Zaginione miasto Małpiego Króla

Czas najwyższy wznowić jakąś aktywność na NA, bo stronkę zaczyna mocno przysypywać wirtualny kurz i lada chwila w ogólnie zniknie z powierzchni netu. Dziękuję wszystkim, którzy o NA pamiętają, pamiętają o mojej skromnej działalności i dopominają się nowych tematów. Czasy mamy niespokojne i niełatwo skoncentrować się na sprawach innych niż te, których rozwiązania wymaga od nas zwykłe, codzienne życie. Dziś powrót do wszystkich tych tematów, które fascynują mnie od lat. Zaginione cywilizacje zawsze znajdowały swoje miejsce na szczycie tych zainteresowań a ich tajemnica wciąż nie daje spokoju.

W starej, pogrzebanej już doszczętnie NA, w 2013 r. pisałem o odkryciu tajemniczego miasta ukrytego w dżungli Hondurasu. Podejrzewano wówczas, że są to być może pozostałości po La Ciudad Blanca. Legendy o zagubionym Białym Mieście krążą po świecie od czasu, kiedy konkwistador Hernan Cortez wyruszył na podbój Meksyku, dając początek nieobliczalnym konsekwencjom, które niemalże wymazały z powierzchni ziemi wszystkie prekolumbijskie cywilizacje. Przez stulecia wydawało się, że legenda o Białym Mieście jest tylko wytworem ludzkiej wyobraźni i żyje jako mit. Tymczasem okazało się, że w czasach, kiedy świat skurczył się niepomiernie do rozmiarów globalnej wioski wciąż jest miejsce na nowe, niebywałe odkrycia. Jedno z nich opisuje Douglas Preston w swojej najnowszej książce pt.: “The Lost City of The Monkey God” (“Zaginione miasto Małpiego Boga”). Douglas Preston nie jest literackiem nowicjuszem. Napisał do tej pory 35 książek, z czego 16 trafiło na listę bestsellerów New York Timesa. Preston pracował jako korespondent dla takich magazynów jak: Smithsonian Magazine, National Geographic czy New Yorker. Dalekie podróże na koniec świata nie są więc mu obce. Jednak przygoda z zaginionym miastem w Ameryce Łacińskiej przerosła wszystkie inne jakie przeżył. Dziś Preston wspominia, że gdyby wiedział co go czeka, to dwa razy zastanowiłby się zanim wyruszylby w tak niebezpieczną podróż.

Żyjąc w XXI wieku wydaje nam się że każdy zakątek na Ziemi został już dokładnie zbadany i odkrycie zaginionego miasta jest najwyżej łabędzim śpiewem romantycznej przeszłości badaczy z XIX w. Tak jednak nie jest. Honduras to niewielkie państwo w Ameryce Środkowej i wciąż pokrywają go połacie nieprzebytej i niezbadanej dźungli. O legendzie Białego Miasta Douglas Preston usłyszał po raz pierwszy w 1996 r. w należącym do NASA Jet Propulsion Lab od Rona Bloma, który jest jednym z najwybitniejszych ekspertów w dziedzinie badania powierzchni ziemi z przestrzeni kosmicznej. Wyznał on wówczas w prywatnej rozmowie z Prestonem, że pracuje nad tajnym projektem, którego celem jest odnalezienie zaginionego miasta przy pomocy satelit i radarów. Dzięki niemu Douglas Preston poznal człowieka o nazwisku Steve Elkins. Elkins dręczony był obsesją odnalezienia zaginionego miasta Małpiego Króla, o którym opowiadano wiele legend i roztrwonił sporych rozmiarów fortunę poszukując tego miejsca. Preston wiedziony pisarskim instynktem zaczął regularnie rozmawiać z Elkinsem. Początkowo nie wierzył, że miasto może istnieć naprawdę, ale Elkins był źródłem niesamowitych opowieści z honduraskiej dźungli, które pisarzowi trudno było zignorować. Wszystko to miało miejsce 20 lat temu i wraz z upływem czasu Preston zaczął zdawać sobie sprawę, że być może Elkins ma szansę naprawdę odnaleźć miasto. Połączenie znajmości dżungli, jej mieszkanców ze znajomościami w NASA plus najnowsze technologie radarowe mogły przynieść wymarzony efekt. Prestona dołączono do grupy poszukiwawczej. Ponieważ cały ten projekt był tajny, musiał podpisać stosowną klauzulę tajności. Chodziło nie tylko o utrzymanie odkrytego miejsca w sekrecie w obawie przed złodziejami skarbów, którzy dokonali wielu zniszczeń w stanowiskach archeologicznych rozsypanych po całej Ameryce Łacińskiej i Południowej, ale także dlatego, że cały projekt był utrzymany w tajemnicy przed władzami Hondurasu (!).

