także przez ludzi, nie wyrządzając nikomu krzywdy. Kiedy miony przechodzą przez skałę lub inny gęsty materiał – zwalniają by w końcu się zatrzymać Mierzone w piramidzie miony tworzą sieć trajektorii, co pomaga w stworzeniu modelu wnętrza piramidy i wykryciu ukrytych nisz. Prowadzi się także testy chemiczne. Na szczęście pobrane do analizy próbki są na tyle małe, że nie wyrządzają budowli szkody. Urządzenie do mierzenia mionów zostało wykonane przez japoński uniwersytet w Nagoi, sensory przez także japońskie laboratorium badawcze KEK a mionowy teleskop wykonała Francuska Komisja Energii Atomowej.

Pierwsze badania wykryły na razie trzy przylegające do siebie kamienie, które emitują wyższą temperaturę od reszty budowli. Być może kryją one dostęp do ukrytej komnaty o której istnieniu nikt do tej pory nie wiedział. Niektórzy archeolodzy mają nadzieję odkryć w ten sposób miejsce ostatniego spoczynku królowej Nefretete. Była ona żoną faraona Echnatona, który doprowadził do potężnej rewolucji w starożytnym Egipcie, kiedy zlikwidował wyznawany tam politeizm i wprowadził religię monoteistyczną. Twarz królowej Nefretete jest jedną z ikon światowej kultury. Znana jest ze słynnej rzeźby przechowywanej w berlińskim Neues Museum. Mimo to Zahi Hawass jest nastawiony sceptycznie do przedsięwzięcia i nie podobają mu się obecne badania. W ostatnim czasie głośna wymiana zdań na ten temat pomiędzy byłym egipskim Ministrem Starożytności a egiptologami stała się zarzewiem konfliktu i może doprowadzić do przedwczesnego zakończenia prac. Hawass uważa, że nikt z rodziny Echnatona nie miałby prawa być pochowanym ani w piramidzie ani w Dolinie Królów.

Badania za pomocą nowoczesnych skanerów robiono już wcześniej, ale nie przyniosły one konkretnych rezultatów. Obecne prowadzi je politechnika z Turynu, która stosuje najnowsze i najnowocześniejsze skanery. Badania te pozwolą być może na ostateczne ustalenie chronologii w czasach starożytnego Egiptu, która dziś jest w większości umowna. Ustawia się ją wg czasów panowania konkretnych dynastii, co nie daje możliwości precyzyjnego ustalenia daty. Ewentualne odkrycia naukowców są zazdrośnie obserwowane przez archeologów, którzy obawiają się, że zastosowanie nowoczesnego sprzętu odbierze im palmę pierwszeństwa w odkrywaniu tajemnic starożytności. Zahi Hawass jest reprezentantem tej drugiej grupy.

Największy problem jest jednak w tym, że nawet wstępne badania wielu wspaniałych egipskich monumentów sugerują, że nie zostały one stworzone przez starożytnych Egipcjan! Do VII w.p.n.e. użycie żelaza na terenie Egiptu było minimalne. Dopiero najazdy Asyryjczyków wprowadziły żelazo do powszechnego użytku. Egipcjanie pogardzali żelazem uważając je za lichy metal o niewielkiej wartości. Wierzyli, że żelazo kryje w sobie ducha zła. Wśród wielu starożytnych egipskich artefaktów znaleziono zaledwie kilka egzemplarzy żelaza, który pozyskano z meteorytów i zastosowano w tworzeniu biżuterii.

Problem jednak leży w tym, że mimo tej pogardy dla żelaza do dziś można w Egipcie oglądać budowle i posągi wykonane z tak twardego materiału jak bazalt, dioryt czy granit, których nie da się obrobić za pomocą narzędzia z brązu, metalu znacznie delikatniejszego niż żelazo. Akademicka chronologia ustawia powstanie starożytnego Egiptu na trzecie milenium przed naszą erą i nawet jeśli jest to prawda, niektóre z artefaktów, zazwyczaj te o olbrzymich rozmiarach musiały być stworzone przez kogoś innego niż Egipcjanie.

Przykładem może być niedokończony Obelisk w Asuanie niedaleko granicy z Sudanem. Został on wycięty z twardego granitu. Miała go zamówić królowa Hatszepsut w 1478 r.p.n.e i gdyby udało się go podnieść, byłby największym obeliskiem w całej historii Egiptu. Ma 42 m wysokości i waży prawie 1200 ton. Pytanie jednak brzmi: jakich narzędzi użyto do jego wykucia a także jaką technologię zamierzano zastosować aby ustawić go w pozycji pionowej? Historycy wskazują na diorytowe tłuczki jako główne narzędzie ludzi pracujących przy tym obelisku co nie jest zbyt przekonywujące. Różowy granit jest tak samo twardy a nawet twardszy od tych prymitywnych narzędzi. O zastosowaniu narzędzi z brązu nie mogło być w tym przypadku mowy. Nawet gdyby pracujący przy tym obelisku ludzie wykazali się anielską cierpliwością i mrówczą pracowitością wciąż nie da się wytłumaczyć w jaki sposób stosowali kamienne tłuczki do wyłupywania granitu z głębokiego i bardzo wąskiego wykopu dookoła obelisku. Dla inżyniera Chris Dunna niedokończony obelisk w Asuanie jest przykładem na zastosowanie o wiele bardziej zaawansowanej technologii niż proponuje to oficjalna, akademicka wersja. Tezę tę potwierdzają fizyczne ślady jakie do dziś widać na ścianach obelisku. Nie ma wątpliwości, że do jego wycięcia zastosowano maszynę a nie tępe uderzenia kamiennych tłuczków. Tymczasem nie ma śladów takiej technologii w całej historii dynastycznego Egiptu. Każe to postawić następne pytanie: kto odpowiada za tego typu monumentalne projekty, skoro nie wykonali ich Egipcjanie? Jest to pośredni dowód na istnienie jakiejś wcześniejsze, zaawansowanej cywilizacji, która wymyka się póki co naszej wiedzy, a które istniała conajmniej przed 3000 r.p.n.e. Na przełomie XIX i XX w znakomity archeolog Flinder Petrie opisał szereg nawierconych w twardym kamieniu otworów, które nosiły na sobie ślady drążenia a także wydobyte z takich otworów granitowe rdzenie (podobne w wyglądzie do tych, jakie dziś pobiera się z lodowców). Nawet dziś można je zobaczyć w londyńskim muzeum przy University College of London. Znajdują się tam rdzenie wapienne, alabastrowe, granitowe a także wydrążone z innych rodzajów skały. Chris Dunn mial okazję dokładnie przyjrzeć się tym rdzeniom i jako specjalista w budowie maszyn ocenił, że urządzenie które tego dokonało musiało wchodzić w kamień z prędkością 500 razy większą od współczesnych wierteł diamentowych przy zaledwie 900 obrotach na minutę. Oficjalna akademicka wersja mówi, że wykonano ją za pomocą miedzianej rury i piasku, co wydaje się być kompletnym nieporozumieniem.

