Alternatywna historiaNauka i technologie

17 czerwca, 2017 r., o godz. 1:30 nad ranem, doskonale wyposażony amerykański niszczyciel USS “Fitzgerald” zderzył się z płynącym pod banderą filipińską japońskim kontenerowcem “ACX Crystal”. Większość 300-osobowej załogi amerykańskiego okrętu (łącznie z kapitanem) spała. Do kolizji doszło 56 mil morskich (104 km) od japońskiego portu Jokosuka. W jej wyniku zginęło siedmiu amerykańskich marynarzy a wielu innych, wliczając w to kapitana okrętu Bryce Bensona (był on dowódcą okrętu zaledwie od miesiąca) – odniosło poważne obrażenia. Zderzenie obu jednostek nie ma precedensu w historii morskiej żeglugi. USS “Fitzgerald” jest jednym z najnowocześniejszych amerykańskich okrętów wojennych z doskonałym systemem radarowym i monitoringiem satelitarnym na czele. Stanowi on część 7-mej Floty USA, której zadaniem jest m.in. powstrzymanie ataku rakiet balistycznych przeciwnika. Jednostka ta rozwija także dużą prędkość i z tego powodu, aż trudno uwierzyć, że została staranowana przez kontenerowiec, którego po prostu nikt nie zauważył. Statek handlowy także wyposażony jest w nowoczesny radar i mimo ciemności powinien widzieć niemały – 154 m długości – niszczyciel. Do takich kolizji nigdy nie dochodzi chyba…., że są one przez kogoś zaplanowane….. W wyniku zderzenia poważnych uszkodzeń doznała prawa burta niszczyciela, uderzona także przez znajdującą się pod wodą gruszkę dziobową kontenerowca. Gruszka przebiła burtę poniżej linii wodnej co doprowadziło do zalania części maszynowni i kilku kabin załogi. Dziób filipińskiego statku zmiażdżył także kabinę kapitana okrętu wojennego, który odniósł poważne obrażenia i musiał być ewakuowany z okrętu przez wysłany na pomoc japoński helikopter. W sumie śmierć poniosło siedmiu amerykańskich marynarzy (ich ciała znaleziono dopiero na drugi dzień, gdy wypompowano wodę z zalanej części okrętu) a uszkodzonego “Fitzgeralda” odholowano do japońskiego portu Jokosuka. Całe wydarzenie uznano za nieszczęśliwy wypadek a media szybko przeszły nad nim do porządku dziennego. Dziś historia ta powoli odchodzi w niepamięć, choć wiele wskazuje na to, że tamtej nocy wydarzyło się znacznie więcej niż tylko nieszczęśliwy wypadek.

Analiza kursu USS “Fitzgerald” wskazuje, że na okręcie wydarzyło się coś niezwykłego. Jego cały system elektronicznego ostrzegania został w tajemniczy sposób wyłączony (!) a filipiński kontenerowiec staranował go z premedytacją doskonale zdając sobie sprawę z tego co robi. Ktoś za kołem sterowym “ACX Crystal” precyzyjnie uderzył a najsłabsze miejsce okrętu a także w kabinę kapitana. Tylko silna konstrukcja amerykańskiego niszczyciela a także (prawdopodobnie) niewielka prędkość kontenerowca sprawiła, że nie został on przecięty na pół i nie zatonął. Oficjalnie do kolizji doszło o godz. 1:30, ale to “Crystal jako pierwszy wysłał meldunek radiowy o zderzeniu określając godzinę wypadku na 2:20. US Navy początkowo rownież utrzymywała, że do kolizji doszło o 2:20, ale później zmieniła zdanie. Różnica ta jak się okazuje ma znaczenie, bo na podstawie zapisanego kursu filipińskiego statku można spróbować odtworzyć co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy. Kiedy popatrzeć na kurs “ACX Crystal” widać moment, w którym doszło do pierwszego spotkania obu jednostek tej nocy. Już wtedy “Crystal” zachowywał się dziwnie: zamiast minąć amerykański niszczyciel w dużej odległości kontenerowiec nieoczekiwanie dokonuje raptownego zwrotu i płynie wprost na okręt wojenny! Odległości są jeszcze duże i Filipińczyk koryguje kurs bezpiecznie mijając “Fitzgeralda”. W tym czasie amerykański okręt stoi w miejscu bez ruchu i nie wykonuje żadnych manewrów. Tymczasem kontenerowiec zamiast płynąć dalej swoim kursem, zawraca, opływa dookoła “Fitzgeralda” by na końcu go staranować. To właśnie wtedy ze statku handlowego wysłany zostaje meldunek o kolizji i jest to 2:20 nad ranem. Na pytanie japońskich władz kiedy doszło do kolizji, kapitan statku handlowego odpowiada, że doszło do niej przed chwilą – mimo to w oficjalnym opisie wydarzeń godzinę wypadku oznaczono na 1:30.

To 50 minut różnicy ma duże znaczenie, bo pozwala na zupełnie nowe podejście do tego co wydarzyło się tamtej nocy. Wg Ryota Kowaty, rzecznika prasowego japońskiej firmy Nippon Yusen, która czarterowała filipiński statek, “ACX Crystal”, płynął z Jokohamy. Rzecznik prasowy nie chciał jednak ujawnić jaki był port docelowy statku, co samo w sobie jest zaskakujące (!), chyba, że…zadania kontenerowca były zupełnie inne niż tylko przewożenie towarów. Z Analizy kursu statku wynika, że o 1:30 nad ranem wcale nie doszło do zderzenia! Obie jednostki zbliżyły się do siebie, ale wciąż utrzymywały pomiędzy sobą bezpieczny dystans. W pewnym momencie z filipińskiego statku przeprowadzono atak elektroniczny (być może za pomocą drona) na amerykański niszczyciel. Wielokrotnie dublujące się systemy elektronicznego ostrzegania zostały wyłączone, podobnie jak wszelkie urządzenia kontrolowane przez komputer, wliczając w to silnik okrętu. Potężny i niebezpieczny okręt stanął w ciemnościach nocy bez ruchu, głuchy i ślepy. Ktokolwiek dokonał ataku z filipińskiego kontenerowca (jego załogę stanowili w 100% Japończycy) musiał przesłać meldunek, że broń została uruchomiona i cel osiągnięty. “ACX Crystal” pełną parą podążał w kierunku Jokosuki by nagle raptownie zmienić kurs i zawrócić. To zapewne wtedy musiał przyjść rozkaz aby staranować i zatopić bezbronny już niszczyciel. 40 tys. ton wyporności kontenerowca gwarantowało, że amerykański okręt zostanie przecięty na pół i pójdzie na dno. Jak się spodziewano, “Fitzgerald’ rzeczywiście stał bez ruchu. Był łatwym celem bo morze było spokojne. “Crystal” zatoczył wokół niego łuk i uderzył całą mocą swych maszyn w centralny punkt okrętu. “Fitzgerald” jednak wytrzymał ten cios a ktokolwiek taranował go kontenerowcem spaprał swoją mokrą robotę. Deformacja dziobu jaka powstała na “Crystalu” w momencie zderzenia wskazuje, że amerykański niszczyciel stał bez ruchu i został uderzony pod kątem 45 stopni. Na obu jednostkach nie ma śladów zadrapań a jedynie pogięty od uderzenia metal. Gdyby “Fitzgerald” był w ruchu wówczas trący o siebie metal zostawiłby wiele zdrapanej farby i porysowanego metalu. Tymczasem ślady na obu statkach pokazują, że cios był dobrze mierzony. “Fitzgerald” jednak nie poszedł na dno! Sternik kontenerowca popełnił błąd. Chciał uderzyć precyzyjnie i to zrobił, ale jego prędkość nie była zbyt duża i znacznie lżejszy od niego bezwładny okręt przyjął cios i odbił się jak kula bilardowa. “Crystalowi” nie pozostało nic innego jak zgłosić kolizję i czym prędzej oddalić się z miejsca wydarzenia. “Fitzgerald” zdołał utrzymać się na wodzie a następnie został przeholowany do poru w Jokosuce, gdzie stanął chwilowo w suchym doku. Obecnie dziury w burcie prowizorycznie załatano i ostateczny remont okrętu zostanie (prawdopodobnie) zrobiony w San Diego. Elektroniczne wyposażenie okrętu, które zostało wyłączone z taką łatwością jest supertajne a japoński port i pracownicy stoczniowi nie gwarantują, że tajemnice te uda się zachować.


Amerykańska flota ma przy okazji inny, znacznie poważniejszy problem, bo okazuje się, że jest ona bezbronna w starciu z nowym systemem ataku tajemniczego i nadal nieznanego z nazwy wroga, który jeśli jest w stanie kompletnie obezwładnić niszczyciel, to to samo może zrobić z atomowym lotniskowcem a także satelitą. Czy jest to atak spod “fałszywej flagi”? Jeśli tak było, to cała sytuacja mocno się komplikuje, bo ewidentnie mamy tu do czynienia z konspiracją w konspiracji. Jedna tajemnicza grupa chce kompletnie zniszczyć okręt inna jednak robi wszystko aby utrzymać go na wodzie i doprowadzić do portu. Przykład USS “ Donald Cook” pokazuje, że Rosjanie nie tylko dysponują taką bronią, ale z powodzeniem stosują ją w praktyce. Nad “Cookiem” wielokrotnie przelatywał rosyjski myśliwiec (podczas kampanii syryjskiej), ośmieszając system obronny niszczyciela. Ten sam trick powtórzyli Rosjanie, gdy “Cook” znalazł się niedawno na Bałtyku. Czy to jednak oni stoją za atakiem na USS “Fitzgerald”? Trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Koncentracja amerykańskich okrętów na Pacyfiku (trzy lotniskowce) sugeruje, że trwają ostatnie przygotowania do jakiejś poważnej akcji. Obezwładnienie “Fitzgeralda” jest niezwykle czytelną depeszą od kogoś, że US Navy można wyeliminować z gry bez jednego wystrzału. Nie tylko zresztą flotę. Platforma kosmiczna wyposażona w takie urządzenie może zdziesiątkować dowolną ilość satelitów komunikacyjnych, szpiegowskich… a kto wie , może nawet zawrócić wystrzelone pociski balistyczne. Tak więc depesza została wysłana a cala wrzawa wokół “Fitzgeralda” nagle i podejrzanie ucichła. Z pewnością temat wróci i dlatego wart jest zanotowania, co niniejszym czynię.

Alternatywna historiaNauka i technologie

Egipskie piramidy od tysięcy lat toczą nieustanny bój z czasem i mimo szram i pęknięć wciąż dotrzymują mu pola, potwierdzając legendę własnej niezwykłości i wyjątkowości. Nikt dzisiaj nie wie skąd pochodzi ten niezwykły i jedyny w swoim rodzaju architektoniczny kształt budowli. Mimo nieodpartego uroku z pewnością nie jest to najpraktyczniejszy sposób zagospodarowania przestrzeni mimo to, ludzkość od tysiącleci ma obsesję piramid i można je znaleźć niemalże w każdym zakątku świata (jeśli wliczyć w to kopce i kurhany). W naturalny sposób powstaje pytanie: do czego służy taka budowla? Czy rzeczywiście jej jedyną funkcją jest bycie ekstrawaganckim grobowcem władców? Trudno w to uwierzyć i nad rozwiązaniem tej zagadki głowi się tysiące ludzi.

Piramidy zazdrośnie strzegą swojej tajemnicy, ale co jakiś czas jej strzępy objawiają się nam w nieoczekiwany sposób. Podobno Francuz Antoine Bovis odwiedził Wielką Piramidę w Gizie i kiedy inni w niemym zdumieniu kontemplowali cud starożytnej architektury on bez żenady zaczął grzebać w śmietnikach. W jednym z nich znalazł martwe zwierzaki, które mimo, że spędziły w śmieciach długi czas nie wykazywały objawów rozkładu ciała i w naturalny sposób się zmumifikowały. Bovis stanął przed życiową szansą, bo mógł popracować nad teorią empirycznie sprawdzoną szkieletami w śmietniku, że piramida wcale nie była grobowcem a faraonów chowano – przynajmniej na jakiś czas – we wnętrzu budowli, bo jej niezwykłe właściwości spowalniały – a kto wie – może nawet zatrzymywały proces rozkładu ludzkiego ciała. Dzięki temu tak zabezpieczone mumie dostały jedyną w życiu (oczywiście tym pozagrobowym) szansę aby zachować swe doczesne szczątki przez wieki a może nawet milenia. Zamiast tego Bovis wpadł na pomysł przechowywania jedzenia bez lodówki – której zresztą w tamtych czasach jeszcze nie wynaleziono. Budował niewielkie piramidki i zawieszał w nich kawałki ryby i wołowiny – podobno uzyskując efekt zabezpieczenia mięsa przed rozkładem. Nie wiadomo jaki dokładnie był efekt jego doświadczeń bo kuriozalny pomysł po prostu nie chwycił.

Inny biznesmen – Czech Karel Drbal – również budował niewielkie modele piramid, w których… ostrzył żyletki. Był tak przekonywujący w swoim odkryciu, że swój pomysł nawet opatentował, dzięki czemu żyletki “Dukat Zlato” były ostre jak brzytwa dwa razy dłużej, gdy przetrzymywano je w pudelku o kształcie piramidy. Odkrywca energii piramid uzasadniał w swoim wniosku patentowym, że dzięki jego odkryciu socjalistyczna Czechosłowacja zaoszczędzi rocznie wiele ton wysokiej jakości stali, którą można wykorzystać do produkcji czeskiego Porsche – Skody 110R. Niekonwencjonalna metoda Drbala niespecjalnie przekonywała urzędników czeskiego biura patentowego i wzbraniali sie przed jego wydaniem przez 10 długich lat. Umęczeni uporem wynalazcy “żyletki faraona” – skapitulowali i prosty jak piramida instrument trafił nawet do sklepów. Dziś urządzenie Karela Drbala traktuje się z pobłażliwym uśmieszkiem, ale ukraiński fizyk dr Wołodymyr Krasnohołowiec postanowił sprawdzić odkrycie Czecha w warunkach eksperymentu naukowego. Zbadano żyletki produkowane przez 4 różne firmy, które ułożono na szklanych płytkach pełniących rolę rezonatora. Żyletki ustawiono w piramidzie i zorientowano je geograficznie ze wschodu na zachód. Cały eksperyment trwał przez 30 dni. Ostrza żyletek zbadano za pomocą mikroskopu elektronowego i stwierdzone głębokie zmiany w strukturze morfologicznej stali, co w efekcie rzeczywiście dało efekt naostrzenia żyletki. Z każdej z badanych żyletek odcinano przed eksperymentem niewielki fragment ostrza po to, aby mieć materiał porównawczy. W innym eksperymencie ustawiono żyletki w orientacji północ – południe, ale ich ostrza nie wykazały żadnej zmiany.

Najdalej w nieoficjalnych eksperymentach z piramidami poszedł Rosjanin (z ukraińskim rodowodem) – Aleksander Gołod. Obsesyjnie budował on po całej Rosji sporych rozmiarów piramidy z włókna szklanego i rurek PCV. Stworzył ich ponad 20-cia, ale znalazł wielu naśladowców i dziś nikt dokładnie nie wie ile ich jest – nie tylko zresztą w Rosji, ale i po całym świecie. Największa z nich – zbudowana w 1999 r. – miała 44 m wysokości i ważyła 55 ton. Gołod nazwał ją “Złotym Podzialem”. Okazało się, że piramidy wchodzą w jakąś tajemniczą interakcję nie tylko ze swoim otoczeniem ale i z ludzkim organizmem. Wspomagają przede wszystkim jego system odpornościowy, ale mają też i inne tajemnicze właściwości. Swoją pierwszą piramidę – zbudował Gołod w 1989 r. pod Moskwą w rejonie Ramieńskim. Miała 11 m wysokości i dziś już nie istnieje. Efekty jego doświadczeń były tak zaskakujące, że natychmiast jego budowlami zainteresowała się Radziecka Akademia Nauk i… Armia Czerwona. We wnętrzu piramidy energetyzowano kryształy, których kilogram zabrano w 1998 r. – w kosmos na stację Mir, gdzie miały one wspomóc nie tylko jej załogę, ale i w ogóle uszczęśliwić cały świat. Kryształy przebywały na orbicie okołoziemskiej przez rok a Rosjanie tak mocno wierzyli w ich moc, że rosyjski kosmonauta Afanasjew zabrał kilka ze sobą na stację kosmiczną ISS. Budowla zaczęła przynosić spore dochody, gdy zaczęto sprzedawać energetyzowaną w jej wnętrzu wodę: po 100 rubli za 5-litrowy baniak. Miała ona pomagać na wszystkie możliwe schorzenia – od raka po niepłodność. Piramidami fascynowali się tacy ludzie jak inżynier Łozino-Łoziński – twórca najpotężniejszej rakiety na świecie, która jednorazowo wyniosła w przestrzeń kosmiczną Burana. Przy piramidach pracował Gieorgij Greczko – 4-ty rosyjski kosmonauta. Obaj planowali wzniesienie 88 metrowej piramidy – dwa razy większej od “Złotego Podziału”. Zauważono bowiem, że im większa jest piramida, zwiększa się także jej energia działania. Do jej budowy jednak nie doszło. Armia i naukowcy nagle i zupełnie nieoczekiwanie stracili zainteresowanie badaniami tajemniczej energii piramid.

Gołod nie był pierwszym Rosjaninem, który miał obsesje piramid. Do dziś istnieje solidna, zbudowana z kamienia piwnica na wino hrabiego Orłowa, zbudowana w XiX w. Goście hrabiego przysięgali, że nawet najcieńsze wino w niej przechowywane nabierało niezwykłego smaku i szlachetnego aromatu. Największa piramida Gołoda powstała 38 km od Moskwy i kosztowała podobno milion dolarów. Piramida w Gizie ma kąt 52 stopni a piramida Gołoda 73 stopnie. Kąt ten był wynikiem matematycznych obliczeń, których efekt końcowy dał nazwę piramidy: “Złoty Podział”. Przy budowie tych piramid nie stosowano metalu, który zakłócał jej pracę. Piramidy szybko stały się lokalną sensacją i miejscem pielgrzymek tysięcy ludzi. Materialistycznie nastawienie jeszcze nie tak dawni obywatele Związku Radzieckiego nagle poczuli mistyczną moc piramid. Nowy Rok miał mieć szczególne znaczenie i tego dnia piramidę odwiedzało nawet 20 tys. ludzi.

Najstarszą, istniejącą do dziś piramidę zbudował Gołod w czerwcu 1997 r. nad jeziorem Seliger w Ostaszkowie, niedaleko Tweru. Miała 22 m wysokości i była dokładnie o połowę mniejsza od będącego dopiero w planach “Złotego Podziału”. Podczas budowy tej piramidy radar wojskowy zanotował niezwykłe zjawisko jakim była ogromna kolumna jonowa, którą emitowała piramida na wysokość półtora kilometra. Kolumna ta utrzymała się aż do zakończenia budowy piramidy a jej szczegółowe badania prowadzono za pomocą balonu meteorologicznego. Niektórzy uważają, że dzięki tej gwałtownej wymianie jonów nastąpiło załatanie dziury ozonowej nad Rosją. W jej okolicy nieoczekiwanie zaczęły rosnąc i kwitnąć rośliny z gatunku uznanego za wyginięty. To był – jak się okazało – dopiero poczatek interesującego eksperymentu. Dwa komplety po cztery piramidy rożnej wielkości ustawiono w Baszkirii, w Astrachaniu, niedaleko pól roponośnych i badano w nich zachowanie się ropy naftowej. Podobno ropa z dnia na dzień straciła lepkość i tym samym podwyższyła znacząco swoją jakość. Głównym celem budowy piramid było w tym przypadku zmniejszenie zanieczyszczeń ekologicznych jakie niosło ze sobą wydobycie ropy a zwłaszcza unoszących się w powietrzu trujących gazów. Naukowcy uważają jednak, że zbudowanie tych piramid nie zmieniło niczego w rozsypującej sie ekologii regionu, ale sam Gołod zapewnia, że zatrucie powietrza zostało zmniejszone conajmniej o połowę. Jak było naprawdę nadal jest przedmiotem zajadłej debaty.

Rosyjskie piramidy wzbudzają zainteresowanie tysięcy ludzi, gotowych poddać się działaniu energii jaką emitują. Piramidy te w przeciwieństwie do egipskich okazały się jednak bardzo kruche. 29 maja, 2017 r. największa piramida Gołoda nie wytrzymując starcia z bardzo porwistym wiatrem, rozsypała się na kawalki – spadając na sąsiadującą z nią fermą strusi. Piramida zbudowana bez jednego gwożdzia miała już nadgnitą konstrukcję i nie była w stanie wytrzymać uderzenia wiatru ocenianego na 50m/sek. Sam Gołod, który pojawil się na miejscu katastrofy zapewnił, że dołoży wszelkich starań aby ją odbudować.

Alternatywna historia

Nie ma to jak ożywić bloga starożytnymi trupami 🙂 Melita mi nagadała do słuchu, że się nie odzywam do Czytelników, no to sie odezwałem i się zaczęło…. O nie!Bynajmniej nie narzekam z tego powodu, bo zatrzaśnięcie stronki w szczelnym sarkofagu milczenia nic dobrego jej nie wróży i Melita ma absolutnie rację… Wystarczy popatrzeć na mumie faraonów czy inne grube ryby starożytnego Egiptu. Nawet kiedy już je ktoś odkopie to ciężko je rozpoznać. W Warszawie też badali taką mumię w 2015 r. Miał to być kapłan Horusa – Hor-Dżehuti, gdy okazało się że jest on kobietą! Mojego pokolenia to specjalnie nie dziwi, bo po “Seksmisji” Machulskiego każdy wiedział, że Kopernik też była kobietą a nawet Maria Curie-Skłodowska!

W ostatnich jednak latach nawet mumiom coraz trudniej jest ukryć swoją tożsamość. Genetyka stała się królową wszelkich nauk i potykamy się o nią na każdym kroku. Fakt, że głównie za sprawą złowrogiego GMO, ale ma też ona swoje dobre strony. Można odkopać kości prehistorycznego osobnika i nie tylko dowiedzieć się kim był, ale nawet jak wyglądał. Bez genetyki nikt nie miałby pojęcia o wymianie całej populacji jaka miała miejsce w dzisiejszej Anglii 2500 lat p.n.e. (co opisałem dwa wpisy poniżej). Historia lubi się powtarzać, więc być może lepiej będzie, gdy Anglicy w porę wyciągną z tego wnioski, bo jeszcze trochę i wymienią ich inni uchodźcy – tyle że o wiele bardziej jurni, więc przynajmniej informacja o obecnych synach i córach Albionu, gdzieś się przechowa w DNA, gdy zostanie odkopana w którejś z oaz pod Liverpoolem.

Tym przydługim wstępem znów zmierzam do wpisu “Wiek Sfinksa”, gdzie Adrianna zadała mi podchwytliwe pytanie na temat mumii Hekator. Podchwytliwe, bo zdałem sobie sprawe, że o takiej mumii nigdy nie słyszałem i przyznaję się do tego publicznie. Merkator – tak, Sekator – tak, ale Hekator nie dzwoni mi jakoś w żadnym kościele czy innym meczecie. Pocieszam się tym, że w końcu nie muszę znać wszystkich mumii po imieniu, bo jest ich w końcu całkiem pokaźne stadko. Do 2010 r. jeszcze nie było szansy aby zbadać z kim ma się do czynienia , obecnie jednak cieżko się już schowac nawet mocno pokiereszowanym genom, które współczesne maszyny genetyczne sprawnie zaganiają we właściwe haplogrupy. Egipskie mumie na gwałlt zaczęły tracić swoją anonimowość zwłaszcza te, które zachowały jeszcze swoje zdrowe zęby, skąd najłatwiej pobrać DNA bez zanieczyszczeń. W naukowym magazynie “Nature Communications” opisano zmasowane badania genetyczne 151 mumii znalezionych 100 km na południe od Kairu, niedaleko El-Faiyum. Wydobyto je na początku XX w. i pochodzą z różnych okresów: od 1388 r.p.n.e. aż po 426 r. n.e. Tylko trzy z nich posiadały pełny garnitur genetyczny i one jako pierwsze poszły do badania.

Pierwsze wnioski były bardzo zaskakujące. Podczas porównania genetycznego starożytnych Egipcjan ze współczesnymi okazało się, że ci obecni mają coraz mniej wspólnego z państwem faraonów. Poważna domieszka sub-saharyjskiej krwi przywieziona tutaj przez muzułmańskich Mameluków zrobiła swoje. Nie znaczy to jednak, że genetyczny kręgosłup starożytnych Egipcjan przepadł bezpowrotnie. Wciąż istnieje i ma sie całkiem dobrze, tyle że już nie wzdłóż Nilu a…. na Bliskim Wschodzie! Tak więc potomkowie Egipcjan żyją dziś w Libanie, Syrii, Jordanii a kto wie – może nawet i w Izraelu.

W sumie nie powinno to w zasadzie dziwić. W trwającej tysiąclecia historii Egiptu władali nim Kuszyci, Asyryjczycy, Grecy (Kleopatra i Ptolemeusze byli Grekami!), Rzymianie, Arabowie, Turcy, Brytyjczycy… Masy ludzi zmieniały swoje miejsce zamieszkania. Interesujące jest jednak, że w swoim starożytnym DNA wytrwali tylko ci, którzy wyszli z Egiptu i przez Morze Czerwone dotarli do swojej Ziemi Obiecanej. I to otwiera kolejną Puszkę Pandory, czyli Paprykarza Szczecińskiego starożytności, bo daje potencjał kompetnej rewizji starożytnej historii.

Alternatywna historia

Göbekli Tepe to jedno z najbardziej fascynujących miejsc na świecie. Brzmi to troche jak truizm, ale nie da tego powiedzieć inaczej. Tak po prostu jest! Przetrwało do naszych czasów w stanie nienaruszonym: nietknięte kataklizmem, ludzką działalnością i tylko lekko nadgryzione zębem czasu. Nie pasuje do historii w myśl której powinno nie istnieć, bo w czasach kiedy budowano Göbekli Tepe człowiek powinien być jeszcze prymitywnym koczownikiem – tymczasem stworzono architektoniczne cudo, którego przeznaczenia, ale też i ludzi, którzy go budowali – nadal nie znamy. Odkopano je w latach 90-tych i była to prawdziwa archeologiczna bomba cierpliwie rozbrajana przez niemieckich archeologów pod wodzą Klausa Schmidta, który badaniom tego miejsca poświęcił resztę swojego życia. Zmarł przedwcześnie w 2014 r. w szpitalu w tureckim Sanilurfa, powalony śmiertelnym atakiem serca i od tamtego czasu o Göbekli Tepe ucichło. Ludzie przywykli, że mamy do czynienia z zespołem architektonicznym, który powstał drugie tyle wcześniej niż domniemany początek naszej cywilizacji 4500 lat p.n.e. Nikomu też nie przeszkadza, że mimo wielu lat jakie upłynęło od odkrycia kamiennych kręgów, nadal w podręcznikach do historii nie wspomina się o tym odkryciu mimo, że nie ma najmniejszych wątpliwości co do wieku miejsca a także jego wielkości i znaczenia.

