2011 11
Wędrówki z duchami przodków
Hank
Wesselman jest paleoantropologiem, który przez wiele lat swojego życia szukał odpowiedzi na pytanie skąd pochodzi człowiek. Spotykając na swej drodze wiele prymitywnych plemion szybko znajdował z nimi wspólny język. Szczególnie mocno zainteresowała go wiedza szamanów i swoje spostrzeżenia na ten temat opisał w książce „The Ball of Light” („Kula światła”). Dziś uważa że podczas jego podróży archeologicznych w poszukiwaniu początków ludzkiej kultury, największe wrażenie zrobiły na nim nie skamieniałe zabytki przeszłości lecz sny, które odkrywały przed nim przyszłość. Właśnie podczas swojej wyprawy do Etiopii przeżył swój pierwszy wizjonerski sen. Po nim pojawiły się następne i wówczas dla Wesselmana stało się jasne, dlaczego niemalże każda religia zaczyna się od proroków błąkających się po pustyni i opowiadających swe wizje.
Swoje silne zainteresowanie światem duchowym Wasselman kontynuował w miejscu gdzie mieszkał – na Hawajach. Wyspy te także zamieszkuje rdzenna ludność , która kultywuje swe starożytne wierzenia dzięki szamanom. Na Hawajach szamanów nazywa się Kahunami. Słowo Kahuna oznacza mistrzostwo i wśród archipelagów Polinezji żyje wielu rożnych Kahunów w zależności od tego w jakiej dziedzinie osiągnęli oni to mistrzostwo. Są więc Kahunowie, którzy specjalizują się w budowie łodzi. Inni specjalizują się w geomancji. Kahunowie mogą być nawigatorami, którzy czytają gwiazdy. Kahunami mogą być wreszcie ci, którzy poprzez swoją mistyczną interakcję ze światem widzą granicę dzielącą go od innych światów i taka filozofia Kahunów zainteresowała Wesselmana najbardziej.
Kahuna którego spotkał na swojej drodze okazał się być niezwykle interesującym człowiekiem. Był – ze strony swojej matki – potomkiem wielkiego hawajskiego króla Kamehameha, a ze strony ojca spokrewniony z rodziną wielkiego wodza Keawemauhili, który został zabity przez Kamehamehę podczas walk o władzę na Hawajach. Kahuna nazywał się Hale Makua i jego spotkanie z Wesselmanem nie było przypadkowe. Wesselman wydał wówczas książkę „Spiritwalker” („Wędrując z duchami przodków”), którą Kahuna przeczytał. W książce tej autor opisał serię swoich wizji jakie przeżył w snach. Śnił w nich, że jest sparaliżowany nie potrafiąc poruszyć się z miejsca, ale jednocześnie czuł w swoim ciele potężną siłę. Był to rodzaj spirytualnej ekstazy. Sny takie trwały czasami kilka minut a czasami kilka godzin. Świadomość Wesselmana była w tym czasie jak magnes przyciągana przez świadomość innego człowieka by po chwili stać się częścią jego ciała i umysłu i razem z nim wędrować przez obszary mu do tej pory kompletnie nieznane. Po każdym takim transie Wesselman – racjonalny naukowiec – coraz bardziej upewniał się w tym, że traci zmysły. Dopiero później okazało się że takie wizje są czymś naturalnym dla wspólnot plemiennych, gdzie o pomoc i wyjaśnienia można się zwrócić do szamana czy starszyzny plemiennej. Naukowiec żył jednak w zupełnie innym społeczeństwie. Wizje Wesselmana były na dodatek katastroficzne. Wędrując ze świadomością obcego sobie człowieka – którego imię brzmiało Nainoa – widział destrukcję tak na lądzie jak na morzu. Nainoa okazał się być później jednym z potomków Wesselmana, który żył w odległej przyszłości. Tak wiec była to historia mistycznego połączenia jakiego doznał Wesselman z osobą z przyszłości i cała ta sytuacja ogromnie zainteresowała Kahunę Hale Makuę.
Pierwszy raz zobaczyli się podczas spotkania autorskiego Wesselmana na wyspie Hawai. W drzwiach stanął potężny, ponad dwumetrowy mężczyzna z długimi, siwymi, związanymi w koński ogon włosami w krzykliwej koszuli w hawajskie wzory, podpierający się wielką, rzeźbioną laską. Mimo że mężczyźni zostali sobie przedstawienie, Hank Wesselman i tak dobrze wiedział z kim ma do czynienia. Hale Makua był wielkim Kahuną nie tylko ze względu na rozmiary, ale także swoje pochodzenie i sławę jaką zdobył w całej Polinezji. Gdy wysiadał z samolotu w Nowej Zelandii, na Wyspie Wielkanocnej czy na Tahiti – witały go tłumy. Każdy chciał go zobaczyć , dotknąć, nakarmić i napoić. Dla Polinezyjczyków Hale Makua był kimś w rodzaju Dalajlamy. Makua jednak nigdy nie wykorzystywał swojej sławy dla własnej korzyści. Do końca życia pozostał skromnym człowiekiem.