Czy w odległej przeszłości na terenie Egiptu mogła się rozwijać jakaś inna cywilizacja? W 1901 r. w grobowcu niedaleko egipskiej wioski Beit Khallaf odnaleziono szkielet faraona Sa-Nakhta. Oceniono, że należał on do Trzeciej Dynastii a czas jego życia przypadał na 2700 r.p.n.e. Był on niezwykle wysokim mężczyzną – prawdziwym gigantem wśród swoich poddanych i liczył sobie 199 cm wzrostu. Wg egiptologa Michaela Habichta z zurychskiego Instytutu Medycyny Ewolucyjnej, średni wzrost mieszkańca starożytnego Egiptu z tamtych lat wynosił 170 cm, co i tak wydaje się być liczbą nieco naciąganą. Najwyższym wzrostem po Sa-Nakhtcie faraonem był Ramzes II, który żył całe tysiąc lat później i mierzył sobie 175 cm. Widząc takie dysproporcje, szwajcarscy egiptolodzy natychmiast uznali, że Sa-Nakht musiał cierpieć na gigantyzm bo inaczej trudno jest wytłumaczyć jego wzrost – zwłaszcza, że wg tych samych egiptologów w kraju faraonów preferowano znacznie mniejsze rozmiary…. Sa-Nakht był pochowany w elitarnym grobowcu, co świadczy o jego wysokiej (nomen omen) pozycji w krainie piramid. Można jedynie spekulować czy być może reprezentował on być może jakąś inną grupę ludzi , która zniknęła z historii zostawiając po sobie monumentalne zabytki przypisywane dziś poczciwym Egipcjanom… Tajemnica starożytnego Egiptu nadal tonie w egipskich ciemnościach.

Alternatywna historiaOcean

W dzisiejszych czasach można odnieść wrażenie, że nasza planeta ma już przed nami niewiele do odkrycia. Od dawna nie ma już geograficznych białych plam a jej najdalszy nawet zakątek można sobie obejrzeć przez Google Earth, popijając kawkę w wygodnym, ergonomicznym fotelu. Od czasu do czasu elektryzuje jeszcze widomość o jakichś nieznanych starożytnych ruinach ukrytych w resztkach dżungli czy mumii rozmrożonej w syberyjskiej tundrze. Trudno spodziewać się czegoś większego a już z pewnością nie zaginionego kontynentu. Masy lądów i ich geologia są tak dobrze znane, że ledwie starcza w nich miejsca na Atlantydę. Tymczasem zupełnie nieoczekiwanie, z oparów geologicznej historii wynurzył się zupełnie nowy i nieznany kontynent i nosi on nazwę Zelandia.

Zelandia nadal w wiekszości przykryta jest wodami Pacyfiku, ale nie ma wątpliwości, że w przeszłości był to sporych rozmiarów kontynent, którego pozostałością jest wyspiarski kraj o nazwie Nowa Zelandia. Nowa Zelandia jest pozostalością tego, co zostało po starej czyli jej najwyższe szczyty, obejmujące dodatkowo Nową Kaledonię. Ten zatopiony ląd byl kontynentem bo ma swoją odrębną geologię, która klasyfikuje go do takiej grupy. Dziś 94% jego powierzchni znajduje się pod wodą. Budowa geologiczna tego zatopionego lądu kompletnie odróżnia go od Australii wskazując na jego indywidualny charakter

Odkrycie to okazuje sie być niezwykle ważne, bo kryje w sobie zapewne odpowiedź na wiele trudnych pytań dotyczących historii naszej planety. Zelandia jako lądowa masa istniała jeszcze nad powierzchnią oceanu 53 miliony lat temu. Była ona częścią superkontynentu Gondwana. Gerald Dickens – geolog z Rice University prowadzi pierwsze badania zaginionego lądu i wstępne wyniki są zaskakujące. Okazało sie, że temperatura jaka wówczas panowała na Ziemi w tej części świata była 10-12 stopni Celsiusza wyższa niż dziś. Nie pasuje to żadnego modelu klimatycznego jaki funkcjonuje we współczesnej nauce.

Powierzchnię Zelandii oszacowano na ok. 5 milionów kilometrów kwadratowych i trwa obecnie dyskusja, czy należy do podręczników geograficznych wprowadzić termin: Ósmy Kontynent. Badania trwają i w chwili obecnej naukowcy ze statku badawczego “Joides” pobierają próbki osadów pochodzących z eocenu, próbując zrozumieć ewolucję ziemskiego klimatu. Wstępne wyniki opublikowano na stronie “Geological Society of America”.

Interesujące jest to, że Zelandia jako duży stały ląd jest często wymieniana przy okazji opisywania tzw. Efektu Mandeli. W ostatnich latach spora grupa ludzi widziała kiedyś to miejsce na mapach świata. Podejrzenia na temat istnienia ósmego kontynentu mają swoją dość krótką historię, bo zaczęto taką możliwość brać pod uwagę dopiero w 2014 r. Mimo to w opinii wielu ludzi wiedza na jego temat istniała już wcześniej.

Alternatywna historia

Trójpalczaste peruwiańskie mumie z oporami przedzierają się przez lawinę światowych newsów (pokazują je czasem w brukowcach). W sumie trudno się dziwić. Chyba każdy z nas był świadkiem wielu internetowych fałszerstw, oszustw i żartów. A peruwiańskie mumie rzeczywiście wyglądają jak fałszerstwo. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że są prawdziwe w obawie że się ośmieszy. I ja też tego nie powiem :). Temat tych mumii zaintrygował mnie jednak na tyle, że doszedłem do wniosku iż warto go kontynuować. Do samego końca. Cokolwiek on w tym przypadku znaczy. Wychodzę z założenia, że gdyby fenomen trójpalczastych mumii był zwykłym oszustwem zostałby szybko wykryty. Tymczasem jak sie okazuje, cała historia trwa już półtora roku i dotyczy znacznie większej ilości mumii… Jest jeszcze trójpalczasta dłoń od której wszystko sie zaczęło i jest to dłoń monstrualnych rozmiarów.

Brien Foerster, który na codzień mieszka w Peru i z mumiami jest za pan brat jest także ostrożny w opiniach. Ma dość swoich własnych kłopotow, prowadząc batalię z peruwiańskimi urzędami aby przeprowadzić badania genetyczne wydłużonych czaszek. Trójpalczaste mumie swoimi giętkimi paluszkami wbiłyby mu ostatni gwóźdź do trumny gdyby się w tą sprawe zaangażował. Mimo to Brien (którego zdanie sobie bardzo cenię) uznał, że mumie sprawiają wrażenie prawdziwych… Nawet jesli cała logika i rozsądek odrzuca takie podejście. Potwierdził to lekarz ze szpitala z Cusco, ktory przeprowadził wstępne badania i prześwietlenia nie dopatrując się niczego podejrzanego. No może oprocz tego, że być może nie mamy do czynienia z istotą ludzką….