NASA przeprowadziła szereg ekperymentów i analiz zdjęć satelitarnych terenu i wyselekcjonowała dolinę, która nie miała nawet geograficznej nazwy. Określono ją roboczo T1 co znaczyło Target One i tam właśnie skoncentrowano wysiłki badawcze. Na zdjęciach szybko dostrzeżono nietypowe dla natury kształty ukryte pod gęstą pokrywą dźungli. W 1998 r. Steve Elkins zorganizował ekspedycję, w celu zbadania tej doliny, zanim jednak do tego doszło przez Honduras przeszedł katastrofalny huragan „Mitch” i obrócił ten niewielki i biedny kraj w perzynę. Zniszczonych zostało 70% dróg, gospodarka kraju cofnęła się o 50 lat a żywioł pochłonął 7 tys. istnień ludzkich. Ekspedycja została odwołana. Elkins przez następnej 10 lat probował dostać się do tej doliny, ale za każdym razem bez sukcesu. W tym czasie Preston utrzymywał z nim regularny kontakt obserwując rozwój wypadków. Wreszcie w 2010 r. do Elkinsa uśmiechnęło się szczęście. Był to rok w którym po raz pierwszy wprowadzono do użytku technologię radarową zwaną LIDAR. Urządzenie jest niezwykle kosztowne i trzeba było za nie zapłacić milion dolarów. Montuje się je na samolocie i za jego pomocą fotografuje z wysokości powierzchnię badanego terenu. Radar wysyła 250 000 promieni laserowych na sekundę i jest w stanie z ogromną dokładnością stworzyć mapę topograficzną terenu pokrytego dżunglą. Dzięki temu urządzeniu wymarzona ekspedycja Elkinsa mogła wreszcie dojść do skutku a szanse odnalezienia Białego Miasta ogromnie wzrosły.

Miejsce w którym znajduje się wciąż pokryte dżunglą Zaginione Miasto to strefa około 40 tys. km2. Jest ono pokryte tropikalnym lasem uważanym za jeden z najgęstszych na świecie. Jest ono położone w wyższych partiach niezwykle stromego i niedostępnego łańcucha górskiego. Góry te rozciągają się od wschodniego Hondurasu aż po Nikaraguę i znane są jako La Mosquitia. Wśród gór znajdują się doliny pokryte dżunglą tak gęstą, że do dziś od setek a może nawet i tysięcy lat nie stanęła tam stopa ludzka. Nie tylko niedostępność sprawia, że nie zapędzają się tam ludzie. Honduras jest jednym z najbardziej niebezpiecznych krajów na świecie z najwyższą statystyką morderstw a miasteczka położone na skraju dźungli La Mosquitia kontrolowane są przez nieobliczalne kartele narkotykowe. Jest to główny punkt przerzutowy kokainy z Ameryki Południowej do USA. W dżungli znajdują się wycięte w lesie tajne lotniska, laboratoria przetwarzające kokainę a całość kontrolowana jest przez gangi. Armia honduraska nawet nie myśli zapędzać się w te strony i administracja rządowa nie ma nad tymi terenami żadnej kontroli. W środku dżungli trudno jest co prawda spotkac istotę ludzką, ale czai się tam wiele niebezpiecznych, dzikich zwierząt, ogromna liczba jadowitych węży (zwanych Fer-de-lance) i owadów przenoszących rozmaite śmiertelne choroby. Na śmiałka, który wdarłby się do dżungli czekają niebezpieczne pulapki jak ukryte dla ludzkiego oka przepaście czy niewinnie wyglądające błotne kałuże, które błyskawiczie pochłaniają w swoją bezdenną otchłań wszystko to, co w nie nieopatrznie wejdzie. Doświadczona, złożona ze zdrowych, silnych mężczyzn ekipa była w stanie pokonać dziennie zaledwie dystans do 5 km, przez 10 godzin wyrąbując sobie drogę w gęstym lesie.