Göbekli Tepe zajmuje sobą spory obszar i większość kamiennych kręgów nadal znajduje się pod ziemią. Do dziś odkopano zaldwie kilka procent całości, ale odczyt z radaru penetrującego ziemię nie pozostawia wątpliwości co znanduje się pod jej cienką warstwą. Prace będą trwały tam całe dekady a może nawet i dłużej zważywszy, że w okolicy znajdują się ślady innych, podobnych struktur. Jedną z nich jest Karahan Tepe, którym na razie nikt sie nie zajmuje z braku funduszy (i zainteresowania), ale wiadomo o jego istnieniu, bo w miejscu gdzie stoi z ziemi wystają zbielałe od słońca i erozji kamienne kikuty, wycięte podobnie w literę “T” jak te w Göbekli Tepe. Czekały tyle tysięcy lat na swoich odkrywców więc zapewne starczy im cierpliwości aby poczekac choćby całe milennium.

Tymczasem w Göbekli Tepe nieustannie pracują naukowcy z Niemieckiego Instytutu Archeologicznego, który ma pełny monopol na prowadzone tam prace. Najwyraźniej przyjaźń pomiędzy tureckim sułtanem a niemieckim keiserem zawarta przed I Wojną Światową nadal procentuje mimo, że obu mocarstw już od wieku nie ma na mapie świata. Co jakiś czas jednak ogłaszane są kolejne odkrycia jakich dokonuje się w Göbekli Tepe i mimo, że powinny zbliżać do wyjaśnienia tajemnicy tego miejsca to w kłopotliwy sposób czynią je jeszcze bardziej zagadkowym a ostatnio coraz bardziej mrocznym. Niemieccy naukowcy ze swoimi odkryciami nie biegną do poczytnych magazynów i nie robią sobie selfików ze znalezionymi artefaktami. Opisują je za to w branżowych periodykach naukowych więc tam trzeba szukać informacji. W ostatnim “Science Advances”, w sążnistym artykule opisano najnowsze odkrycia, jakich dokonano w Göbekli Tepe i mieszczą się one doskonale w konwencji mrocznego archeologicznego thrillera jaki funduje nam to miejsce.

Cała najbliższa okolica kamiennych kręgów jest wręcz naszpikowana rozmaitymi artefaktami, odłamkami rzeźb i… ludzkimi pozostałościami. Odnaleziono do tej pory tysiące odlamków kości ludzi i zwierząt. Wśrod nich także kilka odłamków ludzkich czaszek i po bliższych oględzinach znaleziono na resztkach czerepów nacięcia wykonane ostrym kamiennym narzędziem przez kogoś, kto doskonale wiedział co robi i robił to prawdopodobnie często. Używał krzemiennego ostrza, którym z wprawą zdejmował skalp a następnie odcinał od kości wszystkie przyczepione do nich mięśnie. Robił to szybko i brutalnie bo na czaszkach wciąż są ślady po zeskrobywaniu resztek ciała od kości. Badania osteologiczne potwierdziły, że badane czaszki należały do trzech osób w wieku pomiędzy 20 a 50 lat i jedna z nich najpewniej była kobietą. Fragmenty czaszek mają na sobie głębokie nacięcia wyryte w kości a jedna z nich miała nawet nawiercony na jej szczycie otwór. Czaszki miały na sobie ślady ochry co sugeruje, że użyto je w celach rytualnych. Z badań wynika, że wyryte w kości czaszki ślady pojawiły się tam krótko po tym, jak oddzielono je – mówiąc delikatnie – od reszty tułowia. Kości były wówczas nadal miękkie i elastyczne i łatwo poddawały się krzemiennemu ostrzu. Nadal nie wiemy w jakim celu to zrobiono. Nacięcia i bruzdy sugerują, że za pomocą sznura zaczepiano je do czegoś. Idąc tym samym tokiem myślenia nawiercony otwór w czaszce umożliwiał jej zawieszenie i być może krwawiąca jeszcze czaszka wymalowana na różne kolory szybowała nad uczestnikami makabrycznego misterium. Otwór nawiercono w ten sposób aby patrzyła ona w dół. Być może do czaszek doczepiano pióra aby zwiekszyć efekt całego pokazu. Czaszka z nawierconym otworem miala także głębokie nacięcia, które prawdopodobnie umożliwiały dowiązanie do niej dolnej szczęki tak, aby nie odpadła w czasie gdy wisiała ona w powietrzu.

Na wielu kamiennych kręgach można znaleźć płaskorzeźby bezgłowych postaci a także rzeźby przedstawiające same korpusy. Rzeźby te przedstawiały postaci antropomorficzne i początkowo miały głowy, które później rytualnie ścinano i umieszczano w okolicy słupów tworzących kamienne kregi. Ludzie, którzy odwiedzali 11 tys. lat temu Göbekli Tepe mieli obsesję czaszek. Być może wierzyli, że moc martwych przejdzie w ten sposób do żywych. Może oddawali w taki sposób cześć swoim przodkom a może były to czaszki wrogów. Nadal nie wiadomo, gdzie zamieszkiwali ludzie, którzy uczestniczyli w mrocznych rytuałach w Göbekli Tepe. Akademicy uważają, że miejsce to symbolizuje okres przejściowy pomiędzy koczowniczym a osiadłym trybem życia. Sama struktura, maiałaby być z kolei czymś, co pomagało poprzez swoje rytualy określić własną przynależność do grupy, kultu czy plemienia. Wiele wskazuje na to, że w Göbekli Tepe robiono to poprzez krwawe i okrutne rytuały w których traciły życie nie tylko zwierzęta, ale i ludzie. Jest to pierwsze tego typu znalezisko w całym regionie.

Alternatywna historia

Zaczynam od pozdrowień! 🙂 Arek, Adrianna, Marcin, Melita, Sir Artorias, Inkataka – dzięki za Wasze komentarze, zainteresowanie tematem i nieugiętą wolę poszukiwania odpowiedzi, która wymyka się za każdym razem, gdy wydaje się być już w zasięgu ręki. Pozdrawiam serdecznie i wybudzony z letniego letargu z przyjemnością dorzucę kilka swoich centów w dyskusji jaka nieoczekiwanie znów zatliła się pod “Wiekiem Sfinksa”. Wpis ma już ponad rok, ale mówi o historii, która ma być może dziesiątki tysięcy lat i nieustannie intryguje swoją dobrze strzeżoną tajemnicą. Kim byli ci, ktorzy wystartowali naszą cywilizację? Czy ktoś im w tym pomógł? Czy może jest to jej kolejna odsłona, konsekwentnie realizowana przez tych, którzy przetrwali globalny kataklizm, który zniszczył poprzednią cywilizację jaka istniała przed nami? Z góry ostrzegam, że nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Nie mam także żadnej spójnej teorii, która spróbowałaby wyjaśnić fenomen ludzkości – jej osiągnięć i kolejnych upadków. Nie znaczy to jednak, że sytuacja jest beznadziejna.

Diabeł zawsze tkwi w szczegółach. Czesto ignoruje się ich obecność szybko i bez zastanowienia przemierzając ogromny dystans wierząc, że na koncu znajduje sie jedna uniwersalna odpowiedź, wyjaśniająca wszystko to, co zignorowaliśmy po drodze. Obsesyjnie ścigana odpowiedź jednak za każdym razem okazuje się być mirażem zbudowanym ze zniechęcenia i rozczarowania, bo wracamy do punktu wyjścia. Czy jednak na pewno? Nawet jesli cała teoria się sypie, to jej fragmenty mogą mieć puzzle zaskakująco dobrze pasujące do zupełnie innego podejścia do całej historii a nawet jeśli nie, to wskazówki jakie się narzucają są niezwykle intrygujące. Trzeba je tylko chcieć podnieść, otrzepać z pyłu historii a wnioski zaczynają nasuwać się same…, rozwija się kolejna nić.

Natrafiłem niedawno na interesującą pracę naukową pt. “Fenomen Kultury Pucharów Dzwonowatych i genetyczna transformacja północnozachodniej Europy”. Wśród jej autorów znajdują sie setki naukowców i dziesiątki najszacowniejszych europejskich uniwersytetów wliczając w to nasz Instytut Archeologii i Etnologi PAN w Krakowie i Instytut Zoologii i Badań Biomedycznych przy UJ w Krakowie. Kultura Pucharów Dzwonowatych była zjawiskiem niezwykłym w europejskiej prehistorii. Ludzie ci – zwani po angielsku Beakers – nie byli zwykłymi koczownikami. Wiemy, że doskonale znali się na metalurgii przetapiając złoto i srebro a nawet tworząc stopy obu metali zwane elektronem. Przemieszczali się niewielkimi grupkami i nawet na jakiś czas zostali w Górach Świetokrzyskich i to właśnie po nich prawdopodobnie zostały osławione dymarki. Nie wiadomo skąd przyszli, kiedy pojawili się nagle w Europie 4500 lat p.n.e. Jedna grupa naukowców uważa, że przyszli ze stepów nad Morzem Kaspijskim i doszli aż na Półwysep Iberyjski a druga wręcz przeciwnie – że z nad Morza Śródziemnego wyruszyli na wschód w stepy. Ich odrębność przejawia się nie tylko w genetyce, ale przede wszystkim w kulturze. Puchary dzwonowate, które z taką perfekcją wyrabiali były największym krzykiem mody w całej ówczesnej Europie – bo znajduje się je w wielu miejscach. Jednocześnie ludzie ci zachowywali swoją odrębność i nie widać nigdzie śladów inwazji czy wojen jakie prowadziliby z miejscową ludnością. Nie pozwalała na to ich stosunkowa niewielka liczba.

2500 lat. p.n.e. dzieje się jednak coś dziwnego. Nieoczekiwanie Beakersi rosną w siłę i powstaje ich ogromne skupisko na terenie dzisiejszej Holandii, gdzieś u ujścia Renu. Przeprawiają się całą grupą przez Kanał La Manche do Brytanii, gdzie akurat neolityczni Brytoni są w samym środku budowy słynnego Stonehenge. Następuje zderzenie kultur, ale ma zupełnie inny przebieg niż przez tysiące lat w kontynentalnej Europie. Zderzenie jest o tyle dziwne, że nie zostawia po sobie żadnych śladow gwałtowności. Do tej pory Beakersi znakomicie asymilowali się wśród różnych europejskich plemion respektując prawa innych do wspólnego dzielenia miejsca w którym żyli. W Brytanii dzieje się coś co niezwykle trudno wytłumaczyć: dochodzi tam do kompletnej wymiany ludności. Z badań genetycznych, jakie przeprowadzono na ogromną skalę wokół Stonehenge wynika, że w ciągu najwyżej 200 lat od pojawienia się Beakersów wokół Stonehenge, rdzenna ludność po prostu wymiera i to bez śladu. Nie wiadomo czy jasnoskórym Beakersom nie podobały się oliwkowe Brytonki czy też może ich własne obyczaje zabraniały im mieszać się z innymi ludami, ale wśród kilku setek szkieletów nie znaleziono żadnej (!) domieszki genetycznej Brytonów (tak ich nazywam z braku lepszej nazwy) w garniturze genetyczym Beakersów ani żadnych genów tych drugich w kościach rdzennych Brytyjczyków. Oni sami nagle przestali się z nieznanego powodu rozmnażać i wyparowali nawet nie z historii a z prehistorii – zostawiając po sobie imponujący i wciąż tajemniczy Stonehenge.

Inwazja Beakersów z pewnością robi wrażenie swoją niezwykłą skalą i determinacją aby osiedlić się w Brytanii, ale nie sposób znaleźć tam żadnych śladów walki, masakry, masowych mordów. Nie ma żadnego świadectwa planowej eksterminacji. Budowę Stonhenge kontynuowano i kiedy zabrakło Brytonów to kamienne kręgi dalej wznosili Beakersi, co zdumiewa, bo za skomplikowaną robotę architektoniczno – astronomiczną zabierali się byli koczownicy, realizując projekt do samego końca – jak gdyby nigdy nic mimo, że kultura, która to wszystko zaczęła po prostu znika. Rodzi to masę pytań i akademicy patrzą na ten fenomen w osłupieniu nie wiedząc co z tym fantem zrobić, bo nie tego się przecież spodziewali.

Opowiadam tę historię bo jej przykład można nałożyć na wszystkie inne miejsca na świecie, gdzie rozwijała się jakas bliżej nieznana nam cywilizacja, której do końca nie rozumiemy, by nagle w krótkim czasie zniknąć z historii naszej planety, zostawiając po sobie skomplikowaną w swojej naturze tajemnicę. W podobny sposób mogła wyglądać historia Sfinksa i początki państwa faraonów, którzy zastali w tym miejscu coś co ich zaintrygowało i zaczęli budować na ruinach tego, co ktoś inny stworzył przed nimi. Być może udało im sieę przejąć strzępy wiedzy po swoich poprzednikach i szamotali się technologicznie poszukując odpowiedniego rozwiązania. Ten sam schemat można nałożyć na Inków, którzy w Cusco i okolicach natknęli się na nieznane im megality, zostali w tym miejscu i zaczęli budowac swoją wlasną cywilizację, nieudolnie naśladując mistrzów z zamieezchłej przeszłości.

Patrząc wstecz na historię nieustannie szukamy ciągłości i konsekwencji, tworzącej wyraźny szlak, który jak nić Ariadny zaprowadzi nas do miejsca z ktorego wszystko się zaczęło. Tymczasem takie podejście może być najpoważniejszą przeszkodą w zrozumieniu przeszłości. Nić rwie się w wielu miejscach. Czasami, ktoś dowiązuje do niej swoją – komplikując jeszcze bardziej tę łamigłówkę. Akademicy wieloktrotnie udowodnili swój brak nie tylko woli, ale i wyobraźni aby zrozumieć przeszłość. Nie można im jednak zaprzeczyć warsztatu i środków jakie mają do swojej dyspozycji. Badania genetyczne przeprowadzone w Anglii były największym tego typu przedsięwzięciem w historii badań archeologicznych i wnioski jakie na ich podstawie wyciągnięto są zdumiewające. Problem w tym, że jakoś mało kogo to tak naprawdę obchodzi – pomijając tu jako powód ciężkostrawność literackiej formy w jakiej prezentowane są tego typu odkrycia. Środowisko alternatywnie patrzące na naszą przeszłość wybrało kompletnie odwrotną drogę opierając swoją wizję historii na nie skrępowanej niczym fantazji, pełnej wykluczających się nawzajem sprzeczności ignorującej często oczywiste fakty. Lechici i ich “imperium” są tego chyba najlepszym przykładem, gdy tymczasem w obu sposobach myślenia można znależć wspólną drogę.

Dlatego wg mnie szukanie odpowiedzi na zagadki przeszłości to nie jest podążanie za nitką do kłębka. Tych nici jest znacznie więcej i podążają w rozmaitych kierunkach czesto krzyżując się ze sobą i tworząc rozmaicie splątane węzły. Kiedy przyglądać im się z bliska widzi się jedynie chaos i to zniechęca. Można jednak popatrzeć na to inaczej. Można spojrzeć z lotu ptaka, z orbity okołoziemskiej czy wreszcie z samego środka wszechświata i wówczas może się okazać, że ten chaotyczny splot, te krzyżujące się nici tworzą misterną tkaninę z której utkana jest jakaś wyższa inteligencja, porządek którego, gdy patrzeć na niego z bliska kompletnie nie dostrzegamy. I dopiero wtedy można dostrzec sens wszystkiego i znaleźć odpowiedź na pytania, które bezradnie schną dziś na ugorze argumentów. I każdy z nas ma w tym swoją wlasną rolę do odegrania.

Na zdjęciach: Oryginalni mieszkańcy Brytanii mieli ciemną skórę, ciemne włosy i błękitne oczy. Beakersi byli biali jak wynika z rekonstrukcji szczątków jedej z kobiet Beakersów pochowanej w Wlk Brytanii.

Alternatywna historia

Żeglując w mozaice mikroskopijnych karaibskich wysepek zwanych Grenadynami dopłynęliśmy w końcu do jednej z nich o nazwie Mayreau. Jest ona najmniejsza w całym archipelagu wśród tych, na których mieszkają ludzie. Wąski spłachetek piasku (ma zaledwie półtorej mili kwadratowej powierzchni) z wypiętrzonym w jej centrum stromym wulkanicznym z pochodzenia wzgórzem daje schronienie maleńkiej wiosce lokalnych rybaków, której do tej pory nikt nie nadał nazwy. Powód tego wydaje się być oczywisty, gdy zobaczy się ją na własne oczy (każdy ciekawy musi to sprawdzić osobiście). Mayreau w całości porośnięta jest zdziczałym buszem, w którym stołowały się sfory strasznie wychudzonych kóz. Na szczycie góry zbudowano niewielki katolicki kościół pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. Podobno jest to najstarszy kościół na Karaibach i zastanawia dlaczego został zbudowany właśnie tu – gdzie żyje zaledwie garstka ludzi (dziś jest to 270 osób) z trudnością wiążąca koniec z końcem. Z miejsca, gdzie przycupnął kościółek rozciąga się przepiękny widok na kilka innych wysp archipelagu, wsród których najbliższe były Tobago Cays i Union – ostatnia Grenadyna należąca do St. Vincent. Resztę z nich terytorialnie przyznano Grenadzie. Wyspa Mayreau jest z pewnością w nienachalny sposób malownicza – można nawet powiedzieć, że swoją urodą utrzymuje zatrważającą karaibską równowagę. Stanowi też naturalny magnes dla żeglarzy. To dzięki nim na Mayreau ludziom żyje się znacznie dostatniej niż kiedyś a apetyt turystów na miejscowa langustę napędza lokalną ekonomię.

Nasz katamaran śmiało lawirował pomiędzy zakotwiczonymi w malowniczej zatoczce jachtami. Udało nam się zająć pierwszorzędne miejsce z widokiem na plażę, palmy i… morze po drugiej stronie wyspy. Mayreau w tym miejscu nie miała więcej niż 100 m szerokości. O ile w zatoce w której staliśmy woda była olśniewająco i błękitnie spokojna to po drugiej stronie fale pieniły się groźnie, wskazując miejsce spoczynku sporej rafy koralowej. Wśród łodzi stojących w zatoce szczególnie jedna przyciągała wzrok. Przede wszystkim stała tuż za nami i nie sposób było ją zignorować a poza tym była najprawdziwszą łodzią Wikingów! Całkowicie drewniana, wskazywała na ogromny kunszt szkutników, którzy ja zbudowali. Każdy element i detal idealnie do siebie pasował, pieczołowicie wydobyty wprawną ręką z bezkształtnego kawałka drewna. Znakomita część wyposażenia była również drewniana. Drewniane bloczki i knagi przyciągały wzrok swoją prostotą a zarazem praktycznością. Nawet liny skręcono starym sposobem z konopi, bo nie przypominały niczego, co można dostać we współczesnym sklepie żeglarskim. Prawdziwe żeglarskie cacko.

Nad łodzią dumnie powiewała spłowiała od słońca duńska banderka wskazując miejsce z którego przypłynęła łódka. Gdy tak patrzyliśmy na nią w zachwycie, z jej wnętrza – jakby wywołany naszym natarczywym spojrzeniem – wyłonił się żeglarz. Pasował do swojej łodzi idealnie. Szczupły, wysoki, brodaty blondyn, okazał się być młodym Duńczykiem. Jego niebezpiecznie czerwona opalenizna spod której porcelanowo łypały białka oczu i pozostawiona siłom natury bujna czupryna wskazywały, że dawno już nie odwiedzał ojczyzny Hamleta. Wyglądał jak Ragnar Lothbrok, postać historyczna i bohater niezmiernie popularnego serialu fabularnego “Wikingowie”. Potomek prawdziwych odkrywców Ameryki. Wymieniliśmy uprzejmości a uśmiechnięty Wiking wyznał, że przypłynął tu 7 miesięcy temu i tak naprawdę nigdzie mu się nie spieszy. Zapytany kiedy rusza w dalszy rejs zamyślił się chwilę i nieprzekonywująco odparł, że może za trzy miesiące.

Wikingowie – oględnie rzecz ujmując – mają niezbyt dobrą reputacje w historii, na którą mocno sobie zasłużyli oddając się piractwu, rabunkom i plądrowaniu wszystkiego na co natrafili wędrując wśród morskich wybrzeży. Wspomniany już serial “Wikingowie” obraz ten tylko umocnił zwłaszcza, że nie powstał on w fikcyjnej i pozbawionej realności historycznej próżni. Jego autorzy drobiazgowo zadbali o to, aby nie tylko nie rozjeżdżać się za mocno z historyczną prawdą, ale także aby każdy element wikińskiej kultury, ubioru czy wyposażenia również odpowiadał temu, co wiemy o nich z historii. Jest to więc rzadki przypadek, gdzie atrakcyjnie opowiedziana historia ma spore walory edukacyjne. Wikingowie to przede wszystkim żeglarze a okręty jakie budowali były w samym centrum tej niezwyklej kultury. Bez okrętów po prostu nie ma Wikingów. To one pozwalały im przemieszczać się w odległe zakątki Ziemi – nie tylko na Morzu Bałtyckim, ale także Śródziemnym, po północnym Atlantyku, do Grenlandii by wreszcie w konsekwencji dotrzeć do Ameryki. Całe 500 lat przed Kolumbem.

Wydawałoby się, że odkrycie takie powinno zostać przyjęte z należytą pompą i entuzjazmem. Naukowcy jednak upewniają nas, że kontynent amerykański był skutecznie odcięty od reszty świata, zanim nie dotarł do niego Krzysztof Kolumb. Od jakiegoś czasu teoria ta jednak chwieje się mocno w posadach, bo mapa na której zaznaczono wybrzeże Ameryki na długo przed przybyciem tam Kolumba została kilka lat temu uznana za prawdziwą. Chodzi tu o mapę Vinlandii, krainy opisanej w sagach, do której dotarli Wikingowie a która bez wątpienia była wybrzeżem Ameryki Północnej. Przez wiele lat trwała batalia o autentyczność mapy i ostatecznie eksperci historyczni i kartograficzni z duńskiej Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych uznali, że mapa jest prawdziwa! Mapę Vinlandii umieszczono w XV-wiecznej księdze “Hystoria Tartarorum” (“Historia Tatarów”) skopiowanej w 1445 r. na zamówienie jednego z kościołów w Bazylei a spisanej w XIII w. przez franciszkanina Benedictusa Polonusa spod Wrocławia. Księga jest jego relacją z podróży poselstwa papieskiego na dwór Wielkiego Chana Gujuka, najstarszego syna Czyngiz-chana.

Mapa zawarta w księdze obejmuje cały znany wówczas świat. Narysowano ją co prawda w XV w., ale była ona kopią innej mapy jaką stworzono 200 lat wcześniej. Zaznaczona jest tam także część wschodniego wybrzeża dzisiejszego USA. Nazwano to miejsce Vinilanda Insula i obejmuje ona obszar od dzisiejszego stanu Maine aż po Południową Karolinę, sięgając wgłąb lądu po Pensylwanię z zaznaczoną rzeką Sasquahana. Mapa musiała powstawać latami, bo trudno sobie wyobrazić aby stworzono ją podczas jednej wyprawy. Obejmuje ona ogromny obszar, co w przypadku Vinlandii pokazuje, że Wikingowie nie natrafili na Amerykę przypadkiem a kontynent był przez setki lat przedmiotem ich ekspansji i eksploracji. Sama mapa Vinlandii wygląda także na kompilację innych map powstałych około pierwszego millenium naszej ery.

Taką podroż do Vinlandii opisuje słynna saga Leifa Eriksona i ocenia się, że dotarł on do Ameryki ok. roku 1001. 75 lat później niemiecki kartograf Adam z Bremy pisał o odkryciu Eriksona w swoim dziele “Descriptio Insularum Aquilonis (“Opis wysp północnych”). Wspomniał on o Vinlandii wyjaśniając, że przyczyną nadania takiej nazwy były winne grona z których robiono doskonałe wino. O Vinlandii piszą także dwie inne skandynawskie sagi: Saga Eryka Rudego i Saga Grenlandczyków, gdzie Vinlandię umiejscawia się na południe od Hellulandu – uznawanego dziś za Wyspę Baffina i Marklandu – czyli Labradoru. Na Labradorze prowadzi się obecnie badania archeologiczne w osadzie L’Anse aux Meadows, którą bez wątpienia założyli Wikingowie, co samo w sobie powinno być ostatecznym dowodem na ich amerykańskie wyprawy.

“Hystoria Tartarorum” zaginęła na 500 lat w jakiejś prywatnej kolekcji aby trafić w ręce amerykańskiego antykwariusza Laurance Wittena. Był on absolwentem sławetnego uniwersytetu Yale i zaoferował, że odsprzeda księgę swojej Alma Mater. Cena jaką zaproponował przekroczyła jednak możliwości finansowe uczelni, ale inny jej absolwent – miliarder Paul Mellon zgodził się pokryć koszty jej nabycia pod warunkiem, że potwierdzona zostanie autentyczność księgi. Wolumin poddano szczegółowym badaniom, które przez trzy lata prowadziło dwóch brytyjskich specjalistów z z londyńskiego British Museum. W 1965 r. uznali, że księga a wraz z nią mapa Vinlandii jest autentyczna. Mellon wypłacił należną kwotę i księga znajduje się po dziś dzień w bibliotece uczelni ubezpieczona na 25 mln. dolarów.

Wydawało się, że w tym momencie przyznanie palmy pierwszeństwa w odkryciu Ameryki Wikingom jest już tylko formalnością. Autentyczność księgi i mapy potwierdzili przecież najwybitniejsi światowi eksperci. Tymczasem reakcję amerykańskich historyków porównać można było do wściekłości z jaka Ragnar i jego ziomkowie traktowali swoich wrogów. Uznali oni niemalże jednogłośnie, że mapa jest oszustwem bez przedstawienia na to najmniejszego skrawka konkretnego dowodu. Kolumb był wg nich w Ameryce pierwszy – koniec, kropka. Taki sam atak przypuszczono na odkrycia archeologiczne Helge Ingstad na Labradorze, gdzie od kilku lat powoli wyłaniała się z ziemi wioska Wikingów L’Anse aux Meadow. Fizyczne artefakty potwierdzały skandynawskie pochodzenie osady, ale historycy upierali się, że nawet jeśli założyli ją Wikingowie to jest ona w zbyt mizernej postaci aby mieć jakiekolwiek znaczenie. Na koniec naukowcy zażądali aby “Hystoria Tartarorum” została ponownie zbadana.

Pięć lat później badania księgi przeprowadził Walter McCrone – forensyk kryminalny – i w pobranych mikropróbkach tuszu, którym rysowano mapę znalazł on ślady dwutlenku tytanu. Forma w której ten składnik chemiczny był użyty wskazywała na technologię stosowaną do jego wytworzenia znaną od lat 20-tych zeszłego wieku. Historycy na taką ekspertyzę zawyli z zachwytu. Postawili na swoim i na 15 lat zamknęli usta wszystkim, którzy widzieli w Wikingach prawdziwych odkrywców Ameryki. W 1987 r. mapę zbadała jeszcze jedna grupa forensyków, tym razem z University of California. Do badania zastosowano promieniowanie roentgenowskie i okazało się, że dwutlenek tytanu rzeczywiście jest w tuszu, ale w śladowych ilościach. Badania prowadził dr Thomas Cahill, który o swoich wynikach poinformował poprzednią badającą księgę ekipę. Technologia jaką zastosowano 15 lat później do badania woluminu pozwalała na bardzo precyzyjne i detaliczne badania. McCrone natychmiast spotkał się kalifornijskimi naukowcami i wspólnie zbadali kolejne próbki. Doszli oni do wniosku, że minimalna ilość dwutlenku tytanu pochodziła z żelatyny, którą stosowano do zagęszczania tuszu w średniowieczu i jeśli była ona przechowywana lub mieszana w kamiennym naczyniu, śladowe ilości dwutlenku tytanu mogły dostać się do inkaustu. Ta wiadomość znów wysłała księgę na koniec średniowiecza, ale nie był to koniec jej przygód.

W 2004 r. duńska Akademia Sztuk Pięknych z dr Rene Larsenem na czele przeprowadziła nad mapą Vinlandii najdokładniejsze i zakrojone na ogromną skalę badania. Mapę badali chemicy, kartografowie, historycy i naukowcy z wielu specjalności. Zajęło to aż 5 lat. W toku tych badań okazało się, że wszystkie poprzednie testy nie były wystarczająco dokładne. Stwierdzono wówczas, że źródłem nieszczęsnego dwutlenku tytanu wcale nie była żelatyna a piasek, którym osuszano świeżo namalowany rysunki lub litery. Składnik ten w podobnej formie znaleziono w wielu innych średniowiecznych księgach. Duńczycy znaleźli także korytarze wygryzione w księdze prze korniki – podobne jak w innych księgach z tamtego czasu. Żaden historyk biorąc pod uwagę wyniki tych badań nie był już w stanie podważyć palmy pierwszeństwa Wikingów w odkryciu nowego lądu mimo to, zapewne jeszcze długo trzeba będzie poczekać aż taka informacja trafi do szkolnych podręczników. Wielu pełnych pasji krytyków mapy Vinlandii wciąż zajmuje wysokie stanowiska w amerykańskim systemie edukacyjnym i ich fideistyczna zatrata jest ostatnią barierą jaką po tysiącu lat musza pokonać Wikingowie aby znaleźć dla siebie właściwe miejsce w pełnej znużenia historii naszego globu.

Tymczasem zaledwie w zeszłym roku na trawersie nowojorskiego Battery Park pojawił się prawdziwy wikiński draken! We wrześniu 2016 r. przypłynęła do Ameryki największa (115 ft) replika łodzi Wikingów, jaką do tej pory udało się zbudować. Okręt o nazwie “Draken Harald Hårfagre”, wyruszył w kwietniu 2016 r. z norweskiego Haugesund i odwiedził po drodze nie tylko Nowy Jork, ale także amerykańskie i kanadyjskie porty na Wielkich Jeziorach. Łódź wraz z norweską załogą entuzjastów przeżyła potężne sztormy i spotkania z górami lodowymi by drogą Leifa Eriksona dotrzeć do Ameryki i symbolicznie postawić kropkę nad “i”, udowadniając że ich przodkowie byli w stanie dokonać takich podróży ponad tysiąc lat temu.

Znacznie skromniejsza łódź Wikingów z wyspy Mayreau nie powinna w tym świetle budzić zdziwienia. W końcu aby dotrzeć na Karaiby musiała pokonać z Danii szmat drogi, co rodzi podejrzenia, że być może Karaiby również nie były Wikingom obce. Należąca obecnie do USA wyspa St. Croix, była kiedyś własnością duńskich królów, przekazaną temu krajowi przez zakon…. Kawalerów Maltańskich – spadkobierców słynnych i tajemniczych Templariuszy! Do dziś na St. Croix wciąż znajduje się w pełni funkcjonująca stanica niegdyś rycerzy zakonników, legendarnych Krzyżowców, z których wielu miało skandynawskie pochodzenie. “Naszemu” Wikingowi mimo siedmiomiesięcznego pobytu na wyspie jakoś nie udało się wtopić w tłum krajowców i wyraźnie od nich odstawał swoją bujną blond czupryną. Spotkaliśmy go jeszcze wieczorem w nadbrzeżnym barze, gdzie małymi łyczkami popijał drinka i słuchał muzyki zaciągając sie od czasu do czasu miejscowym ziołem. Dzień później opuściliśmy gościnne Mayreau. Wiking, który zapewne żył w rytm lokalnego czasu nie pojawił się na pokładzie kiedy wyciągaliśmy kotwicę. Jakiś czas odprowadzaliśmy wzrokiem spokojnie kołyszącą się na wodzie drewnianą łódź. Wikingowie, byli ludźmi dla których najcenniejsze było nie złoto, które i tak rabowali gdzie się da, ale ich osobista wolność. Cenili ją ponad wszystko, gardząc tymi, którzy akceptowali życie pod butem innych. Nasz Wiking bez wątpienia wyznawał te same wartości, decydując się na życie na marginesie świata. Dlatego od czasu do czasu jego obraz pojawia się gdzieś w zakamarkach pamięci, nawołując do dezercji z naszej coraz bardziej skomplikowanej cywilizacji

Alternatywna historia

Czasami sceny, które zazwyczaj ogląda się w filmach z Hollywood zdarzają się w realnym życiu. Kiedy Clark razem z Inez przygotowywali się do niebezpiecznego spływu wśród wodospadów Pongo, nagle ich zdumionym oczom ukazał się lądujący na rzece hydroplan. Baron von Wolfenegg pojawił się niemalże w ostatniej chwili dotrzymując słowa Inez, że powróci by jej pomóc. Podroż do stóp Andów trwała dzięki temu znacznie krócej i była łlatwiejsza niż planowano. Inez pożegnała rycerskiego barona i dwójka śmiałków zaczęła wspinać się w coraz bardziej strome góry. Co jakiś czas napotykano Indian Aguaruna, którzy jak Jivaro byli łowcami głów, ale Inez znała ich dialekt i szybko znajdowano porozumienie. Indianie zaskoczeni tym że biała kobieta zna ich język obdarowywali ich jedzeniem i nawet chcieli podarować jej spreparowane czaszki, ale Inez z wdziękiem odmówiła przyjęcia prezentu.

27 Listopada dotarli do miejsca zwanego Jaén de Bracamoros, gdzie znaleźli dawno opuszczone fortyfikacje. Clark doszedł do wniosku, że musiały to być umocnienia zbudowane jeszcze przez konkwiatadorów kilkaset lat wcześniej, którzy chronili się tu przed zatrutymia strzałami Indian Jivaro. Znaleziono kanał dostarczający wodę a także pasy wysypanego żwiru wskazujące, że ktoś przesiewał go w poszukiwaniu złota. Plaża na brzegi rzeki skrzyła się od złotego piasku. Indiańskie kobiety przechadzały się po plaży zbierając bryłki złota jak gdyby to byly grzyby w lesie. Clark nie zwlekając sam zaczął je zbierać i wkrótce miał w kieszeniach ponad kilogram kruszcu! Był już pewien, że odnalazł swoje El Dorado! Następnego dnia sprzedał Indianom wszystko co miał: od brzytwy do golenia po ekstra amunicję i zamienił na wypełnione złotem bambusowe tuby.

2 grudnia Clark razem z Inez wyruszyli wreszcie w powrotną drogę. Na andyjskim płaskowyżu kupili konie bo czas zaczął odgrywać istotną rolę. Musieli przejść przez Andy bo inaczej wiosną następnego roku znaleziono by tylko ich kości. Żywili się wężami i tylko raz udało się Clarkowi ustrzelić jelenia. Zjedli też niedźwiedzia, którego Clark zabił maczetą. Konie i muły zaczęły okazywać coraz większe oznaki skrajnego wyczerpania i zaczęły odmawiać posluszeństwa. Clark musiał je pozostawić na płaskowyżu, zakopał kilka tub ze złotem i z resztą tub na plecach ruszył w dalszą drogę. Inez znalazła po drodze dwa mlłode oceloty. Ze sznura zrobila im smycze i prowadzila je przed sobą a zwierzętom wyraźnie to nie przeszkadzało. Kiedy dotarli śmiertelnie znużeni do niewielkiego, górskiego miasteczka Bellavista usnęli kamiennym snem na progu stajni dla mułów: Inez, Clark i dwa oceloty.

Znów uśmiechnęło się do nich szczęście. Nadjechał autobus który zabrał ich do Quito. Tam rozstali się. Inez poleciała do Londynu utrzymując, że znalezione złoto należy do kartelu dla którego pracowała. Clark ze złotem poleciałl do San Francisco. Nie mógl sprzedać złota oficjalnie bo pochodziło z terenów spornych i żaden kantor by go nie kupił. Znalazł się jednak broker, który zaplacił Clarkowi 16 tys. dolarów i obiecał drugie tyle gdy sprzeda złoto swoim kolegom. Następnego dnia Clark odkrył, że broker porannym samolotem poleciał do Kolumbii i słuch po nim zaginął. Clarkowi nie zostalo nic więcej jak wysłać połowę zarobku Inez do Londynu co zrobił i już w domu zaczął pisać swoje wspomnienia pt. “Rivers Ran East” (“Rzeki płyną na wschód”). Książka została wydana i spotkała się z dużym zainteresowaniem. Zarobił na niej więcej niż na przywiezionym z takim trudem złocie. Nigdy już nie wrócil do El Dorado.

Książka “Włóczęga az do śmierci” okazała się dla niego prorocza. W 1957 ruszył znow na poszukiwanie złota – tym razem nad rzekę Rio Caroni w Wenezueli. Poszedł w dżunglę i nikt go już wiecej nie zobaczył. Niektórzy uważają, że zmarł na malarię. Inni, że jego szczęście skończyło się i został w dżungli zabity przez Indian.

Inez Pokorny również zniknęła. Podobno przeprowadziła się do Nowego Jorku i tam zmarła w 1978 r., ale nikt tego nie wie na pewno. Złoty kartel dla którego pracowała nigdy nie ogłosił, że wydobywa złoto z El Dorado i kto wie – może nadal wydobywa je w tajemnicy przed światem.

koniec

Alternatywna historia

Po wyjeździe Mendozy Clark musiał radzić sobie sam, ale szczęście mu sprzyjało. Poznany przypadkowo lokalny dowódca armii peruwiańskiej zaprosił go na pokład swojego hydroplanu, który leciał do “Perły dżungli” – Iquitos. Clark miał tam sobie załatwić oficjalne pozwolenie na zbadanie dżungli wzdłóż rzeki Marañón do miejsca, gdzie na mapie ojca Salinasa zaznaczono El Dorado. W Iquitos wreszcie mógł odpocząć po trudach przedzierania się przez tropikalny las. Było to pierwsze, w pełni cywilizowane miejsce od czasu gdy opuścił Limę. Jego podanie o pozwolenie na zbadanie dżungli zostało jednak – ku zaskoczeniu Clarka – odrzucone. Miejsce znajdowało się na pograniczu Peru i Ekwadoru a w ostatnim czasie kraje te nie miały ze sobą najlepszych stosunków i coraz częściej mówiło się o wojnie. Clark zwrócił się z prośbą o mediację do amerykańskiego konsula w Iquitos – Lewisa Gallardy. Gallardy wedział dokładnie jakich użyć znajomości, żeby takie pozwolenie zostało wydane. Clark zaimponował mu swoją wojenną przeszłością i służbą dla OSS. Na pożegnanie Gallardy przekazał mu nawet list polecający do kilku znajomych biznesmenów z miejscowości Borja, nad brzegiem rzeki Marañón. W Iquitos Clark zamieszkał w luksusowym hotelu Malecon Palace.

Po wyjeżdzie Mendozy Clark potrzebował tłumacza i korzystając ze znajomości amerykańskiego konsula zaczął poszukiwania odpowiedniej osoby. Jednym z jego rozmowców byl Anglik – Ian Rokes. Rokes przedstawił Clarkowi kobietę – Inez Pokorny – która w jego mniemaniu byłaby doskonałym partnerem podróży Clarka. Inez była młodą i piękną Amerykanką. Od ośmiu miesięcy wędrowała przez dorzecze Amazonki i nikt dokladnie nie znał celu jej podróży. W opinii wielu byla ekscentryczną poszukiwaczką przygód. Clark nie byl zachwycony taką propozycją obawiając się. że piękna kobieta nie sprosta trudom i niebezpieczeństwom przedzierania się przez dżunglę. Za to Inez zapaliła się do tej propozycji. Clark jednak kategorycznie jej odmówił. Parowiec należący do Flamingo Oil Company, na ktory kupił bilet miał odpłynąć następnego dnia o świcie. Jakież było jego zdumienie, gdy o umówionej godzinie pojawił się na nadbrzeżu i okazało się tam, że statek odpłynął bez niego! Wściekły zastanawiał się co robić, gdy pojawiła sie przed nim uśmiechnięta Inez. Miała w Iquitos przyjaciela, ktorym był austriacki arystokrata baron Walter Frass von Wolfenegg. Posiadał on solidną łódź motorową “La Patria” i gotów był popłynąć z Inez choćby na koniec świata. Inez zaoferowała Clarkowi wspólną podróż razem z baronem w górę rzeki do Borja. Clark nie miał wyjścia i musiał zgodzić się na współpracę i wspólny rejs. Nie żałował tej decyzji. Inez Pokorny okazała się nie tylko znakomitym kompanem podróży, ale także kompetentnym żeglarzem, świetnym wędkarzem i doskonałym strzelcem. Niewielka ekspedycja powoli zbliżała się krętą rzeką w stronę Marañón. Nieoczekiwanie dla wszystkich silnik na łodzi zaczął się krztusić i wreszcie przestał pracować. Uszkodzenie okazało się poważne i załoga “La Patrii nie zdołała go naprawić o wlasnych siłach. Trzeba było przybić do brzegu i czekać na najbliższy przepływający statek.

Jeszcze tego samego dnia w prowizorycznym obozie pojawił się konno lokalny właściciel ziemski. Był to starszy, elegancki człowiek przedstawiający się jako Don Garcia. Zaprosił wszystkich do swojego domu. Kilka dni póżniej załoga “La Patrii” zameldowala baronowi von Wolfenegg, że na brzegiu dostrzeżono Indian Jivaro. Jivaro byli łowcami głów i załoga była bliska paniki. Baron zdecydował, że spłynie z prądem rzeki z powrotem do Iquitos i tam naprawi łódź. Clark nalegał, żeby zabrał ze sobą Inez, ale Amerykanka stanowczo odmówiła – czym Clark wcale nie byl zaskoczony. Byl akurat piątek, trzynastego, kiedy łodź barona odbiła od brzegu a Inez i Clark machali mu na pożegnanie z werandy domu Don Garcii. Gdy “La Patria” zniknęła za pierwszym meandrem rzeki Clark wynająl od plantatora niewielką łodź z dwoma wioślarzami i wraz z Inez wyruszyli w górę rzeki. Don Garcia był pewien, że nie zobaczy już więcej ani barona ani swojej łodzi, ani pary szalonych Amerykanów. Jego przeczucia niemalże się sprawdziły. Kilka dni później w środku nocy coś obudziło Clarka. Instynkt doświadczonego żołnierza działał bez zarzutu. Gdy otworzył oczy w blasku dogasającego ogniska dostrzegł zbliżającego się do jego twarzy węża. Był to jadowity nacanaca. Clark wyszeptał imię Inez i ta natychmiast się obudziła . Od razu zobaczyła węża przy twarzy Clarka i powoli sięgnęła po Colta. Wąż musiał wyczuć jakieś zagrożenie i nagle trysnął fontanną jadu prosto w twarz Clarki poczym wbił swoje jadowite zęby w jego kark. Inez wystrzelila i zabiła węża. Śmiercionośna rana została jednak już zadana. Tymczasem Clark powoli zapadał się w wywołane jadem delirium. Zerwani ze snu wystrzałem rewolweru wioślarze Don Garcii byli Indianami Cocama. Kiedy zobaczyli zabitego weża i ranę na karku Clarka w milczeniu zaczęli przygotowywać ziołowy okład. Okład prawdopodobnie uratował Clarkowi życie, ale kiedy nastał dzień półprzytomny od jadu Clark zdał sobie sprawę że oślepł.

Kiedy po kilku dniach ocknął się z gorączki poczuł, że leży na dnie płynącej łodzi. Zawołał Inez i zapytał dokąd płyną. Inez uspokoila go, że nadal trzymają się planu i płyną w górę rzeki do Borja. Nie była to łatwa podróż. Rwąca rzeka wywróciła łodź dnem do gory. Pasażerowie, łącznie ze ślepym Clarkiem zdołali jednak doholować ją do brzegu, wylać wodę i płynąć dalej. Innym razem jeden z Indian Jivaro zaczął zbyt natarczywie zalecać się do Inez, ale ta delikatnie wyglądająca kobieta szybko dała sobie z nim radę. Tymczasem Clark powoli zacząl odzyskiwać wzrok. Po prawie dwóch tygodniach żmudnego wiosłowania w górę rzeki dotarli do niewielkiej chaty stojącej na brzegu rzeki. Mieszkał w niej plantator Miguel Rojas, którego żoną była Indianka Jivaro. Dwóch wioślarzy Cocoma nie pytając nikogo o zdanie uznało, że dotarło do celu podróży i zniknęli bez pożegnania w dżungli. Tymczasem okazało się, że Rojas był właścicielem motorówki i za niewielką opłatą zgodził się dociągnąć łodź podróżników do Borja. W rzece zauważyli płynącą obok ich łodzi zygzakiem wielką anakondę. Anakonda nie jest jadowitym wężem, ale krajowcy unikali jej jak ognia. Wąż czesto w idelnej ciszy podpływał do niewielkiej dłubanki indiańskich rybaków i chwytał w potężny pysk jednego z nich. Następnie wciągał go głęboko pod wodę i czekal aż nieszczęśnik przestanie walczyć i wyzionie ducha – wtedy wąż spokojnie mógł się nim posilić. Anakonda na lądzie była równie niebezpieczna. Jej glowa jest niezwykle twarda i wąż potrafi zadać nią niczego niespodziewającemu się człowiekowi ogłuszający cios. Podczas, gdy ten leżał nieprzytomny na ziemi, anakonda owijała go swoim potężnym ciałem i łamala kości, żeby łatwiej jej było połknąć swoją zdobycz.

Dzięki opiece Inez Pokorny Clark powoli odzyskiwał siły i wzrok. Był wdzięczny losowi za tak dobrą i troskliwą towarzyszkę podróży. W Borja postanowił wyznać jej prawdziwy cel swojej podróży i pokazał mapę jaką w Limie kupił od Maldonaldo. Opowiedział jej historię konkwistadorów, którzy wg niego prawdopodobnie wielokrotnie odwiedzali El Dorado, w tajemnicy przywożąc stamtąd złoto. Inez słuchała go w milczeniu i Clark był pewien, czy za chwilę nie powie mu że ma gorączkę i że jeszcze nie doszedł do siebie po ukąszeniu przez nacanaca. Tymczasem stalo się zupełnie coś innego. Inez cicho powiedziala mu, że wcale nie jest szaloną turystką i jest w amazońskiej dżungli, bo szuka złota…

Inez Pokorny okazala się być wysłanniczką kartelu zwanego National Gold Bearing Society, które miało swoją siedzibę w Londynie. Szukała tego złota od 1945 r, ucząc się hiszpańskiego i miejscowych narzeczy indianskich. Kiedy Clark pokazał jej list polecający od amerykańskiego konsula, wśród nazwisk Inez rozpoznała kilka, reprezentujących jej złoty kartel w Londynie. Rezydowali oni w Borja bo miejscowi Indianie co jakiś czas przynosili z dżungli wydrążone łodygi bambusa wypełnione złotymi bryłkami. Gold Bearing Society skupowało to złoto i próbowało dowiedzieć się skąd Indianie go przynoszą. W Borja stacjonował niewielki garnizon wojskowy. Kilka dni po przybyciu Clarka do miasta jeden z peruwiańskich żołnierzy przyniósł mu oficjalny dokument unieważniający jego pozwolenie na eksplorację regionu Marañón. Clark miał do wyboru, powrot do Iquitos i ponowną próbę załatwienia dokumentu, albo dalszą drogę bez permitu, przez co stawał się w oczach peruwiańskich władz przestępcą i musiałby wracać przez Ekwador, żeby uniknąć konsekwencji. Jad węża wciąż jeszcze mocno dawał znać o sobie i zapewne wspomógł desperacką decyzję Clarka, aby jednak ruszyć w poszukiwanie El Dorado, które wydawało się być już tak blisko. Inez też nie zamierzala wracac do Iquitos i para podróżników, będąca od jakiegoś czasu pod obserwacją peruwiańskich żołnierzy wymknęla się niezauważona przez nikogo o świcie 28 października, ruszając przez kipiące od wody wodospady Pongo de Manseriche. Zaczynała się pora deszczowa a oszalała od nadmiaru wody rzeka wydawała się nie do przebycia.

Alternatywna historia

Pierwszy artykuł w tym roku poświęcony był historii przygód poszukiwaczy zaginionego miasta. Cieszę się, że ta historia się spodobała i doszedłem do wniosku, że może to dobry początek cyklu “przygodowego”, w którym mniej bedzie poważnych pytań o naturę zjawisk niewyjaśnionych a więcej opowieści o ludziach dręczonych jakąś obsesją czy zwykłym instynktem przetrwania. Zatem dziś kolejna opowieść…

Ze strzępów rozmaitych dokumentów historycznych wynika, że kapitan Robert Rogers był założycielem oddziału najemników, zwanych Rogers’ Rangers. Początkowo oddział składał się z chłopów, pastuchów i handlarzy z małych miasteczek Nowej Anglii. Na początku 1750 r. Rogers zaczął ich szkolić, ucząc walki i taktyki, której sam nauczył się u Indian. Pokazywal im jak tropić, jak ustawiać zasadzki, jak dokonywać nagłych ataków i jak przetrwać w rozmaitych, ciężkich warunkach. Rogers wynajmował swoich Rangersów armi brytyjskiej walcząc w wojnach z Francuzami a później z Indianami. Ich zadaniem był zwiad i ataki dywersyjne na siły wroga.

Mimo, że technicznie uznawano ich za żołnierzy, Rangersi odrzucali reguły, stopnie wojskowe i mundury. Byli uznawani za żołnierzy fortuny a niektórzy widzieli w nich po prostu płatnych morderców, głównie dlatego, że Rogers pozwalał im zdzierać skalpy, rabować wioski i obozy. Są jednak także i tacy, którzy widzą w oddziale Rogersa bohaterów tamtych czasów.

Rogers urodzil się 7 listopada, 1731 r. w Methuen, w stanie Massachusetts. Już jako nastolatek zgłosił się na ochotnika jako zwiadowca podczas konfliktów pomiędzy osadnikami i Indianami. To od tych Indian Rogers nauczył się jak być niewidzialny w lesie, jak stosować kamuflaż, nauczył się odwagi a przede wszystkim jak przetrwać – umiejętność, która wielokrotnie mu się przydała, kiedy został dowódcą Rangersów. Jednostka ta mimo wielu kontrowersji jakie ją otaczały uznawana jest za pierwszych komandosów tworzącego się USA.

Wojnę jak trwała wówczas w Ameryce prowadziła Francja, jej kanadyjskie kolonie i wiele indiańskich plemion, które walczyło z Brytyjczykami. Wywołała ją budowa Fortu Duquesne, który Francuzi wznieśli nieopodal dzisiejszego Pittsburgha w Pennsylwanii. Kolonia z Wirginii wysłała przeciwko nim armię, która miala wyrzucić Francuzów z tych terenów, uważanych wówczas za jej integralną część. Armię prowadził mający zaledwie 22 lata młody porucznik George Washington.

W 1756 r. brytyjski generał William Shirley zdał sobie sprawę, że do walki z Indianami potrzebuje sprawnych i doświadczonych żołnierzy, dlatego zatrudnił 60 osobowy oddział Rogersa, znany już ze swojej odwagi i skuteczności w walce w lesie. Już dwa lata później Rogersa awansowano do stopnia majora a pod jego komendą znajdowalo się 600 ludzi. Wojna powoli nabierała tempa a na granicy pomiędzy dwoma kolonialnymi potęgami było coraz bardziej niespokojnie. Brytyjski generał Jeffrey Amherst dowodził wówczas stojącym na granicy Forcie Ticonderoga i musial odpierać nieustanne ataki sprzymierzonych z Francuzami Indian. Amherst znał Rogersa i jego oddział. Uważał ich za najgorszych łachudrów i łapserdaków na kontynencie a samym Rogersem się brzydził. Nie miał jednak wyjscia. Aby powstrzymać Francuzów i Indian musiał dokonać wypadu na ich pozycje. Jego żołnierze nie byli jednak w stanie wygrać dla niego bitwy poza bezpiecznymi murami fortu. Musiał zwrócić się o pomoc do Rogersa. Kiedy się spotkali, wydał mu rozkaz przekroczenia granicy kanadyjskiej i zaatakowanie dużej wioski Indian Abenaki zwanej św. Franciszek. Rogers mial tam nie ziostawić kamienia na kamieniu. Abenaki byłi niezwykle walecznym i wojowniczym plemieniem. Dokonywali wielu napadów na ameykańskie osady zabijając ludzi albo porywając ich dla okupu. Jezuici próbowali ich nawrócić na chrześcijaństwo od stu lat. Przyniosło to częściowy sukces, bo jeden z nich – Isaac Joques – został przez Abenaków spalony na stosie zaledwie 10 lat wcześniej. Osadnicy uważali, że to własnie Jezuici podżegują Indian do ataku na mieszkająceych po drugiej stronie granicy protestantów. Obowiązkiem gen. Amhersta było chronić poddanych brytyjskiej korony.

W październiku 1759 r. Rangersi Rogersa podeszli na skraj indiańskiej wioski. Było ich 700: 30-tu na koniach, reszta pieszo. W absolutnej ciszy otoczyli wioskę. Kiedy pierwsze promienie słońca zaczęly wynurzać się z dna doliny Rangersi ruszyli do ataku. Zaskoczenie było całkowite. Najemnicy strzałami muszkietu i uderzeniami kolb karabinów łamali wątły opór Indian. Wielu z nich zginęło we śnie. Innych wywleczono z chat i rozstrzelano na miejscu. Wymordowano także kobiety i dzieci. Zabito rownież katolickiego księdza, ktorego znaleziono w niewielkiej kaplicy. Atak trwał zaledwie 20 minut, bo tylko tyle czasu potrzeba było aby zabić wszystkich Indian Abenaki. Ich domostwa podpalono a najemnicy Rogersa zaczęli zdzierać skalpy, ktore sprzedawano później innym plemionom indianskim. Ponad dwudziestu najemników wtargnęło do kaplicy szukając jakiegokolwiek łupu. Okazalo się, że kaplica wcale nie jest miejscem kultu a schowkiem na łupy jakie Abenaki zdobywali w nieustannych wyprawach wojennych przeciwko Amerykanom, a przebywający w środku jezuita prawdopodobnie sam byl zakladnikiem. Rangersi pozbierali złote świeczniki, kielichy i krzyże gdy nagle za ołtarzem dostrzegli sporych rozmiarów metalową figurę. Na chwilę zamarli. Figura przedstawiała Matkę Boską i był zrobiona z czystego srebra. Plotki o Srebrnej Madonnie krążyły po obu stronach granicy od dawna, ale nikt nigdy nie widział figury. Miała ok. metra wysokości a srebro do jej wykonania wydobyto w lokalnych kopalniach Zaskoczenie Rangersów nie trwało jednak długo. Szybko podnieśli figurę z piedestalu i umieścili na jednym z koni.

Tymczasem Rogers osobiście sprawdzał, czy żaden z Indian nie przetrwał masakry. Następnie zebrał swoich żołnierzy i pospiesznie opuszczono wioskę. Kilku Indian wyrwało się z okrążenia i z pewnością zaalarmowało sąsiednie wioski i francuskie wojsko. Szybkim marszem ruszono w kierunku Ticonderogi. Już po dwóch godzinach szybkiego marszu straż tylna zameldowała, że Rangersow ściga armia francuska. Towarzyszyło im setki żądnych zemsty Indian. Wojsko Rogersa bylo zmęczone. Marsz z Ticonderogi zajął im ponad 22 dni i nie mieli szans wymknąć się Francuzom. Rogers, żeby zmylić Francuzow postanowił podzielić swoje siły na dwie części. Pierwsza maszerowała wprost do granicy brytyjskich kolonii. Druga miała podążać w gęsty las, na wschód i dopiero po jakimś czasie skręcić na południe. Łup i srebrna Madonna podążyły z drugą grupą. Francuzi nie dali się zmylić. Mieli wystarczająco dużo sił aby również podzielić się na dwie grupy i osobno dalej ścigać nieprzyjaciół. Już wkrótce dogonili obie grupy i rozgorzała walka. Zmęczeni Rangersi zaczęli padać gęstym trupem. Najbardziej ucierpiała grupa podążająca na wschód. Francuzi wraz z Indianami atakowali ich nieustannie przez dwa dni, nie dając im ani chwili na jedzenie czy sen. Dodatkowo rozpętała się burza śnieżna. Oddział Amerykanów zaczął topnieć w oczach, gdy co chwila odrywały sie od niego grupki dezerterów i znikały w lesie szukając ucieczki na własną rękę. Resztki oddziału dotarły w końcu na skraj jeziora Memphremagog na granicy Quebecku i Vermont. Konie wiozące łup były już bardzo zmęczone i nie chciały iśc dalej. Nie było czasu na chowanie łupu, gdy trzeba było ratować życie. Rangersi porzucili złote lichtarze razem z końmi i zabrali jedynie Srebrną Madonnę. Koń pod jej ciężarem dochodził już do kresu swoich możliwości.

Rangersom udało się przekroczyć granicę i skrajnie wyczerpani ruszyli na południe w stronę rzeki Connecticut. Francuzi nie odpuszczali ani na moment i każdego dnia zabijali kolejnych najemnikow. Oddział topniał w oczach. Do rzeki Connecticut dotarło tylko czterech z nich. Byli nieludzko zmęczeni, bez jedzenia ale za to wciąż mając ze sobą Srebrną Madonnę. Jednym z nich był sierżant Amos Parsons, który nieco znał te tereny. Postanowił zmylić ścigających ich Francuzów. Czworka uciekinierów przekroczyła rzekę i weszła na teren New Hempshire w okolicy dzisiejszego miasteczka Lancaster. Następnie ruszyli w górę rzeki Israel w stronę White Mountains. Plan się powiódł i przez dwa dni uciekinierzy nie mieli żadnego kontaktu z pościgiem. Po następnych dwóch dniach koń niosący Srebrną Madoinnę okulał i miał kłopoty z chodzeniem.

Góry były dzikie, mroźne i nieprzyjazne. Pod śniegiem nie można było znaleźć żadnych jagód a o upolowaniu jakiegoś dzikiego ptaka nie było nawet mowy. Wyczerpani i głodni Rangersi zaczęli ciąć na pasy swoje skórzane koszule z których gotowano zupę. Wreszcie znaleźli miejsce, gdzie wysoko położona nisza w skale dawała poczucie bezpieczeństwa i dachu nad głową. Postanowili odpocząć i powoli odzyskać siły. Zdjęli z konia Srebrną Madonnę i położyli ją pod skalnym nawisem, następnie zarżnęli konia i zjedli go.. na surowo. Najedzeni mogli wreszcie zasnąć – po raz pierwszy od wielu dni.

Tuż przed świtem dwóch Rangersów obudziło się z silnym bólem brzucha. Parsons dostał gorączki i ataku delirium. W ataku szału zaczął czołgać się w stronę Srebrnej Madonny krzycząc, że to ona sprowadziła na nich wszystkie nieszczęścia. Podciągnął figurę do skraju skały i zrzucił w dół. Figura obijała się z łoskotem o skały i wreszcie wpadła z pluskiem do rzeki Israel. Parsons w spokoju patrzył jak woda zamyka się za srebrną rzeżbą a następnie zaczął wyrywać sobie włosy z głowy i z krzykiem rzucił się do lasu. Nigdy więcej nikt już go nie zobaczył.

Trzech pozostałych przy życiu Rangersów walczyło z chorobą przez następne dwa dni. Na trzeci dzień dwóch z nich zmarło. Pozostały przy życiu ruszył w dalszą drogę wzdłóż rzeki Israel. Po dwóch dniach dotarł do niewielkiej osady drwali, gdzie mieszkałlo pięć rodzin. Osadnicy widząc w jak nędznym jest stanie wzięli go pod opiekę. Był półprzytomny przez następne dwa tygodnie i często zrywał się w nocy z krzykiem. Kiedy wreszcie siły zaczęły mu wracać opowiedział osadnikom o masakrze wsi Abenaków, o Srebrnej Madonnie i pościgu Francuzów. Opowiedział tez o chorobie i o tym, że Parsons zrzucil Madonnę ze skały. Krótko potem żołnierz znów zaczął podupadać na zdrowiu. Tym razem psychicznym i nie dało się już z nim nawiązac żadnego kontaktu.

Jeden z drwali znał miejsce o którym opowiadał żołnierz. W kilku wybrali się tam wiosną następnego roku i znaleźli szczątki dwóch ludzi i konia. Zaczęli szukać Madonny, ale nic nie znaleźli. Tego samego roku w lesie niedaleko Jefferson znaleziono oszalałego czlowieka. Był zarośnięty, wynędznialy i brudny. Ze strzępków słów udało sie zrozumieć, że mówi coś o Srebrnej Madonnie. Na plecach niósł worek, w którym okazało się, że była ludzka głowa. Człowiek ten w desperacji żywił się mięsem swojego zmarłego towarzysza i wkróotce sam zmarł. Był to ostatni ślad po grupie Rangersów, która przedzierała się do Vermont przez jezioro Memphramagog. 60 lat póżniej podczas zbierania rzepy nad brzegiem tego jeziora natrafiono na złote lichtarze i talerze, które musieli porzucić uciekający Rangersi. Były to ostatnie ślady po wyprawie na wioskę St Francois.

Co jakiś czas kolejny poszukiwacz skarbów usiłuje ją odnależć. Wiadomo, że nie mógł jej unieść prąd rzeki bo była za ciężka. Oblicza się, że mogła ważyć ok. 100 kg. Prawdopodobnie ciężka figura ugrzęzła w bagnie i leży w tym samym miejscu do dziś, pokrywana każdego dnia kolejną warstwą mułu. Miejsce, gdzie powinna wciąż leżeć znajduje się w pobliżu miasteczka Jefferson w New Hempshire. Jej dzisiejsza wartość w srebrze to nieco ponad 200 tys. dolarów, ale jej wartość historyczna idzie już w miliony. Sama rzeżba nie była odlana z metalu, ale wyryta w wielkiej bryle srebra. I to z tego powodu, poszukiwania Srebrnej Madonny wciąż trwają.

Alternatywna historia

Następnego dnia wyruszono na drugi brzeg rzeki. Po raz pierwszy od kilkuset lat człowiek znów wszedł do miasta Małpiego Króla. Każdy centymetr drogi jaką przebyto musiał być wyrwany dżungli za pomocą maczety. Wreszcie wkroczono do miasta tyle….. że niczego nie zobaczono! Dżungla była tak gęsta, że można bylo zobaczyć jedynie liście i pnie drzew. Na ekranie GPS-a zaznaczono punkty sfotografowane przez LIDAR. Członkowie ekspedycji zachłannie wpatrywali się w miejsce, w którym powinna stać największa piramida w mieście i nikt nie był w stanie niczego dostrzec. Trzeba było przedrzeć się do ściany piramidy, by fizycznie stwierdzić że istnieje, pokryta ziemią i bujną roślinnością. Gdyby taką dżunglę zasadzić w Central Parku na Manhattanie, ktoś w jej wnętrzu nie miałby nawet pojęcia, że jest otoczony drapaczami chmur. Pod stopami znajdowano wiele kamiennych szczątków które były częścią jakichś budowli. Bez wątpienia w tym miejscu stało kiedyś potężne miasto. Wdrapano się na piramidę i nawet na jej szczycie wszystko pokrywał zielony parasol liści wciąż rosnący 30 m ponad głowami ludzi. Pierwszego dnia spędzono w mieście zaledwie godzinę. Żołnierze SAS uważali, że ustawienie obozu jest najważniejsze. Żywność i woda musiały być zabezpieczone, namioty rozstawione a cały teren obozu musiał zostać dokladnie sprawdzony. Jednak przez kolejne dni ekspedycja miała już wystarczającą ilość czasu aby móc dokładniej rozejrzeć się po mieście. Okazało się, że ziemia usłana jest artefaktami, głównie kamiennymi rzeżbami wystającymi z ziemi. Znaleziono przepiękną kamienną głowę jaguara. U podnóża piramidy również wystawały kamienne rzeźby. Na wielkich kamiennych słojach odkryto wyryte tam wizerunki węży, sępów i małp. W innym miejscu z ziemi wyłaniał się wielki kamienny tron ozdobiony figurami zwierząt i hieroglifami. Dokładniejsza penetracja doliny przyniosła następne rewelacje. Odkrywano kolejne elementy architektoniczne, które sprawiały wrażenie, że były zupełnie osobną osadą, żyjącą niezależnie od reszty częścią miasta. Znaleziono aż 19 takich miejsc.

Przez lata wierzono, że jeśli La Ciudad Blanca istnieje naprawdę, to było ono miastem Majów. Jeśli rzeczywiście by się to potwierdziło, to zmieniłoby to pojęcie o wielkości imperium Majów, o którym sądzono, że sięgało maksymalnie aż po Copan. W latach 30-tych La Mosquitię badali naukowcy wysłani przez Smithsonian. Odkryli wiele śladów po dobrze rozwiniętej cywilizacji jaka zajmowała te tereny, ale nie byli w stanie z całą pewnością stwierdzić, że byli to Majowie. Kiedy do miasta Małpiego Króla wkroczyła ekspedycja Elkinsa uczestniczący w wyprawie archeolodzy niemalże natychmiast stwierdzili, że kultura, która zbudowała miasto nie była związana z Majami! Cywilizacja ta z pewnością adaptowała wiele majańskich obyczajów budując piramidy i planując przestrzennie miasto w podobny sposób w jaki robili to Majowie. Odkryto nawet boisko do piłki nożnej, gdzie gra była raczej świętym rytuałem, w którym w nagrodę za wygrany mecz ścinano głowy zwycięzców. Odkryta w mieście kultura z pewnością miała kontakty handlowe z Majami a także prowadziła z nimi wojny, ale nikt nie wiedział kim byli ci ludzie. Archeolodzy ocenili, że miasto zaczęło powstawać ok. 400 r.n.e. Szczyt swojego rozwoju osiągnęło w XII w. by zniknąć z powierzchni ziemi w XVI w. Konkwistadorzy nigdy nie dotarli w to miejsce i tajemnica tego co się stało w mieście i co spowodowało jego opuszczenie trwa do dziś. Kiedy zaczęto odkopywać wystające z ziemi rzeżby okazało się, że był to kiedyś wielki dół w który wrzucono ponad 500 figurek! Mieszkańcy miasta opuszczali to miejsce w pośpiechu i porzucali wszystko, co miało kiedyś dla nich wielkie znaczenie. Rzeźby były w większości połamane. Ich wlaściciele niszczyli je aby uwolnić żyjące w nich duchy a następnie wyszli z miasta. Nikt nigdy nie pojawił się w nim przez 500 lat aż do przybycia ekipy Elkinsa. Douglas Preston stał się człowiekiem, który miał jako pierwszy ogłosić światu to odkrycie.

Sukcesem ekspedycji było także to, że w trakcie dziewięciodniowego pobytu w zaginionym mieście nikt nie ucierpiał. Nikt nie został ukąszony przez węża, nikt też nie zachorował na obrzydliwą tropikalną chorobę. Tak przynajmniej początkowo sądzono. Każdy z uczestników wyprawy był dotkliwie pogryziony przez owady, ale wyglądało na to, że nie jest to nic groźnego. Ciało Douglasa Prestona goiło się szybko oprócz jednego ugryzienia, które jątrzyło i zdawało się powiększać. Lekarz przepisał mu antybiotykli, ale w niczym nie pomagały. Preston pokazał ranę jednemu z fotografów National Geographic, który zrobił jej zdjęcie i rozesłał do kolegów. Wielu z nich wielokrotnie widziało objawy tropikalnych chorób i szybko rozpoznano, że ropiejąca rana jest objawem postępującej leiszmaniozy. Okazało się szybko, że Preston nie był jedynym członkiem grupy, który został zarażony tą chorobą. Dwie trzecie całej ekipy także miało podobne objawy. Zachorowali nawet nawykli do warunków tropikalnej dżungli hondurascy żołnierze. Legenda zaginionego miasta Małpiego Króla mówiła o tym, że każdy kto wejdzie do miasta umrze. Jak się okazało w przestrodze nie było żadnej przesady. Dolina w której leży miasto jest wylęgarnią leiszmaniozy, która jest przenoszona przez małe, kąśliwe muszki. Choroba jest wyleczalna, ale terapia trwa przez wiele lat. Leczeniem chorych członków ekspedycji zajął się amerykanski National Institute of Health, podchodząc do choroby jak do wyzwania naukowego. Z pewnością terapia jaką zastosowano wobec chorych na leiszmaniozę zaowocuje w przyszłości wieloma naukowymi doktoratami. Z tego powodu leczenie (które nadal trwa) jest przeprowadzane za darmo, bo jest częścią poważnych medycznych badań naukowych. Pasożyty, które wywołały chorobę okazały się nieznane współczesnej medycynie, stąd waga i skala badań.

Ciekawa jest także reakcja świata – zwłaszcza naukowego – na odkrycie jakiego dokonano. Archeolodzy byli srodze zawiedzeni, że odkrycia dokonali inżynierowie i poszukiwacze przygód a nie archeolodzy i historycy. Niechętnie mówili o LIDARZE, bo urządzenie jest bardzo drogie i znakomita większość akademickich archeologów nie ma do niego dostępu. Z tego powodu odkrycie zaginionego miasta Małpiego Króla uważane jest przez nich za dokonane w sposób nie fair. Wielu archeologów jest przeciwko używaniu LIDAR do odkryć archeologicznych nawet jeśli nie są w stanie podać jasnego powodu dlaczego tak sądzą. Do tego archeolodzy są grupą ludzi, gdzie króluje polityczna poprawność. Nie można wg nich używać słowa “odkrycie”, bo obraża to uczucia mieszkających w Hondurasie krajowców, którzy zbudowali kiedyś to miasto. Nie można mówić otwarcie o “cywilizacji” bo implikuje to porównania i szukanie przewagi jednych nad innymi. Zamiast cywilizacji używa się słowa “kultura”. Nie można także mówić o zagubionym mieście bo to kojarzy się z archeologią z czasów Indiany Jonesa, gdzie odkryć dokonywali ludzie reprezentujący kolonialne potęgi.

Rząd Hondurasu zakazał uczestnikom ekspedycji zabrania czegokolwiek ze sobą co należało do zaginionego miasta Małpiego Króla. Obecnie prowadzone są tam wykopaliska archeologiczne, głównie w miejscu, gdzie znaleziono setki figurek wotywnych. Połamane rzeżby łączy się ponownie ze sobą w pracowniach archeologicznych, gdzie są zabezpieczane. Trafiają one póżniej do muzeum a niektóre z nich do pałacu prezydenckiego. Wiele z nich wystawiono w galerii budynku ambasady amerykańskiej. Prezydent Hondurasu jest zafascynowany odkryciem. Osobiście odwiedził pracujących tam archeologów a następnie wysłał brygadę swojego najlepszego wojska, żeby oczyściła okoliczny teren z gangów dokonujących nielegalnej wycinki drzew i zabezpieczyła teren. Do tej pory rozkopano zaledwie 200 m2 miasta i jest to zaledwie początek ogromnej pracy, która prawdopodobnie zajmie czas wielu pokoleniom. To, co znaleziono jest zaledwie czubkiem góry lodowej a wiele nowych artefaktów cierpliwie czeka na swoją kolej. To, co my możemy na razie zobaczyć, to film dokumentalny, który jest na etapie produkcji i zostanie pokazany najszybciej za 6 miesięcy. Obecnie do doliny wyruszyła dobrze wyposażona ekspedycja archeologiczna z międzynarodowej organizacji Conservationist International, która będzie badać nieznaną kulturę. Do doliny pojechali także biolodzy, którzy studiują endemiczną faunę i florę, która żyje tu w niezwykłych formach ze względu na odcięcie od świata i jest niespotykana gdzie indziej. W ruinach znaleziono gatunek nietoperza, który żyje wyłącznie w najgłębszych jaskiniach. Oznacza to, że gdześ znajduje się wejście do tych jaskiń a z tego co obecnie wiadomo, mieszkańcy miasta grzebali swoich zmarłych w jaskiniach i wyposażali ich w ostatnią drogę w drogocenne przedmioty. Miasto Małpiego Króla ledwie uchylilo rąbka swoich tajemnic i z pewnością jeszcze nie raz zadziwi swoją niezwykłością.

Alternatywna historia

Samot startował i wracał na wyspę Roatan, gdzie wojsko mógło mieć swój sprzęt pod kontrolą. Każdego dnia przywoził serię nowych zdjęć, które szczegółowo analizowano. 5 maja 2012 r. samolot dokonał serii przelotów na strefą T1. Zdjęcia wysłano do laboratorium w University of Houston, gdzie dokonywano analizy komputerowej uzyskanego materiału. Tego dnia grupa inżynierów, która pracowała przy zdjęciach nieoczekiwanie wpadła w niezwykły entuzjazm. I mieli ku temu powody. Ze zdjęć wynikalo, że w dolinie T1 rzeczywiscie znajduje się nie jeden nienaturalny obiekt, ale całe potężne miasto. Nawet amator mógl dostrzec na zdjęciach budynki, piramidy i drogi. Zaginione miasto, jakkolwiek by się nie nazywało, zostalo wreszcie – bez cienia wątpliwości odkryte. Nikt nie miał pojęcia o jego istnieniu przed 5 maja, 2012 r. – teraz jego istnienie stało się faktem. Ekipa, która miała niezwlocznie wyruszyć we wskazane miejsce byla gotowa do drogi w kilka dni. Życie jednak toczy sie swoimi torami a biurokracja Hondurasu nie ułatwiała zadania. Pierwsza wyprawa do zaginionego miasta mogła wyruszyć w drogę dopiero trzy lata później! Rząd Hondurasu zdawał sobie sprawę z wagi odkrycia, ale nie chciał – z wielu powodow – ułatwiać Amerykanom zadania. Przedstawiciele honduraskiej armii mieli towarzyszyć ekspedycji w drodze przez dżunglę. W 2015 r. ekspedycja wyruszyła do lasu z niewieklkiego miasteczka Catacamas, które kontrolowane było przez szczególnie niebezpieczny kartel narkotykowy. Ekspedycja była ochraniana przez dużą grupę armii Hondurasu, która nie spuszczała Amarykanow z oka. Życie w Catacamas było niewiele warte. Zlecenie komuś morderstwa kosztowało tam zaledwie 25 dolarów. Oprócz armii Hondurasu wyprawa wynajęła swoją własną ochronę: trzech komadosów z brytyjskich sił specjalnych SAS. Nie byli to zwykli żołnierze a oficerowie – eksperci i specjaliści od walki i przetrwania w dżunglii. Ich dowódcą był Andrew Wood. Na odprawie w Catacamas Wood wymienił wszystkie niebezpieczeństwa jakie mogły stać się udziałem ekspedycji. Kiedy skończył, powietrze w miejscu odprawy przez dłuższy czas wypełniała głucha cisza.

Największym niebezpieczeństwem jakie wymienił Wood były jadowite węże, które żyją w dżungli dosłownie wszędzie. Uczestnicy wyprawy mieli przez cały czas jej trwania nosić na sobie osłonę przeciwko wężom. Wśród insektów należało zwrócić uwagę na jadowite skorpiony, jadowite pająki, mrówki pociskowe (tzw. bullet ants), których ugryzienie zadawało ból porównywalny z bólem po ranie postrzałowej (stąd nazwa). Wiele insektów zarażało tropikalnymi chorobami takimi jak malaria, całujące pluskwiaki chorobą Chagasa i świdrowcem. Choroby te są nieuleczalne i po ukąszeniu (w twarz – dlatego nazywa się te owady całującymi pluskwiakami) człowiek żyje 5, góra 10 lat i umiera na chorobę sercową. Ogromnie niebezpieczne okazały się być muchówki, które przenoszą wiciowca wywołującego groźną leiszmaniozę inaczej zwaną czarną febrą lub w innych odmianach białym trądem. Dżungla przez którą miała przedzierać się wyprawa była tak gęsta, że wystarczyło oddalić się od grupy o zaledwie półtora metra, żeby sie zgubić. Każdy niósl w swoim plecaku zestaw, który pozwalał samotnie przetrwać noc na wypadek takiego zgubienia się. W takim przypadku należało natychmiast dać sygnał gwizdkiem, żeby dać znać reszcie o swojej nieobecności. Niebezpieczeństwo stanowiły także lotne bagna, które wyglądały niegroźnie, ale z łatwością pochłanialy w swoich czeluściach nieostrożnego człowieka czy nawet duże zwierzę. Wiele drzew pokrytych było ostrymi, rozrywającymi ubranie i skórę kolcami. Nieostrożne potrząśnięcie drzewem wywoływało deszcz mrówek, które spadały za kołnierz i w każde możliwe miejsce na ciele człowieka. Poprzez ukąszenie mrówki wprowadzały do ciala człowieka toksynę wymagającą natychmiastowej interwencji lekarskiej w dobrze wyposażonym szpitalu.

Jednym z członków wyprawy był Bruce Heinicke, przyjaciel Elkinsa od dwudziestu lat. Jego żona była Honduranką i obydwoje mieszkali w Hondurasie. Był to potężnie zbudowany mężczyzna – pewny siebie, głośny, palący cygara i nie stroniący od mocnego alkoholu. Na życie zarabiał szmuglowaniem narkotyków, okradaniem stanowisk archeologicznych, wypłukiwaniem złota ze strumieni i okazjonalnie przyjmował zlecenia na dokonanie zabójstwa. W przeszłości został schwytany przez agentów DEA (Drug Enforcement Administration). Postawiono mu wówczas warunek: albo będzie pracował dla agencji jako wtyczka albo wyląduje w amerykańskim więzieniu. Heinicke bez namysłu zgodził się na współpracę. W tamtych czasach pracował dla szefa kolumbijskiego kartelu narkotykowego i był narzeczonym jego córki. O zdarzeniu z DEA natychmiast opowiedział swojemu szefowi. Zaproponował, że aby uwiarygodnić swoją współpracę z amerykańską agencją musi wydać w ich ręce kilku pracownikow kartelu. Kolumbijski drug lord bez namysłu wydał kilku ludzi ze średniego szczebla swojej organizacji a DEA było zachwycone współpracą z Heinickem. Taka sytuacja trwała przez następne dziesięć lat i co najważniejsze Heinickemu udało się przez ten czas pozostać przy życiu. Heinicke w wydawało sie trudnej sytuacji czuł się jak ryba w wodzie. Wiedział kogo trzeba zastraszyć, kogo przekupić a kogo po prostu zastrzelić. Nosił przy sobie gruby plik studolarówek, które rozdawał na prawo i lewo. Było to jednocześnie przekupstwo i przedstawienie, które uwielbiał pokazywać publicznie. Douglas Preston poznał Heinicke osobiście i historia życia poszukiwacza przygód zafascynowała go kompletnie. Był to doskonały materiał na bohatera książki, w której realne życie było ciekawsze od literackiej fikcji. Heinicke widząc, że Preston robi notatki spoważniał nagle i dobitnym, nie znoszącym sprzeciwu głosem zabronił publikować pisarzowi swojej historii zanim mu na to osobiście nie pozwoli. Nie musiał go nawet straszyć. Preston doskonale wiedział do czego zdolny jest Heinicke i nie chicał znaleźć się po stronie jego wrogów, których większość od dawna leżała w plytkich grobach rozsianych po honduraskiej dżungli. “Kiedy mogę opublikować twoją historię?” – niepewnym głosem zapytał któregoś dnia Preston. Po chwili milczenia uslyszał cichą i stanowczą odpowiedź: “Kiedy będę martwy…”. Bruce Heinicke zakończył swe pełne przygód życie rok po tej rozmowie i Preston mógł o nim opowiedzieć światu.