Poniżej tłumaczenie filmiku zamieszczonego w grudniu 2016 r. przez jednego z odkrywców trójpalczastych, peruwiańskich mumii. Może warto posłuchać od czego wszystko się zaczęło i z czym tak naprawdę mamy do czynienia…

Dzień dobry, mój nick to krawix. Zdecydowałem, że powoli przestanę być anonimowy aby pokazać te znaleziska.

Zanim to zrobię chcę wyjasnić, że te istoty zostały znalezione przez dwóch moich przyjaciół w południowej części peruwiańskiej pustyni. Miejsce to nie jest jaskinią. Znaleźli niewielkie kamienne drzwi na pustyni. Bardzo dziwne…. Kiedy usunęli drzwi i weszli do środka znaleźli sarkofag a po chwili drugi sarkofag.

Miało to miejsce w styczniu 2016 r. Wszystkie istoty w sarkofagu były pokryte bardzo drobnym glinianym pyłem.

To co się osypuje to glina. Możecie zobaczyć jak opada glina.

Chciałbym powiedzieć coś ważnego. Te istoty nie są ssakami bo nie mają gruczołów piersiowych. Nie porównuję ich do ludzi bo nie są ludźmi. Wiele istot zostało znalezionych w drugim sarkofagu. Znaleźli je moi przyjaciele – nie ja.

Moja teoria: W sarkofagachh znajdowały się różne istoty. Nie sądzę aby zmarły tego samego dnia. Myślę, że ktoś tam je zebrał, po to aby później zostały odnalezione. Znam święte pisma, przepowiednie i legendy z całego świata. W tych pismach jest wiele prawdziwych informacji potwierdzonych później przez naukę. W Biblii powiedziano, że kiedyś żyli giganci. I oto jest dowód.

Pewien biolog zaproponował aby nadać im naukowe imię. Rozważam taką możliwość. Doktor powiedział, że usunie żebro aby zbadać DNA. Istota ma trzy żebra. Albo otworzy tylną część czaszki i weźmie próbkę z jej wnętrza.

Dłoń, którą widzimy jest wielka. Ma sześć paliczków, sześć paliczków i pięć paliczków. Człowiek ma tylko trzy paliczki. Wyobrażam sobie, że taka dłoń chwytała jak ośmiornica. Dłoń nie ma kciuka. Szerokość dłoni jest niewielka. Brakuje też dolnej części dłoni. Dłoń powinna być dłuższa.

Można zobaczyć, że istota miała paznokcie a nie szpony. Z tego powodu uważam, że to istota w trakcie ewolucji a nie dzikie zwierzę. Widzimy tutaj odkryte fragmenty kości. Kość jest bardzo porowata. Tutaj mamy kostki palców, tutaj paliczki, a tutaj znajduje się pierwszy metalowy pierścień. Metal nie ma śladów rdzy ani korozji. Nie wiem czy jest to ziemski metal czy też alloy. Potrzebna jest dalsza analiza.

Poniżej mamy drugi pierścień. Pierścień obejmuje kość i wiązkę nerwów. Tutaj mamy kawałek odciętego nerwu. Wystaje na centymetr, w sam raz na test DNA. Mam nadzieję, że zrobią taki test.

Tutaj możecie zobaczyć sześć paliczków, sześć paliczków i pięć paliczków. Aż dotąd, bo te trzy kości są częścią dłoni. Brakuje podstawy dloni. Nie rozumiem jednak dlaczego kości są połamane, tak jakby dłoń była zmiażdżona przez skałę.

Dziękuję za uwagę. Mam nadzieję pokazać wkrótce następne wideo. Najlepszą rzeczą będzie stworzyć dokumentację tego wszystkiego. Chciałem także podziękować moim przyjaciołom.

Chciałem jeszcze raz podkreślić, że sam tego nie znalazłem. Zostałem także zaproszony na konferencję. Dziękuję, ale jeszcze nie wiem czy tam pojadę. Ja nie jestem ważny. Ważne są te istoty. Dziękuję też wszystkim za śledzenie tego przypadku. Może następnym razem podam swoje imię, ale to nie jest ważne. Najważniejsza jest weryfikacja, która pokaże autentyczność tych istot.

Dziękuję wszystkim

Alternatywna historia

Na pustyni Nazca w Peru znaleziono mumie i nie ma w tym nic dziwnego, bo w tym kraju nie pierwszy raz dokonano takiego odkrycia. Mumie na pierwszy rzut oka różniły sie od innych, które do tej pory znaleziono. Miały one ludzką figurę i wygląd, jednak ich dłonie i stopy były zupełnie inne, bo zakończone były trzema długimi i chwytnymi palcami.

Temat trójpalczastych mumii wywołał ogromną ilość kontrowersji. Jedni widzą w nich brakujące ogniwo ludzkości, inni postaci z odległej planety a jeszcze inni sprytne fałszerstwo. Nie jest do końca jasne kto i gdzie je odnalazł. Najprawdopodobniej zostały znalezione przez lokalnego łowcę skarbów, który sprzedał je później bogatym kolekcjonerom. Zakupione zostały przez amerykańską kompanię „Gaia”, której szefem jest znany badacz tajemnic przeszłości Jay Widner. Widner nie jest nowicjuszem w badaniach starożytnych, nieznanych artefaktów. Wielokrotnie w swoim życiu widział nastepujące po sobie kompromitacje rozmaitych poszukiwaczy tajemnic, którzy rozpaleni ogniem trawiącej ich pasji ogłaszali światu, że są w posiadaniu szczątków, bądź artefaktów wskazujących na kosmiczną ingerencję jakiejś pozaziemskiej cywilizacji. Zazwyczaj w takich przypadkach okazywało się szybko, że jest to wyrafinowane oszustwo a artefakt lub szkielet jest szczytowym wytworem sztuki taksodermicznej. Przekonal się o tym niedawno L.A. Marzuli. Dlatego stary lis Widner postanowił być ostrożny. Stłumił rozsadzające go podniecenie i zebrał zespół fachowców, naukowców z rozmaitych specjalizacji medycznych aby zbadali co kryje się za tajemniczymi mumiami. Odkrycie tego kalibru ma moc zmienić cały paradygmat naukowy w wielu dziedzinach wiedzy a przede wszystkim wskazać na źrodło pochodzenia człowieka. Świat wówczas sam zdecyduje jak podejść do takiego odkrycia i czy należy od nowa napisac ksiażki z antropologii, paleontologii, antropometrii i historii naturalnej. Chyba, że po raz kolejny przekonamy się, że mamy do czynienia ze sprytnym fałszerstwem. Tak jak sam bardzo chciałbym aby peruwiańskie trójpalczaste mumie okazały się prawdziwe, to jednak walący pięściami w drzwi rozsądek podpowiada, że jest to zwykła (choć ze względu na swoją złożoność raczej niezwykła) ściema. Przyjrzyjmy sie zatem wspólnie całej tej sytuacji.

Pierwszym i podstawowym założeniem ekipy badawczej testującej mumie było trzymanie się metod naukowych. Bez tego każde, największe nawet odkrycie może zostać z łatwością podważone. Na czele badań stanął Rosjanin, dr Konstantin Korotkow z uniwersytetu w St Petersburgu. Jest on ekspertem w bioenergii i forensyce. Jest także prezydentem organizacji International Union of Medical and Applied Bioelectrography. Badaniom asystował słynny (niektórzy mówią, że ściemniacz) meksykański dziennkiarz śledczy specjalizujący się w UFO i innych tajemnicach naszej planety – Jaime Maussan. W badaniach wziął udział dr Edson Salazar Vivanco, peruwianski chirurg, dr Jose de Jesus Zalce Benitez i wykładowca z Narodowej Szkoły Medycyny Forensycznej w Meksyku. Ekipie towarzyszył także hiszpański archeolog Daniel Merino, kurator Muzeum Narodowego w Sican w Peru i M.K. Jesse specjalistka od radiologii szkieletów z University of Colorado Hospital. Plątal się tam także Francuz Thierry Jamin, archeolog, historyk a także prezydent (dość podejrzanego) Inkari institute w Peru.

Kiedy wyciągano mumie z kartonowych pudełek (!) wśrod zebranych panowała martwa cisza. Mumie nie wyglądały na dzieło przypadku. Wzrost pierwszej z nich oszacowano na 168 cm. Była to osoba humanoidalna, która była w stanie chodzić i poruszać rękami jak człowiek. Proporcje jej ciała były również podobne do ludzkich. Mumia pokryta była białym pyłem, co nadawało jej wygląd odlewu gipsowego. Ktoś zrobił to celowo, dzięki czemu skóra utrzymywała swoją suchość i mogła przetrwać do naszych czasów. Pod białym pyłem znajdowała się bardzo ciemna materia. Była to skóra i pozostałości tkanek osoby, którą w ten sposób zmumifikowano. Nie ulegało więc wątpliwości, że naukowcy mają do czynienia z istotą biologiczną. Posiadała ona głowę, szyję, klatkę piersiową, miednicę i kończyny. Na plecach mumii można było dostrzec wszystkie kręgi. Naliczono ich 25. Widoczne były także żebra. Mumia miała więc kompletną strukturę anatomiczną. Pobranie DNA z mumii pozwoliłoby na ustawienie jej we właściwym miejscu biologicznej ewolucji a także ustalenie do jakiego gatunku należała i jak blisko była w swoim rozwoju spokrewniona z człowiekiem.

Pierwsze badania DNA przeprowadzono w laboratorium w Rosji. Prowadził je dr Michaił Asjejew – szef departamentu genetycznego Rosyjskiej Akadamii Nauk. W wyniku tych badan naukowcy doszli do wniosku, że mumia była kobietą, bo odnaleziono tylko chromosomy X. Struktura jej ciała była identyczna z budową ciała ludzkiego. Mumia powoli przestawała być anonimowa i zaczęła wyjawiać swoje tajemnice. Nadano jej nawet imię: Maria. Nastepne badania przeprowadzono za pomoca tomografu a interpretacji wyników przeprowadzono przy udziale rosyjskiego Medycznego Instytutu MIBS. M. in. w czaszcze Marii odkryto resztki wysuszonego mózgu. Zdjecia pokazały także kontury serca w klatce piersiowej i resztki płuc a także zarys wątroby i jelit. Aby dokonać analizy pobranych próbek naukowcy musieli rozpuścić je w płynie. Okazało się, że substancja ta wydzielała silny, ziołowy zapach. Prawdopodobnie martwe ciało było moczone w ziołowej substancji podczas procesu mumifikacji. Był to proces podobny do tego, jaki stosowano w starożytnym Egipcie – tak twierdzi Daniel Merino – gdzie stosowano żywicę akryliczną i rozmaite rodzaje pigmentu aby utrzymać w jednej całości organy wewnętrzne. Dr Korotkow oświadczył, że nie ulega watpliwości, że proces mumifikacji nie jest czymś przypadkowym a zostal przeprowadzony celowo. Potwierdza to także poza w jakiej mumie przetrwały do naszych czasów. Pytanie jednak brzmi: czy była to mumifikacja przeprowadzona przez ludzi? Czy może przez kogoś innego?

Amerykańska doktor medycyny i uniwersytecki radiolog M.K. Jesse podczas badań nad zdjeciami rentgenowskimi czaszki odkryła coś niezwykle dziwnego. Sklepienie czaszki nie miało żadnych płyt i śladów złączeń. Jest jednolitą całością zbudowaną z litej kości. Czaszka ma wydłużony kształt. Same kości są bardzo gęste i Amerykanka ma poważne podejrzenia, że w jakiś sposób zostały one stworzone sztucznie (jak???).

Badania genetyczne prowadzone są obecnie w pięciu różnych krajach. Badania z udziałem węgla C-14 (przeprowadzone w dwóch rożnych laboratoriach) zgodnie ustaliły czas życia zmumifikowanej osoby na lata pomiędzy 245 a 410 r.n.e. najbardziej zdumiewająca jest budowa dłoni Marii. Pięć kości śródręcza połączyło się ze sobą tworząc trzy palce. Trzy palce mają 5 do 6-ciu paliczków i są o wiele dłuższe niż ludzkie dlonie. Nie wiadomo w jaki sposób Maria używała takich dloni, jasne jest jednak, że takie palce są o wiele bardziej elastyczne niż nasze. Niezwykle zbita tkanka kostna z jakich sa zbudowane świadczy o tym, że takie dłonie miały niezwykłą siłę. Nie ma na świecie żadnych badań naukowych, które wspominałyby o istocie ludzkiej mającej trzy palce. Nie ma na świecie drugiej istoty takiej jak Maria odnaleziona na pustyni Nazca.

Jednocześnie z przeprowadzanymi na mumii badaniami ruszyły poszukiwania w terenie, gdzie została ona znaleziona. Nie trzeba bylo dlugo szukać aby znaleźć petroglify przedstawiające trójpalczaste istoty wyryte w skale. W wielu miejscach Ameryki Południowej w sztuce ludowej przedstawiane sa takie właśnie trojpalczaste postaci. Czy jest to tylko legeneda? Czy być może taki wizerunek tajemniczych postaci jest częścią prehistorycznej realności? Czy jest możliwe, że te trójpalczastye humanoidy miały kontakt z jakąś starożytną cywilizacją w Nazca? Dr Korotkin jest pewien, że budowa ciała mumii z pewnością nie jest wynikiem jakiejś genetycznej deformacji.

W międzyczasie odnaleziono jeszcze trzy inne, mniejsze mumie (prawdopodobnie znalezione przez tego samego poszukiwacza skarbów). Po usunięciu białego pyłu skóra na mumiach przypomina skóre jaszczurki. Jedna z mniejszych mumii pozbawiona była głowy. Zanim poznano jej płeć nadano jej imię Victoria. Pierwszych badań dokonano w Inkari Institute. Badania radioweglowe wykazały, że Viktoria żyła w czasach pomiędzy 987 a 1145 r.n.e. (była 700 lat młodsza od Marii). Jej ciało wyglądało o wiele mniej naturalnie niż mumia Marii i badacze poważnie zaczęli się zastanawiać czy może jednak nie są ofiarą jakiegoś mocno wyrafinowanego oszustwa. Być może ktoś złożył takie ciało używając do tego celu zwykłych ludzkich mumii. Naukowcy sa zgodni co do tego, że jeśsli by tak było, to osoba taka nie tylko byłaby ekspertem w kwesti budowy i funkcjonowania ludzkiej anatomii, ale także niezwykle zręcznym artystą. Mimo, że Victoria również miała trzy palce wg naukowców nie należy do tego samego gatunku co Maria. Z pozostałych dwóch mumii zabroniono naukowcom pobierać próbek do badań w obawie przed ich zniszczeniem. Pozwolono jedynie na przeprowadzenie prześwietlenia rentgenowskiego, które wykazało poważne anomalia w budowie ramion i nóg. Liczba kości była mniejsza niż u człowieka. Klatka piersiowa jednej z mniejszych mumii (nazwana Alberto) sięga aż do pasa co wskazuje na reptyliańską budowę, podobną do budowy węża. Także szyja jest dłuższa niż u normalnego człowieka. Czwartą badaną mumią byla Josephine. Byla zbudowana podobnie jak Albert, ale na wysokości miednicy tej mumii znaleziono coś jeszcze… Były to trzy elementy przypominające … jajka (!!!). Z odczytu prześwietlenia wywnioskowano, że ich struktura składa się niemalże wyłącznie z wapnia… Mumię zbadano także tomografem.

Do tej pory wszystkie tego typu odkrycia były natychmiast przejmowane przez agencje rządowe i wojsko. Obecne odkrycie jest niezwykłą szansą aby przedstawić światu niezwykły gatunek ludzkiego humanoida. Mumie nie mają nosów a tylko otwory tam gdzie zazwyczaj są nozdrza. Nie mają też uszu. Inaczej jest zbudowana dolna szczęka. Jest tak niewielka, że przeżuwanie jedzenia z jej udziałem było właściwie niemożliwe. Badania genetyczne nadal trwają i na ich wyniki trzeba bedzie jszcze poczekać. Tymczasem do badań dołączono jeszcze jedną trójpalczastą mumię. Tym razem małego dziecka. Nadano jej imię Wawirta, co w języku keczua oznacza… dziecko. Czy jest to ściema na dużą skalę? Czy może rzeczywiscie jest to przełomowe odkrycie? Glosy w tej sprawie są mniej wiecej rozłożone po równo. badania DNA powinny jednak dac ostateczną odpowiedż w tej sprawie.

Alternatywna historia

To był bardzo miły wieczór w Radio Paranormalium i fajnie było wspólnie spędzić czas w gronie radiowych przyjaciół! I daleki tutaj jestem od czarowania czy kokietowania publiczności. Przy takich okazjach, kiedy pytania strzelają po wszelkich możliwych obszarach wiedzy, często i gęsto odbijają się rykoszetem, łatwo zostać ustrzelonym przez jakiegoś snajpera, który tylko czeka na nierozważny ruch… Tematy religijne i patriotyczne, w których każdy z nas ma swoją opinię to wyjątkowo mętny i niebezpieczny akwen. Tyle, że Radio Paranormalium innych niż kontrowersyjne tematów nie porusza, więc jak zawsze było o czym pogadać – ale – to już historia.

A historia jest jak niezwykle piękna, kapryśna i nieobliczalna kobieta, której każdy stara się przypodobać, zbałamucić albo wykorzystać do swoich, często podejrzanych celów. We wciąż zatrważająco aktualnej książce pt: “1984”, klasyk tematu – George Orwell zauważa przytomnie, że:

“ci którzy kontrolują przeszłość – kontrolują przyszłość a ci, którzy kontrolują teraźniejszość, kontrolują także przeszłość”.

Historia jest nieustannie okradana nie tylko z faktów, ale kto wie – być może także i czasu, bez ktorego żyć nie jest w stanie. Teoria Czasu Widmowego (ten interesujący wątek poruszył słuchacz marq) zakłada, że papież Sylwester z cesarzem Ottonem dołożyli światu prawie 300 lat (tyle, że bez pokrycia) aby wprowadzić historię w pierwsze millenium, w którym zapowiadano powrót Chrystusa na Ziemię. To ich pomysłem miała być postać Karola Wielkiego który, gdyby dokonał tego wszystkiego co przypisuje mu obecna historia, byłby prawdziwym supermenem. Taki zdumiewający wniosek postawił Helibert Illig, niemiecki analityk danych, który wyliczył, że w historii coś się nie zgadza i to na dużą skalę. Nie jest to wniosek pozbawiony sensu, bo z badań historyków niemieckich (m. in. Horst Fuhrmann badający historyczne teksty źródłowe zebrane w “Monumenta Germaniae Historica”) wynika, że Kościół Katolicki – w czasach średniowiecza monopolista w tworzeniu dokumentów – notorycznie je fałszował, czerpiąc z tego gigantyczne zyski i przywileje. Rosyjski matematyk – Anatolij Fomienko w wielotomowym dziele (napisanym razem z Glebem Nosowskim) pt. “Historia: Fikcja czy nauka” wyłożył swoje własne spojrzenie na chronologię historycznych wydarzeń, znacznie kondensując dzieje ludzkości i wskazując na wiele fałszerstw i zakłamań, do jakich dochodziło na przestrzeni wieków.

I rzeczywiście. Zdumiewające jest to, że dziś nikt nie pamięta w jaki sposób zbudowano piramidy, co się działo w tzw. “Ciemnym Średniowieczu”, kiedy i czy w ogóle żył Jezus i wiele innych niepokojących nieścisłości. W Polsce z kolei pojawił się problem tzw. “Imperium Lechii”, który wyskoczył z historii jak przysłowiowy diabeł z pudełka. Ciężko tą Lechię uchwycić nie tylko w dokumentach, ale przede wszystkim w fizycznych artefaktach. Widmowa Lechia tymczasem mocno zagnieździła się w rozpalonych głowach wszystkich tych, którzy marzą o imperialnej i pełnej chwały przeszłości. Historia jako dziedzina nauki, po bandzie wchodzi w gwałtowny zakręt, na tyle ryzykowny, że może się to nawet skończyć dla niej śmiertelnym zejściem.

“Zajeździmy kobyłę historii”

– nawoływal rosyjski /radziecki poeta – rewolucjonista – Wlodzimierz Majakowski. Czyżby to Rosja miała monopol na podpalanie świata i wszczynanie gigantycznych przewrotów w historii ludzkości?? Można się z tym zgadzić albo i nie, ale wygląda na to, że nawet Wielka Lecha – jeśli kiedykolwiek istniała – to tam właśnie, na terenie dzisiejszej Rosji wzięła swój początek (i tam znalazła swój smutny koniec).