Poszukiwania legendarnego La Ciudad Blanca trwały nieustannie przez ostatnie 500 lat. Słyszał o nim Cortez i opowieści o niezwykle bogatym mieście rozpalały jego chorą wyobraźnię. Uważał, że odkrycie Bialego Miasta ma ogromne znaczenie i napisał o nim w liście do hiszpańskiego króla Karola V. Wyprawa Corteza nigdy nie doszła do skutku, bo uniemożliwił ją bunt jego podwładnych, ale dwadzieścia lat później mnich – Cristóbal de Pedraza – przemierzający dżunglę wraz z lokalnymi przewodnikami dotarł do nieznanej doliny, w której ujrzał olbrzymie miasto. Jego przewodnicy mówili, że jest to niezwykle bogate miasto w którym jada się na talerzach ze złota i pije ze złotych, wykładanych drogimi kamieniami pucharów. Mnich nie odważył się zejść w dól doliny, ale napisał obszerny list opisujący to co zobaczył i co usłyszał. Tak powstała legenda Bialego Miasta. Poszukiwania przybrały na sile w XX w. Wielu śmiałków wyruszyło w nieprzebytą dżunglę Hondurasu i wielu z nich pozostało w niej na zawsze. Nowojorczyk John Lloyd Stephens był jednym z wielu, których zafascynowała możliwość istnienia zaginionego miasta w Ameryce Centralnej. Dzięki dyplomatycznym koneksjom udał się do Hondurasu w 1840 r. wraz z pewnym angielskim artystą mając nadzieję odnaleźć legendarne miejsce. Prowadzony przez indiańskich przewodników dotarł do miasta Majów – Copan – w zachodnim Hondurasie. Będąc przedsiębiorczym nowojorczykiem wpadł na pomysł kupienia ruin, za które zapłacił lokalnemu właścicielowi 50 dolarów. Stephens postanowił rozłożyć miasto na części, zapakować na statki, wysłać do Nowego Jorku i tam złożyć z powrotem. Na szczęście nie udało mu się zrealizować tego planu. To, co pozostało po jego pobycie w Copan, to seria pięknych rysunków miasta a także książka o Zaginionym Mieście Majów, która stała się jednym z największych bestselerów w XIX w. Był to niezwykle ważny moment w historii, bo ludzkość zdała sobie sprawę, że Ameryka była w stanie stworzyć cywilizację dorownującą swoim wyrafinowaniem wszystkiemu co stworzyła Europa. Nowy Świat także posiadał swoje wielkie cywilizacje zarezerwowane do tej pory wyłącznie dla Sumeru, Egiptu, Grecji i Rzymu. Ludzi zafascynowała wizja miast pokrytych dżunglą, porzuconych być może tysiąc lat wcześniej. Tam, gdzie znajduje się Copan zaczyna się nieprzebyta dżungla Hondurasu i ani Stephens ani inni poszukiwacze przygód nie byli w stanie pokonać dzikiej natury i wedrzeć się do jej wnętrza. Stworzyło to jednak legendę, przykuwającą uwagę i rozpalającą wyobraźnię wielu ludzi. Mosquitią zainteresowali się nawet ameykańscy Mormoni. Wg ich Księgi Mormona jedno z zaginionych plemion Izraela – Lamanici – wywędrowało aż do Nowego Świata i stworzylo tam własną cywilizację. Dla Mormonow Lamanitami byli Majowie i aby to udowodnić wysłali oni do Centralnej Ameryki kilka grup archeologów, którym nie udalo się co prawda udowodnić, że Majowie to Lamanici, ale dokonali przy okazji wielu interesujących odkryć na temat cywilizacji, która rozwijała się na długo przed przybyciem Europejczyków.

Tymczasem Steve Elkins mimo swojego opętania legendą zaczął dostarczać coraz bardziej solidne informacje.

cdewn

cz.2

14 comments

  • Dziekuje,za tyle wiedzy,,niesamowite,Od kilku miesiecy oddsluchuje,to chyba nie jest najlepsze slowo,,ale w miare adekwatne…no wiec oddsluchuje Debaty z ostatnich dwoch lat,,czytam NA,,i jestem pod wielkim wrazeniem..Dziekuje,za czas,wysilek.odwage,,Pozdrawiam.

  • Wielkie dzięki Chris za całe Twoje dotychczasowe zaangażowanie. Zarówno za NA, jak i za Debaty. Nawet, jeśli jak twierdzisz, brak Ci czasu na przygotowanie ze względu na taką, a nie inną organizację Debat, wiedz, że i bez przygotowania słucha się Ciebie fenomenalnie. Czyta równie świetnie. Innymi słowy, prosimy o więcej Chrisa. Powodzenia we wszystkich pasjach. Skoro się zaangażowałeś publicznie, to teraz masz grono” chciejców”. Taka widać Twoja karma. Ukłony, dziękuję Avis

  • chris gdzie zeglujesz?