Ekspedycja była wreszcie gotowa do drogi, posiadała wszystkie potrzebne pozwolenia a fotografie zrobione przez LIDAR dokładnie wskazywały cel wyprawy. Rząd Hondurasu dołączył do grupy oddział wojska – 16 żołnierzy sił specjalnych – którzy nie tylko mieli osłaniać uczestników wyprawy, ale aresztować po drodze tych, którzy dokonywali nielegalnego wyrębu lasu, kradnąc wiele cennych drzew. Gangi wycinające drzewa zwalczały się nawzajem i co jakiś czas dochodziło w dżungli do bitew z użyciem broni maszynowej i granatów. Do wyprawy dołączono także kilku honduraskich archeologów, którzy mieli rejestrować wszystko co zostanie odnalezione w zaginionym mieście Małpiego Króla. Wreszcie wyruszono w drogę. Był to luty 2015 r. Gdyby ekspedycja wyruszyla pieszo dotarcie do celu zabrałoby jej kilka miesięcy, dlatego zdecydowano się wykorzystać śmigłowce i polecieć nimi wprost do doliny T1. Dolina miała powierzchnię ok. 30 km2 i była kompletnie otoczona przez niedostępne, porośnięte dżunglą góry. Z gór spływały w dół doliny malownicze strumienie i całość przypominała krajobrazy z filmu “Jurassic Park”. Pierwsi wylądowali na linach żołnierze, którzy maczetami wykarczowali niewielkie lądowisko. Helikoptery lądowały jeden po drugim i wyładowywały ludzi i ekwipunek. Każdy z uczestników wyprawy musiał sam wyrąbać sobie miejsce w dżungli na rozwieszenie swojego hamaka i przy tym koniecznie uważać na węże. Dżungla była wspaniała i nietknięta dzialalnością człowieka. Niektóre drzewa miały po sześć i więcej metrów średnicy i wznosiły się na wysokość 50 m. Były naprawdę imponujące. Miało się wrażenie przebywania w ogromnej, leśnej katedrze. Zwierzęta tam żyjące nigdy nie widziały człowieka i nie kryły się na jego widok. Jaguary spacerowały nocą po obozie, ciekawe nowego zjawiska. Nad hamakiem Prestona zawisł ogromnych rozmarów monkey spider i wpatrywał się w niego godzinami. Preston poczuł się jakby był w ZOO, tyle że z odwrotnej niż zwykle strony.

Obozowisko rozłożono na brzegu strumienia a miasto Małpiego Króla znajdowało się po jego przeciwnej stronie, osłonięte przed ludzkim wzrokiem ścianą drzew. Gdzieś bardzo blisko znajdowała się wykryta przez LIDAR piramida zakryta szczelnie zielenią. Dzień powoli kończył się i obozowisko pokryła nieprzepuszczalna, atramentowa ciemność. Kiedy Preston sprawdzał swoje najbliższe otoczenie za pomocą latarki pod swoim hamakiem dostrzegł olbrzymich rozmiarów węża gotującego się do ataku. Preston przywołał jednego z komandosów SAS. Ten natychmiast rozpoznał węża. Był to osławiony Fer-de-lance – najbardziej jadowity wąż Nowego Świata. Wąż znany jest ze swojej agresywności. Czasem już po ukąszeniu swojej ofiary wciąż ją ściga po to, by ukąsić ją po raz drugi. Jego jad jest ok. tysiąc razy bardziej toksyczny od jadu grzechotnika. Ten kogo taki wąż ukąsi w rękę czy nogę i tak ma szczęście, bo kończynę należy natychmiast amputować aby człowiek zachował życie. W przeciwnym wypadku ofiarę ukąszenia czeka pewna śmierć. Brytyjski komandos zdecydował, że przeniesie węża w inne miejsce. Maczetą wyciął kawalek gałęzi z rozwidlonym widelcem na końcu. Błyskawicznym ruchem przycisnął węża do ziemi a ten eksplodował energią. Z jego paszczy zaczęły wylewać się strumienie jadu a jego potężne zęby gotowe były do zadania śmiertelnej rany. Wąż był dłuższy niż wysokość żołnierza (a ten miał prawie 2 m wzrostu), który usiłował spacyfikować bestię. Komandos gołą ręką chwycił węża za głowę. Kropelki rozpryskiwanego na wszystkie strony jadu zaczęły gotować się na jego skórze. Żołnierz nie widząc innego sposobu na rozwiązanie tej sytuacji odciął maczetą głowę węża. Nawet wtedy paszcza węża kłapała groźnie, wciąż rozpryskując jad na wszystkie strony i usiłując zadać śmiercionośny cios a bezgłowe ciało próbowało spazmatycznym ruchem schować się w gęstwinę poszycia. Widok przywodził na myśl sceny rodem z horrorów. Komandos spokojnie poszedł zmyć jad ze swoich rąk i filozoficznie stwierdził, że nic tak dobrze nie robi koncentracji umysłu jak taka sytuacja. Nie miał zamiaru zabijać węża, ale gdy przypomniał sobie, że ma zadrapanie na dłoni natychmiast zmienił zdanie. Kropla jadu trafiając na takie pęknięcie skóry mogła sposodować nieobliczalne konsekwencje. Żołnierz zabił węża, bo musiał natychmiast zmyć jad ze swoich dłoni.

(będzie jeszcze czwarta część. Mam nadzieje że dacie radę dociągnąć do końca tej historii 🙂 )

cdjnn

Alternatywna historia

Pod wpływem opowieści Stephensa, Mosquitią zainteresował się nowojorski inwestor George Gustav Heye. On również był opętany obsesją odnalezienia zaginionego miasta Małpiego Króla. Wysłał na własny koszt cztery ekspedycje do Hondurasu. Trzy z nich okazały się porażką. Co prawda przywiozły one ze sobą wiele artefaktów i niezwykłych historii, ale wielu uczestników tych wypraw poniosło śmierć w dżungli, albo cierpiało na przewlekłe, tropikalne choroby. Ekspedycje te prowadził Frederick Mitchell-Hedges, brytyjski poszukiwacz przygód o kórym dziś wiadomo, że był zwykłym oszustem. Mitchel-Hedges ogłosił, ze odnalazł w Belize miasto Majów: Lubaantun. Podczas prowadzonych tam prac wykopaliskowych jego córka miała znaleźć najsłynniejszą kryształową czaszkę na świecie. Czaszka ta zrobiona została z niezwykłą precyzją, ale jej prawdziwe pochodzenie nie jest wiadome. W żadnym ze znanych nam dzisiaj starożytnych miast Majów nie znaleziono niczego, co przypominałoby taką czaszkę.

George Gustav Heye

Czwartą ekspedycję poprowadził Theodore Morde, ktory w 1941 r. wyruszył w samo serce dżungli Mosquitia. Morde wraz z ekspedycją zniknął bez śladu na pięć miesiecy i gdy w końcu wynurzył się z dżungli nadał do New York Timesa triumfującą depeszę: “Zaginione miasto Małpiego Króla zostało odnalezione!” Wyprawa powróciła do Nowego Jorku witana owacyjnie i z wielkim zainteresowaniem. Jej uczestnicy stali się bohaterami bo odnaleźli zaginone miasto Małpiego Króla! Wkrótce jednak pojawiły się poważne wątpliwości.

Nieoczekiwanie Morde odmówił wskazania miejsca w którym odkrył miasto! Obawiał się, że jeśli to zrobi, to miasto zostanie splądrowane przez rabusiów. Zapanowała konsternacja, którą przerwał – szczęśliwie dla Morde’a – japoński atak na Pearl Harbor. USA przystąpiło do II WŚ i ludzie nagle mieli ważniejsze sprawy na głowie niż poszukiwania zaginionego miasta. Mimo to, kilku członków wyprawy w międzyczasie popełniło samobójstwo, odmawiając podania położenia miasta. Morde zniknął z pola widzenia. Podobno pracował dla amerykańskiego wywiadu OSS by po wojnie wpaść w alkoholizm i powiesić się w 1954 r. pod prysznicem w mieszkaniu swoich rodziców. Tajemnica ekspedycji Morde’a ta została utrzymana aż do czasów współczesnych. Douglas Preston dotarł w końcu do oryginalnych dzienników podróży wyprawy Morde’a, gdzie zapisywano detalicznie wszystko, co wydarzyło się podczas przemierzania dżungli. Dzienniki trzymane były pod kluczem przez członków rodziny Morde’a i nikt przez te wszystkie lata nie miał do nich dostępu. Co jakiś czas kopiowano kilka stron z dziennika, które publikowały rozmaite czasopisma. Tymczasem kuzyn Morde’a ogłosił nieoczekiwanie, że większa część dziennika gdzieś zaginęła. Była to oczywiście część, w której Morde opisywał odkrycie zaginionego miasta. Nie było możliwości tego sprawdzić, bo dziennik nadal był trzymany pod kluczem. W międzyczasie kuzyn Morde’a trafił do więzienia. Preston wykorzystal tą okazję i poprosił jego żonę o wypożyczenie dziennika. Nieświadoma wagi dokumentu kobieta bez oporów wydała dziennik w ręce pisarza. Okazało się, że w dzienniku niczego nie brakuje. Każdy dzień opisywany był przez Morde’a z detaliczną dokładnością. To, co zaskoczyło Prestona najbardziej gdy studiował dziennik było to, że Morde wcale nie był zainteresowany odkryciem zaginionego miasta Małpiego Króla. Z lektury jasno wynikało, że czwarta ekspedycja do Hondurasu nigdy nie dotarła do tego mitycznego miejsca. Wszystko co Morde powiedział na temat rzekomego odkrycia było zwykłym kłamstwem! Nie było to jednak kłamstwo wynikające z próżności odkrywcy. Taka historia była mu potrzebna, bo realizował zupełnie inne zadania. W rzeczywistości Morde i jego ekipa szukali… złota. Byli przekonani, że natrafią na pokłady złota przekraczające wszystko to, co znaleziono do tej pory w Kalifornii czy nad rzeką Yukon. Jak wynikało z dziennika rzeczywiscie natrafiono na bogate żyły złota! Morde i jego ludzie spędzili wiele miesiecy wydobywając złoto i swój skarb przywieźli ze sobą do USA. Kiedy wreszcie wyszli z dżungli, kupili wiele artefaktów aby uwiarygodnić swoje poszukiwania zaginionego miasta.

Theodore Morde

Białego Miasta szukał także eksplorer o nazwisku Sam Glassmire. Był on naukowcem, który w latach wojny pracował w Los Alamos National Laboratory nad słynnym Manhattan Project, którego efektem było zbudowanie przez USA bomby atomowej. Po zakończeniu swojego udziału w projekcie przeprowadził się do Santa Fe w Nowym Meksyku, gdzie założył firmę geologiczną. Został on wynajęty przez tajemniczego, nieznanego, aczkolwiek zamożnego klienta do poszukiwań złota w Mosquitii w Hondurasie. Glassmire był odwrotnością Morde’a. Został wynajęty do poszukiwań złota a w rzeczywistości wykorzystał kontrakt do poszukiwań zaginionego miasta Małpiego Króla. Już na miejscu zebrał wokół siebie dziesięciu najbardziej zaufanych indiańskich przewodników, którym wyjawił prawdziwy cel wyprawy. Wyruszono w dżunglę i…. Glassmire odnalazł zaginione miasto!. Jego ręcznie wykonana mapa jaką tworzył podczas tej podróży wskazuje rzeki i elementy geograficzne nieujęte jeszcze w kartografii tego regionu. Tym samym jest to dowód, że rzeczywiście taka podróż miała naprawdę miejsce. Glassmire zabrał ze sobą kilka niezwykle interesujących artefaktów aby udowodnić swoje odkrycie. Tym razem jednak natrafił na kompletny brak zainteresowania tematem. Nikogo nie interesowało jego odkrycie! Był rok 1960 i świat był zajęty zupełnie innymi sprawami. Glassmire nie tylko nie ogłosił miejsca, w którym odnalazł zaginione miasto, ale także nigdy nie wrócił do Hondurasu. Do zaginionego miasta Małpiego Krola nie wybrał się w tym czasie także nikt inny. Jedyną osobą, która chciwie słuchała opowieści Glassmmire’a był Steve Elkins. Rewelacje Glassmire były dla Elkinsa potwierdzeniem, że opowieści o Białym Mieście nie są wyłącznie legendami. Glassmire ze swojej strony ostrzegał, że może nie jest to wcale poszukiwane Białe Miasto, ale z pewnością to co odnalazł zostało stworzone przez nieznaną, ludzką cywilizację. W 1997 r. Elkins nakrecił dokument, w którym rozmawia z Glassmirem o jego odkryciu. W filmie pokazywana jest również mapa tego miejsca. Krótko po tym wywiadzie Glassmire zmarł. Elkins był za to zdeterminowany by po raz kolejny podjąć próbę znalezienia miasta.

To właśnie w tym czasie Elkins otrzymał e-mail od Rona Bloma z NASA, że coś kryje się pod gęstą pokrywą lasu w Hondurasie w dolinie, którą roboczo nazwano T1. To coś z pewnością nie było tworem natury. Niektóre ze struktur oceniano na 600 m długości! Były to potężne budowle, które kryła w sobie dżungla. Dla Elkinsa był to wielki moment w jego życiu. Istnienie zaginionego miasta zostało wreszcie potwierdzono, ale dopiero 20 lat później miał je ujrzeć na własne oczy. Małpi Król, Małpi Bóg wreszcie okazał się dla niego łaskawy i dopuścił go do swoich tajemnic. Elkins nie jest bynajmniej poszukiwaczem sławy i skarbów a fotografem i fimowcem. Jego marzeniem było uwiecznienie na taśmie zaginionego miasta. Przez lata poszukiwań nabył sporo wiedzy z dziedziny archeologii i geologii, ale jego podstawowym celem było zrobienie filmu. Aby tego dokonać potrzebował możnego sponsora i pieniędzy. Napisał do człowieka o nazwisku Bill Benenson, który jest znanym reżyserem filmów dokumentalnych w Hollywood. Jego rodzina posiada odnoszącą wielkie sukcesy firmę handlu nieruchomościami na Manhattanie i z pewnością nie narzeka na brak gotówki. Benenson zapalił się do pomysłu Elkinsa i wyłożył milion dolarów na stół a następnie przekonał National Center for Laser Airborne Mapping do wysłania samolotu wraz z wyposażeniem i technikami do Hondurasu. Rząd Hondurasu miał poważne opory aby przyjąć tak wyposażony samolot na swoje terytorium. LIDAR nie tylko był w stanie odkryć starożytne ruiny w górach pokrytych dżunglą, ale także z łatwością wykrywał wszelkie ukryte instalacje militarne. Honduras jest oczywiście zbyt biednym krajem aby mieć coś do ukrycia przed światem, ale duma narodowa nie pozwalała zbyt latwo zgodzić się na taką obcą ingerencję w swoje terytorium. LIDAR był (i jest nadal) niezwykle zaawansowaną technologią i miał w swojej budowie elementy jakie stosowano w rakietach typu Cruise. To z kolei zaniepokoiło armię amerykańską, która nie chciała się zgodzić na to, aby samolot opuścił terytorium USA. Kiedy wreszcie udało się uzyskać takie pozwolenie, razem z technikami poleciał do Hondurasu wyposażony w ciężką broń pluton wojska, który miał pilnować samolotu dzień i noc. Wszyscy uczestnicy ekspedycji spotkali się na malowniczej wyspie Roatan u wybrzeży Hondurasu, gdzie przez kilka dni dopinano szczegóły wyprawy. Oprócz strefy T1 wyselekcjonowano strefy dodatkowe: T2 i T3.

cdewn

Alternatywna historia

Czas najwyższy wznowić jakąś aktywność na NA, bo stronkę zaczyna mocno przysypywać wirtualny kurz i lada chwila w ogólnie zniknie z powierzchni netu. Dziękuję wszystkim, którzy o NA pamiętają, pamiętają o mojej skromnej działalności i dopominają się nowych tematów. Czasy mamy niespokojne i niełatwo skoncentrować się na sprawach innych niż te, których rozwiązania wymaga od nas zwykłe, codzienne życie. Dziś powrót do wszystkich tych tematów, które fascynują mnie od lat. Zaginione cywilizacje zawsze znajdowały swoje miejsce na szczycie tych zainteresowań a ich tajemnica wciąż nie daje spokoju.

W starej, pogrzebanej już doszczętnie NA, w 2013 r. pisałem o odkryciu tajemniczego miasta ukrytego w dżungli Hondurasu. Podejrzewano wówczas, że są to być może pozostałości po La Ciudad Blanca. Legendy o zagubionym Białym Mieście krążą po świecie od czasu, kiedy konkwistador Hernan Cortez wyruszył na podbój Meksyku, dając początek nieobliczalnym konsekwencjom, które niemalże wymazały z powierzchni ziemi wszystkie prekolumbijskie cywilizacje. Przez stulecia wydawało się, że legenda o Białym Mieście jest tylko wytworem ludzkiej wyobraźni i żyje jako mit. Tymczasem okazało się, że w czasach, kiedy świat skurczył się niepomiernie do rozmiarów globalnej wioski wciąż jest miejsce na nowe, niebywałe odkrycia. Jedno z nich opisuje Douglas Preston w swojej najnowszej książce pt.: “The Lost City of The Monkey God” (“Zaginione miasto Małpiego Boga”). Douglas Preston nie jest literackiem nowicjuszem. Napisał do tej pory 35 książek, z czego 16 trafiło na listę bestsellerów New York Timesa. Preston pracował jako korespondent dla takich magazynów jak: Smithsonian Magazine, National Geographic czy New Yorker. Dalekie podróże na koniec świata nie są więc mu obce. Jednak przygoda z zaginionym miastem w Ameryce Łacińskiej przerosła wszystkie inne jakie przeżył. Dziś Preston wspominia, że gdyby wiedział co go czeka, to dwa razy zastanowiłby się zanim wyruszylby w tak niebezpieczną podróż.

Żyjąc w XXI wieku wydaje nam się że każdy zakątek na Ziemi został już dokładnie zbadany i odkrycie zaginionego miasta jest najwyżej łabędzim śpiewem romantycznej przeszłości badaczy z XIX w. Tak jednak nie jest. Honduras to niewielkie państwo w Ameryce Środkowej i wciąż pokrywają go połacie nieprzebytej i niezbadanej dźungli. O legendzie Białego Miasta Douglas Preston usłyszał po raz pierwszy w 1996 r. w należącym do NASA Jet Propulsion Lab od Rona Bloma, który jest jednym z najwybitniejszych ekspertów w dziedzinie badania powierzchni ziemi z przestrzeni kosmicznej. Wyznał on wówczas w prywatnej rozmowie z Prestonem, że pracuje nad tajnym projektem, którego celem jest odnalezienie zaginionego miasta przy pomocy satelit i radarów. Dzięki niemu Douglas Preston poznal człowieka o nazwisku Steve Elkins. Elkins dręczony był obsesją odnalezienia zaginionego miasta Małpiego Króla, o którym opowiadano wiele legend i roztrwonił sporych rozmiarów fortunę poszukując tego miejsca. Preston wiedziony pisarskim instynktem zaczął regularnie rozmawiać z Elkinsem. Początkowo nie wierzył, że miasto może istnieć naprawdę, ale Elkins był źródłem niesamowitych opowieści z honduraskiej dźungli, które pisarzowi trudno było zignorować. Wszystko to miało miejsce 20 lat temu i wraz z upływem czasu Preston zaczął zdawać sobie sprawę, że być może Elkins ma szansę naprawdę odnaleźć miasto. Połączenie znajmości dżungli, jej mieszkanców ze znajomościami w NASA plus najnowsze technologie radarowe mogły przynieść wymarzony efekt. Prestona dołączono do grupy poszukiwawczej. Ponieważ cały ten projekt był tajny, musiał podpisać stosowną klauzulę tajności. Chodziło nie tylko o utrzymanie odkrytego miejsca w sekrecie w obawie przed złodziejami skarbów, którzy dokonali wielu zniszczeń w stanowiskach archeologicznych rozsypanych po całej Ameryce Łacińskiej i Południowej, ale także dlatego, że cały projekt był utrzymany w tajemnicy przed władzami Hondurasu (!).

NASA przeprowadziła szereg ekperymentów i analiz zdjęć satelitarnych terenu i wyselekcjonowała dolinę, która nie miała nawet geograficznej nazwy. Określono ją roboczo T1 co znaczyło Target One i tam właśnie skoncentrowano wysiłki badawcze. Na zdjęciach szybko dostrzeżono nietypowe dla natury kształty ukryte pod gęstą pokrywą dźungli. W 1998 r. Steve Elkins zorganizował ekspedycję, w celu zbadania tej doliny, zanim jednak do tego doszło przez Honduras przeszedł katastrofalny huragan „Mitch” i obrócił ten niewielki i biedny kraj w perzynę. Zniszczonych zostało 70% dróg, gospodarka kraju cofnęła się o 50 lat a żywioł pochłonął 7 tys. istnień ludzkich. Ekspedycja została odwołana. Elkins przez następnej 10 lat probował dostać się do tej doliny, ale za każdym razem bez sukcesu. W tym czasie Preston utrzymywał z nim regularny kontakt obserwując rozwój wypadków. Wreszcie w 2010 r. do Elkinsa uśmiechnęło się szczęście. Był to rok w którym po raz pierwszy wprowadzono do użytku technologię radarową zwaną LIDAR. Urządzenie jest niezwykle kosztowne i trzeba było za nie zapłacić milion dolarów. Montuje się je na samolocie i za jego pomocą fotografuje z wysokości powierzchnię badanego terenu. Radar wysyła 250 000 promieni laserowych na sekundę i jest w stanie z ogromną dokładnością stworzyć mapę topograficzną terenu pokrytego dżunglą. Dzięki temu urządzeniu wymarzona ekspedycja Elkinsa mogła wreszcie dojść do skutku a szanse odnalezienia Białego Miasta ogromnie wzrosły.

Miejsce w którym znajduje się wciąż pokryte dżunglą Zaginione Miasto to strefa około 40 tys. km2. Jest ono pokryte tropikalnym lasem uważanym za jeden z najgęstszych na świecie. Jest ono położone w wyższych partiach niezwykle stromego i niedostępnego łańcucha górskiego. Góry te rozciągają się od wschodniego Hondurasu aż po Nikaraguę i znane są jako La Mosquitia. Wśród gór znajdują się doliny pokryte dżunglą tak gęstą, że do dziś od setek a może nawet i tysięcy lat nie stanęła tam stopa ludzka. Nie tylko niedostępność sprawia, że nie zapędzają się tam ludzie. Honduras jest jednym z najbardziej niebezpiecznych krajów na świecie z najwyższą statystyką morderstw a miasteczka położone na skraju dźungli La Mosquitia kontrolowane są przez nieobliczalne kartele narkotykowe. Jest to główny punkt przerzutowy kokainy z Ameryki Południowej do USA. W dżungli znajdują się wycięte w lesie tajne lotniska, laboratoria przetwarzające kokainę a całość kontrolowana jest przez gangi. Armia honduraska nawet nie myśli zapędzać się w te strony i administracja rządowa nie ma nad tymi terenami żadnej kontroli. W środku dżungli trudno jest co prawda spotkac istotę ludzką, ale czai się tam wiele niebezpiecznych, dzikich zwierząt, ogromna liczba jadowitych węży (zwanych Fer-de-lance) i owadów przenoszących rozmaite śmiertelne choroby. Na śmiałka, który wdarłby się do dżungli czekają niebezpieczne pulapki jak ukryte dla ludzkiego oka przepaście czy niewinnie wyglądające błotne kałuże, które błyskawiczie pochłaniają w swoją bezdenną otchłań wszystko to, co w nie nieopatrznie wejdzie. Doświadczona, złożona ze zdrowych, silnych mężczyzn ekipa była w stanie pokonać dziennie zaledwie dystans do 5 km, przez 10 godzin wyrąbując sobie drogę w gęstym lesie.

Poszukiwania legendarnego La Ciudad Blanca trwały nieustannie przez ostatnie 500 lat. Słyszał o nim Cortez i opowieści o niezwykle bogatym mieście rozpalały jego chorą wyobraźnię. Uważał, że odkrycie Bialego Miasta ma ogromne znaczenie i napisał o nim w liście do hiszpańskiego króla Karola V. Wyprawa Corteza nigdy nie doszła do skutku, bo uniemożliwił ją bunt jego podwładnych, ale dwadzieścia lat później mnich – Cristóbal de Pedraza – przemierzający dżunglę wraz z lokalnymi przewodnikami dotarł do nieznanej doliny, w której ujrzał olbrzymie miasto. Jego przewodnicy mówili, że jest to niezwykle bogate miasto w którym jada się na talerzach ze złota i pije ze złotych, wykładanych drogimi kamieniami pucharów. Mnich nie odważył się zejść w dól doliny, ale napisał obszerny list opisujący to co zobaczył i co usłyszał. Tak powstała legenda Bialego Miasta. Poszukiwania przybrały na sile w XX w. Wielu śmiałków wyruszyło w nieprzebytą dżunglę Hondurasu i wielu z nich pozostało w niej na zawsze. Nowojorczyk John Lloyd Stephens był jednym z wielu, których zafascynowała możliwość istnienia zaginionego miasta w Ameryce Centralnej. Dzięki dyplomatycznym koneksjom udał się do Hondurasu w 1840 r. wraz z pewnym angielskim artystą mając nadzieję odnaleźć legendarne miejsce. Prowadzony przez indiańskich przewodników dotarł do miasta Majów – Copan – w zachodnim Hondurasie. Będąc przedsiębiorczym nowojorczykiem wpadł na pomysł kupienia ruin, za które zapłacił lokalnemu właścicielowi 50 dolarów. Stephens postanowił rozłożyć miasto na części, zapakować na statki, wysłać do Nowego Jorku i tam złożyć z powrotem. Na szczęście nie udało mu się zrealizować tego planu. To, co pozostało po jego pobycie w Copan, to seria pięknych rysunków miasta a także książka o Zaginionym Mieście Majów, która stała się jednym z największych bestselerów w XIX w. Był to niezwykle ważny moment w historii, bo ludzkość zdała sobie sprawę, że Ameryka była w stanie stworzyć cywilizację dorownującą swoim wyrafinowaniem wszystkiemu co stworzyła Europa. Nowy Świat także posiadał swoje wielkie cywilizacje zarezerwowane do tej pory wyłącznie dla Sumeru, Egiptu, Grecji i Rzymu. Ludzi zafascynowała wizja miast pokrytych dżunglą, porzuconych być może tysiąc lat wcześniej. Tam, gdzie znajduje się Copan zaczyna się nieprzebyta dżungla Hondurasu i ani Stephens ani inni poszukiwacze przygód nie byli w stanie pokonać dzikiej natury i wedrzeć się do jej wnętrza. Stworzyło to jednak legendę, przykuwającą uwagę i rozpalającą wyobraźnię wielu ludzi. Mosquitią zainteresowali się nawet ameykańscy Mormoni. Wg ich Księgi Mormona jedno z zaginionych plemion Izraela – Lamanici – wywędrowało aż do Nowego Świata i stworzylo tam własną cywilizację. Dla Mormonow Lamanitami byli Majowie i aby to udowodnić wysłali oni do Centralnej Ameryki kilka grup archeologów, którym nie udalo się co prawda udowodnić, że Majowie to Lamanici, ale dokonali przy okazji wielu interesujących odkryć na temat cywilizacji, która rozwijała się na długo przed przybyciem Europejczyków.

Tymczasem Steve Elkins mimo swojego opętania legendą zaczął dostarczać coraz bardziej solidne informacje.

cdewn

cz.2

Alternatywna historia

Próbowano osłabić uderzenia tarana przez zrzucenie worków ze słomą, ale Rzymianie szybko odsunęli je hakami na długich trzonkach. Niedawno zbudowany mur zaczął się rozsypywać. Jednak żydzi znów ruszyli poza mury – tym razem z innego miejsca, co zaskoczyło Rzymian – i oblali konstrukcję mieszaniną smoły, ropy i siarki niszcząc ją doszczętnie.

“Pojawił się żyd, którego imię warte jest zapamiętania”

– napisał w “Wojnie żydowskiej” Był to Eleazar ben Sameas, urodzony w Saab w Galilei. Podniósł on ogromny głaz, który zrzucił z murów na taran odrywając łeb barana. Następnie zszedł z murów pomiędzy Rzymian, znalazł łeb barani i zawlókł go na mury, gdzie stanął i podniósł go z tryumfem nad głowę by chwilę później paść martwy wciąż trzymając w rękach swoją zdobycz po tym jak pięć oszczepów przebiło go na wylot.

Rzymianie odbudowali taran i jeszcze tego samego wieczora rozpoczęli rozbijanie tej samej części murów. Nagle wybuchła wśród nich panika, gdy okazało się, że Wespazjan został trafiony w stopę odłamkiem oszczepu (co pokazuje, że stał on niebezpiecznie blisko murów). Kiedy jednak zorientowali się, że rana nie jest groźna zaatakowali z wielką furią. Józef ze swoimi ludźmi walczył całą noc, czasem urządzając wycieczki by zaatakować obsługę tarana, ale pożary jakie wzniecali sprawiały, że stawali się łatwym celem nieprzyjacielskiej artylerii ukrytej w mroku nocy. Chmury ogromnych strzał ze skorpionów spowijały ich szeregi a kamienie wyrzucane przez balisty rozbijały blanki i odrywały rogi wież. Śmiertelna skuteczność tej broni jest opisana przez Józefa w makabrycznych detalach. Pisał np. że głowa żołnierza stojącego obok niego została trafiona kamieniem i urwana poleciała 600 m dalej. Kobieta w ciąży została uderzona kamieniem w brzuch i wyrwane z niego dziecko poleciało 300 m dalej.

Maszyny oblężnicze wydawały z siebie okropny jazgot a niekończący się świst wystrzeliwanych przez Rzymian strzał i kamieni był nie mniej straszny. Złowrogi odgłos upadających martwych ciał działał równie deprymująco. Kobiety wewnątrz murów wrzeszczały nieustannie, podobnie jak wielu rannych krzyczało z bólu. Zewnętrzne ściany murów ociekały krwią a stosy martwych ciał sięgały aż po blanki. Każdy dźwięk dodatkowo podkręcało echo odbijające się od gór otaczających miasto.

O świcie pod nieustannymi uderzeniami tarana mury wreszcie padły. Po tym jak Wespazjan pozwolił swoim ludziom odpocząć, był gotów do ataku o świcie. Spieszył swoją ciężką kawalerię i ustawil w potrójnym szeregu w pobliżu wyłomu gotowych do akcji, gdy tylko przejście zostanie oczyszczone. Za ich plecami umieścił swoich najlepszych piechurów. Reszta kawalerii pozostała na koniach w tyle, aby zabić każdego, kto będzie próbował wydostać się z padłego miasta. Jeszcze dalej ustawił łuczników gotowych do strzału, razem z procarzami i artylerią. Inni żołnierze dostali rozkaz by z drabinami zaatakować niezniszczoną część murow aby odciągnąć część obrońcow od wyłomu.

Widząc na co sie zanosi ustawił Józef starszych i mogących chodzić rannych na niezniszczonej części murów, gdzie byli lepiej chronieni i mogli odeprzeć atak. Zdrowych i silnych mężczyzn ustawił bezpośrednio za wyłomem a przed nimi w drodze losowania wybrał kilka grup po sześciu ludzi, którzy mieli wziąć na siebie pierwszy impet ataku. Nakazał im zatkać sobie uszy aby nie przestraszyć się okrzyku wojennego legionistów i schować się za tarczami zanim atakujący nie wykorzystają całego zapasu strzał i pocisków. Następnie nakazał im biec do przodu w miejsce, gdzie Rzymianie rozpoczną przejście przez rozbite mury.

Kiedy nadszedł dzień i kobiety z dziećmi zobaczyły trzy linie rzymskich żołnierzy zagrażających miastu, wielkie wyłomy w murach i wszystkie wzgórza dookoła pokryte nieprzyjacielskim wojskiem z piersi wyrwał im się nieprzerwany, straszny, zdesperowany krzyk. Józef wydał rozkaz aby zamknąć kobiety w domach, żeby przestały denerwować gotujących się do walki mężczyzn. Wtedy on sam zajął swoją pozycję w wyłomie. Ciekawe jest to, że przepowiadał ludziom dookoła, że miasto upadnie a on sam zostanie wzięty do niewoli – przewidywanie bardzo prawdopodobne, ale niezbyt dobre na podtrzymywanie morale.

Nagle rzymskie trąby zagrały niskim tonem wzywając do walki, legioniości wznieśli swój okrzyk wojenny a słońce przysłoniły pociski – oszczepy, strzały, sworznie i grad kamieni z onagerów. Ludzie Józefa pamiętali instrukcje, zatkali sobie uszy i schowali się za tarczami. Kiedy Rzymianie zaczęli schodzić w dół z wyłomu, rzucili się naprzód aby przywitać napastników. Nie mieli żadnych odwodów, gdy ich przeciwnicy mieli zdawałoby się nieskończone zapasy świeżych żołnierzy, którzy tworzyli formacje żółwia ze swoich wielkich, wygiętych tarcz i ropoczęli marsz przez wyłom w murach.

Józef spodziewał się tego i był przygotowany. Rozkazał lać wrzący olej z murów dookoła wyłomu wprost na ”żółwie”. Skacząc i wijąc się w agonii legioniści pospadali z przejścia. Ich ciasno przylegające pancerze sprawiły, że nie sposób było ich uratować od bolesnej śmierci. Kiedy żydom skończył się olej zaczęli rzucać śliską, ugotowaną kozieradką na przejście, przez co nowa fala atakujących traciła równowagę, przewracała się i była zadeptana na śmierć. Wczesnym wieczorem Wespazjan zatrzymał atak.

Rozkazal aby trzy wieże oblężnicze zostały podwyższone do 17 m i wyposażył każdą w ognioodporne, pancerne płyty. Jego łucznicy, procarze i oszczepnicy byli w stanie razić wroga z bezpiecznej odległości. Na szczytach wież zamontowano wielkie kusze.

W 47 dniu oblężenia Jotopaty platformy przewyższyły mury. Dezerter poinformował Wespazjana, że obrońcy są na skraju wyczerpania i ich kontrataki ustają tuż przed świtem, kiedy muszą na krótko zasnąć. Tuż przed wschodem słońca Rzymianie zakradli się na platformę. Tytus był jednym z piewszych, który wszedł na mury w towarzystwie trybuna Domitiusa Sabinusa wraz z niektórymi żołnierzami z XV Legionu. Poderżnęli gardła strażnikom i w ciszy weszli do miasta prowadząc za sobą żołnierzy Sekstusa Calvariusa i Placidusa. ( Józef musiał zdobyć te informacje z notatnika wojennego Wespazjana.)

Rzymianie błyskawicznie zdobyli cytadelę na skraju urwiska i weszli do serca Jotopaty, gdzie nawet o świcie obrońcy wciąż nie zdawali sobie sprawy, że miasto upadło. W porannej gęstej mgle większość śmiertelnie znużonych obrońców nadal mocno spała. Kilku z tych, którzy się obudzili było zbyt zmęczonych aby podnieść alarm. Dopiero, gdy Jotopatanie zobaczyli armię rzymską maszerującą przez ulicę i zabijającą wszystkich na swojej drodze zrozumieli, że jest to już koniec.

W krótkiej chwili miasto zamieniło się w rzeźnię. Legioniści nie zapomnieli tego, co im zrobiono podczas ataku – zwłaszcza wrzącego oleju. Broń, którą używali była ich bronią osobistą, nazywaną gladiusem albo krótkim, obosiecznym mieczem (był to raczej wielki nóż niż miecz), który był idealnym narzędziem masakry. Zepchnęli przerażony tłum w dół od cytadeli w wąskie ulice tak zatłoczone że ci, którzy chcieli nadal walczyć nie mogli wznieść ramienia. Niektórzy z najlepszych żołnierzy Józefa, gdy udało im się oswobodzić ramię, w desperacji sami sobie podżynali gardła.

Kilku jeszcze broniło się w północnej wieży i pod rzymską nawałą z ochotą przyjęli śmierć. Legioniści ponieśli niewielkie straty. Jotopatańczyk ukryty w jaskini krzyknął do centuriona Antoniusza, że chce się poddać i prosił żeby podać mu rękę aby mógł wyjść z jaskini. Kiedy Antoniusz to zrobił, został ugodzony włócznią w krocze. Kiedy Rzymianie zabili wszystkich, jakich znaleźli na ulicy zaczęli ścigać obrońców ukrytych pod ziemią. Podczas tego oblężenia zabito ponad 40 000 żydow i wzięto w niewolę 1200 kobiet i dzieci.

Nawet tak małe miasto jak Jotopata stawiło niezwykły opór. Było to heroiczne osiągnięcie, które trwało przez prawie osiem tygodni, przeciwko najskuteczniejszej i najlepiej wyposażonej armii świata. Jeszcze raz żydzi pokazali, że są w stanie być groźnym przeciwnikiem, że potrafią walczyć mimo braku jakiegokolwiek wyszkolenia militarnego i lichej broni.

Mimo, że Józef był kiepskim gubernatorem Galilei w czasach pokoju, podczas oblężenia Jotopaty pokazał się jako odważny i zaradny dowódca – nawet jeśli w pewnym momencie walki myślał o tym by uciec i pozostawić swych ludzi na pastwę Rzymian. Jego przywództwo w obronie miasta było jednym z największych sukcesów w jego życiu.

Ale.. gdzie on sie schował?

—————————————————————

Tak kończy się rozdział poświęcony oblężeniu Jotopaty. Józef przetrwał walkę, ale jego życie nadal było zagrożone – tym razem ze strony swoich współziomków z którymi się ukrywał. Wszyscy postanowili zbiorowo popełnić samobójstwo, ale Józef zachował życie dzięki przytomności umysłu, swojemu wybitnemu intelektowi i znajomości prawideł matematyki, którą poznał u swoich wujków w Aleksandrii. Zaproponował wszystkim wyliczankę, która polegała na tym, że pierwsza wyliczona osoba zabijana była przez kolejną wyliczoną i tak do ostatniego człowieka w jaskini, gdzie się ukrywali otoczeni już przez Rzymian. Matematyczna formuła wyliczania jaką zastosował Józef sprawiła, że z 40 osób w jaskini to on był tą ostatnią jaka została przy życiu i spokojnie oddał się w ręce Wespazjana, rozpoczynając kolejny etap swojego niezwykłego życia.

Alternatywna historia

Kiedy przychodzą zimowe dni i depresja zaczyna mocno doskwierać, wypróbowanym dla mnie sposobem żeby się jakoś ratować jest… Nie, nie macie racji. To nie jest piwo czy inne takie 🙂 Ja po prostu uciekam w książki. Najlepiej historyczne, gdzie wszystko jest z innego świata, z innej przestrzeni, gdzie można się bezpiecznie okopać i z perspektywy obiektywnego obserwatora zanurzyć się po szyję w odległej przeszłości, z której czasem można wyciągnąć ciekawe i bardzo życiowe wnioski. To dlatego ostatnio częściej wciągam was w tego typu żeglugę w czasie, żywcem i na gorąco tłumacząc to, co akurat wpadło mi w rękę. Mam nadzieję, że autor takiej książki nie wziąłby mi tego za złe, bo w ten sposób poszerzam jego zasięg o czytelników z innego kręgu językowego – zakładając oczywiście, że taka książka nie została jeszcze przełożona na polski. Poza tym przedstawiam jedynie krótki fragment, który albo zaostrzy apetyt na ciąg dalszy, albo… znudzi. Zawsze liczę, że będzie to ta pierwsza możliwość. Historia to zapis zazwyczaj niezwykle pogmatwanych wydarzeń i to samo w oczach jednej osoby wygląda inaczej w oczach drugiej. Dlatego zawsze warto poznać opinię na ten sam temat z wielu źrodeł. Dziś w ramach walki z zimową depresją znów coś ze starożytności. Jest to książka Desmonda Sewarta pt: “Jerusalem’s Traitor: Josephus, Masada and the Fall of Judea” (“Jerozolimski zdrajca: Józef, Masada i upadek Judei”). Józef znany w historii jako Józef Flawiusz, był jedną z głownych postacji buntu żydów przeciwko panowaniu Rzymian za czasów cesarza Nerona. Neron wysłał swojego wypróbowanego generała Wespazjana aby zdusił bunt. Zajęło mu to 10 lat i była to najdroższa i najkrwawsza wojna jaką stoczył starożytny Rzym w swojej historii. Po zdobyciu twierdzy Jotapata Józef dostał się do niewoli. Dużo rozmawiał z Wespazjanem i wkrótce potężny generał a później cesarz Rzymu usynowił go, dając mu swoje nazwisko Flawiusz. Józef Flawiusz doskonale znając stosunki panujące w Palestynie w ogromnej mierze przysłużył się swoimi informacjami do zduszenia powstania i utopienia go we krwi. Dla żydów jest on po dziś dzień zdrajcą, za to świat w jego osobie zyskał doskonałego historyka, który pozostawił po sobie zapis tamtych wydarzeń. To właśnie Józef wyjaśnił Wespazjanowi koncept jednego boga, który w przyszłości miał zaowocować powstaniem chrześcijaństwa, które zjednoczyło wieloetniczne cesarstwo. Poniższy fragment dotyczy oblężenia Jotopaty i ze względu na długość będzie opublikowany w dwóch, może trzech odcinkach (skracam rozdział, usuwając z niego historyczne analizy, publikuję także nawyżej dwie strony tekstu na raz). Przynajmniej dla mnie jest unikalne wejrzenie w straszliwą i okrutną wojnę totalną jaka miała wówczas miejsce. Niektóre opisy mogą zepsuć apetyt o czym z góry przestrzegam.

Oblężenie Jotopaty

Jotopata rzeczywiście była najbezpieczniejszym miejscem w całej Galilei, ukryta w górach i praktycznie niewidoczna zanim się do niej nie dotarło. Usadowiona nad przepaściami, strzeżona z trzech stron przez wąwozy tak głębokie, że nie można było dojrzeć ich dna, mogła być zaatakowana tylko od północy, gdzie dolna część miasta leżała na nachyleniu a następnie wznosiła się ku niewielkiemu grzbietowi góry. Aby obronić wzgórze w tym strategicznym punkcie wzniesiono dodatkowe wały wg. wskazówek Józefa. Droga dojazdowa wśród gór była lepsza jedynie od ścieżki dla kozłów, odpowiednia dla pieszych, ale nie dla koni czy nawet mułów i małe górskie miasto wyglądało na nie do zdobycia dla tych, którzy nigdy nie mieli do czynienia z rzymskimi saperami. Jego poważną słabością był brak strumienia wewnątrz murów i miasto było uzależnione od wody deszczowej składowanej w cysternach.

Siła Jotopaty sprawiła, że miasto stało się priorytetowym celem dla Wespazjana. Jeśli udałoby mu się zdobyć to miejsce, żadna inna galilejska twierdza nie mogłaby myśleć o sobie że jest nie do zdobycia. Ponadto wiedział on, że w mieście żyła duża liczba fanatycznych żydów. Kiedy dezerter powiedział mu, że w mieście jest także gubernator Galilei (Józef F) był zachwycony i uznał to za dzielo boskiej opatrzności.

“Człowiek, którego uważał za najniebezpieczniejszego przeciwnika zamknął sam siebie we własnym więzieniu”

– skromnie zanotował Józef. Pierwszym posunięciem rzymskiego generała było wysłanie Placidusa i dekuriona Ebutiusa

“wyjątkowo odważnego i pomysłowego oficera”

, wraz z tysiącem żołnierzy aby otoczyli miasto i uniemożliwili gubernatorowi ucieczkę.

“Uważał, że uda mu się zdobyć całą Judeę jeśli tylko pojmie Józefa”

– pisał w “Wojnie żydowskiej”. Brzmi to jak samochwalstwo, ale może być prawdą skoro wiedział, że Wespazjan będzie czytał jego zapiski.

21 maja kilka godzin po tym jak Józef dotarł do Jotopaty, Wespazjan stanął tam z całą swoją armią. Wybrał na swoj obóz niewielkie wzgórze, zaledwie kilometr od miasta aby być w całości widzianym przez obrońców, którzy – miał nadzieję – będą przerażeni ogromną liczbą napastników. Jego pierwszym działaniem było otoczenie miasta podwójną linią piechoty i linią kawalerii aby uniemożliwić wejście i wyjście z miasta.

Następnego dnia Rzymianie przeprowadzili zmasowany atak. Niektórzy z żydów starali się powstrzymać atakujących jeszcze przed wałami, ale Wespazjan rozbił ich na odległość dzięki łucznikom i procarzom i sam prowadził swoją piechotę pod górę w miejsce, gdzie najłatwiej było się wedrzeć na mury. Widząc zagrożenie Józef poderwał do walki cały swój garnizon i odparł atak legionistów. Walki trwały cały dzień. Obrońcy stracili 17 zabitych i 600 rannych, Rzymianie 13 zabitych i znacznie więcej rannych. Żydzi byli tak bardzo podnieceni tym zwycięstwem, że następnego poranka sami dokonali wypadu i zaatakowali wroga. Kiedy ucichł zgiełk bitewny okazało się, że Rzymianie zadali im tak poważne straty, że żydzi zaczęli tracić serce.

Żydzi jednak byli na tyle skuteczni w walce, że Wespazjan zdał sobie sprawę, że mury miasta są znacznie poważniejszą przeszkodą niż to sobie wyobrażał. Po konsultacji z wyższymi oficerami, nakazał budowę platformy oblężniczej na przeciwko tej części murów, która wydawała się najsłabsza. Jego żołnierze wycięli wszystkie drzewa w okolicy, przywlekli ogromne kamienie i napełnili worki ziemią. Poziomy drewnianych płotów strzegły ich przed oszczepami i kamieniami rzucanymi na nich podczas budowania platformy.

W tym samym czasie rzymska artyleria oblężnicza, 160 skorpionów, strzelała non stop w stronę murów, razem z katapultami i wyrzutniami kamieni. Używano dwóch typów skorpionów – wielkiej kuszy i mniejszej, mobilnej katapulty. Zamontowana na wozie katapulta miała cięciwę zrobioną ze skręconych lin konopnych i wystrzeliwała z ogromną prędkością przebijające pancerz sworznie i kamienne kule. Onagery były potężnymi mechanicznymi procami, które wyrzucały głazy, beczki kamieni i powiązane w pęczki płonące głownie. Artyleria ta była tak skuteczna, że niektórzy obrońcy obawiali się wyjść na mury. Mimo to, pewna waleczna grupa żydów prowadziłla nieustanne kontrataki, zrywając zasłony ze skór, zabijając schowanych za nimi saperów i rozbijając platformę.

W odpowiedzi, na przeciwko platformy Józef zbudował ścianę 10 m wyższą, używając jako zasłony świeżych skór zdjętych z wołów, które mialy chronić pracujących przy budowie przed pociskami. Takie skóry nie rozpadały się tak szybko po uderzeniach pocisków i przez to. że nie były wyschnięte, trudno było je podpalić. Dodał on także nowe drewniane wieże połączone parapetem. Rzymianie nieoczekiwanie stracili impet a podbudowani tym żydzi zwielokrotnili nocne ataki paląc konstrukcje oblężnicze.

Poirytowany powolnym oblężenie i będący pod wrażeniem wojowniczości przeciwnika Wespazjan postanowił wziąć Jotopatę głodem i wycofal swoje wojska kontynuując blokadę. Miasto miało wystarczającą ilość żywności, ale spadło zbyt mało deszczy aby napełnić cysterny i woda musiała być wydzielana. Kiedy jednak Józef zauważył, że Rzymianie uważają, że mieszkańcy miasta cierpią na brak wody, kazał mieszkańcom wywiesić na murach swoje ubrania ociekające wodą. Zniechęcony tym widokiem Wespazjan powrócił do codziennych ataków na mury.

Mimo ścisłej blokady przez jakiś czas Józef był w stanie komunikować się ze światem zewnętrznym i uzupełniać najbardziej potrzebne zapasy. Wysyłał kurierów w skórach owiec tak wąskim żlebem, że Rzymianie uznali iż nie warto go pilnować. Po jakimś czasie odkryto jednak tą strategię i miasto zostało kompletnie odcięte.

Legioniści wycofali się z linii frontu, czekając na odpowiedni moment do frontalnego ataku. Skorpiony i wyrzutnie kamieni cały czas prowadziły ostrzał podobnie jak arabscy łucznicy i syryjscy procarze powodowali wiele ofiar. Jedynym sposobem w jaki żydzi mogli na te ataki odpowiedzieć były wyczerpujące energię wypady za mury. W tym czasie wysokość platformy osiągnęła wysokość murów i Wespazjan uznał, że naddszedł czas na zastosowanie tarana. Był to potężny pień drzewa – jak na maszt okrętu – okuty masywną, żelazną końcówką w kształcie głowy barana, który zawieszono na linach zaczepionych do rusztowania na kołach. Rozhuśtany przez swoją obsługę żelazny barani łeb mógł rozbić każdy rodzaj murów. Kiedy rzymska artyleria zintensyfikowała swoje ataki podciągnięto taran na właściwą pozycję osłaniając go skórami i płotami. Już pierwsze uderzenie wprowadziło ścianę w drżenie.

“Straszny płacz ogarnął obrońców jak gdyby mury już runęły.”

– wspomina Józef.

cdn…

Alternatywna historia

Pod koniec XIX w. Heinrich Schliemann odnalazł ruiny legendarnej Troi. Dokonał tego po uważnej analizie legend a także antycznego tekstu Iliady, uważanego za fikcję literacką. Efektem było odkrycie zaginionego miasta, które miało istnieć tylko w legendach. To podpowiada, że legendy należy brać o wiele bardziej serio, bo mogą doprowadzić do wspaniałych odkryć. Mit Atlantydy jest największą taką legendą a jej śladem – wśród wielu innych – podąża Andrew Collins. Jest on autorem wielu książek, które rzucają wyzwanie oficjalnej, akademickiej historii. Jego najnowsza książka to “Atlantis in the Caribbean” (“Atlantyda na Karaibach”).

atlantis_in_the_caribbeanCollins jest jednym z wielu badaczy poszukujących mitycznego lądu, który wg legendy zamieszkany był przez zaawansowaną technologicznie cywilizację. Cywilizacja ta miała pogrążyć się w morskich odmętach po straszliwym katakliźmie jaki nawiedził wyspę i zniszczył jej populację a także wszystkie jej osiągnięcia. Historię Atlantydy znamy z dialogów Platona “Kritiasz” i “Timajos” i to właśnie te dwa starożytne pisma uznał Collins za podstawę do poszukiwań zaginionej cywilizacji.Uznał, że należy właściwie odczytać wskazówki zostawione przez Platona aby określić geograficzne położenie Atlantydy. Nie jest to proste bo na podstawie tych samych informacji umiejscawiano Atlantydę już chyba we wszystkich częściach naszego globu – włączając w to Antarktydę.

Collins doszedł do wniosku, że Atlantyda – jeśli istniała – nie mogła znajdować się dalej niż w zachodniej części Atlantyku. Studiując mapy lądów a także dna morskiego nabrał pewności, że jedynym logicznym położeniem Atlantydy mógł być obszar nazywany dziś Karaibami – zwłaszcza północne wybrzeże Kuby i Wyspy Bahama. Platon pisał, że Atlantyda była imperium morskim, które leżało na ogromnej wyspie, otoczonej wianuszkiem mniejszych. Wystarczył jeden dzień i jedna noc aby zatopić Atlantydę wraz z jej mieszkańcami. Dla Collinsa śladem istnienia takiej wyspy, która zapadłaby się na dno morskie byłaby duża ilość wodorostów, które musiały porastać jej wybrzeża. Te wodorosty istnieją do dziś i miejsce to nazywa się Morzem Sargassowym. Sargassy to wodorosty, których w tym miejscu Atlantyku jest tak dużo, że nadano mu osobną nazwę geograficzną. Obszar porośnięty wodorostami ciągnie się od środkowego Atlantyku aż po Bahamy.

Platon szczegółowo opisał wygląd głównej wyspy Atlantydy. Określił jej wielkość, wskazał na istnienie gór a także ogromną dolinę w jej południowej części. Andrew Collins zidentyfikował ten fragment wyspy jako dzisiejszą Kubę. Dzisiejsze wyspy Bahama i Kuba są pozostałością potężnego lądu, który zniknął wraz z podnoszeniem się poziomu morza. Do kataklizmu na tą skalę doszło wg Platona 9600 p.n.e. i jak się obecnie okazuje w tym właśnie czasie skończył się okres geologiczny nazywany Młodszym Dryasem. Doprowadziło do tego uderzenie komety, które opisał Graham Hancock w swojej książce “Magicy bogów”. Uderzenie komety (która rozpadła się na tysiące mniejszych kawałków) oprócz potwornych zniszczeń takich jak wywołane przez tsunami powodzie a także pożary, spowodowało gwałtowne topnienie lodowca. Dym, popioły i para wodna odcięły dostęp promieni słonecznych do naszej planety. Wywołało to tzw. małą epokę lodowcową która trwała 1200 lat. Największy fragment komety uderzył w region amerykańskich Wielkich Jezior, inne spadły do oceanu tworząc olbrzymie fale, które na kilka lat kompletnie zatopiły dzisiejsze Karaiby. Platon nawiązuje w w swoich dialogach do tych wydarzeń, mówiąc o lądzie na Atlantyku, który został pochłonięty przez ocean. Dialogi – “Timajos” i “Kritias” powstały ok. 300 r.p.n.e. i dały początek legendzie Atlantydy. Oczywiście pozostaje tu jeszcze jedno pytanie: skąd Platon wiedział o tym wszystkim? Nikt w tamtych czasach nie wiedział przecież o istnieniu Ameryki… Zresztą historycy mocno utwierdzają nas w tym przekonaniu.

atlantyda

Coraz więcej dowodów – także tych powstałych na gruncie naukowym wskazuje, że ludzie w antycznych czasach nie tylko wiedzieli o kontynencie po drugiej stronie Atlantyku, ale także odbywali tam regularne podróże. W epoce brązu miedź była podstawowym elementem technologicznego rozwoju całej ludzkiej cywilizacji. Kopalnie miedzi na południu Europy z pewnością nie były w stanie sprostać popytowi na ten metal, który w tych czasach był w powszechnym użyciu. Skąd w takim razie pojawiał się on w ogromnych ilościach w Europie i był powszechnie dostępny?

U wybrzeży Turcji odkryto szereg wraków antycznych dalekomorskich statków. Znaleziono tam rozmaite dobra w tym duże ilości tlenku miedzi, świadczące o tym, że podstawowym ładunkiem tych statków była właśnie miedź. W laboratorium okazało się, że miedź była niezwyklej czystości i mogla pochodzić z jedynego miejsca na świecie, gdzie taka miedź występuje w ogromnych ilościach. Tym miejscem jest obecny stan Michigan nad jeziorem o tej samej nazwie. Wiedza o takim źródle cennego kruszcu miała ogromną wartość i warto było utrzymywać ją w tajemnicy. Pierwsi miedź przywozili z Ameryki Minojczycy (to wraki ich statków znaleziono u wybrzeży Turcji) jednak po tsunami, które zniszczyło Kretę ich potęga rozsypała się i tajemnicę miedzi przejęli Fenicjanie a później Kartagińczycy. Dziś na Wyspach Kanaryjskich a także na Azorach znajdowane są pozostałości po fenickich osiedlach, które służyły jako punkty zaopatrzeniowe dla statków podążających do Ameryki i z powrotem. Być może niezwykle krwawe i zaciekłe wojny punickie jakie stoczyła Kartagina z Rzymianami dotyczyły kontroli nad amerykańską miedzią. Fenicjanie i Minojczycy docierając do Ameryki z pewnością docierali także do dzisiejszych Bahamów i tam mogli poznać historię zaginionego lądu Atlantydy, którą przenieśli do wszystkich kultur żywiołowo rozwijających się wokół Mare Nostrum. W taki sposób o Atlantydzie dowiedział się Platon. Mimo sugestii, że informacje te pochodzą od Solona, który wiele lat wcześniej odwiedził Egipt i tam miał usłyszeć o Atlantydzie, nie ma nic w pismach egipskich co sugerowałoby taką wiedzę. Wynika ona jednak z analizy rozmaitych pism semickich, którymi posługiwali się Fenicjanie i to właśnie wydaje się być właściwym źródłem informacji Platona na temat Atlantydy.

bimini

Istnienie nieznanej nam dziś cywilizacji na Karaibach sugerują rozmaite intrygujące odkrycia. Przede wszystkim jest to tajemnicza konstrukcja znaleziona w 1968 r. na dnie morza w okolicach wyspy Bimini. Nazywana jest drogą Bimini i zbudowana jest z ogromnych głazów ułożonych obok siebie w formie wskazującej, że nie powstała z pomocą sił natury. Podobna konstrukcja znajduje się pomiędzy Wyspami Bahama a Kubą, gdzie na głazach pod wodą znaleziono petroglify. Tereny te bada od 10 lat Gregory Little. Źródłem dla jego poszukiwań są wizje Edgara Cayce, śpiącego proroka, który umiejscawiał Atlantydę właśnie na Karaibach. Obecnie ogromne zainteresowanie wzbudzają tzw. Ruiny Browna, również odnalezione w okolicach wyspy Bimini. Para płetwonurków odnalazła tam szereg ogromnych sześciennych bloków skalnych. Ich położenie sugeruje, że budowla została rozbita przez potężne fale tsunami. To, co jest najbardziej niezwykle w odnalezionych ruinach, to że kamienie te nie pochodzą z tego regionu Karaibów! Musiały być wydobyte na Haiti, Kubie, Jamajce albo w Europie (!) – we Włoszech lub Turcji.… Na Bahama nie ma takich skał. Jedna z teorii mówi, że był to balast albo kotwice cumujących tutaj statków. Jednak kamienie wydają się zbyt ciężkie aby spełniać taką funkcję nie mówiąc o tym, że morze w tym miejscu jest dość płytkie – ma co najwyżej 3-5 m głębokości. Podobnych, trudnych do wytłumaczenia elementów wokół Bahama i Kuby jest znacznie więcej. Sama Kuba jest niezwykle zagadkowa i z pewnością kryje wiele tajemnic. Dostęp do tej wyspy nie jest łatwy, podobnie jak swoboda poruszania się po niej jest ograniczona. Jedyne co obecnie mamy do dyspozycji to opisy podróżników przedzierających się przez dżunglę Kuby w poprzednich wiekach. Opisywali oni tajemnicze jaskinie, posągi i inne artefakty, które wskazują na o wiele starszą historię cywilizacji na wyspie niż chcą tego historycy. W lipcu 2001 r. Rosjanka Paulina Zelitsky, pracująca dla kanadyjskiej firmy Advanced Digital Communications dokonała u wybrzeży Kuby (Guanahacabibes) szeregu pomiarów za pomocą zaawansowanego sonaru. Zdjęcia dna morskiego na głębokości ok. 700 m pokazały regularnie zabudowany, pocięty ulicami obszar na którym zidentyfikowano – wśród wielu budowli – także piramidy.

Alternatywna historia

Książka którą aktualnie czytam nosi tytuł: “The Phantom Atlas: The Greatest Myths, Lies and Blunders on Maps” (“Atlas fantomów – największe mity, kłamstwa i pomyłki na mapach”). Napisana przez Edwarda Brooke-Hitchinga opowiada o nieistniejących wyspach, wymyślonych górach, mitycznych cywilizacjach i innych niepewnych geograficznie miejscach. Poniżej fragment:

Zaginione miasto z pustyni Kalahari

phantom_atlasPierwszą rzecz jaką należy wiedzieć o Williamie Leonardzie Huntcie jest to, że był on utalentowanym wynalazcą. Był wiktoriańskim showmanem znanym jako “Wielki Farini” i przerobił teatralne urządzenie sceniczne wyrzucające człowieka na niewielką wysokość w powietrze na wczesne (o ile nie najwcześniejsze) widowisko w którym z armaty zamiast pocisków wystrzeliwano ludzi. Zadebiutował ze swoją maszyną w londyńskim Akwarium Królewskim, 2 kwietnia 1877 r, gdzie wystrzelił 14-letnią dziewczynkę o imieniu Rosa Richter ponad widownią do siatki na odległość 21 m.

Dar tworzenia nowości potwierdzała kwiecista aż do przesady reklama, która swoją pomysłowością przewyższała nawet króla blagi P.T. Barnuma. Barnum podpisał nawet kontrakt z Huntem i Rosą (która występowała pod pseudonimem “Zazel”) w 1880 r. i wystrzałowy duet przemierzał Amerykę wzdłuż i wszerz z najwspanialszym cyrkiem na świecie odnosząc ogromny sukces. Hunta jednak męczyły światła rampy i w 1881 r. wycofał się z show-biznesu. Pogłoski o 180 karatowych diamentach rozrzuconych po pustyni Kalahari sprawiły, że zamienił trociny cyrku na pustynny piasek i razem ze swoim przyjacielem Lulu przestawił uwagę na przygody. To właśnie podczas tej podróży przez pustynię Hunt miał dokonać niezwykłego odkrycia (lub być może swojego największego wymysłu), którym było zaginione miasto antycznej cywilizacji.

mapa

Swoje odkrycie oznaczył Hunt na mapie i po powrocie przedstawił londyńskiemu Królewskiemu Towarzystwu Geograficznemu. Na mapie umieścił Hunt napis: “Ruiny”. Podczas polowania miał odkryć zagrodę o eliptycznym kształcie o długości 1/8 mili. W jego oczach były to ruiny miasta:

„Kamieniarstwo miało cyklopiczny charakter. Tu i ówdzie gigantyczne kwadratowe bloki wciąż stały na sobie… Wewnątrz swego rodzaju zagrody wpasowano zrobiony z wąskich prostokątnych bloków krzyż, który był podstawą piedestału albo monumentu. Odkopaliśmy połamane kolumny…cztery płaszczyzny były wyżłobione.”

Początkowo odkrycie spotkało się z niewielkim zainteresowaniem. Członkowie RGC, którzy komentowali raport Hunta zignorowali sekcję mapy z ruinami a za to krytykowali, że brakuje na niej informacji na temat lokalnych źródeł wody.

przez_kalahariWówczas, w 1886 r. Hunt opublikował książkę na temat swoich przygód pt: “Through the Kalahari Desert. A Narrative of a Journey with Gun, Camera, and Note-Book to Lake N’Gami and Back” (“Przez pustynię Kalahari. Opowieść o podróży ze strzelbą, aparatem fotograficznym i notatnikiem do jeziora N’Gami i z powrotem”). Opowiedział w niej więcej szczegółów ze swojego odkrycia opisując jak jego zatumanieni lokalni przewodnicy odmówili pomocy w odkopywaniu kamieni uważając, że jest to bezsensowne. W rozdziale zatytułowanym: “Skurwysyny nie chcą kopać” dołączył schemat narysowany przez Lulu i dokładniejszy opis

“długiej linii kamieni, które wyglądają jak Mur Chiński po trzęsieniu ziemi a które po zbadaniu okazały się ruinami całkiem potężnej struktury”.

Hunt zakończył książkę zagadkowym wnioskiem, że identyfikację reliktu pozostawia innym

“bardziej obznajomionym w temacie”

i podsumował wierszem:

Ruiny zasypane w połowie
Wielkie, kamienne pozostałości
Tam, gdzie samotne pustkowie
Świątynia lub grób na ludzkie kości

Niekształtnie kamienie i rzeźbione bloki ze skały brutalnie wyrwane wystają z czerwonego piasku
Przez wielkich ludzi prochy stworzone i chronione, tysiące lat czekały słonecznego blasku

Pamiątka to może ze wspaniałą przeszłością
Miasta kiedyś wielkiego i wzniosłego
Twarzy pozbawione pękłej ziemi złowrogą światłością
Dłonią czasu kompletnie zmiecionego

huntMożna cynicznie uznać tę niechlujną próbę wymyślenia tajemnicy po to aby napisać książkę i zyskać sławę. Jeśli rzeczywiście tak było to autor srogo się zawiódł bo jego książka wzbudziła niewielkie zainteresowanie – prawdopodobnie ze względu na cyrkową reputację Hunta, która była szeroko znana. W 1923 r. profesor z Rhodes University: E.H.L. Schwartz wskrzesił historię zaginionej cywilizacji co zainspirowało do ponownego zbadania legendy F.R. Pavera, edytora z “Johannesburg Star” i dr Meent Borcherdsa. Ich artykuły trafiły w umysły czytelników i wkrótce zorganizowano ekspedycję w poszukiwania “Zaginionego Miasta z Kalahari”. Trudno dziś się doliczyć ile razy próbowano je znaleźć, ale za historykiem A.J. Clementem można przyjąć, że do 1967 r. przeprowadzono w tym celu co najmniej 26 wypraw. Poszukiwania trwają nadal i od 2010 sfinansowano międzynarodowy projekt dokładnego przeczesania terenów pustyni Kalahari z niewielkich pojazdów lotniczych (motolotni).

Alternatywna historia

Przeglądając moją biblioteczkę natrafiłem na historię Attylii – wodza Hunów no i zaczytałem się trochę…, jak zawsze w takich przypadkach. Książka nosi tytuł: “Attila The Hun – A Barbarian King and The Fall of Rome” (Hun Attyla – król barbarzyńców i upadek Rzymu”).  Napisał ją John Man i obejmuje ona czasy piątego stulecia naszej ery. Niemalże tysiąc lat później polski król wygrywa bitwę pod Grunwaldem a Europa technologicznie jest bardziej zacofana niż pod koniec czasów Imperium Rzymskiego. To daje sporo do myślenia. Poniżej fragment książki.

attila-the-hunPatrząc wstecz z perspektywy czasu widać, że ludzie wiedzieli, że nad Europę nadciąga coś złego, widzieli znaki, ostrzeżenia, cuda i zapowiedzi zagrożenia: trzęsienie ziemi w Hiszpanii, zaćmienie Księżyca, zorza polarna sięgająca swym nieziemskim światłem zbyt daleko na południe, jak widma uzbrojone w płonące lance polarnych regionów. W czerwcu 451 r. pojawiła się na porannym niebie kometa – Kometa Halleya jak ją dziś nazywamy – ze swoją rozjarzoną głową i rozciągniętym ogonem groźnym jak płonący pocisk wystrzelony z niebiańskiej katapulty. Zagrożenie budowało się nieustannie przez 50 lat – Wizygoci przejęli Akwitanię, Alanowie, Wandale i Swebowie rozproszyli się po północnej Galii, Burgundowie w Sabaudii, Frankowie osiągnęli Mozę, Północna Afryka została stracona, Brytania odcięta, Bretania żyła dla samej siebie, bagaudzcy bryganci byli poza wszelką kontrolą –  wszystko to na skraju budującej się kuluminacji.

Podejmując decyzję o inwazji Zachodu, Hunowie mieli podobny problem jaki mieli Niemcy przygotowujący się do inwazji Francji w 1914 i później w 1940 r. Od  strony Renu Francja posiadała doskonałą naturalną osłonę w postaci Wogezów ustępującym górom Eifel i Ardenom na północy. Praktycznie jedyna droga prowadziła przez Mozelę, przez dzisiejszy Luksemburg i stamtąd przez równiny Szampanii. Nie było jednak dobrym pomysłem przedzieranie się przez góry Francji (lub raczej Galii) jeśli armia była zagrożona od północy – z Belgii – w tym przypadku region zajmowali Frankowie.

Attyla miał problemy z Frankami. Król Franków zmarł (Meroweusz) a jego dwaj synowie sprzeczali się o sukcesję. Starszy udał się po pomoc do Attyli, młodszy mający piętnaście, góra szesnaście lat szukał pomocy u Rzymian i znalazł ją u Aecjusza. Priscus (kronikarz) widział tego młodego człowieka w Rzymie pod koniec 450 r. i jego wygląd zrobił na nim wrażenie:

“Jego pierwsza broda nie zaczęła jeszcze rosnąć, a jego lniane włosy były tak długie, że zasłaniały mu ramiona”.

Aecjusz adoptował go jako swojego syna – typowe w tamtych czasach narzędzie do wzmacniania przymierza – i młodzieniec wyruszył z powrotem objuczony darami i obietnicami. Oczywiście miał otrzymać pomoc potrzebną do zdobycia tronu i przez to wpaść w ramiona Rzymian. Niedobrze było mieć rzymskiego wasala na swoim prawym skrzydle, tak jak Niemcy w 1914 r. nie mogły dopuścić aby neutralna Belgia przeszła do obozu Ententy. Aby dokonać udanej inwazji Francji, Niemcy musieli zdobyć “biedną, małą Belgię”. Aby najechać Galię Attyla musiał najpierw zneutralizować biednych, małych Franków.

hunowie

Na początku 451 r. główna armia Attyli podążała  wzdłóż Dunaju maszerując po obu jego stronach, przekraczając wpływające do niego rzeki przez brody i pontonowe mosty zbudowane z kłód drzew wyciętych w okolicznych lasach. Jedno ze  skrzydeł poszło głęboko na południe by zawrócić w stronę Renu przez Bazyleę, Sztrasburg, Spirę, Wormację, Frankfurt nad Menem i dołączyć do głównej armii nadciągającej od Dunaju i Renu. Hunowe przekroczyli Ren prawdopodobnie w Koblencji, ścinając drzewa na skraju rzeki i budując z nich tratwy i pontonowe mosty aby przerzucić na drugą stronę rzeki swoje wozy.

Z tego miejsca w marcu 451 r. mógł Attyla wysyłać niewielkie siły aby zniszczyć tych Franków, którzy jeszcze nie sprzymierzyli się z Rzymianami. Potwierdza to fakt, że Childeryk, starszy syn, który początkowo szukał sojuszu z Attylą, wyrósł później wśród Franków na króla dużego formatu. Frankowie stworzyli swoje oddziały w armii Attyli a także Rzymu i nie byłoby to możliwe, gdyby wszyscy sprzymierzyli się z Rzymem, gotowi do zadania Attyli ciosu w plecy.

Wszystkie kroniki tej wojny mają źródła chrześcijańskie, bo chrześcijaństwo utrzymywało przy życiu ogień cywilizacji. Wszystkie były spisane później i w większości są to hagiografie biskupów męczenników po równo wypełnione historycznymi faktami i fantazją swoich twórców. Można jednak dzięki temu zaznaczyć na mapie drogę Attyli. Prawdopodobnie druga przeprawa na Renie miała miejsce w Sztrasburgu przy niewielkim oporze Burgundów. Główny atak nastąpił przy połączeniu Mozeli z Renem w Koblencji. Tej wiosny Hunowie i ich sprzymierzeńcy podążali krętymi drogami wzdłóż obu brzegów Mozeli by połączyć się przy kamiennym moście w Trewirze.

porta-nigra

Tak naprawdę powinni tam pozostać. Trewir był fortecą przez trzy stulecia i był także rzymską stolicą na północ od Alp do czasu, gdy administracja prowincji przeniosła się 50 lat wcześniej do Arles. Jego siedmiometrowe mury łączyły cztery bramy, z których jedna istnieje do dziś, uratowana przez greckiego mnicha, który zamknął się tam w jedenastym wieku chroniąc ją przed zburzeniem aureolą swojej świętości. Kiedy pojawili się Hunowie, północna brama błyszczała delikatną żółcią, ale wieki później pokryła się ciemną patyną wietrzejącego piaskowca i stała się Porta Nigra, Czarną Bramą. Nic w Galii – wtedy i teraz – nie pokazywało lepiej rzymskiej potęgi niż ta szwarzeneggerowska strażnica: 30 m wysoka, 36 długa, i 22 szeroka. Jej kamienne bloki, niektóre z nich z wydrapanymi imionami dumnych murarzy ważyły po 6 ton. Cięte brązowym piłami napędzanymi przez wody Mozeli, połączone były nie cementem a żelaznymi klamrami w trzypiętrową wieżę ze 144 arkadowymi oknami. Dwa arkadowe wejścia z wrotami i kamiennymi zaporami prowadziły do tego starego miasta, zamieszkałego przez 80 tys. ludzi. To był Rzym w miniaturze. Marmurowy pałac zbudowany przez Konstantyna w 300 r. obłożono 1.5 milionami płytek, przywiezionymi z Pirenejów i Afryki. Łaźnie miejskie były największe w imperium zaraz po łaźniach Dioklecjana i Karakalli w Rzymie, posiadały salę gimnastyczną, gorące, letnie i chłodne pokoje, opalany węglem piec i dwupiętrową piwnicę. Na stadionie 20 000 ludzi mogło oglądać walki gladiatorów, rzucanie przestępców lwom na pożarcie a także sztuki grane na podnoszonej scenie (wszystko dziś w ruinach).

attylaTrewir powinien zatrzymać w miejscu marsz Hunów. Ci jednak przeszli bez zatrzymywania się. Brak informacji na ten temat sugeruje, że garnizon miasta zmniejszony po tym jak stolicę Galii przeniesiono do Arles zamknął się w twierdzy i pozwolił barbarzyńcom obejść ją dookoła. Hunowie ruszyli przed siebie zostawiając straż tylnią i blokując dolinę na wypadek gdyby żołnierze z Trewiru odzyskali chęć do walki.

Jedyne informacje jakie posiadamy na temat następnego miasta na ich drodze dotyczą Metz. Wg kroniki, Hunowie oblegli miasto i powoli rozbijali jego mury obronne taranem. Jeszcze przed Wielkanocą część murów runęła. Szybka nocna szarża przez zrobioną w ten sposób wyrwę w murach doprowadziła do upadku miasta 8 kwietnia. Jeden z zakonników został wzięty do niewoli, innym poderżnięto gardła a wielu mieszkańców spłonęło żywcem we własnych domach.

Po tym zwycięstwie już tylko prosta droga prowadziła łagodnymi stokami Ardenów na płaskie przestrzenie campi, sawanny której nadano imię Campania a dziś Szampania. Region ten zwany był wówczas równinami katalauńskimi od łacińskiej nazwy lokalnego plemienia upamiętnionego dziś w nazwie miasta Chalons. Wówczas Hunowie ruszyli na północ do Reims, głównego miasta Galów, gdzie łączyły się sw-nikazywszystkie główne drogi. To starożytne miasto z forum i łukiem tryumfalnym zbudowanym przez Augusta było puste, bo jego mieszkańcy uciekli do lasu. Została tylko niewielka grupka licząca na cud z arcybiskupem i kilkoma księżmi na czele. Legenda mówi, że prałat Nikazy śpiewał Psalm 119 kiedy dotarli tam Hunowie. Prawdopodobnie liczył on, że ten najdłuższy z psalmów, ze swoimi 176 wersami da mu specjalną ochronę. Nie dał. Dośpiewał do wersu 25 –

“Moja dusza pokryta kurzem ożywiła się Twoim słowem”

kiedy huński miecz uciął mu głowę. Został on później beatyfikowany jako św. Nikazy.

Główne uderzenie Hunów poszło jednak na zachód w kierunku Orleanu, gdzie starzy wrogowie Attyli – Alanowie – przygotowywali się do obrony. Hunowie w swoich wozach poruszali się wolniej niż tempo blitzkriegu, pokonując 20 km dziennie, poprzez wsie opustoszałe ze strachu. Ci co posiadali cokolwiek zakopywali dobytek, bogaci trzęśli się w swoich ufortyfikowanych siedzibach, biedni uciekali do lasu i w góry.

Alternatywna historia

Zmiana samolotu Hitlera, z należącego do Luftwaffe Ju-252 na Ju-52 ze znakami Ejercito del Aire miała miejsce 29 kwietnia w hiszpańskiej bazie wojskowej Reus i została przeprowadzona szybko i w tajemnicy. Grupa führera bez przeszkód dotarła do Villa Winter na Fuerteventura. Podczas tego etapu podroży uczucie ulgi na pokładzie samolotu musiało być dojmujące. Uciekinierzy lecieli przez hiszpańską przestrzeń powietrzną w czasie, gdy alianckie oczy wciąż były skoncentrowane na Berlinie a w przypadku amerykańskiego wywiadu także na Bawarię. Z tyłu samolotu pod wpływem środków nasennych podanych przez dr Haase spokojnie spała Blondi. Samolot zatrzymał się na krótko po paliwo w hiszpańskiej bazie lotniczej w Moron w południowej Hiszpanii i prowadzony przez rozbudowaną sieć komunikacji radiowej z Villa Winter wylądował na Wyspach Kanaryjskich wieczorem 29 albo rankiem 30 kwietnia. Pasażerów zabrano z lotniska samochodami i powieziono polną drogą do luksusowej willi, gdzie dostali porządny obiad i mogli zasnąć – po raz pierwszy od wielu miesięcy bez ogłuszającego huku bomb i artylerii.

Willi Koehn – regularny pasażer U-bota do Buenos Aires i człowiek odpowiedzialny za wysyłkę Aktion Feuerland z Hiszpanii – przyleciał dzień wcześniej z Kadyksu. Koehn był szefem latynoamerykańskiego oddziału Niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i bliskim przyjacielem gen. Wilhelma von Faupela, który zarządzał nazistowskim Instytutem Iberoamerykańskim – kwaterą główną niemieckiego wywiadu na Zachodniej Półkuli. Ostatnie dwie przesyłki Koehna doszły drogą morską jeszcze przed nim i czekały na załadunek na dwa U-booty.

hitler-i-blondiHitler wraz z Ewą Braun zostali przewiezieni na U-518 jedną z jedenastu łodzi rybackich jakie były w posiadaniu bazy. Mimo, że Franz Barsch z U-1235 był – w wieku 33 lat – najstarszym i najbardziej doświadczonym dowódcą, jego załoga wyszła na swój jedyny wojenny patrol w maju 1944 r., podobnie jak U-880 Gerharda Schotzau. Dwudziestopięcioletni Hans-Werner Offermann mimo, że najmłodszy z trzech kapitanów, był doświadczonym podwodniakiem znającym wody Ameryki Południowej, gdzie razem ze swoją załogą pływał na wojenne patrole od maja 1942 r. Do 1945 r. – gdzie średnia długość życia załoganta U-boota wynosiła półtora patrolu – ta długowieczność wyróżniała go jako mającego szczęście i umiejętności weterana i ta kombinacja jego doświadczeń była powodem wyboru U-518 jako łodzi Hitlera.

Kiedy pasażerowie zostali wygodnie zaokrętowani – tak jak to tylko było możliwe – w ciasnych warunkach wojennego U-boota, opuszczono wyspy ruszając w mającą 5300 mil podróż. Miała ona zabrać 59 dni, podczas których czas musiał upływać tak ciężko jak w “betonowym okręcie podwodnym” w bunkrze führera. W międzyczasie, U-880 z Hermannem Fegeleinem i Willi Koehnem na pokładzie oraz U-1235 leżały bezpiecznie na dnie niedaleko Punta Pesebre. Oba okręty podwodne pozbyły się swoich torped, wystrzeliwując je w głębokie wody nieopodal wyspy, aby zrobić miejsce na ładunek. Przez następne dwa dni, skrzynie z dobrami przetransportowanymi z Kadyksu były układane w przedziałach torpedowych.

Życie na pokładzie U-518 cuchnęło – co było normalne dla prowadzącego działania wojenne U-boota. Załogant U-boota mógł zabrać ze sobą jedynie ubranie jakie miał na grzbiecie i jedną zmianę bielizny i skarpet i te części garderoby wypełniano rzeczami dowolnie wybranymi przez załogę i nieobjętymi regulaminem. Luźna atmosfera pomiędzy oficerami i załogą musiała się zmienić natychmiast po tym jak führer znalazł się na pokładzie – nawet gdy Hitler poprosił aby wszelkie formalności ograniczyć do minimum po tym jak zobaczył, że nieustanne salutowanie na ciasnej łodzi jest po prostu śmieszne. Kapitan Offermann przez siec głośników wewnętrznych poinformował swoją załogę o tożsamości pasażerów i porcie docelowym. Część przestrzeni dla pary, jej bagaży i ładunku ciężkich skrzyń uzyskano pozbywając się amunicji i odsyłając część marynarzy na inne jednostki. Torpedy i amunicja do działka przeciwlotniczego zostały wyładowane a 12 marynarzy uznano za niepotrzebnych w niebojowej misji i przeniesiono na pozostałe dwa U-booty. Jako żądło w swoim odwłoku w przypadku niespodzianki Offermann pozostawił rufowe wyrzutnie torpedowe załadowane dwiema akustycznymi torpedami niszcząco-burzącymi typu T5 Zaunkonig.

Na bojowym patrolu, dziobowy przedział torpedowy był także pomieszczeniem dla załogi. Wraz z usunięciem torped i zmniejszeniem załogi z 44 osób do 32 pomieszczenie to miało być kabiną Hitlera, Ewy i Blondi, ale prywatność pasażerów musiała być często naruszana przez załogę dokonującą rutynowych przeglądów sprzętu na okręcie. Większość załogi U-boota, z wyłączeniem radiooperatorów pracowała w ośmiogodzinnych zmianach. Przestrzeń dla załogi była niezwykle cenna, prywatność nie istniała i nawet po przeniesieniu 12 ludzi – U-518 musiała być niezwykle zatłoczona podczas swojej podróży. Załoga czuła się także skrępowana obecnością pasażerów – zwłaszcza dwóch. Pies na pokładzie okrętu podwodnego nie był czymś nieznanym. Blondi mogła swobodnie przemieszczać się po okręcie i wkrótce stała się ulubieńcem załogi. Szybko nauczyła się korzystać z kuwety do załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych, ale ludzie używający toalet na łodzi podwodnej mieli znacznie gorzej.

u-boot

Na U-518 toalety były wyposażone w spłuczki korzystające z wody morskiej i zawartość klozetu przepompowywano do zbiorników sanitarnych, które od czasu do czasu opróżniano do morza. Normalnie załoga używała tylko jednej toalety, zanim żywność zmagazynowana w dwóch pozostałych nie została zużyta. W tej podroży toaleta w torpedowym przedziale dziobowym używana była wyłącznie przez führera i Ewę Braun. Posiadała także metalową szafkę z lustrzanymi drzwiami, gdzie znajdowały się dwa składane zlewy. Słodka woda była limitowana i racjonowana ale pasażerowie mogli używać słodkiej wody także do prania – przywilej nieznany na U-bootach, gdzie na pranie trzeba było czekać do końca rejsu a załodze w zamian wydzielano duże dawki wody kolońskiej “Kolibri”.

Na jedzenie składały się głównie puszki wypełniacza sojowego zwanego Braitlingspulver. Załoga nazywała je “dieselżarcie” bo skladowano je w miejscu, gdzie stała chmura dieslowskich oparów. Głównym problemem wynikającym z ciągłej podroży pod wodą było wyrzucanie śmieci, które gromadziły się na okręcie w wilgotnych i smrodliwych warunkach. Śmieci były wyrzucane w niewielkich ilościach przez wyrzutnię BOLD mającą mylić sonary, ale w praktyce śmieci wkładano w puste wyrzutnie torpedowe i wystrzeliwano w morze kiedy można to było zrobić bezpiecznie. Po zapadnięciu ciemności, 4 maja 1945 r., dwa dni po tym kiedy “oficjalnie “ ogłoszono śmierć Hitlera, co spowodowało ironiczne uśmieszki na pokładzie U-518 – okręt zakotwiczył na cztery godziny przy południowo zachodniej stronie bezludnej wyspy Branco w archipelagu Wysp Zielonego Przylądka i zachodnich wybrzeży Afryki. Korzystając z okazji przewietrzenia okrętu, Offermann pozwolił Ewie Braun na zapalenie papierosa na mostku. Ewa Braun ciężko znosiła warunki życia na lodzi podwodnej. Cztery dni później Offermann rozważał wynurzenie okrętu w celu odbycia ceremonii przejścia równika ale szybko odrzucił ten pomysł. Musiał zdążyć na spotkanie.

greywolfGeneral SS Hermann Fegelein przybył do Argentyny na pokładzie U-880 w nocy z 22 na 23 lipca, jakieś pięć dni przed łodzią Hitlera. U-boot utrzymywał maksymalną prędkość przez całą podróż aby umożliwić szwagrowi Ewy Braun organizację przygotowań na przyjazd Hitlera. O świcie, 23 lipca przewieziono go na holownik Delfino SA, jakieś 30 mil od Mar del Plata. Załoga U-880 wyładowała z okrętu na holownik 40 małych, ale bardzo ciężkich skrzynek wielkości skrzyń do amunicji.Tym samym U-880 wypełnił swoje ostatnie zadanie dla III Rzeszy. Załogę przetransportowano na holownik. Ostatni załogant otworzył zawory denne i wszyscy patrzyli w milczeniu jak U-boot po raz ostatni zanurza się w głębiny południowego Atlantyku.

W międzyczasie w kapitańskiej kajucie na holowniku Fegelein brał kąpiel i ogolił się po raz pierwszy od 54 dni. 15 min później Fegelein założył modny szary garnitur uszyty przez najlepszych krawców w Buenos Aires. Przywiózł mu go na pokład holownika osobisty wysłannik pułkownika Juana Perona – Rodolfo Freude, syn ambasadora nazistów w Argentynie, bogatego biznesmana – Ludwiga Freude. W podróży do brzegu do dwóch mężczyzn w kajucie dołączył inny pasażer z U-880 – Willi Koehn – szef latynoamerykańskiego oddziału Niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i były szef Faszystowskiej Partii Chile.

Koehn po raz ostatni był w Buenos Aires w 1944 r. i również wykorzystał regularny rejs U-boota z Rota w Hiszpanii do Mar del Plata aby przywieźć ciężki ładunek. Koehn był dobrze znany argentyńskim antyfaszystom: trzy tygodnie po swoim przybyciu z Fegeleinem, uciekinierzy z Argentyny w Montevideo w Urugwaju potwierdzili powrót Koehna do Argentyny. Tym razem pojechał on do Patagonii za wiedzą rządu w Buenos Aires. I nie był on sam.

Kiedy Fegelein i Freude wylądowali w Mar del Plata, czekał na nich czarny samochód argentyńskiej marynarki wojennej. Chwilę później generał SS i argentyński nazista wsiedli do dwupłatowca Curtiss Condor II, świeżo pomalowanego w kolory Fuerza Aera Argentina stworzonej zaledwie sześć miesięcy wcześniej i odlecieli. Ten Curtiss był jednym z czterech jakie Argentyna zakupiła w 1938 r. Samolot znany był z dużej ładowności i krótkiego pasa startowego jaki potrzebował aby wzbić się w powietrze. Samolot wylądował zaledwie pół godziny później na trawiastym lotnisku niemieckiej farmy, 6 km od morza niedaleko Necochea. Rozpoczęto ostatnie przygotowania w oczekiwaniu na Hitlera i Ewę Braun, którzy mieli tu dotrzeć za kilka dni.

Alternatywna historia

Czy Wikingowie docierali do dzisiejszego Meksyku? Na ścianach Świątyni Wojowników w Chichen Itza znajduje się malowidło przedstawiające “Białych Władców”, którzy być może dotarli tu aż z chłodnej Skandynawii. Wikingowie byli legendarnymi nawigatorami i doskonałymi żeglarzami. Dziś nie ulega wątpliwości, że dotarli do Labradoru i Zatoki Hudsona wiedząc o istnieniu Ameryki na kilkaset lat przed Kolumbem. Jest więc wielce prawdopodobne, że mogli również dotrzeć do Ameryki Środkowej na długo przed Cortezem i konkwistadorami. Islandzka saga Eyrbyggja opisuje wyprawy dwóch Wikingów na półwysep Jukatan. Jednym z nich był Gudleif Gudlaugson (ok. 1025 r.) a drugim Björn Breiðvíkingur Ásbrandsson (ok. 965 r.)

Björn Breiðvíkingur Ásbrandsson zwany Czempionem musiał uciekać z Islandii po tym, jak odkryto jego romans z Thurid, żoną Thoroda – poborcy podatków. W efekcie ich związku urodził się chłopiec – Kiartan i Czempion znalazł się w trudnej sytuacji. Brat Thurid – Snorri – zaskoczył raz Czempiona bez broni, ale ten zdołał go przekonać że to, co się stało ma swoje źródło w miłości. Snorri uwierzył mu i ostrzegł przed gniewem Thoroda. Aby uniknąć rozlewu krwi Czempion spakował manatki i postanowił udać się na kilka lat do Europy w oczekiwaniu, aż cała afera ucichnie. Ocean Atlantycki miał być gwarantem, że ta miłość nie będzie miała dalszych konsekwencji. Czempion odpłynął w siną dal i słuch po nim zaginął na wiele długich lat.

Kilkadziesiąt lat później kupiec Gudleif płynąc z Islandii do Irlandii wpadł w straszliwy sztorm i po wielu tygodniach tułaczki po morzu wylądował w nieznanym sobie kraju. Eksperci badający sagi uważają, że dotarł do Jukatanu. Tam otoczyli go niezbyt przyjaźnie nastawieni tubylcy, których języka nie rozumiał – wiedział jednak, że jego położenie jest ciężkie i być może nadszedł czas, żeby pożegnać się z życiem. Nagle pojawił się orszak z władcą na czele. Władca był wyniosły i potężny a ludzie wokół niego oddawali mu boską cześć. Nieoczekiwanie zapytał Gudleifa skąd pochodzi językiem używanym przez ludzi Północy, a gdy ten odpowiedział, że z Islandii – władca ożywił się wyraźnie i stracił swoją wyniosłość. Zaczął ze znawstwem tematu wypytywać o szczegóły i wreszcie na koniec rozmowy zdjął z palca złoty pierścień i kazał kupcowi przekazać go Thurid. Po czym wyjął miecz i podając go Gudleifowi nakazał oddać go Kiartanowi – synowi Thurid. Po wielu tygodniach żeglugi Gudleif wrócił do Islandii i oddał powierzone sobie przedmioty. Wówczas wszyscy przypomnieli sobie Czempiona, który wiele lat temu zaginął bez śladu w drodze do Europy.

wikingowie-u-aztekow

Obecnie uważa się, że pomoc jaką uzyskał Cortez w podboju imperium Azteków od innych plemion Mezoameryki jest związane z tzw. powrotem “Białych Władców”, których utożsamiano z Hiszpanami. Co prawda niektórzy historycy uważają, że legenda “Białych Władców została wymyślona przez Franciszkanów i utożsamiała Corteza z Quetzalcoatlem, pierzastym wężem, bogiem pokoju (???) i arcywrogiem władcy Azteków Moctezumy. Jednak fresk z Chichen Itza pokazuje coś innego: białych, czarnych i brązowych ludzi, którzy walczą ze sobą i biorą się do niewoli. Czas powstania fresku oceniono na 600-900 r.

W Popol Vuh opisany jest Taniec Czarnych Gigantów. Jeden z nich wymachuje mieczem i stara się zabić Białego Giganta, ale ten robi sprytne uniki. Zaczyna się walka przerywana od czasu do czasu składaniem hołdu bogom. Giganci atakują się nawzajem z furią i wreszcie Czarny Gigant odcina głowę Białemu. Oglądający tą scenę ludzie są przerażeni, gdy Czarny Gigant groźnie wymachuje mieczem w ich stronę. Wiedzą, że ich czas jest policzony. I wtedy pojawia się inny biały o imieniu Gavite. Walka zaczyna się na nowo i jest niezwykle zaciekła. Gavite jest nieustraszonym wojownikiem i Czarny Gigant czuje najpierw zmęczenie a potem strach. Próbuje negocjować, chce się ukorzyć przed Gavite i kupić swoje życie. Gavite jest jednak nieprzejednany i w końcu odcina głowę Czarnemu Gigantowi. Głowę i miecz składa w podarunku królowi Majów.

chichen-itza-mural

Z analizy fresku w Chichen Itza wynika, że biali najpierw najechali Jukatan i mieszkający tam brązowi ludzie sprzymierzyli się z czarnymi w końcu pokonując białych. Ich radość nie trwała jednak długo, bo czarni okazali się być okrutnymi ciemiężcami. Jeden z rysunków w Chichen Itza przedstawia dwóch czarnych składających w ofierze białego mężczyznę o blond włosach. Kiedy przybyli następni biali, Majowie sprzymierzyli się z nimi i pokonali Czarnych Gigantów. Można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że owymi “białymi” byli właśnie Wikingowie.

Za “czarnych” uważa się Azteków – potężnych i okrutnych, opętanych żądzą krwi i złota kanibali. Nie ma do końca pewności jak wyglądali Aztekowie. Wg hiszpańskich konkwistadorów byli rośli (w przeciwieństwie do Majów), mieli czarną skórę jak pantery i mocno kręcone włosy…. Czyżby byli to ci sami ludzie o negroidalnych rysach, których kamienne rzeźby głów nazywane są głowami Olmeków? Zachowane kodeksy Majów: Codex Telleriano i Codex Mendoza pokazują Azteków jako ludzi o czarnym kolorze skory…

mural

Historia Mezoameryki wciąż jest pełna białych (nomen omen) plam. Do dziś w Meksyku można spotkać ludzi o czarnym kolorze skóry, którzy nie mają afrykańskich korzeni. Mowiąc o historii i zwyczajach tego regionu dyskretnie przemilcza się panujący powszechnie kanibalizm a także najwymyślniejsze metody zadawania bólu. Może dlatego Graham Hancock w swojej książce “War God” przedstawia Moctezumę i Corteza jako równorzędnych, opętanych i wykolejonych dewiantów, zdolnych do każdej podłości i zbrodni.

Alternatywna historiaZaginione cywilizacje

Od kiedy serwis Google Earth stał się powszechnie dostępny, kto żyw rzucił się odkrywać tajemnice naszej planety ukryte do tej pory przed ludzkim okiem. Zdjęcia satelitarne dają idealny punkt widzenia z którego bystre oko jest w stanie dostrzec elementy odbiegające od codzienności.

Antarktyda wzbudza szczególne zainteresowanie, choćby ze względu na niedostępność i odległość lodowego kontynentu od ludzkich skupisk. Ostatnią sensacją są “odkrywane” tam kolejne struktury przypominające piramidy. Dwie z nich odkryto kilkanaście kilometrów od brzegu a trzecia ma stać niemalże na czarnej, antarktycznej plaży. Sensacyjność odkrycia dla uważnego obserwatora tego tematu jest sezonowa. Oznacza to, że o piramidach na Antarktydzie pisze się już od dobrych kilku lat a dyskusję za każdym razem wywołują tabloidy (!), dla których jest to sprawdzony temat na pozyskanie sobie szerszego odbioru. Identyczne niemalże informacje z “Daily Mail” były prezentowane w zeszłym roku, dwa lata temu, trzy lata temu… i zapewne wcześniej.

Jeśli struktury te rzeczywiście okazałyby się być zbudowanymi przez kogoś piramidami, to niewątpliwe dokonują one kolosalnej rewolucji w sposobie patrzenia nie tylko na naszą historię ale w ogóle na początki ludzkości. Nikt do tej pory nie był w stanie udowodnić, że Antarktydę mogła zamieszkiwac jakakolwiek nieznana nam cywilizacja – na dodatek technologicznie zaawansowana.

antarctic-pyramid

Trudno sobie wyobrazić aby ktokolwiek mógł zamieszkiwać tą skutą mrozem ziemię, gdzie warunki życia nawet dziś, gdy zbudowano tam dostarczające energii elektrownie atomowe i lotniska zdolne przyjąć największego nawet jumbo-jeta. (Nawet istnienie elektrownii atomowych jest problematyczne po tym jak w amerykańskiej bazie McMurdo zamknięto w 1972 r. taką elektrownię po tym, gdy wykryto tam duży, radioaktywny wyciek zatruwający środowisko naturalne i ludzi). Jednak z badań geologicznych wiadomo, że Antarktyda nie zawsze była taka jak dziś. Płyta tektoniczna, na której leży powoli dryfuje w stronę bieguna południowego, co oznacza, że wiele milionów lat temu Antarktyda cieszyła się łagodnym klimatem przypominającym dzisiejszą Nową Zelandię. Tak przynajmniej mowią naukowcy z British Antarctic Survey. Kilka niezależnych od siebie ekspedycji naukowych sponsorowanych przez NASA a także Rosyjską Aakademię Nauk znalazło mikroby pod lodem jezior: Vida i Wostok.

Antarktyda jest w 98% pokryta lodem, który więzi w sobie ponad połowę ziemskich zasobów słodkiej wody. Antarktyda nie jest jednak kostką lodu. Większość tego lodu spływa do oceanu, spychana tam siłami natury. Pokrywa lodowa Antarktydy ma w wielu miejscach grubość ponad 3 km i kryje pod sobą prawdziwy, geologiczny krajobraz kontynentu. Powstało międzynarodowe konsorcjum naukowe (wspomniane wyżej British Antarctic Survey), aby wspólnymi siłami zbadać jak wygląda Antarktyda pod lodem. Dzięki temu powstała mapa Antarktydy zwana Bedmap2, oparta na mapie jaką stworzono w 2001 r. i uzupełniona o 25 milionów (!) nowych pomiarów dokonanych z ziemi, powietrza i przestrzeni kosmicznej. Włączone są w to także 7-letnie obserwacje satelity NASA – ICESat (ICESat2 wejdzie do służby w przyszłym roku) i 3 lata pomiarów laserowych i z użyciem radaru penetrującego ziemię w ramach operacji IceBridge. W ramach IceBridge samoloty P-3 Orion przelatywały nad wieloma regionami Antarktyki dokładnie penetrując swoimi radarami to co, ukrywa pod sobą lód.. Dzięki temu mamy dość niezłe rozeznanie w tym, co kryje się pod grubą warstwą lodu Antarktydy.

p-3_orion

Największym problemem dopuszczenia myśli o nienaturalnym pochodzeniu tzw. piramid z Antarktydy jest to, że nawet dziś byłyby one niemalże niemożliwe do wykonania. Zwłaszcza przy obecnym klimacie, który nie zmienił się zbytnio od czasów wynalezienia koła a nawet opanowania techniki zapalenia ognia, co miało nastąpić jakieś 125 tys. lat temu. Oznaczałoby to, że jeśli rzeczywiscie ktoś miałby zbudować piramidy na Antarktydzie, to z pewnością nie byłby to nasz praszczur… Inna sprawa, że my sami być może nie jesteśmy pierwszymi mieszkańcami Ziemi i z pewnością nie ostatnimi. Co jakiś czas niepokojące znaleziska sugerują, że ktoś tu był na bardzo długo przed nami a czasem nawet sugerują, że przybył tu z naprawdę daleka.

W przypadku Antarktydy przychodzi do głowy jeszcze jedna myśl. Ten ktoś nie tylko kiedyś tu przybył, ale być może nawet jest tam do dziś! Jakkolwiek szalona i pozbawiona rozsądku jest ta myśl to: zaskakuje zainteresowanie z jednej strony a tajemniczość z drugiej w jaki traktują to miejsce światowe mocarstwa i to już od połowy XX w. Ostatnio zainteresowanie Antarktydą zdają się wzrastać, bo odwiedzają ją rozmaite prominentne osobistości, nie podając przy tym celu swojej wizyty. Co prawda znając intelektualna dojrzałośc Johna Kerry’ego jestem w stanie uwierzyć, że uznał moment w którym Hillary przegrała wybory prezydenckie za ostatnią szansę aby wywinąc orła na nieskażonym stopą ludzką śniegu… Oczywiście na koszt podatników.

kirvi

Sensacyjne informacje na temat piramid na Antarktydzie pojawiają sie cyklicznie od lat. Ilustrują je zazwyczaj te same zdjęcia a ostatnio także “screeny” z Google Earth. To, czego brak w tych opisach to zazwyczaj nazwiska ludzi, którzy dokonali tego odkrycia, ale to nie przeszkadza aby informacje tego typu wywoływały odpowiednie zainteresowanie. Głód takich fantazji musi być wielki, bo przyjmowane są one bez cienia sceptycyzmu, jak leci, co tylko zachęca właścicieli takich stron (zazwyczaj mają oni u siebie dużo reklam na których zarabiają) do dostarczania kolejnych rewelacji. W przypadku tzw. piramid z Antarktydy każdy, kto chciałby się choć trochę wysilić natrafi na długi film zrobiony przez “National Geographic” ze wspinaczki na Vinsen Massif, gdzie cała okolica fotografowana jest z dbałością i przy użyciu wysokiej jakości sprzętu. Jakoś nikomu do głowy nie przyszło aby nazwać któryś z takich “podejrzanych” masywów piramidą – choćby dla żzartu… Powód jest zapewne prosty. Szczyty te mają naturalne pochodzenie a ich geologia związana jest z przesuwającym się u ich podnóża lodowcem i nazywane są nunatak. Jako przykład takiej geologicznej struktury może służyć gora Kirvi i sąsiadująca z nią Beinisvørð na Wyspach Owczych. Pod odpowiednim kątem rzeczywiście przypominają piramidy, ale wystarczy popatrzeć na nie z drugiej strony aby nie mieć wątpliwości, że są nunatakami. Są wolne od lodu i łatwo dostępne ale mimo to, nie odkryto tam śladów czyjejś inteligentnej działalności.

giza-antarktyda

Najnowsze sensacyjne zdjecia z Google Earth odkrył dla świata Vicente Fuentes. Podał nawet ich geograficzne współrzędne (79°58’39.25″S 81°57’32.21”W). Odkrycie okrzyknięto piramidą i ostatecznym dowodem na istnienie tych struktur na Antarktydzie. Geograficznie miejsce to nazywa się Schatz Ridge i jest jednym z częściej odwiedzanych, bo rutynowo wzgórze zdobywane jest przez pasjonatów aplinizmu. Co ciekawe żaden z nich nie zgłosił nigdy, że kojarzy mu się ono z piramidą! Dlaczego? Powód jest prosty i psychologiczny. Fuentes zrobił zestawienie zdjęcia Schatz Ridge z piramidą w Gizie. Na zdjęciach obok siebie wygladaja niezwykle podobnie tylko że… struktura na Antarktydzie jest zaledwie czubkiem wielkiej góry i gdyby odgarnąć z niej lód jakim jest w większości skuta, to Wielka Piramida w Gizie wyglądałaby przy niej jak psia buda… Czy można sobie wyobrazić kogokolwiek w przeszłości, kto byłby w stanie coś takiego stworzyć??? Chyba, że miałoby to być jakieś wszechmogące UFO…., tylko ze wtedy zostawiłoby ono po sobie znacznie więcej pdobnie wyrafinowanych i trwałych struktur w innych częściach świata o wiele latwiej dostępnych niż ta na Antarktydzie. Taką strukturą ewentualnie mogłaby być bośniacka piramida w Visoko, ale póki co, odnoszę się do tych odkryć z pozytywnym zainteresowaniem, ale i zdrowym sceptycyzmem.

antarctic-pyramid1

Internet coraz bardziej zaśmiecany jest fałszywymi informacjami produkowanymi przez ludzi szukających taniej popularności. Nie powinno to dziwić w czasach, kiedy ludzie robią sobie więcej “selfików” niż tego co się dzieje dookoła. Narcyzm ma wiele postaci i jedną z nich jest zawłaszczanie ludzkiej świadomości nieustanną teorią chaosu – im bardziej absurdalną tym bardziej zyskującą sobie na popularności. Ostatnio wypisałem się nawet z fejsbookowej grupy “Orbita”, bo już nie zdzierżyłem nonsensów odgrzewanych tam z regularną częstotliwością. Dobiło mnie zdjęcie “mumii” szaraka znalezione rzekomo w egipskiej piramidzie przez szkockiego naukowca. W dwie minuty można sprawdzić, że to absurdalna ściema, ale ludzie tam piszący poświęcili znacznie więcej czasu, żeby mnie zaatakować niż samemu sprawdzić tą informację 🙂 Wiara nie tylko góry przenosi, ale buduje z tych gór piramidy (jak te na Antarktydzie), w których poukładane są mumie kosmitów jak kiszone ogórki w słoiku.

Antarktyda z pewnością kryje w sobie wiele tajemnic. Być może nawet piramidy i pozostałości po wyrafinowanej cywilizacji, ale dopóki nie pojawi się jakiś strzęp ewidencji, warto zachować anartktyczny chłód w ocenie i nie dać się ponieść polarnym mirażom.

Alternatywna historiaNatura i środowiskoNauka i technologiePolitykaUFO i ET

Dziwne rzeczy dzieją się w Antarktyce. Od kiedy Rosjanie przewiercili wielokilometrową warstwę lodu w Jeziorze Wostok krąży plotka, że znaleźli w nim coś pokaźnych rozmiarów. Rosjanie w razie czego siedzą cicho tylko ich samoloty kursują regularnie do jeziora i z powrotem.

Inna antarktyczna plotka mówi o jakiejś tajemniczej chorobie atakującej pracujących tam ludzi, którzy wywożeni są z lodowego kontynentu dyskretnie i bez rozgłosu i natychmiast zastępowani nowymi. Czyżby wydobyto z lodów jakiegoś wirusa, który w uśpieniu czekał miliony lat na swoją szansę?

kirylTuż przed II WŚ Antarktydą zainteresowali się Niemcy, którzy wysłali tam sporych rozmiarów ekspedycję przyłączając do III Rzeszy solidny kawałek Ziemi Królowej Maud, który nazwali Neuschwabenlandem. Nie wiadomo czego szukali tam naziści, ale gdy wracali z wyprawy ich trasa przebiegała podejrzanym zygzakiem. Chcieli zgubić swój trop?

Tuż po wojnie dotarła do Antarktydy imponująca eskadra admirała Byrda, która miała w planach zostać tam przez wiele miesięcy. W wyprawie wzięli udział specjalnie szkoleni do warunków polarnych marines w towarzystwie niszczycieli i lekkiego lotniskowca. Znów nie znamy powodu tej zdumiewającej – choćby ze względu na rozmiary – wyprawy. Zamiast jednak miesięcy – trwała kilka tygodni, gdy admirał Byrd zarządził odwrót. Amerykańskie okręty stoczyły tam tajemniczą bitwę, w której niektóre z nich zatonęły a inne powróciły mocno sfatygowane walką…. Z kim???? Byrd w wywiadzie dla chilijskiego “El Mercurio” ostrzegał przed wrogimi pojazdami powietrznymi, które wylatują z rejonu bieguna południowego i poruszają się z ogromną prędkością… Później na Antarktydę miały przybyć brytyjskie i amerykańskie siły specjalne, które rozprawiły się (podobno!!!) z antarktycznym oddzialem SS. Co jakiś czas pojawiają się nowe strzępki informacji w tej sprawie.

Dziś Antarktyda wciąż dobrze kryje swoje tajemnice a także tajemnice tych, którzy realizują tam projekty o których świat nie ma pojęcia. Kilka miesięcy temu na ten kontynent przybył patriarcha Moskwy Kirył III. Wracał do Rosji dość okrężną drogą z Hawany, gdzie spotkał się z papieżem Franciszkiem. Czyżby przyjechał tylko po to, żeby sobie zrobić zdjęcia z pingwinami?

kerry

Dwa tygodnie temu na Antarktydzie wylądował ogromny C-17 Globemaster (nomen omen) z amerykańskim sekretarzem stanu, Johnem Kerry na pokładzie. Jest to najwyższy dostojnik państwowy USA jaki kiedykolwiek odwiedził to miejsce. I znów ciśnie się na usta wiele pytań. Dlaczego? i w ogóle: Dlaczego właśnie teraz? Oficjalnie wizyta związana jest ze zmianami klimatycznymi na Ziemi, w co można uwierzyć tak samo jak w to, że admirał Byrd był wojownikiem Greenpeace. Kerry jest głównym amerykańskim dyplomatą i jeśli pojechał na Antarktydę to z pewnością nie zajmował się negocjacjami z pingwinami… No tak… Skoro nie z pingwinami to z kim???

bazaufo1

Z jakimś poselstwem z.. hmmm… z innej planety???

bazaufo2

Oglądaliśmy z Mulderm jeden z ostatnich programów “Third Phase of Moon”. Pokazywali tam coś naprawdę niezwykłego, co na Google Earth znalazł jakiś wirtualny wędrowca przetrząsając zakamarki Antarktydy. Na zdjęciu wyraźnie widać idealnie okrągły krater w którym wmontowana jest pokaźnych rozmiarów kula… Czy jest to tajne laboratorium? Baza wojskowa? A może rezydencja obcych… Mulder był pod wielkim wrażeniem odkrycia i od razu poszedł wyciągać mi sznurówki z butów zostawiając mnie z problemem samego. A ja, jak to mam ostatnio w zwyczaju, stawiam w moich wpisach więcej pytań niż prób wyjaśnienia zagadki, co wcale nie znaczy, że takiego wyjaśnienia nie ma. Jest. Trzeba się tylko czujnie rozglądać.

mulder