Studiując renesansowe, kartograficzne dzieła sztuki co jakiś czas zdumiewamy się: raz nad geniuszem ich tworców, gdy pokazują lądy o których w ich czasach nikt za bardzo nie mógł mieć pojęcia a to znów nad ich naiwnością, gdy kurczą i rozszerzają oceany ozdabiając je kolejnymi Terra Incognita. Można studiować je godzinami, czasem odkrywając takie perełki jak tajne informacje Templariuszy u wybrzeży owianej legendą Oak Island, czy kontury Antarktydy, której obecności nijak wytłumaczyć nie można na mapie Piri Reisa. Doszukując się ukrytych detali omijamy często to, co powinno kłuć w oczy swoimi rozmiarami i położeniem. Takim miejscem jest Tartaria – gigantyczny obszar obejmujący niemalże całą Syberię od Rosji – ówczesnego Księstwa Moskiewskiego aż po Chiny. Obszar Tartarii z czasem kurczy się wraz z nieustannym rozrostem rosyjskiego samodzierżawia i jakoś nikogo dziś specjalnie nie interesuje kim byli mieszkancy Tartarii.

W naszym polskim rozumieniu Tartaria wymawiana jest bez jednego “r” a z Tatarami trzeba się było użerać przez dobrych kilkaset lat. Lud to dla nas obcy tak rasowo jak i religijnie. Obyczaj ich dziki, nijak nie pasujący do

“pól malowanych zbożem rozmaitem, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała”

Tartaria dla nas, gdzie nie spojrzeć wyglądała tak samo a jak już przestała tak wyglądać to na horyzoncie pojawiali się nagle Moskale, z którymi też dogadać się nigdy nie dało. Tymczasm na starodawnych mapach teren znanych nam Tatarów rzeczywiście jest Tartarią tyle że Małą – w przeciwieństwie do Tartarii Wielkiej, co jak (nie przymierzając) Wielka Lechia rozłożyła się na połowie azjatyckiego kontynentu. Z rzadka pojawiają się ilustracje, jak wyglądali owi Tartarzy, którzy szczególnie z Moskalami mieli na pieńku, tocząc przez setki lat krwawa wojnę. Na rysunkach z tamtych czasów, przedstawiających wojny Rosjan z Tartarami, trzeba się wnikliwie przyjrzeć, którzy są którzy – bo wyglądają po prostu tak samo! Nie ma tam skośnych oczu, cienkich wąsików a nawet strój ich jest podejrzanie podobny do mody kresowej. W kilku atlasach jest nawet wizerunek flagi pod którą jednoczyli się Tartarzy do walki z Moskalami. Był to czarny smok na złotym polu. Dziwnie to koresponduje z herbem miasta Moskwy, od którego zaczęła się obecna państwowość rosyjska, gdzie św. Jerzy zabija smoka…

Rosjanie nie reklamują swojej wojny z Tartarami. Powoli przez setki lat systematyczniue przejmują kolejne tereny by dobić resztki Tartarów przypartych plecami do Chińskiego Muru. Tartaria znika z mapy. Znika też unikalny, dzielny i nadal nieznany nam naród. Syberia wyludnia się i oprócz strategicznie rozłożonych twierdz, polskich zesłańców i prymitywnych ludów koczowniczych nie ma tam nikogo…. Jest jeszcze tajemnicza rewolta Pugaczowa, utopiona we krwi, ale historia na swoje karty przyjmuje wersję podaną przez carycę Katarzynę. Nikogo nie interesuje ogromny szmat ziemi niedostępny, obcy i odleglejszy niż zamorskie kolonie. Tartaria i jej przeszłość zostaje bezpowrotnie stracona zajmując miejsce na tej samej półce co Atlantyda, Kolchida czy Eldorado.

Wydarzyło się jednak coś zupełnie nieoczekiwanego. W 2002 r, na Półwyspie Jamał w północnej Syberii, niedaleko miasta Salechard, w topniejącej tundrze odkryto jakieś starożytnie wyglądające grobowce… Pojawili się naukowcy, politycy, wojsko i zaczęto kopać. Okoliczni mieszkańcy: głównie Nieńcy – wpadli w panikę. Zaczęli protestować i stanowczo rządali zaprzestania prac. Nie wiedzieli kim są ludzie pogrzebani w Zielonym Jarze nad rzeką Górny Połuj, ale bali się ich. Bali się, że ktoś obudzi śpiące w tych grobach demony. Wykopaliska na jakiś czas przerwano, ale kiedy pojawił się możny inwestor w postaci koreańskiego Uniwersytetu Narodowego z Seulu nikt na Nieńców już nie zwracał uwagi. Z wiecznej zmarzliny zaczęły się powoli wyłaniać ludzkie kości.

Na początku były to chaotycznie rozrzucone szkielety (co ciekawe, każdy z nich miał rozbitą czaszkę), ale w 2014 r. nastąpił ogromny przełom. Rosyjsko-koreańska ekspedycja badawcza odkopała doskonale zachowane mumie! Mumie te zawinięte były w kokon zrobiony z kory brzozowej. Należały do dzieci, którym w ostatnią drogę założono na twarze miedziane maski. Kokony również wyłożono miedzianymi płytkami, zawinięto w skóry reniferów, niedźwiedzi, rosomaków i bobrów i zakopano. Takiego rodzaju pochówku w tej części Syberii archeolodzy jeszcze nie widzieli. Połączenie niskiej temperatury i działanie chemiczne miedzi spowodowało, że ciała tych ludzi zostały w sposób naturalny zmumifikowane. W odróżnieniu od mumii egipskich, z których usuwano narządy wewnętrzne i chemicznie przygotowywano ciało do całego skomplikowanego procesu mumifikacji, mumie z Salechardu mały komplet wszystkich swoich narządów i kości. Wokół nich znaleziono wiele miedzianej i brązowej biżuterii a także broń. Mumie dzieci były jednak bardzo delikatne, bo ich kości nie wytworzyły się jeszcze w pełni a wysuszone ciało nie chciało się ich trzymać. Sezon letni na Jamale jest krótki, spakowano więc kokony z mumiami i przewieziono je do Tomska, gdzie rozpoczęto żmudne badania. Samo otwarcie kokona było skomplikowanym przedsięwzięciem, gdzie łatwo można było zniszczyc unikalne znalezisko.