    • Krótka odpowiedź brzmi: po morzach i oceanach 🙂 Pewnie zauważyliście, że w jakiś sposób jest to dla mnie ważne i chyba teraz jest dobra okazja żeby powiedzieć dlaczego. Żeglowania nie traktuję bynajmniej jako sportu. Zauważyłem że coś dziwnego dzieje się z myśleniem człowieka, gdy nagle odrywa się od twardej ziemi z jej naturalnym polem magnetycznym. Woda działa jak soczewka. Na przykładzie światła widać, że je skupia, załamuje i rozprasza. Być może coś podobnego dzieje się z naturalnym polem magnetycznym do którego przywykliśmy mieszkając na lądzie. Na wodzie , zwłaszcza tej dużej, szybko dochodzi do swego rodzaju wyobcowania. Ma się wrażenie życia w nieco innym wymiarze , gdzie radykalnie zmienia się skala ważności problemów. Kiedy popatrzeć z wody np. na walczące w korkach samochody, gdzieś na odległej autostradzie, to ma się wrażenie obserwacji termitów, obcego i dziwnego gatunku z którym nie ma się nic wspólnego. Oczywiście wszystko to trwa aż do momentu zejścia na ląd i magicznej przemiany w takiego termita. Taki stan ciała i ducha chyba uzależnia bo zimą cierpię bardzo – stąd wypady żeglarskie na ciepłe, południowe wody. Stan szczęśliwej euforii wtedy powraca, ale nie może trwać wiecznie. Ot i cała historia…

  • Na reszcie. Brakowało mi Ciebie przez ostatnie miesiące. Pełen szacunek, udaje ci się pogodzić pracę z pasją. Wiem jak to jest, sam borykam się z tym problemem. Trudno się zebrać. Dlatego cierpliwie czekam na ciąg dalszy

  • Hej! Jesteś Chris 🙂
    Bardzo ciekawy początek tej opowieści, ew. dopisz rozwinięcie 🙂

  • Kiedy powrót do Debat Ufologicznych Chris?

    • Z Debatami sytuacja nieco się skomplikowała. Biorę w nich udział od 3 lat i dostarczają one wiele satysfakcji, ale też wymagają sporo wysiłku. Temat debaty poznaję mniej więcej w tym samym czasie co słuchacze. Mam wymagającą pracę, wracam późno i do debaty mogę się przygotować dopiero w sobotę zwłaszcza, że na biurku piętrzy się piramidka książek, które czekają na przeczytanie. W sobotę zazwyczaj żegluję, albo spotykam się z ludźmi i wracam w niedzielę na złamanie karku żeby zdążyć na debatę, która ze względu na różnicę w czasie wypada u mnie w środku dnia. W programie polegam więc wyłącznie na tym co zapamiętałem z książek jakie przeczytałem w przeszłości. Nie mam więc czasu na nic i z tego względu NA często leży odłogiem. Z Debat nie rezygnuję, ale będę brał w nich udział rzadziej oczywiście jeśli mnie do nich zaproszą.

      • Trochę takie olanie wiernych słuchaczy, ale cóż…

        • Nie mów tak, bo to oznacza, że olewasz moje powody. Poza tym nigdzie nie odchodzę i od zarządu Radia zależeć będzie czy mnie jeszcze zaproszą czy nie.

          • Bardzo się cieszę, że NA znów tętni życiem. Szczerze to sam nie wiem co lepsze, lektura NA czy słuchanie gospodarza na antenie Radia. Sam rozumiem jak ciężko połączyć pasję z pracą, codziennymi obowiązkami, podróżami i drugą pasją. Czas nie jest z gumy, a niestety jest najważniejszym aktywem i trzeba nim mądrze zarządzać, coś kosztem czegoś.
            Ze swojej strony bardzo żałuję, jeśli faktycznie rzadziej będziesz się w Debatach pojawiać. Przy olbrzymim szacunku i sympatii dla wszystkich jej uczestników, Twoja obecność w nich jest sama w sobie zachętą do ich słuchania. Wielokrotnego zresztą. Do tej pory słucham sobie raz na jakiś czas różnych odcinków Paralaksy oraz początkowych Debat. Masz w sobie dar polegający na tym, że świetnie się Ciebie słucha zarówno od strony merytorycznej, jak i ze względu na formę wypowiedzi, kulturę, dobór słownictwa, dowcip oraz radiowy głos. Szczerze przyznam, że gdy widzę, że nie będzie Ciebie w Debacie – szkoda mi czasu na jej słuchanie i odkładam to na bliżej nieokreślona przyszłość (przy całym szacunku dla pozostałych uczestników, po prostu jest to moje zachowanie) i wolę wrócić do którejś starszej. Może taki głos w jakiś sposób Cię zachęci mimo wszystko do udziału. Byłoby wspaniale, ale naturalnie to Twoje życie i patrz na siebie.
            Jeśli jednak decyzja została już podjęta – liczę po cichu na większą, albo przynajmniej jakąkolwiek aktywność na NA 😉
            Tworzysz artykuły i audycje dla siebie i dla słuchaczy/czytelników, wiedz więc że we mnie i mojej drugiej połówce masz wielkich fanów.
            Dość już tego szczerego ale jednak słodzenia, czas na lekturę 2 części.

        • Wszystko zostało detalicznie opisane, a Ty piszesz o olewaniu.
          Takie trochę nieprzemyślane z Twojej strony, bez empatii, ale cóż…

  • Witaj z powrotem 🙂

Join the discussion

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *