2010 25
… i po Vermoncie!
Zaledwie kilka godzin temu wróciłem ze spotkania z Tellingerem. Podświadomie czuję, że to co ma on do powiedzenia jest w jakiś sposób ważne i nie szkoda było tych godzin spędzonych za kierownicą, aby dotrzeć do Shelburne – mikroskopijnego miasteczka zgubionego pośród vermonckich gór. O Tellingerze i jego niezwykłej teorii będę jeszcze pisał – bo całość warta kilkuczęściowej sagi.
Jeśli chodzi o inne wrażenia z podróży to można ją uznać za pierwszy poważny zjazd nowoatlantycki! Do Shelburne przyjechał też znany z komentarzy Monsieur, który życzliwie zaproponował gościnę i po prezentacji Tellingera pojechaliśmy razem do Montrealu, przedyskutować problem Anunnaków i kolebki ludzkości przy wybornym jedzeniu, popijając południowoafrykańskie (a jakże!) wino.
Od jakiegoś czasu straciłem cały entuzjazm jaki przez wiele lat miałem do robienia zdjęć z każdego miejsca jakie odwiedzałem. Dziś robię je niechętnie, bo tak naprawdę nie są one nigdy w stanie oddać klimatu chwili, myśli jakie wtedy kotłowały się w głowie i wrażenia, którego nie sposób opisać a co dopiero sfotografować. Te kilka zdjęć poniżej zrobiłem dla tych, którzy być może zastanawiają się jak wygląda ten Vermont, przez który się przedzierałem na to spotkanie. Jadąc przez górskie pustkowia najlepszym przyjacielem staje się Garmina (tak nazywam mojego gps-a), która cierpliwie wskazuje właściwą drogę, nawet jeśli czasem trzeba pokonać jezioro (Jezioro Champlain).
I to tyle relacji z krótkiej, ale intensywnej we wrażenia i przebyty dystans (1300km) podróży. Dzięki za odwiedzanie NA, mimo braku nowych wiadomości.















KONTAKT: chrismiekina@gmail.com

Widze ze w Vermoncie piekna zlota jesien.
Do pokonania jeziora najlepsza bylaby amfibia;)
Nawigacja mnie juz nie raz zawiodla.
by fionna on 25 października 2010 o 15:38.
Jeśli ktoś pamięta antyczny film o przygodach Pana Samochodzika – to jego auto nie miałoby problemów z taką nawigacją przez jezioro. W tym przypadku nawigacja nie zawiodła mimo że prowadziła do celu wstęgą szos. A tam gdzie nie było mostu na szczęście był prom…
by chris miekina on 25 października 2010 o 20:27.
Potwierdzić jedynie mogę autentyczność zdjęć,potwierdzić również mogę autentyczność spotkania z naukowcem wybitnym,bo autentycznym,ortodoksyjnym z wyboru.Wybór Tellingera jest również moim wyborem,należy WALCZYĆ z tym skostniałym systemem naukowym ,który z nauką niewiele ma dzisiaj wspólnego.Jak uporam się z moim programem odpowiedzialnym za zdjęcia,to z wielką przyjemnością podzielę się uwagami dotyczącymi tego wydarzenia.
Pozdro !!!!
by Monsieur LaPadite on 26 października 2010 o 4:12.
Czekam na obszerniejsze relacje:)
by fionna on 26 października 2010 o 12:26.