Kokony udało się wreszcie otworzyć na początku 2016 r. a do badań dołączono kolejną mumię, tym razem dorosłego mężczyzny, który na swoich piersiach miał położoną sporych rozmiarów miedzianą blachę. Jego czaszka podobnie jak czaszki innych mumii była strzaskana. Badania medyczne prowadzono pod kierunkiem koreańskiego prof. Dong Hoon Shina i dr Siergieja Slepczenki. Naukowcy spodziewali się znaleźć w mumiach praprzodków Nieńców i nadali całej sprawie lokalny rogłos. Rozpoczęto nawet akcję pobierania krwi koczowników, aby zebrać porównawczy materiał genetyczny. Tymczasem kiedy zaczęto otwierać brzozowe kokony nastąpiło pełne zaskoczenie… Mumie były tak dobrze zachowane, że wciąż posiadały włosy i były to włosy koloru… blond (!). Niektóre z nich miały jasno-rudy kolor i na pierwszy rzut oka nie mogły mieć nic wspólnego z czarnowłosymi, pucułowatymi Nieńcami. Zapanowała konsternacja, bo trzeba było to jakoś wyjaśnić. Naukowcy zaczęli się plątać w zeznaniach i wyraźnie grają na zwłokę. Precyzyjnie wykonana biżuteria i broń świadczy o wysokim poziomie technologicznym tych ludzi. Obecnie utrzymuje się, że motywy na ozdobach mają pochodzenie perskie i na razie takie wyjaśnienie wystarcza. Wiek mumii określono na ok. 800 lat i nie są to dane pewne. Mogą być one nawet o 500 lat starsze. Tymczasem w tym roku nad rzeką Górny Połuj odkopano kolejne dwie mumie. Jedna z nich należy do osoby dorosłej a druga do noworodka. Badaczy zaskoczył przede wszystkim wzrost dorosłej osoby, o której nadal nie wiadomo czy jest mężczyzną czy kobietą. Mumia liczy sobie 170 cm, co oznacza, że bez kokona będzie to najwyżej 2-3 cm mniej. W porównaniu do nie grzeszących wzrostem Nieńców jest to prawdziwy wielkolud! Obie mumie także były obłożone miedzią, ale w zupełnie inny i nieznany dotąd sposób. Miedź tworzy tu rodzaj długiej spirali, którą okręcono ciało martwego człowieka. Na dodatek pod brzozowym kokonem wykryto bardzo grubą tkaninę, co świadczy prawdopodobnie o randze pochowanej osoby a także dziecka.

Na razie badania trwają. Koreańczycy koniecznie chcą przeprowadzić część z nich u siebie w Seulu. Rosjanie z kolei pochłonięci są pobieraniem próbek w celu zbadania DNA. Pobranie tych próbek sprawia im, wg obecnego szefa projektu – Aleksandra Gusiewa z Centrum Badań Arktycznych – wiele problemów. Z pewnością problemy da się pokonać, bo mumie mają doskonale zachowane zęby, gdzie znajduje się nienaruszone mitochondrialne DNA. Na razie nikt nie wspomina o Tartarii i narodzie, który zniknął z powierzchni Ziemi. Czy taka informacja jest w stanie poruszyć lawinę, która odsłoni część – zapewne celowo – zafałszowanej historii? Czy Wielką Lechię należy szukać w Tartaria Magna a nasze polskie, sentymentalne, chwytające za serce umiłowanie do

“stepów szerokich, których okiem nawet sokolim nie zmierzysz”

jest zakodowanym atawizmem, jaki wytworzyli w sobie agresywni wojownicy zasiedlając tereny nad Wisłą i Bugiem? Jeśli Wielka Lechia nie jest historycznym fantomem to jedyne miejsce w jakim należy jej szukać jest – w moim pojęciu – dzisiejsza rosyjska Syberia, a tamtejsze brzozy w odróżnieniu od smoleńskiej są w stanie pokazać miejsce z którego wyłoniły się nasze praszczury. Wszystko zależy od tego, czy sami Rosjanie zechcą opowiedzieć światu historię, która od samego początku została skazana na zapomnienie, gdy rosyjscy Słowianie wybrali sobie na przywódców podejrzanych niemieckich arystokratów, od których roiło się w rodzinie Romanowów. Chyba, że pełnym głosem przemówią mumie z Salechardu.

Audycję w Radio Paranormalium, gdzie poruszone ten i wiele innych tematów można wysłuchać:
https://www.paranormalium.pl/2030,sluchaj

albo na kanale YT:

Zdjęcia mumii pochodzą z „The Siberian Times”

Alternatywna historiaNauka i technologie

17 czerwca, 2017 r., o godz. 1:30 nad ranem, doskonale wyposażony amerykański niszczyciel USS “Fitzgerald” zderzył się z płynącym pod banderą filipińską japońskim kontenerowcem “ACX Crystal”. Większość 300-osobowej załogi amerykańskiego okrętu (łącznie z kapitanem) spała. Do kolizji doszło 56 mil morskich (104 km) od japońskiego portu Jokosuka. W jej wyniku zginęło siedmiu amerykańskich marynarzy a wielu innych, wliczając w to kapitana okrętu Bryce Bensona (był on dowódcą okrętu zaledwie od miesiąca) – odniosło poważne obrażenia. Zderzenie obu jednostek nie ma precedensu w historii morskiej żeglugi. USS “Fitzgerald” jest jednym z najnowocześniejszych amerykańskich okrętów wojennych z doskonałym systemem radarowym i monitoringiem satelitarnym na czele. Stanowi on część 7-mej Floty USA, której zadaniem jest m.in. powstrzymanie ataku rakiet balistycznych przeciwnika. Jednostka ta rozwija także dużą prędkość i z tego powodu, aż trudno uwierzyć, że została staranowana przez kontenerowiec, którego po prostu nikt nie zauważył. Statek handlowy także wyposażony jest w nowoczesny radar i mimo ciemności powinien widzieć niemały – 154 m długości – niszczyciel. Do takich kolizji nigdy nie dochodzi chyba…., że są one przez kogoś zaplanowane….. W wyniku zderzenia poważnych uszkodzeń doznała prawa burta niszczyciela, uderzona także przez znajdującą się pod wodą gruszkę dziobową kontenerowca. Gruszka przebiła burtę poniżej linii wodnej co doprowadziło do zalania części maszynowni i kilku kabin załogi. Dziób filipińskiego statku zmiażdżył także kabinę kapitana okrętu wojennego, który odniósł poważne obrażenia i musiał być ewakuowany z okrętu przez wysłany na pomoc japoński helikopter. W sumie śmierć poniosło siedmiu amerykańskich marynarzy (ich ciała znaleziono dopiero na drugi dzień, gdy wypompowano wodę z zalanej części okrętu) a uszkodzonego “Fitzgeralda” odholowano do japońskiego portu Jokosuka. Całe wydarzenie uznano za nieszczęśliwy wypadek a media szybko przeszły nad nim do porządku dziennego. Dziś historia ta powoli odchodzi w niepamięć, choć wiele wskazuje na to, że tamtej nocy wydarzyło się znacznie więcej niż tylko nieszczęśliwy wypadek.