Głównym powodem jego wizyty na spotkaniu autorskim Wesselmana była chęć przekonania się czy autor „Spiritwalker” jest realnym człowiekiem. Makua czytał książkę na plaży, w miejscu, gdzie nikt nie zakłócał jego spokoju. Po przeczytaniu przystąpił do dyskusji na jej temat z duchami przodków, którzy zwykle całą grupą towarzyszą Kahunie. Polinezyjczycy nie lubią gdy ludzie z zewnątrz szwendają się po ich spirytualnym świecie i Wesselman miał wiele powodu do obaw. W końcu jednak duchy przodków uznały, że wszystko co zostało napisane w książce jest prawdą. Uznały także, że Hawajczycy powinni wspierać Wesselmana w krzewieniu jego wizji świata. Nie chcąc przerywać spotkania autorskiego, Hale Makua dodał, że chce się zobaczyć z Wesselmanem za 3 dni. Miejscem spotkania okazał się brzeg krateru wulkanu Kilauea. Makua opowiedział wówczas historię swojego życia, która była wyrzeźbiona na jego lasce i o tym w jaki sposób nawiązał on kontakt z duchami przodków. Jako młody człowiek wstąpił do Marines, gdzie służył przez 20 lat. W biurze werbunkowym powiedział tylko, żeby posłać go do najgorętszego miejsca na Ziemi. I wkrótce znalazł się w samym środku wojny wietnamskiej. Został żołnierzem sił specjalnych i maszyną do zabijania. Potrafił prowadzić helikopter, pojazd opancerzony i zakładać ładunki wybuchowe pod wodą. Podczas jednej z wielu wojen w których uczestniczył. został poważnie ranny i wylądował w szpitalu. Wówczas zaczęły nawiedzać go duchy przodków. Ponieważ rana była poważna, Makua spędził w szpitalu 5 lat. Jednak gdy go opuścił poczuł się wolnym człowiekiem. W ten sposób stal się Kahuną, otoczony chmurą duchów przodków, służących mu radą i pomocą w każdej sytuacji i pomagających mu dojrzeć rzeczy ukryte przed oczami zwykłego śmiertelnika. I tą lekcje przekazał on Wesselmanowi na skraju wulkanu Kilauea, aby i jego duchy przodków, nigdy go nie opuszczały.










KONTAKT: chrismiekina@gmail.com

Sama chciałabym mieć dostęp do duchów moich przodków…wspaniałych, prawych i skromnych ludzi.
A może ten silny wewnętrzny głos to oni?
by Bea on 11 maja 2011 o 8:11.
Można zapoznać się z doświadczeniami innych, którzy skądinąd z tego powodu sami stwierdzali u siebie postradanie zmysłów, aczkolwiek raczej nie należy wgłębiać się w to bez przygotowania, bez odpowiedniej wiedzy, bez doświadczenia czerpanego od innych – biegłych już w temacie i u c z c i w y c h przewodników. Bo myślę, że jednak znacznie więcej szkód czeka podczas zabawiania się w poszukiwanie i odkrywanie – np. na chybił trafił penetracja głębi siebie – niż zysków, z oferowanej pomocy duchów, nieznanych nam przecież przodków. Bo to jak iść na wędrówkę z duchami w n i e z n a n e, skąd można zwyczajnie nie wrócić.
Przy okazji lektury Kundalini wyczytałam wspaniałe porównanie, które swobodnie można przytoczyć ku przestrodze i pod tym postem.
Bowiem nie jest tajemnicą, że osoby zaangażowane w świadomy wewnętrzny rozwój powinny znaleźć u c z c i w e g o kogoś, kto udzieliłby właściwych wyjaśnień i poradził, jak postępować w sytuacji, gdy niespodziewanie zalani zostaną nadmiarem wzbudzonej energii, wiedzy, czy doświadczeń nie znajdujących żadnego sensownego wytłumaczenia, a za to, które swobodnie wywołują spore zamieszanie na wszystkich płaszczyznach bezbronnego życia…
I to właśnie przypomina strumień prądu o napięciu 220 V, przebiegający przez drucik przystosowany raptem do 110 V, kiedy rezultat może być tylko jeden: korki strzelają i obwód się przepala.
Pozdrawiam.
by Ela Wolny on 11 maja 2011 o 8:23.
Proszę pamiętać, że w starożytności opętani ludzie byli dla ogółu święci i nietykalni. Mogli robić, co im się żywnie podoba. Mogli wyczyniać rzeczy od których w dzisiejszych czasach „włosy dęba stają”. Dziś pozostało tylko to drugie – SĄ NIETYKALNI.
Niewiele różni człowieka opętanego, który postradał zmysły, od człowieka potocznie nazywanego – geniuszem. W społeczeństwie, obaj bywają niezrozumiani i opuszczeni. Takich skorelowanych cech można doszukać się znacznie więcej.
by doinformowany on 11 maja 2011 o 8:56.
Ela , tak, masz w zupelnosci racje…trzeba uwazac
od siebie dodam, ze swiat zywych jest dla zywych
a swiat duchow…niech pozostanie swiatem duchow
i niech nie lacza sie te swiaty z soba…dla naszego spokoju
czasami nalezy pozostawic niektore „sprawy” w spokoju, bo sa to sprawy, ktorych czlowiek nie moze ogarnac swoim rozumem, a wiara jest tego najlepszym dowodem
niektorzy potrafia „odbierac sygnaly”, tylko jest jedno male „ale”
traktowac to jako dar czy przeklenstwo?
by Scholastyka on 11 maja 2011 o 11:22.
Sądzę iż naszym (jako ludzi „cywilizowanych”) podstawowym błędem jest to iż zbyt wiele „zagadnień” staramy się „ogarniać swoim rozumem”
by jesion on 13 maja 2011 o 8:08.
I z tym absolutnie się zgadzam
by chris miekina on 13 maja 2011 o 14:48.
Człowiek cywilizowany powoli zatraca instynkt, intuicje, i pozbawiony jest wiedzy o tych rzeczach które były podstawą egzystencji naszych dalekich przodków.
W większości wypadków skupiamy się na powłoce materialnej, zatracając istotę duchową – energetyczną.Dzięki tak dużemu postępowi cywilizacji współczesny człowiek jest coraz bardziej bezradny i zagubiony.
by berta on 29 maja 2011 o 8:15.