Analiza kursu USS “Fitzgerald” wskazuje, że na okręcie wydarzyło się coś niezwykłego. Jego cały system elektronicznego ostrzegania został w tajemniczy sposób wyłączony (!) a filipiński kontenerowiec staranował go z premedytacją doskonale zdając sobie sprawę z tego co robi. Ktoś za kołem sterowym “ACX Crystal” precyzyjnie uderzył a najsłabsze miejsce okrętu a także w kabinę kapitana. Tylko silna konstrukcja amerykańskiego niszczyciela a także (prawdopodobnie) niewielka prędkość kontenerowca sprawiła, że nie został on przecięty na pół i nie zatonął. Oficjalnie do kolizji doszło o godz. 1:30, ale to “Crystal jako pierwszy wysłał meldunek radiowy o zderzeniu określając godzinę wypadku na 2:20. US Navy początkowo rownież utrzymywała, że do kolizji doszło o 2:20, ale później zmieniła zdanie. Różnica ta jak się okazuje ma znaczenie, bo na podstawie zapisanego kursu filipińskiego statku można spróbować odtworzyć co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy. Kiedy popatrzeć na kurs “ACX Crystal” widać moment, w którym doszło do pierwszego spotkania obu jednostek tej nocy. Już wtedy “Crystal” zachowywał się dziwnie: zamiast minąć amerykański niszczyciel w dużej odległości kontenerowiec nieoczekiwanie dokonuje raptownego zwrotu i płynie wprost na okręt wojenny! Odległości są jeszcze duże i Filipińczyk koryguje kurs bezpiecznie mijając “Fitzgeralda”. W tym czasie amerykański okręt stoi w miejscu bez ruchu i nie wykonuje żadnych manewrów. Tymczasem kontenerowiec zamiast płynąć dalej swoim kursem, zawraca, opływa dookoła “Fitzgeralda” by na końcu go staranować. To właśnie wtedy ze statku handlowego wysłany zostaje meldunek o kolizji i jest to 2:20 nad ranem. Na pytanie japońskich władz kiedy doszło do kolizji, kapitan statku handlowego odpowiada, że doszło do niej przed chwilą – mimo to w oficjalnym opisie wydarzeń godzinę wypadku oznaczono na 1:30.

To 50 minut różnicy ma duże znaczenie, bo pozwala na zupełnie nowe podejście do tego co wydarzyło się tamtej nocy. Wg Ryota Kowaty, rzecznika prasowego japońskiej firmy Nippon Yusen, która czarterowała filipiński statek, “ACX Crystal”, płynął z Jokohamy. Rzecznik prasowy nie chciał jednak ujawnić jaki był port docelowy statku, co samo w sobie jest zaskakujące (!), chyba, że…zadania kontenerowca były zupełnie inne niż tylko przewożenie towarów. Z Analizy kursu statku wynika, że o 1:30 nad ranem wcale nie doszło do zderzenia! Obie jednostki zbliżyły się do siebie, ale wciąż utrzymywały pomiędzy sobą bezpieczny dystans. W pewnym momencie z filipińskiego statku przeprowadzono atak elektroniczny (być może za pomocą drona) na amerykański niszczyciel. Wielokrotnie dublujące się systemy elektronicznego ostrzegania zostały wyłączone, podobnie jak wszelkie urządzenia kontrolowane przez komputer, wliczając w to silnik okrętu. Potężny i niebezpieczny okręt stanął w ciemnościach nocy bez ruchu, głuchy i ślepy. Ktokolwiek dokonał ataku z filipińskiego kontenerowca (jego załogę stanowili w 100% Japończycy) musiał przesłać meldunek, że broń została uruchomiona i cel osiągnięty. “ACX Crystal” pełną parą podążał w kierunku Jokosuki by nagle raptownie zmienić kurs i zawrócić. To zapewne wtedy musiał przyjść rozkaz aby staranować i zatopić bezbronny już niszczyciel. 40 tys. ton wyporności kontenerowca gwarantowało, że amerykański okręt zostanie przecięty na pół i pójdzie na dno. Jak się spodziewano, “Fitzgerald’ rzeczywiście stał bez ruchu. Był łatwym celem bo morze było spokojne. “Crystal” zatoczył wokół niego łuk i uderzył całą mocą swych maszyn w centralny punkt okrętu. “Fitzgerald” jednak wytrzymał ten cios a ktokolwiek taranował go kontenerowcem spaprał swoją mokrą robotę. Deformacja dziobu jaka powstała na “Crystalu” w momencie zderzenia wskazuje, że amerykański niszczyciel stał bez ruchu i został uderzony pod kątem 45 stopni. Na obu jednostkach nie ma śladów zadrapań a jedynie pogięty od uderzenia metal. Gdyby “Fitzgerald” był w ruchu wówczas trący o siebie metal zostawiłby wiele zdrapanej farby i porysowanego metalu. Tymczasem ślady na obu statkach pokazują, że cios był dobrze mierzony. “Fitzgerald” jednak nie poszedł na dno! Sternik kontenerowca popełnił błąd. Chciał uderzyć precyzyjnie i to zrobił, ale jego prędkość nie była zbyt duża i znacznie lżejszy od niego bezwładny okręt przyjął cios i odbił się jak kula bilardowa. “Crystalowi” nie pozostało nic innego jak zgłosić kolizję i czym prędzej oddalić się z miejsca wydarzenia. “Fitzgerald” zdołał utrzymać się na wodzie a następnie został przeholowany do poru w Jokosuce, gdzie stanął chwilowo w suchym doku. Obecnie dziury w burcie prowizorycznie załatano i ostateczny remont okrętu zostanie (prawdopodobnie) zrobiony w San Diego. Elektroniczne wyposażenie okrętu, które zostało wyłączone z taką łatwością jest supertajne a japoński port i pracownicy stoczniowi nie gwarantują, że tajemnice te uda się zachować.


Amerykańska flota ma przy okazji inny, znacznie poważniejszy problem, bo okazuje się, że jest ona bezbronna w starciu z nowym systemem ataku tajemniczego i nadal nieznanego z nazwy wroga, który jeśli jest w stanie kompletnie obezwładnić niszczyciel, to to samo może zrobić z atomowym lotniskowcem a także satelitą. Czy jest to atak spod “fałszywej flagi”? Jeśli tak było, to cała sytuacja mocno się komplikuje, bo ewidentnie mamy tu do czynienia z konspiracją w konspiracji. Jedna tajemnicza grupa chce kompletnie zniszczyć okręt inna jednak robi wszystko aby utrzymać go na wodzie i doprowadzić do portu. Przykład USS “ Donald Cook” pokazuje, że Rosjanie nie tylko dysponują taką bronią, ale z powodzeniem stosują ją w praktyce. Nad “Cookiem” wielokrotnie przelatywał rosyjski myśliwiec (podczas kampanii syryjskiej), ośmieszając system obronny niszczyciela. Ten sam trick powtórzyli Rosjanie, gdy “Cook” znalazł się niedawno na Bałtyku. Czy to jednak oni stoją za atakiem na USS “Fitzgerald”? Trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Koncentracja amerykańskich okrętów na Pacyfiku (trzy lotniskowce) sugeruje, że trwają ostatnie przygotowania do jakiejś poważnej akcji. Obezwładnienie “Fitzgeralda” jest niezwykle czytelną depeszą od kogoś, że US Navy można wyeliminować z gry bez jednego wystrzału. Nie tylko zresztą flotę. Platforma kosmiczna wyposażona w takie urządzenie może zdziesiątkować dowolną ilość satelitów komunikacyjnych, szpiegowskich… a kto wie , może nawet zawrócić wystrzelone pociski balistyczne. Tak więc depesza została wysłana a cala wrzawa wokół “Fitzgeralda” nagle i podejrzanie ucichła. Z pewnością temat wróci i dlatego wart jest zanotowania, co niniejszym czynię.